Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

MARITIMES LIPIEC 2017

MARITIMES

          “Zachwyt jest najprzyjemniejszą lekcją pokory wobec cudu istnienia”

                                                                                                     Wojciech Eichelberger

Nadatlantyckie prowincje Kanady

czyli podróż sentymentalno-odkrywcza w lipcu roku 2017

Wprowadzenie

W marcu 1984 roku wylądowałem w Toronto. Po godzinie przesiadka na samolot linii wewnętrznych i lot do Halifaxu. Kiedy stewardesy podawały mi jedzenie, z racji mego akcentu i nader ubogiego słownictwa angielskiego, zapytały skąd jestem, Odpowiedziałem, że jestem Polakiem, lecz przez ostatnie trzy lata mieszkałem w Berlinie Zachodnim. Przybyłem do Kanady z powodu otrzymanego stypendium uniwersyteckiego w Nowej Szkocji i zapewne tu się osiedlę.

Natychmiast – co mnie mile zaskoczyło – wzbudziłem zainteresowanie siedzących wokół mnie pasażerów, którzy na wyścigi życzyli mi wszystkiego dobrego. Jeden nawet powiedział z uśmiechem “Welcome home” (Witaj w domu). Szkoda, że nie słyszał tego pracownik ambasady kanadyjskiej w Bonn, z którym przeszło miesiąc wcześniej miałem ostre starcie, gdyż zniecierpliwił mnie dziesiątkami przedziwnych pytań i stałym podkreślaniem, że to on decyduje, czy wjadę do Kanady czy nie. Byłem sponsorowany przez uniwersytet Saint Francis Xavier i tamtejszą organizację poparcia Solidarności i uważałem, że to stanowi dostateczny glejt zaufania.

Zły i podenerwowany, dobyłem wtedy z saszetki mój pierwszy dokument w życiu – rodzaj angielskiego “paszportu”, ważnego do 16-go roku życia (hm, znalazłem go w papierach rodzinnych, gdy miałem lat 19, a moi rodzice zupełnie o nim zapomnieli) – wydany przez rząd Jego Królewskiej Mości w wieku mych dziewięciu miesięcy, kiedy wraz z rodzicami opuszczałem Zjednoczone Królestwo.

Dokument podałem urzędnikowi mówiąc po polsku – “proszę to przeczytać i nie stwarzać mi trudności”. Obróciłem się do młodego tłumacza, zatrudnionego tam Kanadyjczyka pochodzenia polskiego, mówiąc z naciskiem “proszę tłumaczyć dokładnie każde moje słowo!”. I kontynuowałem “Mój ojciec był w angielskiej armii. Uczestniczył obok Kanadyjczyków w pierwszym rzucie inwazji na kontynent, słynnym D-Day. A więc wracam niejako do zaprzyjaźnionego kraju”.

Urzędnika zatkało. Zaczął przeglądać mój dokument, rzekł “My God, it’s history!” (Mój Boże, toż to historia), a potem mnie uspokajał. “Niech się pan nie denerwuje, to formalności, dziękuje – zwrócił mi dokument z uśmiechem – proszę wracać do Berlina i czekać na papiery. Może już pan załatwiać wylot, bo wszystko w porządku”.

Uniwersytet St. Francis Xavier, największy uniwersytet katolicki w Kanadzie, w mieście Antigonish, był moim pierwszym kanadyjskim domem. Po roku studiów, ze względów osobistych, zrezygnowałem z dalszej nauki i wyjechałem we wrześniu 1985 roku do Toronto. Mojego głównego sponsora, profesora Leonarda Plutę, zachowuję do dziś we wdzięcznej pamięci. Po wyjeździe cały czas trzymałem z nim kontakt, który ograniczał się do trzech, czterech telefonów rocznie. Co roku, na Boże Narodzenie, przychodził od profesora list, w zabawny sposób opisujący co się przez mijający rok wydarzyło w jego rodzinie, a czasem także w Antigonish i wśród znanych mi profesorów uniwersytetu, którzy, z racji mego ubogiego angielskiego, z niezwykłą cierpliwością edukowali mnie w historii Kanady i jej kultury.

Przez wiele lat snułem plany odwiedzenia rodziny profesora i mego sympatycznego, kanadyjskiego miasteczka (około czterech tysięcy mieszkańców), ale życie wciąż zakłócało lub wręcz brutalnie odwodziło od tej podróży. Jednego roku, kiedy z racji nie posiadania auta, zdecydowałem się już na podróż pociągiem, okazało się, że linia z Montrealu do atlantyckich prowincji tzw. CAR – Canadian Atlantic Railway, dawno padła, a rząd bynajmniej nie kwapił się z pomocą by ją podtrzymać.

Kolej, która jest jednym z symboli początków jedności Kanady, gdy w XIX wieku trzeba było niejako poprzez nią podwiązać te wielkie obszary, odeszła do lamusa. Tym bardziej, że z całkowicie dla mnie niezrozumiałych powodów, od lat nie potrafią wybudować szybkiej kolei, jaka jest w Europie. Przy tych ogromnych odległościach! A lokomotywy, wagony i wyposażenie linii w wielu miejscach Europy, w tym w Polsce, jest z kanadyjskiego Bombardiera (sic!).

W latach 90-tych pracowałem w biurze i miałem zaledwie dwa tygodnie wakacji w roku. Nie stać mnie było na samolot, bo zarabiałem wręcz mizernie. Kiedy zacząłem pracować w szkole i zyskałem skarb w Ameryce Północnej – dwa miesiące płatnych wakacji, zachłannie rzuciłem się na coroczne podróże po Europie, by ją wreszcie poznać i nadrobić czas stracony w dusznym uścisku PRL-u. Potem wróciła fascynacja Ameryką Południową, konkretnie Patagonią.

W rezultacie, gdy podjąłem decyzję pójścia na emeryturę w wieku 71 lat, podjąłem także drugą decyzję – odwiedzenia profesora i jego rodziny, a także uniwersytetu w Antigonish, przy okazji odbywając podróż po wszystkich nadatlantyckich prowincjach Kanady, zwanych Maritimes*.

Mimo wspólnego położenia nad Atlantykiem niekiedy bardzo się różnią, a ich geografia fizyczna

w połączeniu z historią, od momentu przybycia tu Pierwszych Narodów, Indian i Eskimosów, do utworzenia państwa kanadyjskiego, jest bardzo zróżnicowana i ciekawa. W ciągu trzech tygodni, czasami w dzikim tempie, opracowałem plan naszej podróży na dwie osoby; dla mego długoletniego przyjaciela Seweryna i dla mnie – trasę, rezerwację noclegów, promów, interesujące miejsca do zwiedzania i wstępny kosztorys wydatków.

* wszystkie mapy są z Internetu