Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

EPILOG

„Zawsze ulega się urokowi tajemnicy”

„Mały Książę” A. de Saint Exupery

1. Nawiedzeni

Nie miałem pojęcia, że dzień przed rozpoczęciem Zapisków, w dniu 9 stycznia 2014 roku, objął tron kolejny król Araukanii i Patagonii, Jean-Michel Parasiliti di Para (Príncipe Antoine IV). Książkę Chatwin’a „W Patagonii”, którą szybko zdobyła mi Izolda K. z W-wy i wspaniałomyślnie ofiarowała w prezencie, skończyłem bodajże przez Bożym Narodzeniem 2013 roku. Chatwin napisał o królestwie Araukanii i Patagonii, lecz szybko wywietrzało mi to z głowy.

Po historii pałęta się sporo, mniej czy bardziej sympatycznych, czubków i Orélie-Antoine de Tounens, francuski prawnik i poszukiwacz przygód był jednym z nich.

1.Orélie_Antoine_de_Tounens

Z Internetu

W 1860 roku przybył do Patagonii i gdy zapoznał się z sytuacją Mapuczów nie tylko z nimi się zaprzyjaźnił, ale obiecał że poprze ich starania o zachowanie niepodległości. A sytuacja była wręcz rozpaczliwa, bo napierały na nich dwa państwa: Argentyna i Chile. Paru lokalnych wodzów obwołało go królem, na skutek sugestii samego zainteresowanego, że europejski władca lepiej się przysłuży sprawie niepodległości. Na królestwo (Reino de la Araucanía y de la Patagonia) w stylu monarchii konstytucyjnej, ze stolicą w Perquenco, złożył się region Araukanii i wschodnia Patagonia; król Antoine I powołał rząd, napisał konstytucję, stworzył niebiesko-biało-zieloną flagę, godło i mapę nowego państwa.

4.Flag_of_the_Kingdom_of_Araucania_and_Patagonia

 

3.Coat_of_Arms_of_Araucania_and_Patagonia2.kingdom arau i pata

Z Internetu

Zaczął bić monety z nazwą Nowa Francja i produkować medale i odznaczenia.

5. moneta Arau i Pata

Z Internetu

Potem wysłał kopię konstytucji do jednej z gazet i pojechał do Valparaiso by rozmawiać z rządem chilijskim. Rząd go oczywiście kompletnie zignorował, podobnie jak francuski konsul, uznając go za niepoczytalnego.

Kiedy Antoine I powrócił do swego królestwa rząd zorientował się, iż jest razem z Mapuczami, co skomplikowało polityczną sytuację. Doprowadziło to do szybkiego zaakceptowania okupacji Araukanii i prezydent Chile nakazał armii wkroczenie do Araukanii i pojmanie króla. Gdy go ujęto w 1862 roku, na skutek zdrady służącego, zamknięto go w szpitalu dla umysłowo chorych. Oba rządy – Chile i Argentyny uznały go za zdeklarowanego czubka. Konsul francuski wyprosił jego zwolnienie i deportowanie do Francji.

Stamtąd król trzykrotnie próbował odzyskać swoje włości, organizując specjalne ekspedycje, ostatnią w 1876 roku. Za każdym razem go aresztowano i deportowano do Francji. Zmarł tam kompletnie zrujnowany w 1878 roku. Przed śmiercią, ponieważ był bezdzietny, swoim następcą wyznaczył sprzedawcę szampanów, Gustave Lavirade, który przyjął tytuł Achillesa I i „rządził” teraz królestwem na zesłaniu do roku 1902.

Następcą był Antoine II(1902-1903), który powołał Radę Królestwa, lecz szybko zmarł i po nim jego jedyna córka, Laura Teresa I, jako pierwsza kobieta zasiadła na tronie (1903 – 1916). Dalej jej syn, król Antoine III (1916 – 1951), w rzeczywistości Jacques Bernard, wydawca znanego francuskiego magazynu z lat 40-tych Mercure de France, który abdykował na rzecz Philippe Boiry, używającego tytułu księcia – Prince Philippe (1952–2014), podtrzymującego jednocześnie pozycje pretendenta do tronu.

Książę zajmował się początkowo dziennikarstwem, lecz wkrótce dał się poznać jako całkiem płodny autor zbioru wierszy i esejów historycznych, a przede wszystkim stał się jednym z najbardziej znanych po II wojnie specjalistów w dziedzinie public relations. W 1980 roku założył pierwszy we Francji koledż nauk komunikacji medialnej i w osiem lat później wpadł na pomysł wydawania monet królestwa dla kolekcjonerów. Nadawano również liczne ordery różnym osobom. Znalazł dość licznych entuzjastów podtrzymywania istnienia tego przedziwnego królestwa we Francji i USA.

Zaczął także udzielać aktywnego poparcia Mapuczom, kontaktując się z ich organizacją w Europie i na miejscu w Ameryce Południowej. Przemawiał nawet w ONZ, w Grupie Roboczej do spraw Narodów Tubylczych, jako przedstawiciel Mapuczów argentyńskich. Jednakże jego wizyta w Chile i Argentynie została przyjęta nieprzychylnie przez lokalne media, a Mapucze potraktowali go z całkowitą obojętnością.

Niedaleko miejscowości La Cheze we Francji, skąd wywodził się pierwszy król Araukanii i Patagonii, utworzył małe muzeum królestwa, narodu Mapucze i galerię sztuki. Bezdzietny książę specjalną ustawą Rady wyznaczył regenta, Philippe de Lavalette (Philippe II – 5-9 styczeń, 2014), który miał dopilnować przekazania władzy po jego śmierci, która nastąpiła 5 stycznia 2014 roku.

Rada Królewska, niejednomyślnie wybrała Jean-Michel Parasiliti di Para, Księcia San Pedro de Hueyusco (tytuł nadany mu przez Philippe I), byłego prezydenta Rady Królestwa, na nowego władcę, który przyjął tytuł Antoine IV i zaczął urzędować od 9 stycznia 2014 roku. Antoine IV ma dwójkę dzieci, więc sukcesja i trwanie tronu są zapewnione. Posiada doktorat z historii cywilizacji i ma za sobą długotrwałą i pełną sukcesów karierę w dziedzinie prac społecznych, ze specjalizacją opieki nad dziećmi i niedorozwiniętymi umysłowo dorosłymi. Jest weteranem wojny algierskiej i posiada liczne odznaczenia wojskowe i cywilne.

Ta historia tak mnie wciągnęła, że intensywnie przeszukiwałem Internet i encyklopedię i znalazłem przy okazji sporo nader kolorowych osób. Zresztą to samo spotkało na miejscu Chatwina, który opisał szczególnych ludzi, z dawnej i bieżącej historii Patagonii. Takie miejsca widocznie przyciągają ludzi nieprzeciętnych. Takie miejsca zapewne wzmacniają ich „odloty”, kierując ku nowym przygodom i przedsięwzięciom.

Jedna osoba związana jest pośrednio z historią opowiedzianą powyżej i nigdy nie była w Patagonii. W 1984 roku francuski pisarz i filozof, Jean Raspail, posługujący się tytułem Konsula Królestwa Patagonii, w rewanżu za okupowanie przez Brytyjczyków Falklandów, przy pomocy siedmiu uzbrojonych ochotników, zajął największą spośród gołych skał i wysepek, wyspę Les Minquires, będącą częścią wysp Jersey. Flaga Araukanii-Patagonii dumnie łopotała przez parę godzin, zanim przegonili towarzystwo przypadkowo będący na pikniku brytyjscy żeglarze.

Drugi osobnik, nieprzeciętny oryginał – niejaki Ephraim Ben Raphael, który podaje swą lokalizację następująco: Gdzieś w Imperium Chazarów, a jako zainteresowania – pisanie, wyprodukował totalnie odjazdową mapę Ameryki Południowej, na której znalazło się królestwo Araukanii-Patagonii.

6.South America ATL

Z Internetu

Zresztą nie chciałbym odbierać Szanownym Czytelnikom smakowitych kąsków własnego zagłębiania się w tę internetową stronę. Gorąco polecam [http://www.alternatehistory.com/discussion/showthread.php?p=6739537wraz z zaglądnięciem do listy członków tej strony i uważnego przestudiowania wspomnianej mapy Ameryki Południowej, którą można z lubością długo studiować.

2. Granice

Nie tylko mnie ogarniają wątpliwości i pasuję się z materii pomieszaniem. Świadczą o tym liczne zapytania internautów o granice Patagonii. Przy wyznaczaniu jej granic problemy zaczynają się już na mapach. Czy Arukania jest osobną jednostką czy też mieści się jeszcze w Patagonii? Geografowie twierdzą, że granicą północną Patagonii jest rzeka BioBio. Inni przesuwają ją za Chillan, na rzekę Maule. Wszystkie mapy, które tu zamieszczam, są podpisane Patagonia,

7.Patagonia_Map

lub Araukania,

8.arucania region chile

lub Araukania i Patagonia.

9.Araucania_Patagonia

Wszystkie 3 mapy z Internetu

Według znanych geografów i historyków, specjalistów w dziedzinie Patagonii z wieku XIX (Thomas Fulkner, Carlos Mora Vicuña, Perito Moreno), północna granica przebiega wzdłuż 38° szerokości południowej w Argentynie i 39°40′ w Chile. To dwie rzeki – argentyńska Rio Negro w prowincjach Nahuel Huapi i Nequen i chilijska Calle Calle w Valdivii. Sięgnięto również do hiszpańskich archiwów, gdzie znaleziono wiele map Patagonii i na ich podstawie chilijski historyk i pisarz Enrique Campos Menendez, opublikował w roku 2002, znaną książkę „Duch Patagonii” (El alma de la Patagonia), wyznaczając granice owego ducha. Wtrącili się także fitogeografowie, by na podstawie zasięgów flory i fauny, wyznaczać swoje granice. Potem z kątów gabinetów wylazła oczywiście polityczna poprawność uzurpująca sobie prawo wyrokowania, często bezwzględnego, w wielu dziedzinach.

W tych rozważaniach uwidaczniają się także lokalne emocje – parę lat temu zapanowało wielkie oburzenie w Punta Arenas, gdy burmistrz Puerto Montt nazwał je stolicą Patagonii. W przypadku Argentyny niby jest łatwiej zlokalizować granice jej Patagonii, za którą uznaje się rzekę Colorado. Dyskusjom i sporom nie ma jednak końca. Wielu powołuje się na stare, hiszpańskie mapy tych terenów. Co by nie twierdzić o chaotycznych zapędach natury ludzkiej, podpierać się zdaniem „czy to ma znaczenie?”, lub kwitować krótko „nie macie ludzie większych problemów”, mimo wszystko mamy wewnętrzne dążenie do uporządkowania spraw, do wyznaczenia granic danego zjawiska czy terytorium. I tu uwidacznia się ogromna różnica w podejściu autochtonów i uczestników cywilizacji europejsko-płn. amerykańskiej.

Dla autochtonów ogradzanie ziemi było i jest pewnego rodzaju profanacją. Zamieszkiwali swoje terytoria, prowadzili oczywiście wojny, ale nigdy nie zaznaczali w widoczny sposób zajmowanych obszarów. Być może nomadyczny instynkt wywodzący się z praktycznych wędrówek sezonowych, dyktował taki rodzaj podejścia i postępowania. W ciasnej i agresywnej Europie sprawy miały się zupełnie inaczej. Posiadanie czegoś, szczególnie kawałka ziemi, było ostoją człowieka, poczuciem jego wartości, przydatności w wymianie społecznej i zapewnieniem bytu rodzinie. Posiadanie niemal obsesyjne, bo spotęgowane długim okresem feudalizmu i pańszczyzny, trwającej przecież w wielu państwach do wieku XIX. Stąd ta zaciekłość w zdobywaniu ziemi w obu Amerykach, ta pasja ogradzania, stawiania słupów z napisem „Moje” i „Wara”, czyli „zakaz przechodzenia”, naruszania własności prywatnej. I ten problem, trwający do dziś, znajduje smutne odniesienia nie tylko w stosunku do autochtonów, lecz także zwierząt, którym grodzenie zakłóciło lub wręcz przerwało szlaki wędrówek, uczęszczanych nieraz od tysiącleci.

Jakie jest moje odczucie? Podobne jak w przypadku pytań, nieraz do mnie kierowanych, w Argentynie i Chile: „Nasza Patagonia piękna, prawda? Ładniejsza niż w Chile/ładniejsza niż w Argentynie?”. Odpowiadałem: „Dawna Patagonia była najpiękniejsza, ta która już zanikła, chociaż jest dalej piękna i na wpół dzika”.

Tamta była bez granic i państwowych interesów. Bez tysięcy kilometrów płotu, na których można nieraz znaleźć wiszące i wysuszone już ciało guanako, zaplątanego w kolczaste zwoje. Bez tysięcy owiec wyjadających wspaniałą, stepową trawę i endemiczne rośliny, co powoduje pustynnienie. Bez naftowych szybów i wodnych zapór. Bez wyrąbywania całych połaci dziewiczego lasu i sadzenia w to miejsce monokultury, zabierającej zwierzętom ich odwieczne mateczniki.

Dla mnie osobiście wyjściem z Patagonii było przekroczenie rzeki Maule. I nie wiem dlaczego i jak to wytłumaczyć. Tak po prostu czułem. Czułem także, że jestem odkrywcą Patagonii, takim jak cały szereg dawnych podróżników, awanturników i badaczy. Dotknąłem realne w swej nadrealności, w magnetyzmie wielu miejsc, mających czasem wręcz mistyczny posmak. Odkrywanie Patagonii to zanurzanie się w pierwotności Ziemi, w jej smakach i zapachach. Wsłuchiwanie się w jej tętno i radosne odkrywanie jakżeż jest ono zgodne z naszym. To jedno z nielicznych już miejsc na świecie, gdzie można uchwycić granicę przenikania człowieka, z jego wytworami, w naturę. Jeszcze jest przepięknie dziko, dojmująco rozlegle i pokornie. Bo tam pojmuje się, że człowiek jest zaledwie malutkim przecinkiem w przestrzeni, przecinkiem dociskanym nieraz do ziemi porywami, w niektórych miejscach nieustannie wiejącego, wiatru. Przestrzeń w połączeniu z samotnością, niejako wymusza na ludziach wzajemną pomoc, skłonność do naturalnego braterstwa. Mimo pozornych barier kulturowych i przeszkód językowych.

Są to ziemie generalnie bezpieczne, na co zwrócił już uwagę Pedro de Valdivia, w swoich raportach do króla Hiszpanii. Dziewięć gatunków węży; ukąszenie dwóch z nich powoduje jedynie krótki obrzęk i złe samopoczucie. Nie ma krokodyli i aligatorów, są natomiast w przybrzeżnych wodach rekiny – od roku 1934 do dzisiaj zdarzyło się zaledwie parę ataków ze skutkiem śmiertelnym. Pumy unikają ludzi, szczególnie dorosłych.

Ale są śmiertelne niebezpieczeństwa do których należą pająki, jedne z najbardziej jadowitych na świecie. Mały, z reguły niewidoczny brązowy pająk, znany w Chile jako pająk z kąta (araña de los rincones), pomieszkuje sobie w domowych ciepłych, ciemnych i brudnych kątach.

10.arana_rincon

Z Internetu

W Santiago można go znaleźć w około 30% domów. Ukąszenie powoduje szybkie martwienie skóry i wielki wrzód, wszystko w obrębie 24 godzin. Ukąszenia, bez szybkiej pomocy, często kończą się śmiercią.

Drugi pająk to słynna czarna wdowa, zwana tu także pająkiem zbożowym (araña del trigo).

11.viuda negra

Z Internetu

Żyje głównie w okręgach wiejskich w miejscach suchych i ciepłych, bardzo rzadko w domach. Ukąszenie jest bardzo bolesne i może prowadzić do śmierci, gdy pomoc nie nadejdzie szybko.

Owe pająki nie są generalnie agresywne, ukąszą z reguły w chwili zagrożenia, co często zdarza się niestety przypadkiem. Najbardziej aktywne są latem.

W wielu innych sytuacjach niebezpieczeństwem jest ludzka lekkomyślność lub przeszarżowanie. Wypadek może zdarzyć się na jeziorze, na lodowcu i podczas wspinaczki w górach. W górach tym bardziej, bo wieją porywiste i nagłe wiatry. Każdorazowo, w terenie dzikim lub skomplikowanym, należy być z przewodnikiem i dodatkowo mieć za sobą pewne doświadczenia. Tak samo w przypadku surfingu; w wielu miejscach, nad Pacyfikiem i Atlantykiem, są wspaniałe akweny do uprawiania tego sportu.

12.Iquique-Chile

13.IquiqueBodyboarding

Iquique – 2 zdjęcia z Internetu

Przy współczesnej technice pozornie trudno się dziś zgubić, ale dzikie tereny wciąż nie są łatwe do przejścia. Pewnym ułatwieniem jest GPS, któremu też nie należy zbytnio ufać i posiadanie komórki, która umożliwia uzyskanie ewentualnej pomocy.

Najpewniejszym źródłem informacji w danym miejscu są lokalesi. Im należy zaufać i kierować się ich doświadczeniem. A także należy pamiętać, że tutaj można zawsze liczyć na drugiego człowieka.

3. DNA     

Patagonia jest ważna dla badaczy DNA z racji swego odseparowania (plus zamieszkałe archipelagi wysp i wielka Tierra del Fuego). Ludzie mieszkali tutaj od końca południowej epoki lodowcowej czyli około 10 tysięcy lat temu. Najstarszy ślad ludzkiej obecności (obrobione narzędzia kamienne) znaleziono w południowej Patagonii i ma on 12 tysięcy lat. Znaleziono też w różnych miejscach ludzkie szkielety z podobnego okresu.

Chilijski antropolog doktor Maria Alfonso-Durruty uważa, że południowe Chile jest jednym z najbardziej interesujących miejsc na Ziemi pod kątem antropologii, historii, a także biologii. „Jako najdalszy punkt południowy Ameryk i w ogóle całej Ziemi, ten obszar jest podstawą do szukania odpowiedzi na następujące pytania: Kim byli ci ludzie którzy jako pierwsi dotarli i osiedli na tych odległych pustkowiach?”.

W sukurs nadszedł wielki projekt badawczy Mapa Genów Ludzkości, rozpoczęty przez magazyn National Geographic w roku 2005. Parę lat temu wziąłem czynny udział w owym projekcie wysyłając, do specjalnego laboratorium w Teksasie, próbkę swojej śliny. Po dwóch miesiącach dowiedziałem się, co się we mnie kryje, z dalekiej przeszłości mych przodków i skąd wywodzą się linie mej matki i ojca. Okazało się, że ma pula genowa zawiera 47% północnego Europejczyka, 32% mieszkańca rejonu Morza Śródziemnego, 18% z południowo-zachodniej Azji i co mnie swoiście ucieszyło – 2.9% Neandertalczyka. Zrozumiałem, że zew nomadów zagnieździł się w mych genach. Obie linie – matki i ojca mają swój początek w słynnej dolinie Afrykańskich Rowów, mniej więcej w rejonie Etiopii. Najzabawniejsza reakcja zaszła w mej kanadyjskiej szkole, gdzie wdzięczątkom (uczę w szkole żeńskiej) przedstawiłem mój genotyp. „O rany – wykrzyknęła jedna z nich, Afro-Amerykanka – to pan był kiedyś czarny?!”.

Te badania DNA powinny być obowiązkowe dla polskich kiboli, narodowców, wszechpolaków i innych grup o zacięciu rasistowskim. Wyobrażam sobie ich minę, gdy się dowiadują, że ich przodek też wymachiwał pałą, tylko że w Afryce.

Doktor Durruty jest w dalszym ciągu w trakcie badań w których, przy pomocy wyodrębniania struktur DNA ze starych zębów, usiłuje dociec pochodzenia tutejszych mieszkańców. Starożytne DNA porównuje ze współczesną populacją na Ziemi Ognistej, głównie z narodami Yagan, Selknam(Ona) i Kaweshkar,

15

Z Internetu

którzy częściowo uchowali się w południowym Chile. Częściowo, bowiem nie zdołali przetrwać w czystej postaci swojej rasy. Ostatni człowiek ze szczepu Selknam zmarł w 1974 roku. Tehuelche wymarli w końcu wieku XIX.

14

Z Internetu

Ostatnią, w pełni autentyczną Indianką ze szczepu Yamana, jest 88-letnia Cristina Calderon, żyjąca na wyspie Navarino w cieśninie Magellana.

16

Z Internetu

Niektórzy badacze skłaniają się ku teorii, że wybrzeża Chile osiągnęli Polinezyjczycy i osiedlili się pomiędzy indiańską ludnością. Badania DNA powinny przynieść odpowiedzi w tej sprawie. Pewność istnieje natomiast co do genów puli europejskiej, która częściowo mieszała się z lokalną ludnością.

Jeden z internautów z Hiszpanii napisał w związku z tym parę ciekawych rzeczy przypominając, że pewni konkwistadorzy powrócili do kraju z indiańskimi żonami lub powróciły dzieci z mieszanych związków. Taką osobą była córka Pizzaro i jego indiańskiej żony, Francisca Pizzaro. Do Hiszpanii przybył i pozostał w niej inkaski książę, Melchor Carlos Inca, zmarły w Madrycie. Do Hiszpanii dotarło także sporo nieślubnych dzieci konkwistadorów.

Poprzez świat wytrwale kroczy dalej Paul Salopek (obecnie jest bodajże w Azerbejdżanie), który swą podróż, w większości pieszą, chce zakończyć na Ziemi Ognistej. Ostatnim punkcie rozprzestrzeniania się człowieka po Ziemi.

4. Mity dawne      

Mit jest symboliczną opowieścią o świecie ludzi i bogów, ich  wzajemnym kontakcie, a także związkach pomiędzy nimi. Na tym obszarze z mitycznymi bogami spotykają się legendarni bohaterzy.

Jednym z najważniejszych mitów ludzkości jest mit o stworzeniu świata i jego początkach. Dawniej, gdy prowadziła nas intuicja, w połączeniu z praktycznym działaniem w świecie natury, nie potrafiliśmy wyjaśnić i pojąć wielu zdarzeń. Byliśmy skłonni przypisywać je działaniom sił wyższych. Umieszczaliśmy je w sferze sacrum i magii, gdzie pojawiają się i działają duchy i demony. Tak też było w Patagonii, wśród ludzi Mapucze, Tehuelche, Ona czy Yamana. Mity, legendy i opowieści przekazywano ustnie, z pokolenia na pokolenie.

Według Tehuelche na początku była gęsta i wilgotna ciemność. W samym jej centrum żył samotnie Kooch. Lecz nie mógł znieść samotności i zaczął rozpaczliwie szlochać. Płakał tak obficie i tak długo, że jego łzy stworzyły ocean. I gdy ujrzał co uczynił przestał płakać i wyrwało mu się głębokie westchnienie ulgi. I tak powstał wiatr, który rozwiał mgłę i rozfalował wodę. Wtedy narodziła się klarowna widoczność i słońce mogło stworzyć chmury, które z powodu wiatru zaczęły swoją odwieczną wędrówkę po niebie. Raz wolno, innym razem tak szybko, iż się gwałtownie zderzały wywołując pioruny i grzmoty. Potem Kooch stworzył wyspę, którą zasiedlił zwierzętami i ptakami, rybami i owadami oraz roślinami. Życie stało się dobre i Kooch mógł odejść, aby dalej je stwarzać w innych miejscach.

Według Mapucze naczelny bóg Nguenechen zasadził w wielkim lesie drzewo Pehuen. Drzewo było ogromne, bardzo wysokie i wiekowe. Miało wielkie, twarde liście i ogromne szyszki, ale ludzie nie jedli ich nasion obawiając się, że są trujące. Uważali owe drzewo za święte i składali pod nim ofiary – mięso, krew, okadzali je, mówili doń i nawet spowiadali się ze swych złych uczynków. I nadeszły lata długiego głodu. Pewien chłopiec poszukując żywności natknął się na starego człowieka, który powiedział mu, że ludzie muszą zacząć jeść nasiona, bo inaczej wszyscy umrą. Wódz szczepu uwierzył chłopcu i nakazał nie tylko jeść nasiona, ale również je sadzić. Od tego czasu pehuenes rosną do dziś w Patagonii. I do dziś je się odżywcze nasiona, gotowane lub pieczone. Robi się z nich zupę, pierożki czyli empanadas i sfermentowany napój. To są nasiona araukarii (igławy), wiecznie zielonych, iglastych drzew, rosnących nieprzerwanie od czasów Jurajskich.

17

Wysokie do 70 m, o średnicy do 2 metrów, dwupienne, ale trafiają się szyszki męskie i żeńskie na tym samym drzewie.

18

Po drugiej stronie oceanu świat zaczął się rozwijać inaczej, przede wszystkim w Europie, od schyłku wieku XIV. Dawne mity (greckie, a potem te ze Starego Testamentu) dołączyły do nowych, które ze strefy sacrum przeszły do profanum, głównie w postaci chęci uzyskania dwóch rzeczy – władzy i majątku. Władza była związana z posiadaniem ziemi, a majątek z posiadaniem złota.

Europejczycy podbijający inne kontynenty, automatycznie nieśli ze sobą poczucie władzy (czego elementem była także religia) i intensywnie szukali złota. Na nowych ziemiach, niespodziewanie napotykali w różnych miejscach fragmenty starych mitów, co wprowadzało ich w zdumienie i zabobonny podziw. Nowe krainy stawały się często krainami mitycznymi, zasiedlonymi przez dziwne stwory, do których poza nieznanymi gatunkami roślin i zwierząt, należeli także i ludzie. Tak nieraz odmienni, że odmawiano im człowieczeństwa i traktowano ich jako coś pośredniego pomiędzy zwierzętami a ludźmi. W wodzie od dawna napotykano syreny, na lądzie zaś… gigantów. W oczach Europejczyków ich krainą, na przeszło 300 lat, stała się właśnie Patagonia.

Pierwszym był słynny Włoch, Amerigo Vespucci, który w 1502 roku zapuścił się daleko na południe, wzdłuż wybrzeży Atlantyku. Gdy dobili do jakiejś wyspy, znaleźli wioskę gdzie napotkali “siedem kobiet, które były tak wielkie, że żaden z nas nie dorównywał im wzrostem (…) Potem pojawili się mężczyźni, tak wielcy że sięgaliśmy im nieco powyżej kolan. W rzeczy samej to byli giganci”. Należy pamiętać, iż w tamtych czasach Europejczycy, szczególnie południowcy, byli niewielkiego wzrostu, przeciętnie pomiędzy 1.50 do 1.70 metra.

W zapiskach Vesppuciego można znaleźć także coś bardzo charakterystycznego, co będzie się potem przez wieki powtarzało. ” Kobiety były tak okazałe, że naradzaliśmy się, jakby tu zabrać dwie młodsze, by zaprezentować je naszemu królowi”. Od tamtego pomysłu zaczęły się późniejsze, nieustanne próby podstępnego zwabiania lub porwań (już dla marynarzy Kolumba normę stanowiły trzy tubylcze dziewczyny dla jednego), by pokazywać na królewskich dworach Europy owe dziwadła z tamtej strony oceanu.

Istnienie gigantów potwierdził Pigafetta, kronikarz pierwszej wyprawy dookoła świata pod dowództwem Magellana, gdy przybyli w okolice Ziemi Ognistej. Nie tylko to – kronikarz podaje, iż Magellan nazwał tych ludzi Patagoni i jednego z nich porwał na pokaz, ale zmarł on potem na morzu. Inny kronikarz hiszpański wyjaśnił, iż tak ich nazwano z powodu wielkich stóp (patagon – po hiszpańsku stopa), a konkretnie pozostawionych po nich śladów na piasku. Tym sposobem Patagonia stała się pierwszą krainą Wielkiej Stopy, którego potem odnajdywano na innych kontynentach.

19
Z Internetu

W rzeczywistości, po latach wysunięto takowe przypuszczenie, że Magellan zaczytywał się w jednym z bestsellerów owych czasów, w rycerskiej opowieści przygodowej pod tytułem “Primaleon”, gdzie występował jakiś monstrualny dzikus zwany Patagonem. Widząc rosłych Indian, odzianych w obszerne futra, wielkie skórzane buty, mieszkających w skórzanych namiotach ze skóry guanako, posiadających łuki i strzały, od razu skojarzył ich z tak opisywanymi ziomkami Patagona w “Primaleonie”. A ponieważ wydali mu się odrażający, nazwał ich od Patagona – Patagończykami.

Gdy już jesteśmy przy Magellanie, chciałbym wspomnieć o szczególnym pochodzeniu nazwy Tierra del Fuego – Ziemia Ognista. Kiedy w 1520 roku przypłynął do wyspy, spostrzegł liczne dymy. Pochodziły z ognisk, które rozpalili Indianie, jako ostrzeżenie przed zbliżającymi się nieznanymi ludźmi na wielkich łodziach. Legenda głosi, że Magellan nazwał wyspę Tierra del Humo (Ziemia Dymu). Po powrocie do Europy, gdy przedstawiał swoje odkrycia królowi Hiszpanii Karolowi I, ten stwierdził krótko – „nie ma dymu bez ognia” i wyspę nazwano Tierra del Fuego – Ziemia Ognia.

Przekonanie o lądzie gigantów w Patagonii trwało aż do wieku XVIII. I używane było w różnych celach, m.in. wzbudzenia strachu wśród konkurentów do zajmowania nowych ziem. Głównie w konflikcie pomiędzy Hiszpanami i Anglikami. Także w celu dodawania sobie znaczenia i podkreślania odwagi w penetrowaniu świata, co często kończyło się totalnym puszczeniem wodzy fantazji, szczególnie w dwóch przypadkach – pisarzy/kronikarzy i marynarzy, raczących szczurów lądowych barwnymi opowieściami w portowych knajpach. Twierdzono, że znajdywano nawet wielkie szkielety tych ludzi.

Pierwsze głosy rozsądku zabrzmiały w końcu XVIII wieku, gdy hiszpański eksplorator Patagonii, Antonio de Viedma ocenił ich wzrost pomiędzy 1.70 do 1.90 metra. Bo to byli rzeczywiście wysocy i postawni ludzie, lecz nie giganci. Jednakże John Byron, dziadek słynnego poety, po powrocie z Patagonii w 1767 roku upierał się, że napotkał gigantów (mających wzrost 2.74 metra) i złożono nawet odpowiedni raport

21

20

Obie ryciny z Internetu

do Królewskiego Towarzystwa Naukowego, co wzbudziło kolejną falę ekscytacji gigantami. Wcześniejsze wieści o gigantach być może podsunęły Swiftowi pomysł napisania „Podróży Guliwera”, wydanych w 1726. Co ciekawe, w następnej edycji opisu podróży Byrona, z roku 1773, giganci zmniejszyli się do metra dziewięćdziesiąt. Jedna z ilustracji z owej podróży zawiera smakowity kąsek – daleko w tle widać Torres del Paine, a może Cerro Torres.

22

Z Internetu

Nawet tak opanowany dżentelmen i drobiazgowy w badaniach, jak kapitan James Cook, podaje w swym dzienniku, w czasie pierwszej podróży dookoła świata (1768-71), że na Ziemi Ognistej napotkał gigantów. Mało tego – zapisał, iż pojmał jednego z nich i przywiązał do masztu. Lecz gigant zerwał więzy i skoczył za burtę.

Opanowanie przyszło w końcu z początkiem następnego wieku, gdy stwierdzono, że są to rzeczywiście wysocy ludzie (przeciętnie 1.80 metra), ale żadni giganci. Gdy nawiązano bliższe kontakty z indiańskimi szczepami, w wieku XVII i XVIII, opowiedzieli oni Europejczykom, że jeszcze niedawno istniał w Patagonii szczep rosłych i bardzo wysokich ludzi, zwanych Tiremenen. Zostali zgładzeni przez innych Indian, bowiem byli zbyt wojowniczy i nieustannie agresywni.

Innym mitem, trwającym od XVI do niemal wieku XIX, było poszukiwanie zagubionych miast Patagonii, z których najsłynniejszym było Miasto Cezarów. Mit ów napędzał rzesze poszukiwaczy – od żołnierzy i awanturników do braciszków zakonnych – wytrwale przemierzających, w stanie niemal zauroczenia, przestrzenie Patagonii. Wielu twierdziło, iż znalazło owo cudowne miasto, gdzie pospołu mieszkają ludzie o wyglądzie Europejczyków i giganci.

Wszystko zaczęło się od kapitana Francisco Cesara, który w 1529 roku przedsiębrał ekspedycję w głąb Argentyny, w kierunku zachodnim. Powrócił po półtora miesiąca z wiadomościami, że Inkowie opowiedzieli mu o wielkim skarbie i że znalazł w głębi Andów bogate miasto zbudowane ze złotych cegieł, a ramy okienne, zawiasy i zamki w drzwiach są z litego srebra. Kapitan nazwał miasto Ciudad de los Césares (Miasto Cezarów), mając na myśli inkaskich władców.

Ten pęd do znalezienia miasta Cezarów paradoksalnie spowodował zakładanie przez Hiszpanów, niejako po drodze, innych osiedli i miast w głębi kontynentu. I rozpowszechnianie różnych wersji legendy. Powiadano, że miasto zostało zbudowane przez przyrodniego brata Atahualpy, władcy Inków, który zdołał zbiec z masakry Pizzaro w Cusco. Nowa wersja wyłoniła się w 1540 roku, kiedy w cieśninie Magellana rozbił się statek z dwustoma ludźmi na pokładzie. W 1563 roku, dwie osoby z zaginionej załogi dotarły do Concepcion w Chile, opowiadając o swych przygodach i odnalezieniu miasta pełnego skarbów Inków. Potem w wieku XVII twierdzono, że część z uciekających Hiszpanów przed atakiem Mapuczów, z Valdivi, Osorno i innych miejsc, dotarła nad jezioro Puyehue, gdzie odnaleźli mityczne miasto. Jezioro Puyehue było miejscem straconym przez nas dwukrotnie – mogliśmy dojechać od strony argentyńskiej, gdy byliśmy za Villa La Angostura lub od strony chilijskiej – od Osorno. W obu przypadkach zabrakło czasu.

W końcu legenda dotarła do najbardziej fantastycznego punktu, gdy stwierdzono że miasta nie można odnaleźć, bowiem gdy tylko się doń zbliżyć “gęsta mgła natychmiast spowija krajobraz a rzeka gwałtownie przybiera. Odstępstwem od tej reguły jest Wielki Piątek, gdy z bardzo daleka można zobaczyć błyszczące kopuły i wieże ze złota i srebra”. U schyłku wieku XX, gdy znamienita ilość odkryć w kosmosie i gwałtowny rozwój techniki zawojował świat i poprzewracał ludziom w głowach, nadszedł czas powrotu starych mitów i legend łączonych czasem w najbardziej karkołomny sposób. Otóż powstało towarzystwo poszukiwawcze, które oznajmiło, ze w prowincji Rio Negro odnalazło starą fortecę, która zapewne stanowi jedną z łańcucha fortec Miasta Cezarów. Mało tego – oznajmili, że forteca została wybudowana przez zbiegłych z Europy Templariuszy, by ukryć święty kielich Graala. W możliwość ucieczki Templariuszy do Ameryki Południowej wierzy większa ilość osób. Jednak główną osnową tych niezliczonych legend, mitów i ekspedycji było nieustanne poszukiwanie Eldorado.

Ja je znalazłem i to dwukrotnie! – w 2011 i 2014, gdy z daleka, w zachodzącym słońcu złociły się szczyty Andów,

23

a lodowce porażały swym błękitem.

24

25

Dołem zalegała gęsta mgła, by z wolna zacząć snuć się leniwie ponad

27

i pomiędzy wszelkimi odcieniami zieleni, czerwieni, żółci i ochry, w konarach i pniach chłodnego, deszczowego lasu. Jedynego tego typu na tak odległych, południowych szerokościach geograficznych.

26

W innych miejscach przede mną rozpościerały się szmaragdowo-mleczne jeziora i wijące się, posrebrzane rzeki.

28

29

Wszystko w ramach dojmującej ciszy lub poszumu mocarnego wiatru. W przyjaznym zamknięciu – pod kopułą wielkiego nieba i na rozległej płaszczyźnie ziemi. Gigantyczny, rozchylony małż, w którego głębiach byłem jedynie drobnym ziarenkiem.

Od wieku XVIII rozwój nauki powyjaśniał, i to dokładnie, wiele zjawisk. Dziś wiemy, że Patagonia, którą przed sobą widzimy, to wytwór potęgi geologii, niezmierzonej siły oceanu, uporczywości wiatru (tu są przecież słynne, ryczące czterdziestki i sześćdziesiątki), działania lodu i żywej materii – roślin i zwierząt. Ostatnim elementem w tej układance jest człowiek. On teraz najbardziej odciska tam swoje piętno.

W miarę zagłębiania się w sztuczny, techniczny świat, mit coraz bardziej blaknie, płowieje, zanika. Staje się ciekawostką, echem starej kultury i dawnego sposobu podejścia do życia. Mit usadawia się teraz w nowej formie, niestety zazwyczaj w sferze sensacji, plotki i wymysłów. Nie bez powodu dziś, w potocznym rozumieniu, mit jest określeniem fałszywego przekonania o danej osobie lub wydarzeniu. Świat jest pełen narcystycznych mitomanów, którym przede wszystkim brakuje głębi i umiejętności wyartykułowania symbolicznego przesłania.

Bo mit rozwija się, w jakże ważnej, sferze myślenia symbolicznego, która sytuuje się blisko marzeń. Blisko zdziwienia i zaciekawienia światem. Gdy tego nie ma, zaczyna zanikać wielkość. Nie ma dążenia do tego, co Bohumil Hrabal pięknie nazwał “próbą bycia mistrzem świata”. W każdej, nawet najmniejszej dziedzinie, tej niepozornej i dotkliwie skromnej.

W Patagonii odsłania się przed nami nie tyle mit, co mistyczność krajobrazu. Jego magnetyczna siła, która uczy i wskazuje zarazem nasze miejsce w porządku rzeczy świata i Wszechświata. Bez przyswojenia sobie tej nauki stracimy racje bytu jako jeden z gatunków zasiedlających Ziemię. Tym bardziej, że po drugiej stronie jest realność, czyli konfrontacja mitu z rzeczywistością.

5. Mity współczesne  

Jest ich kilka. Pierwszy, że najlepiej wyprawić się do Patagonii latem, czyli pomiędzy grudniem a lutym, kiedy jest ciepło i na ogół sucho. Lecz nie dość, że w tamtym czasie jest sporo ludzi (w najbardziej popularnych miejscach hotele, schroniska czy cabañe są przepełnione) i ceny idą w górę (transport wraz z przelotami, restauracje, kwatery), to lata, zgodnie ze zmianą klimatu, są coraz cieplejsze i bardziej kapryśne. Często panują porywiste wiatry, czasem tak mocne, iż paraliżują przejazdy (szczególnie uciążliwe w przypadku roweru i motocykla), wypłynięcie na jakiś wodny akwen lub nawet uniemożliwiają piesze wycieczki, że już o wspinaczkach nie wspomnę. Wtedy stajemy się więźniami Patagonii i wszystko zależy od tego ile mamy czasu.

Zimą wiele szlaków jest zamkniętych, w tym niektóre parki, temperatura w okolicach podgórskich i w Andach znacznie spada. Dlatego najlepszym okresem są miesiące wiosenne (końcówka września, październik i listopad) i jesienne (marzec, kwiecień i początek maja). Jest o wiele mniej ludzi, ceny bardziej przystępne, żadnych trudności ze znalezieniem miejsca w tej wspaniałej, rozległej i zachwycająco pięknej krainie. Jesienią dochodzi oszałamiająca wręcz kolorystyka drzew i na ich tle lodowce, rzeki, jeziora, góry i wulkany, nabierają wyrazistszej barwy. Co z tego, że niekiedy spada nieco temperatura – jest wciąż do wytrzymania.

Tutaj dochodzimy do kolejnego mitu o którym już wspomniałem – która część Patagonii jest piękniejsza, bardziej atrakcyjna – chilijska czy argentyńska? Po obu stronach granicy jest mnóstwo fantastycznych miejsc. Zobaczenie pampy, wybrzeża atlantyckiego, lodowców, dolin andyjskich po obu stronach Andów, szlaków pomiędzy jeziorami i czynnych wulkanów, warte jest dłuższej ekspedycji. Na wpół dziko, na żywioł. Gdy ktoś ma zapędy profesjonalne, jak alpiniści, narciarze, żeglarze, kajakarze i wędrowcy piesi, znajdzie tam czego dusza i ciało zapragnie.

Patagonia to przede wszystkim łazikowanie, tylko wyprawy piesze. Kolejny mit. Tak, to jest raj dla chodzenia, tym bardziej, że nie ma jadowitych i bardzo groźnych zwierząt. Szlaki wokół Torres del Paine czy przy Fitz Roy i Cerro Torre należą do jednych z najsłynniejszych na świecie. Ale istnieje wiele innych możliwości – jazda konna, rower, kajaki morskie, rafting, łowienie ryb i safari wśród zwierząt. Widok z roku 2011 – strusia nandu kłusującego w głębokim śniegu – mam wciąż przed moimi zdumionymi oczami. Paręnaście minut spędzone w roku 2014 z jeleniami huemul, dzikimi zwierzętami, które pozwoliły mi się zbliżyć na wyciągnięcie ręki i tak mi zaufały, iż położyły się niedaleko mnie, jest nie do zapomnienia. Jak przejazd przez parujący las, miejscami w kopnym śniegu, czasem w strugach deszczu.

Samochód, samochód terenowy, pozwala wspaniale spenetrować Patagonię i jednocześnie może być miejscem dla bagażu, noclegu, zapasów jedzenia. To dodatkowo zaoszczędzone pieniądze. Lecz można Patagonię przemierzyć autobusami i busikami, w towarzystwie lokalesów i innych łazików.

Mit rosnących lodowców szczególnie pokutuje wśród tych, którzy tam nigdy nie byli lub akurat zobaczyli jeden, rosnący lodowiec (najczęściej Perito Moreno). W całej Patagonii tylko dwa lodowce przybierają i nie wiadomo dlaczego, bowiem jest to wbrew panującej tendencji topnienia, czasem nader szybkiego i wręcz gwałtownego. Dlatego w ostatnim dziesięcioleciu rozwija się ekoturystyka i ośrodki budowane niedaleko lodowców (niektóre są dostępne tylko od strony oceanu) używają w stu procentach zieloną energię.

6. Internet  

Najpierw zacytuje Stanisława Lema, który kiedyś napisał: Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów”.

Zapewne miał na myśli rozliczne komentarze na przeróżnych forach, głupawe filmy, głównie udowadniające liczne teorie spiskowe, domorosłych mędrców, którzy ze swadą i samozaparciem głoszą jedynie słuszne poglądy i cały ten chłam, który zamula ludziom głowy, szczególnie młodym. Tym bardziej, że nie mają jeszcze w pełni wyrobionej i ukształtowanej zdolności do selekcji. Natomiast szczerą naiwność i spore, niestety coraz większe, luki w wiedzy.

Moje pokolenie, choć oczywiście nie wszyscy, wyuczyło się selekcji przeważnie na podstawie książek, a także przy pomocy zgłębiania szeroko rozumianej kultury i poprzez dociekanie prawdy, bowiem komuna załgana była na potęgę. Ludzie nie twierdzili tak ochoczo jak dziś, że znają prawdę, jedyną prawdę i mają na nią monopol. Tak twierdziła jedyna, rządząca partia. Ludzie zdążali ku prawdzie i w procesie selekcji odłączali ziarna od plew. Pomagali nam w tym niektórzy nauczyciele, ale głównie rodzice.

Jestem głęboko wdzięczny moim rodzicom, przede wszystkim mojej Mamie, która zdołała poruszyć we mnie tyle strun, rezonujących w mym życiu do dzisiaj. Jestem wdzięczny za wyrobienie we mnie nawyku sięgania po encyklopedie, książki, mapy jeśli czegoś chciałem i chcę się dowiedzieć. W najmłodszych latach zbierałem znaczki i na ich podstawie uczyłem się geografii i historii, które od tamtego czasu, stały się moją pasją. To dzięki argentyńskiemu znaczkowi, po raz pierwszy w życiu, bodajże w wieku lat dziesięciu, samodzielnie odnalazłem magiczne słowo – Patagonia. Kiedy przygotowywałem się do wykładu o Patagonii, wygłoszonym w polskim konsulacie w Toronto, ów znaczek znalazłem w Internecie.

31. argentina oil well 1936

Z Internetu

Moje podejście do osławionego Google’a czy Wikipedii jest nader ostrożne i zasadzające się na wytrwałym porównywaniu różnych źródeł, zanim coś napiszę. Lecz i tak nie uniknąłem pewnych błędów, niekiedy merytorycznych.

Owo brodzenie po źródłach spowodowało, że opisywanie mojej wędrówki po Patagonii zajęło mi przeszło dwa lata. Również z powodu idei, która mi na tym blogu przyświecała – opisać podróż ogólnie, lecz zarazem tak szczegółowo, aby opis stał się rodzajem przewodnika dla chętnych. Dla tych, którzy dadzą się skusić mistyką i realnością Patagonii.

Niesamowitym dla mnie odkryciem a zarazem frajdą, oraz możliwością odnalezienia i uszczegółowienia wielu mych zdjęć, była sposobność odbycia tej samej podróży ponownie – na Google. Wystarczyło wejść na mapę danego miejsca, kliknąć w którąś z dróg i już za chwilę człowiek jechał, napotykając miejsca ze swoich zdjęć lub wspomnień zakonotowanych w, jakże często zawodnej i zwodnej, pamięci. Każdy z mych Szanownych Czytelników może tym sposobem odbyć – powtórzyć nasze szlaki. Dzięki wielu anonimowym, wspaniałym kronopiom, którzy przejechali te drogi z kamerą na dachu auta. Chwała im za to!

W tym miejscu chciałbym złożyć także podziękowania ludziom, którzy przyczynili się do zrealizowania mego marzenia. Przede wszystkim dzielnemu choć czasem nieobliczalnemu przyjacielowi – Sewerynowi (Krystynowi) Herwy, którego wytrwała jazda niosła nas przez wertepy i bezdroża Patagonii. Najbardziej godną podziwu jest jego odporność na długie dystanse i pasja do prowadzenia samochodu, szczególnie po krętych i stawiających wyzwanie drogach.

Z kolei, na przeciwległym u Niego biegunie, lokuje się pewien brak wyobraźni, świadomości, że na przykład przy szybkości 90 km/godzinę samochód w ciągu sekundy pokonuje 25 metrów, co przy chwilowym odwróceniu uwagi (że o przyśnięciu nie wspomnę) może przynieść tragiczne skutki. Lecz nad Sewerynem, podobnie jak nade mną, unosi się szczęśliwa gwiazda i prowadzi go przez życie. Był także dobrym kompanem w obu podróżach do Ameryki Południowej i nasza znajomość ze studiów dziennikarskich w Warszawie (1971-1973) przetrwała nie tylko próbę czasu, ale przerodziła się w trwałą przyjaźń. Tym bardziej, że w nieprzewidziany i zdumiewający sposób, zamieszkaliśmy w tym samym miejscu na Ziemi, stając się Torontończykami.

Bez Jolanty Morgenstern, od paru lat mojego duszka opiekuńczego podróży, nie byłoby tyle spokoju w załatwianiu spraw podróżnych, czyli rezerwacje biletów i wynajmowanie auta. Dodatkowo, Jola do spółki z Sewerynem, obdarowali mnie na urodziny przewodnikiem po Patagonii, który mi niezwykle pomógł w przygotowywaniu trasy, a także w jej trakcie.

30

Wielkie dzięki za serce i gościnność Asi i Claudiowi Alemany, którzy zarówno w roku 2011, jak i 2014, byli dla nas najważniejszymi osobami w Chile.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od lewej: Claudio, Asia i Seweryn

Kolejne podziękowania dla mego kumpla, nauczyciela z kanadyjskiej szkoły, Ukraińca Michaela Szepetyka, który popchnął mnie do ponownej podróży i dodatkowo zachęcił do wypadu na Antarktydę. A tam niespodziewanie znalazłem się na ukraińskiej stacji badawczej. I jak tu nie wierzyć w kierującą rękę Stwórcy, w ducha energii, która rządzi Wszechświatem i zapętla ścieżki pomiędzy różnymi ludźmi.

Serdeczne podziękowania wyrażam redakcji „Zwierciadła”, w osobie niezwykle cierpliwej i wytrwałej wobec mych pomysłów, braku dyscypliny i totalnej niezborności w sprawach technicznych, Pani Moniki Stachury, z którą omówiłem pomysł blogu, latem 2013 roku w Warszawie. Potem przejął mnie zespół młodszych współpracowników redakcji, przede wszystkim Pan Marcin Kozioł, który wykazał jeszcze większą cierpliwość, wobec mych okresowych zrywów w uzupełnianiu bloga.

 

„Jedynie dzieci wiedzą czego szukają”

„Mały Książę” A. de Saint-Exupéry

 

7. Tompkins

Myślałem, że zakończę Zapiski w błogim nastroju ogarniającej mnie szczęśliwości, z powodu zrealizowania marzenia, choć już od roku myślę, by pojechać znowu, tym razem przeżywając tam wszystkie cztery pory roku.

Lecz niespodziewanie, w trakcie przygotowywania wspomnianego powyżej wykładu w Toronto, poraziła mnie wiadomość – Doug Tompkins nie żyje.    

32.doug tomopkins2

Z Internetu

Pochłonęła go Patagonia, miejsce które tak ukochał. A przecież zapewne i tak tam dokończyłby swego żywota, bo kupił kawał ziemi z domem, przy parku Pumalin. Dotarłem tak blisko, zaledwie paręnaście kilometrów od jego domu, lecz musiałem zawrócić na ostatni prom. Nie wiem, czy bym go zastał, jednakże bardzo chciałem go zobaczyć i uściskać. O ile by na to pozwolił, bo był człowiekiem twardym i w pewien sposób nieufnym. To lekcja życia, to inni ludzie, którzy rzucali mu kłody pod nogi i nie znosili go, tym bardziej, że był bogaty i na wiele było go stać. I nieważne dla takich typów, że to bogactwo posłużyło we wspaniałym celu zachowania niemal dziewiczych obszarów Patagonii. Że jego postępowanie wykształciło zastępy młodych entuzjastów, ludzi przekonanych o ochronie środowiska i o jego ważności dla kolejnych pokoleń. Przede wszystkim młodych z Chile i Argentyny, także z innych krajów, którzy na ochotnika pracowali i pracują w urządzaniu narodowych parków Patagonii.

Przy końcu listopada 72-letni Tompkins, wraz z przyjaciółmi, zaplanował pięciodniową, 30 kilometrową wyprawę kajakami wzdłuż płn-zachodniego brzegu jeziora Carrera, by „jak za dawnych czasów być tam znowu i rozprostować trochę kości”. Jezioro Carrera, największe w Chile i czwarte w Argentynie (pow. 1850 km², 145 km długości, maksymalna głębia – 586 metrów) jest wąskie i rozczłonkowane i leży w strefie „ryczących czterdziestek”. To dlatego Tehuelche nazwali je Chelenko – Jezioro Burz. Ostre wiatry nie powtarzają się z regularnością, wszystko zależy od zmian, często nagłych, pogody. Jezioro jest zimne przez cały rok, nawet latem temperatura wynosi cztery stopnie Celsjusza. Można wtedy wykąpać się przy brzegu, na płyciznach, ale i tak spędzić w wodzie najwyżej 5-7 minut.

Piątego grudnia 2015 roku do jednego kajaka, z bardzo niskimi burtami, wsiedli Douglas Tompkins i 66-letni, legendarny wspinacz i działacz ochrony środowiska, Rick Ridgeway, który jako pierwszy Amerykanin wspiął się na K2 w Himalajach. W drugim i trzecim, pojedynczych kajakach, 29-letni Weston Boyles, ekolog od spraw rzecznych i 49-letni Laurence Alvarez-Ross, współwłaściciel i przewodnik organizacji „Ekspedycje BioBio”. W trzecim, podwójnym kajaku, równie legendarny, 54-letni Jib Ellison, rzeczny przewodnik i założyciel projektu RAFT, oraz przewodniczący firmy konsultingowej „Blue Skye”, wraz z 77-letnim Franko-Kanadyjczykiem osiadłym w USA, Yvon Chouinardem, założycielem słynnej firmy odzieżowej „Patagonia”. Jednym słowem wszyscy nadzwyczaj doświadczeni i wypróbowani w licznych trudach wspinaczki, kajakarstwa i raftingu. I być może to właśnie ich uśpiło i spowodowało zbytnią pewność siebie.

Nie dość, że nie powiadomili przed wyprawą odpowiednich władz w tym regionie Chile, to nie mieli stosownych ubrań – zamiast piankowego skafandra kurtki przeciwwiatrowe i nie przygotowali się na nagłe zmiany pogody w tym rejonie. Czwartego dnia, 8 grudnia, przy pięknej pogodzie, w ciemnoniebieskie wody jeziora, uderzył nagły wiatr. W parę minut fale osiągnęły trzy metry wysokości, wiatr dosłownie wyrywał wiosła z rąk. Kajak Tompkinsa i Ridgewaya przewrócił się i w żaden sposób nie można było postawić go na wodzie z powrotem.

33.tompkins wypadek

Miejsce wypadku –  mapka z Internetu

Obaj uczepili się kajaka, lecz wiatr zepchnął przewrócony kajak, około 200 metrów od skalistego brzegu. Wtedy zadecydowali płynąć do brzegu wpław. W międzyczasie pozostali wylądowali na skalistej wysepce, gdzie zostawili Chouinarda; Ellison i Alvarez wsiedli do podwójnego kajaka, Boyle do pojedynczego i ruszyli na pomoc. Pierwsi dotarli do Ridgweya, który uczepił się kajaka i doholowano go do brzegu. Spędził w zimnej wodzie około 40 minut i przeżył. Boyle dotarł do Tompkinsa i próbował go doholować do brzegu, lecz nie dawał rady. Sprowadzono pomoc w postaci helikoptera, który dotarł do obu, zrzucił linę i Boyle podtrzymując Douglasa powoli zbliżał się do skalistego brzegu gdzie, zanim go wyciągnięto z wody, został dodatkowo poobijany o skalisty brzeg. Prywatny helikopter nie miał specjalistycznego sprzętu ratowniczego. Po przeszło godzinie spędzonej w zimnej wodzie Tompkins stracił przytomność. Trójka kajakarzy poleciała helikopterem do Coyhaique, gdzie w szpitalu stwierdzono, że temperatura ciała Tompkinsa spadła do 19° Celsjusza. Po godzinie udało się lekarzom podnieść temperaturę jego ciała jedynie o parę stopni. O 18.30 nastąpił zgon.

Przeszedł mnie dreszcz, gdy w parę tygodni później, przeglądając filmik zrobiony podczas przejazdu wzdłuż południowego brzegu jeziora Carrera, odkryłem, że w pewnym momencie pojechałem aparatem w prawo, zdejmując przez boczne okno paro sekundowy fragment przeciwległego brzegu – akurat tam gdzie nastąpił później wypadek.

19 grudnia pilot awionetki przewiózł jego ciało do domu. Po drodze zrobił rundę honorową, co często czynił Tompkins swoim samolotem, wokół szczytu San Valentine (najwyższy w Patagonii – 4058m).

34

Został pochowany w trumnie z drzewa alerce, na małym cmentarzyku w Pumalin.

Pisałem o nim w odcinku z 31 marca, 2014 roku. Chciałbym przypomnieć kim był i co uczynił dla Patagonii.

Urodzony w Ohio w 1943 roku, od początku miał skłonność do stawania okoniem i buszowania na swobodzie, co między innymi doprowadziło do rzucenia szkoły.

W latach 1960-62 jego pasją stały się biegi narciarskie i wspinaczka (Colorado, góry w Europie i pierwsza wizyta w Ameryce Południowej). W 1964 roku bierze w San Francisco ślub z Susie Russell, pożycza z banku pięć tysięcy dolarów i zakłada firmę wysyłkową – „North Face” – ze sprzętem kempingowym i wysokogórskim. Tompkins wymyśla namiot kopułowy, który zawojowuje świat i w 1966 otwiera pierwszy sklep we Frisco, gdzie na inauguracje przygrywają „Grateful Dead”. W dwa lata później sprzedaje udziały w „North Face” i inwestuje w biznes żony pod nazwą „Esprit”.

W 1968 roku, wraz ze swym przyjacielem, Kanadyjskim Francuzem Yvon Chouinardem, organizuje ekspedycje autem wzdłuż wybrzeża Pacyfiku obu Ameryk, aby dotrzeć do szczytu Fitz Roy. Po drodze uprawiają surfing, zjazdy narciarskie ze zboczy wulkanów i po raz trzeci w dziejach wspinają się nową, południową drogą (zwaną od tego czasu wejściem kalifornijskim) na Roya. Powstaje film dokumentalny o tej wyprawie pt. „Góra Wichrów” i ich trasę powtarza, w 42 lata później, Jeff Johnson docierając do wulkanu Corcovado; tym razem film o jego ekspedycji nazywa się „180 stopni na południe czyli o zdobywaniu nieprzydatnych rzeczy”.

W następnych latach Tompkins włóczy się w Kalifornii, Afryce i Ameryce Południowej, wypróbowując swoje nowe pasje: kajakarstwo górskie i pilotaż samolotów terenowych. W 1987 roku „Esprit” osiąga dochód rzędu 100 milionów dolarów, współpracując z oddziałami w Hong Kongu i Niemczech (w latach 80-tych biznes operował w 60 krajach). Potem Tompkins powie: „sprzedawaliśmy ludziom niezliczone rzeczy, których kompletnie nie potrzebowali”.

W 1973 roku Chouinard zakłada firmę „Patagonia”. Od niego Douglas przejmuje pewne pomysły – na przykład niespodziewany wyjazd dla pracowników na wpółdzikie wakacje, na dwa lub nawet cztery tygodnie. Tu chciałbym przypomnieć bezkrytycznym wielbicielom Ameryki Północnej, że w obu krajach – USA i Kanadzie, ludzie mają przeważnie po 2-3 tygodnie wakacji. Obaj – Chouinard i Tompkins – do perfekcji doprowadzają styl, nazwany przez innych, MBA (Management by Being Absent) czyli zarządzanie przez nieobecność.

Z początkiem lat 80-tych Tompkinsowi wpadają w ręce dwie książki – Sessioinsa i Devalla „Pogłębiona ekologia: żyć uznając wartość przyrody” oraz prace norweskiego filozofa Arne Naessa. To było jak olśnienie i w 1989 roku Doug opuszcza biznes.

W rok później rozwodzi się, sprzedaje swoje udziały w Esprit żonie, za 125 mln dolarów plus 25% udziałów w Esprit na Dalekim Wschodzie. Uzyskane pieniądze zaczyna inwestować w przedsięwzięcia ekologiczne. Najpierw wspiera brytyjską organizację ochrony dzikich kotów, potem zakupuje kawał deszczowego lasu w Argentynie, który jest dziś parkiem El Pinalito. Powołuje fundację Deep Ecology i The Conservation Trust w celu ochrony naturalnych terenów w Chile i Argentynie.

Żeni się z Kristine McDivitt, która była dyrektorem generalnym w „Patagonii” Chouinarda i w 1994 roku osiadają w dzisiejszym parku Pumalin, kupując na wpół opuszczoną farmę w fiordzie Renihue. Od samego początku są jednakże problemy. Od plotek i pomówień po niechęć i otwartą wrogość.

Niektórzy oficerowie chilijscy sugerowali, że zagrożona jest suwerenność kraju, bo nie dość że Tompkins wykupuje tereny, to specjalnie osiadł blisko Argentyny. Dlatego utworzyli koło Pumalin nową bazę wojskową. Prawica także optowała za teorią zagrożenia suwerenności i przejawiała wrogość do gringo, na dokładkę z USA. Urzędnicy łączyli się w swej biurokratycznej niezborności z politycznymi paranoikami i zwolennikami teorii spiskowych twierdząc, że Doug chce wykupić cały granit w Patagonii, lub zagarnąć wodę, lub sprowadzić bizony (sic!) i wreszcie najwznioślejsza paranoja – chce utworzyć tutaj państwo syjonistyczne. Zapewne tę myśl podsunęła im obecność sporej liczby młodych turystów i łazików z Izraela w Ameryce Południowej. Ekstremiści twierdzą, że ekologia to radykalizm i niemal komunizm.

Wszelkie obawy i uprzedzenia doprowadziły w rezultacie do utworzenia posterunku carabineros w środku parku i jest to najbardziej wymarzona placówka w całym Chile. Policjanci nie mają nic do roboty, nałogowo grają w piłkę nożną, podpatrując świat przyrody oraz turystów.

Na lewicy stwierdzenie było krótkie i równie charakterystyczne – to na pewno współpracownik CIA. Skąd my to znamy? Znajome akcenty, prawda?

Tymczasem do roku 2000 Tompkinsowie zdołali nie tylko rozbudzić ruch ekologiczny w Chile i Argentynie pomagając organizacjom ekologicznym, ale również pozytywnie wpłynąć na rządy obu krajów. Do Patagonii zaczęli ściągać młodzi ludzie ze świata na czynne wakacje – poznając tę krainę jednocześnie na jej rzecz pracują. Tompkinsowie pobudzili także rozwój naturalnych farm produkujących miód, dżemy i jagody oraz stosujących ograniczoną hodowlę owiec. Najdobitniejszym przykładem złej hodowli jest dolina Chacabuco, kompletnie wyjedzona. Na szczęście jest już pod ochroną i w trakcie procesu rekultywacji.

W roku 2000 powstaje trust Conservacion Patagonica, w pięć lat później prezydent Chile, Ricardo Lagos, uznaje park Pumalin za sanktuarium przyrody i akceptuje utworzenie nowego praku – Corcovado. W tym czasie w Argentynie trust wykupuje 700 tysięcy hektarów, na których powstanie największy park narodowy Argentyny

W 2009 Tompkinsowie decydują o przekazaniu wszystkich zakupionych terenów dla ludzi w Chile i Argentynie. Stawiają warunki – rząd zaopiekuje się i będzie dbał o parki, które mają być dostępne dla ludzi (w tym turystów), z odpowiednio zorganizowaną infrastrukturą: kempingi, mini hotele, trasy piesze i rowerowe.

Od paru lat trust wydaje także książki i albumy na temat ekologii, parków i środowisk naturalnych Chile i Argentyny.

Problemy bynajmniej się nie skończyły. Główne pola batalii to przeciwdziałanie złej gospodarce przemysłu drzewnego, a przede wszystkim stawianiu tam i hydroelektrowni, w co zaangażowany jest kapitał z różnych krajów, głównie Italii i Hiszpanii. Nowym problemem są olbrzymie hodowle łososi we fiordach, które zmieniają środowisko i prowadzą do pustynnienia wodnych obszarów.

Tompkins nie należał do łatwych ludzi. Szybko zmienił sposób postępowania, z przekonywania i perswazji, na czynną akcję. Z jednej strony działał konkretnie w Patagonii, pokazując co można osiągnąć przy pomocy właściwie zainwestowanych pieniędzy i jakim można być milionerem – z rozsądkiem i wrażliwością. Z drugiej strony mocno krytykował Greenpeace, za zbiurokratyzowanie i siedzenie za biurkiem wielu jego działaczy, w głównej kwaterze w Londynie. Czynnie zwalczał japońską flotę wielorybniczą, biorąc udział w akcjach przeciw japońskim wielorybnikom na morzu.

Na pytanie dlaczego tak mocno się zaangażował w ruch obrony i ochrony środowiska powiedział: „Jak wielu myślących ludzi, zauważyłem że zróżnicowanie biologiczne i ekosystemy wokół nas podupadają. No to zakasałem rękawy i zabrałem się wraz z innymi za pracę. Nie mamy wyboru – w innym przypadku pozostaje tylko ucałować naszą piękną planetę i powiedzieć jej  ‚do widzenia’ „.

35. tompkinsowie

Z Internetu

Tompkinsowie do roku 2014, w obu krajach, zakupili 2,2 mln akrów ziemi. Powstało 10 parków, dwa są obecnie w budowie. W roku 2017 powstanie następny rezerwat zwany Parque Patagonia, o powierzchni 200 tysięcy akrów.

36.Tompkins legacy

Mapka z Internnetu

Na koniec polecam film, zawierający parę rozmów z nimi. [https://www.youtube.com/watch?v=ryasKmNBJEc]

8. Liczby     

Nissankiem( Nissan X -Trail 4WD) przejechaliśmy z Punta Arenas do rzeki Maule, 11 137 kilometrów. Dojazd stamtąd do Santiago i cztery dni jeżdżenia po stolicy dobiły w sumie do 13 123,7 kilometrów (spisane z licznika przy oddawaniu auta w Alamo). Wynajęcie auta (opłata na pół) – 7.600 dolarów US. Zużycie benzyny 9.7 do 9.9 na 100 km.

W Nissanie można było spać bez problemu. Ale nie jest to możliwe dla Seweryna. Musiałyby być nadzwyczajne okoliczności, jak wtedy, w pierwszym aucie w Argentynie, gdy dobiliśmy na kwaterę około 4 rano i nie chcąc budzić gospodarzy przespaliśmy trzy godziny, w o wiele mniejszym Chevrolecie.

Na całej trasie, około 5 tysięcy kilometrów przejechaliśmy po drogach szutrowych, poszły dwie opony – jedna przebita i zreperowana, druga w strzępach i wymienione koło. Za te nowe koło, przez nas zakupione, Alamo zwróciło pieniądze. Przy okazji dowiedzieliśmy się, iż nasz kontrakt na wynajęcie auta nie przewidywał jazdy po drogach żwirowych. Oczywiście go nie przeczytaliśmy zniechęceni drobnym drukiem i objętością, a ponadto jesteśmy nieodrodnymi Polakami. Bo Polacy znani są z tego że nie czytają instrukcji, kontraktów i tym podobnych papierów. My lubimy improwizację i po swojemu. I ma to zarówno dobre jak i złe strony.  

Przygód związanych z jazdą było bez liku, w tym najwspanialsza i potencjalnie najgroźniejsza – przejazd nocą w ulewnym deszczu od przystani Rio Bravo do Villa O’Higgins.

Teraz doliczmy pierwszą trasę – z Trelew do Ushuaia plus jeżdżenie po jej okolicach – 3458 kilometrów (koszt – 1834 dolarów US na pół). W sumie, od 12 lutego do 27 kwietnia, przejechaliśmy po Patagonii 14 595 kilometrów.

9. Tak widzę jak czuję, tak czuję jak widzę…    

Co widzę? Ścieżki Patagonii. A co czuję? Tęsknotę. Nie dojmującą, raczej nostalgiczną. Tykanie w mym wnętrzu, jak krople upływu czasu. Jak rytm Ziemi i ziemi po której idę. Teraz już rzadziej i wolniej. Dlatego zaczyna dojrzewać we mnie bunt – przeciwko sobie. Wiem, że czasu nie pokonam, ale mogę nieco przekonać siebie do zmiany. Do wysiłku. Do kolejnej próby. Dalszej nauki. Dalszego pojmowania świata.

Spotykałem ostatnimi czasy osoby, które na me podróże prowadzone od 15 lat, reagowały podejrzliwie, doszukując się wszelkich innych przyczyn poza tą najważniejszą – że lubię. Że w przestrzeni, naznaczonej pięknem i wysiłkiem moim, odżywam. Niemal jak ten biblijny Samson. Im jestem starszy, tym mniej znoszę wielkie miasto. Nawet jak mam w nim oazy spokoju i odbudowywania energii. Ale czy się aby nie mylę? Nigdy nie znosiłem dużego miasta, ponadto okraszonego WIELCE DUŻYMI LUDŹMI. BARDZO WAŻNYMI. BARDZO UROCZYSTYMI. BARDZO PEWNYMI SIEBIE I SWYCH RACJI. Są jednak wśród nich tacy, którzy instynktownie tęsknią i jak tylko mają sposobność uciekają, co bynajmniej nie jest ucieczką. Często odszukiwaniem siebie, przez parę miesięcy zasypanego, stłamszonego. Inni decydują zmienić swoje życie i osiąść gdzieś na stałe. Co uczynił Tompkins.

Są też tacy, którzy podróżują i wygłaszają nieco zadziwiające sądy. Jak Tomek Michniewicz: ” Podróże są świetnym sposobem na ucieczkę od życia, ale średnim na życie”. Ejże, czyżby? Życie jest podróżą – to raz. Sporo ludzi ucieka od życia nie ruszając się z miejsca – to dwa. Może miał na myśli rozstanie i wynikającą stąd odpowiedzialność wobec bliskich, wobec rodziny? Na innym biegunie człowiek wykazujący się aroganckim traktowaniem miejsc i częstą impertynencją w stosunku do Innych – Wojciech Cejrowski. Nieraz jego oceny niewiele się różnią od tych wygłaszanych zza biurka. W Kaczym Dole lub Białymstoku.

Parę tygodni temu napotkałem tekst filozofa, Jarka Makowskiego. Pozwolę sobie obszernie go zacytować, bo to bliskie mi credo.

Podróż, o której słów kilka tu powiem, nie jest niewinna. Bo podróż to przecież nieznane. Nie wiesz, co dokładnie zobaczysz, choć się do wyjazdu przygotowałeś, studiując przewodniki. Nie wiesz, co zjesz, co usłyszysz, co poczujesz, a co ostatecznie sprawi, że owe nowe smaki, dźwięki i uczucia będą ci się śniły po nocach, kusząc, byś znów czym prędzej wrócił na szlak. Nie wiesz w końcu, kogo spotkasz, z kim wymienisz się spojrzeniem, a z kim spędzisz noc w barze, rozmawiając o sprawach boskich i ludzkich, z naciskiem na ludzkie. Podróż to eksplozja uczuć, jakie przeżywasz. A jak mawiał Epikur, uczucia są miarą prawdy. Można dyskutować z argumentami, ale z uczuciami, jakie w sobie nosimy, dyskutować niepodobna.(…)

W podróż wpisany jest powrót. Do domu. Do owego stałego portu, gdzie zawsze czeka na Ciebie to, co znane, co Twoje, co daje Ci poczucie bezpieczeństwa. Ale to wtedy, po powrocie, gdy już siadasz w wygodnym fotelu, gdy rozkoszujesz się winem, wspominając podróż, nawiedza Cię przygnębienie. Ba, może nawet depresja. Otóż powracając z podróży, zdajesz sobie sprawę, że życia nie starcza, jak mówi włoski pisarz Antonio Tabucchi w „Podróżach i innych podróżach”. Że życia nigdy dość, gdy zakosztujesz uroków podróży. Bo w tej chwili dociera do Ciebie ta brutalna prawda, że życie, jakie żyjemy, nasze życie, nabiera smaku i zapachu tylko wtedy, gdy jesteśmy w podróży.

Życie więc, jakim żyjemy, jest na podobieństwo podróży. Gdy tylko się zatrzymujemy, gdy się zadamawiamy, zasiedlamy, przestajemy żyć naprawdę. Stajemy się, ale żywymi trupami. Życie traci smak. Tylko ten, kto podróżuje, żyje podwójnie.

Jaki cel zatem winna mieć podróż? Ano taki, by nigdy do celu nie dotrzeć. Celem bowiem, jedynym i ostatecznym, jest sama podróż.”