Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

9 lipca Sydney Forks – twierdza Louisburg – Sydney Forks

Rano miłe pogawędki z Niemką, która zaserwowała nam dobre śniadanie. Po dziewiątej wyjeżdżamy do twierdzy w Louisbourgu.

Twierdza jest mym kolejnym, wieloletnim marzeniem – by ją zobaczyć z bliska, zanurzyć się w jej dawny nastrój. W Toronto, sam nie wiem dlaczego, powróciłem do starej pasji zbierania znaczków. Pasji zupełnie nie pasującej do tych „nowych czasów”, bo ani z kim znaczków wymienić, ani o nich pogadać lubo się pochwalić swym zbiorem. I wpadł mi w ręce znaczek kanadyjski, tak fascynujący, że jak za chłopięcych lat oglądałem go pod lupą. Na długim, perforowanym bloku widnieje twierdza w Louisbourgu.

Dalej mgliście, ale na szczęście nie pada

i o dziesiątej pierwszy znak zbliżający ku marzeniu.

Francuskie lilie królewskie przy drodze 22

i za chwilę znajdujemy się w zasięgu ostrzału armaty,

symbolu przeniesienia europejskiego konfliktu na tutejszy kontynent, konfliktu nie liczącego się oczywiście z obecnością jego rdzennych mieszkańców. Najpierw skręcamy w boczną drogę – Havenside, by dotrzeć do miejsca wybudowania pierwszej latarni morskiej w Kanadzie i drugiej w Ameryce Północnej. Zaczęto ją w 1730 roku i ukończono w cztery lata później. Do oświetlenia, widocznego na odległość 33 kilometrów, używano oleju z wątroby dorsza. Latarnia spłonęła i ją odbudowano, ale podczas oblężenia leżącej niemal naprzeciw niej twierdzy, Anglicy usytuowali tu ufortyfikowaną baterię dział, której umocnienia zdemontowali po ostatecznym zajęciu Louisbourga.

W 1842 roku postawiono drewnianą latarnię; w kamiennej podstawie było mieszkanie latarnika. W 1922 roku latarnie zniszczył pożar, w rok później znów ją odbudowano i latarnik mieszkał koło niej do roku 1990. Od tamtego czasu działa oświetlenie automatyczne.

Za rybacką osadą Havenside,

przy cyplu Scotts mała przystań z motorową łodzią i klatkami na homary.

Kawałek dalej domek z typowym kamiennym kominem, w stylu jaki już zoczyłem w Quebecu, i piracką flagą.

Zakręcamy na zamglonym półwyspie, z odzywającym się gdzieś buczkiem przeciwmgielnym i od razu odniesienie do sopockich czasów. Podczas mgieł jesiennych dobiegał, ku mojemu domowi na górnym tarasie miasta, monotonny dźwięk przeciwmgielnych sygnałów z zatoki Gdańskiej. Mój las stał otulony woalem mgły, tak samo wyglądała ulica z nawisłymi, wielkimi kroplami na gałęziach bezlistnych lip. Oddychało się gęstym powietrzem, które tłumiło dźwięk i oblepiało ubranie. Czasem na kobiecych włosach osiadały malutkie kropelki i dziewczyny wyglądały jak księżniczki z bajek. Latarnia majaczyła we mgle na wzgórzu,

niedaleko parkingu huczał ocean. Potęga żywiołu zawsze mnie pociąga i fascynuje. Dlatego najpierw udałem się ku rozpadlinie na brzegu oceanu, gdzie z sykiem, szumem i hukiem wdzierała się fala za falą.

W miejscach wyrównanych, z łagodnymi zatoczkami, rozlegał się grzechot żwiru wleczonego cofającą się falą.

Poszedłem na wzgórek do podnóża latarni,

lecz potęga żywiołu przyciągnęła mnie ponownie i z brzegu skręciłem krótki film.

Zawróciliśmy do miasta

objeżdżając zatokę Louisbourg Harbour, z leżącymi u wejścia do niej paroma wysepkami,

które niegdyś miały ułatwiać kontrolę całego akwenu.

Zdjęcie z Internetu

Dojechaliśmy do centrum informacji,

zaparkowaliśmy i przejrzałem mapę okolicy.

Postanowiłem pójść do twierdzy piechotą, wzdłuż głównej drogi – Kennington Cove Rd., ale była zbyt hałaśliwa, a nadto trafiliśmy przypadkiem na szlak spacerowy – Old Town Trail,

który przebiega poprzez dawne tereny osadnictwa francuskiego. Zaczęło się z początkiem XVIII wieku i szybko rozwijało, bowiem Louisbourg stał się głównym, francuskim centrum handlu i podstawową bazą militarną na północnym Atlantyku. Przed zajęciem Louisbourga mieszkało tu tysiące ludzi, lecz zostali w przeważającej liczbie deportowani i na ich miejscu osiedli Szkoci i Irlandczycy, którzy podobnie jak przedtem Francuzi, zajęli się głównie połowami dorsza. Gdy w roku 1920 rząd Kanady postanowił, że twierdza i jej okolice staną się zabytkowym miejscem historycznym, do roku 1960 wysiedlono z okolic ruin twierdzy i starego miasta 81 rodzin. Niektóre były tak zdesperowane, że przewiozły swój dom na specjalnej lorze w nowe miejsce, gdzie obecnie jest ulokowane miasteczko Louisbourg (1023 mieszkańców).

Z początkiem wieku XX nastąpił gwałtowny rozwój gospodarczy okolic, z powodu otwarcia kopalń węgla i wybudowania linii kolejowej. Port stał się transatlantycką przystanią przeładunku węgla, powstały hotele i sklepy, a w 1913 roku postawiono stację przekaźnikową Marconiego,

wzmacniającą główną stację przekazu przez Atlantyk w Glace Bay, leżącym 50 kilometrów dalej na północy Cape Breton. W 1901 roku Louisbourg otrzymał prawa miejskie. My zagłębiliśmy się w dawne tereny Starego Miasta, gdzie można natrafić na resztki niegdysiejszych ogrodów i stary cmentarz, ale jest to głównie królestwo bujnej roślinności,

czasem o przedziwnych kształtach,

znaczonej strumieniami

i stawami,

nad którymi pomykają z charakterystycznym wizgiem stada zwinnych jaskółek.

Droga stawała się coraz bardziej skomplikowana, twierdza schowana za zasłoną mgły, a dostojne, emeryckie fotele wprost zachęcały do spoczęcia.

Jednakże z rozmieszczonych map na trasie zorientowałem się, że tą drogą do twierdzy nie dotrzemy.

Zawróciliśmy inną ścieżką i zaszliśmy na chwilę do małego muzeum. Pośród eksponatów codziennego użytku

widniały plansze poglądowe dotyczące początków historii twierdzy,

zorganizowania jej i miasteczka, omówienie struktury społecznej wraz z hierarchiami,

plansze z różnorakim uzbrojeniem, odnaleziona, zniszczona podczas oblężenia, armata

oraz przejęty przez Anglików moździerz,

który był przez nich użyty w dalszych działaniach bojowych. Ważył przeszło dwie tony i spoczywał na podstawie o wadze 2,5 tony; pociski eksplodujące ważyły 75 kg i miały zasięg do 1400 metrów. Mimo dwunastu sztuk francuskich moździerzy, Anglicy w drugim oblężeniu twierdzę zdobyli. Stworzyło to możliwość swobodnego penetrowania zatoki Św. Wawrzyńca i później ułatwiło zdobycie Quebecu.

Epitafium dla twierdzy jest anonimowy cytat jednego z francuskich mieszkańców – „Użyteczność Louisbourga dla nas jest tak wielka, że Francja winna poświęcić wszystko, by odzyskać ją z rąk Anglików”.

Budowę twierdzy zapoczątkował Ludwik XIV, najdłużej panujący monarcha, Król-Słońce, władca absolutny, okrutnik odwołujący edykt nantejski. Zamiłowanie do przepychu doprowadziło do powstania Wersalu, a skłonności do licznych wojen dodatkowo wyczerpały skarb państwa i zapoczątkowały upadek gospodarczy i społeczny państwa. Ludwik XV przejął styl swego poprzednika i oświadczył, że twierdza ma być tak wyniosła, aby mógł zobaczyć jej mury z okna wersalskiego pałacu. Po 24 latach, przy wielkich wydatkach, twierdzę ukończono, twierdząc, że jest nie do zdobycia. Jednakże nie uzbrojono jej jak należy, bo zabrakło już pieniędzy. Potem liczne wojny doprowadziły do utraty francuskich kolonii w Ameryce Północnej, a po pewnym ożywieniu gospodarczym Francja znów pogrążyła się w kryzysie, mającym swą kulminację w wybuchu Rewolucji Francuskiej.

Opuściliśmy muzeum i poszliśmy wzdłuż drogi Kennington, mijając wjazd na groblę prowadzącą do twierdzy, która nagle wyłoniła się z mgieł.

Nie wiem co mnie podkusiło, aby pójść do wejścia numer 2, skąd uprzejmy strażnik nas zawrócił i skierował właśnie do wjazdu na groblę. Niedaleko niej mały staw z jeszcze mniejszą wysepką na środku.

Jakiś ptak z zapałem wyśpiewywał swoje trele,

a my mieliśmy kolejny spacer, tym razem przez groblę.

Minęło już południe i zaczęło się wyraźnie przejaśniać.

Z boku pojawiły się siewki drobiąc szybko po plaży.

Króciutki film z widokiem zarysów twierdzy

i potem kolejne zdjęcia, bo fascynacja rosła z każdym krokiem, 

w miarę zbliżania się do głównej bramy,

jednej z trzech bram lądowych. Na jej przedpolu „francuski żołnierz”, czyli przebieraniec na potrzeby turystów.

Drewniany pomost, gdzie zapewne dawniej był most zwodzony, nad wejściem herb z burbońskimi liliami. Brama nosi nazwę Dauphin i była strzeżona 24 godziny, przez 30 żołnierzy pod kierunkiem oficera.

Jak wspomniałem twierdzę budowano długo i fortyfikowanie zakończono przed pierwszym oblężeniem.

Zdjęcie z Internetu

Społeczność Louisbourga wzbogacała się głównie na połowach dorsza, którego suszono (najpierw solono, potem suszono na lokalnych, kamienistych plażach) i eksportowano. Inne towary importowano z Francji i pośredniczono w handlu z Quebec’iem, Indiami Zachodnimi i Nową Anglią. Port był szczególnie ożywiony w okresie kwiecień- sierpień,

Zdjęcie z Internetu

gdy nie zagrażały sztormy i zlodzenia. Zaciekła konkurencja w Europie pomiędzy Francją i Anglią przeniosła się na amerykański kontynent. Pierwszy atak nastąpił w 1745 roku z terytorium Nowej Anglii. Po 46 dniach oblężenia twierdza padła, lecz w trzy lata później, po układzie pokojowym w Aix-la-Chapelle, zwrócono ją Francuzom. Nie na długo, bo wkrótce wybuchł następny konflikt – Wojna Siedmioletnia. W 1758, Francuzi pozbawieni ochrony swej floty, ponownie nie zdołali się obronić. Angielski generał James Wolfe, ten sam który zginął potem na Równinach Abrahama podczas zdobywania Quebecu, zaatakował Louisbourg od strony morza i lądu, wysadzając parę kilometrów na zachód desant lądowy (13 100 żołnierzy) wspomagany przez 14 tysięcy marynarzy na 150 okrętach. Miejsce desantu jest zwane dzisiaj Wolfe’s Landing i oznaczone skromnym monumentem.

Zdjęcie z Internetu

Po siedmiu tygodniach oblężenia twierdzę zdobyto i niemal zrównano z ziemią.

Zdjęcie z Internetu

W następnych dziesięcioleciach ruiny porosły trawą i krzakami i do początków XX wieku nikt się nimi zbytnio nie interesował. W 1903 roku oficer marynarki, kapitan David Kennelly założył fundację w celu ochrony ruin twierdzy i miasta. Jeden z senatorów kanadyjskich, J.McLennan, poparł fundację i otwarto małe muzeum, a w 1920 roku rząd federalny rozpoczął tworzenie narodowego parku historycznego i zaczął z tych terenów wysiedlać ludzi. W 1961 roku rząd zdecydował się na odbudowę twierdzy. Decyzji nie tylko przyświecało zachowanie zabytkowego miejsca; równie ważne były dwa elementy. Premierem w tym czasie był człowiek z prowincji preriowych – John Diefenbaker, który zdawał sobie sprawę z panujących nastrojów wśród Frankofonów w Quebecu. Mogło to być odczytane jako gest w ich stronę. Drugi element jak najbardziej prozaiczny – możliwość zatrudnienia przy odbudowie dla bezrobotnych, głównie górników. A w dalszej perspektywie stałe miejsca pracy w branży turystycznej.

Na ten cel rząd federalny wyasygnował 26 milionów CAD. Rekonstrukcja obejmowała jedną-czwartą dawnego miasta i fortyfikacji. Plany przestrzenne miały być zgodne z wyglądem tego miejsca sprzed roku 1744, sprzed pierwszego oblężenia.

Zdjęcie z Internetu

Prace, nad największą w Ameryce Północnej rekonstrukcją historyczną, rozpoczęły się w 1963 roku, z zamiarem ukończenia na stulecie Kanady, w 1967 roku. Jednakże skompletowanie wszystkiego co zamierzano zajęło dwie dekady. Prace wymagały szerokiego wglądu do archiwów w Ameryce Północnej i Europie, przede wszystkim we Francji. Zgromadzono 750 tysięcy stron dokumentów oraz przeszło 500 map i planów. Pod kierunkiem pierwszego szefa robót, John Lunn’a (lata 1963-1975), którego wizje i konsekwencja w dążeniu do autentyczności, wyznaczyły na lata zakres prac nad zrujnowanym miastem i twierdzą,

Zdjęcie z Internetu

archeolodzy odsłonili teren (w sumie 22 km² lądu i morskiego brzegu), znajdując 5.5 miliona różnych przedmiotów, stanowiących dziś potężną kolekcję w muzeum i w budynkach wewnątrz granic twierdzy. Pod kierunkiem historyków i konserwatorów zabytków, zrekonstruowano 25% ufortyfikowanego miasta, co udało się między innymi dlatego, że nad owym starym, kolonialnym miastem, nigdy nie nadbudowano później nowego.

Oczywiście nie obyło się bez konfliktów (najwięcej wątpliwości budziło wysiedlenie dotychczasowych mieszkańców) i poszukiwań metodą prób i błędów, bowiem nie zawsze słuchano archeologów. Wiele prac inżynieryjnych, a potem dokumentacyjnych (wyposażenie budynków, stroje, mundury, itp.), stanowiło nowość i wykształciło na miejscu specjalistów, od murarzy poczynając na krawcach kostiumów historycznych kończąc. W pracach pomagali również studenci i liczna grupa wolontariuszy. Odbudowano według starych wzorów, lecz przy użyciu nowoczesnych materiałów,

Zdjęcie z Internetu

60 budynków i dwa bastiony. Niemal wszystkie budynki są w miejscach ich oryginalnego ulokowania i sporo z nich wspiera się na oryginalnych fundamentach, całkowicie lub częściowo. Po dwóch, pierwszych latach prac, wyłoniły się granice budowy wraz z drogami dojazdowymi.

Zdjęcie z Internetu

Pozostawiono około tysiąca zidentyfikowanych, lecz nieodsłoniętych miejsc archeologicznych, na obszarze 16 tysięcy akrów. Dziś twierdza i miasteczko wyglądają z lotu ptaka jak nienadgryzione zębem czasu.

Zdjęcie z Internetu

Teraz zapraszam naszymi śladami przechadzki po twierdzy, co zajęło nam około dwóch godzin. Na lewo od bramy Dauphine było pomieszczenie dla oficera, na prawo dla żołnierzy. Na końcu obu pomieszczeń drewniane latryny, z których fekalia lądowały w morzu.

Idziemy dalej

wchodząc na starannie utrzymane ulice

i dochodzimy do ozdobnej bramy Frederic, nazwanej na cześć królewskiego ministra zarządzającego francuskimi koloniami i wojenną flotą. Od strony morza ku bramie prowadził wąski pomost, którym przechodzili do twierdzy ludzie oraz transportowano towary. Większość dużych statków i okrętów stała na redzie i do lądu zmierzano łodziami. Za bramą, po przeciwnej stronie, były wielkie magazyny, oberże i tawerny, domy i mniejsze magazyny kupców. Przy bramie ogłaszano publiczne zarządzenia, organizowano aukcje i karano kryminalistów.

Nad jej łukiem herby Burbonów i inskrypcja o ufundowaniu bramy za czasów Ludwika XV.

Na chwilę zapuszczamy się na jeden z dziedzińców,

mijając po przeciwnej stronie mur z blankami naszpikowany armatami.

Idąc główną ulicą dochodzimy do piętrowego hotelu – “Hotel de la Marine”, za nim parterowa gospoda “L’Epée Royale”.

Gospoda, prowadzona w dawnych czasach przez Jean Seigneur’a, była znana z wygórowanych cen jedzenia i alkoholi (głównie wina i brandy), przez co z reguły gościła elitę – bogatych kupców i kapitanów marynarki. Hotel z kolei bardzo szybko przemienił się w tawernę dla przeróżnych pracowników z warstw niższych, żołnierzy i marynarzy oraz stał się jednym z centrów ówczesnej rozrywki (popularne były kabarety) i życia towarzyskiego. W tawernie serwowano lokalnie wypiekany chleb, piwo warzone z gałązek i zawiązków świerka, różne mięsa (wieprzowinę i drób) usmaczniane przyprawami, głównie pieprzem i goździkami hodowanymi w ogródkach na tyłach kuchni. Masło, sery i rum były importowane. Co ciekawe goście przychodzili z nożami kieszonkowymi, bowiem do posiłku otrzymywali tylko łyżki. W piątki i soboty nie podawano dań mięsnych, lecz ryb i owoców morza było pod dostatkiem. Zgodnie z prawem, podczas mszy nie był dostępny alkohol.

Do dziś zachowano dawną nazwę, która czasem myli turystów przekonanych, że jest to hotel.

Znów działa tu sezonowa tawerna, serwująca dania imitujące potrawy z wieku XVIII, oparte na starych przepisach (grochówka, mięso zapiekane w cieście, ryby). Kelnerki i kelnerzy ubrani są w stroje tamtej epoki. Ceny całkiem przyzwoite – od 4 do maksymalnie 14 CAD (plus podatek- 13%). Dla chętnych są jednakże możliwości noclegu. Pierwszy jest oferowany w starym budynku niedaleko przystani – Lartigue House, tylko dla jednej lub 4 osób (dwa duże łoża, mała lodówka, dzbanek do kawy, mikrofalówka i miejsce na ognisko na zewnątrz),120 CAD za noc plus osobna opłata za drewno na ognisko. Rezerwacja zaczyna się od kwietnia, na noclegi od 1 lipca do 30 września. [ 902-733-3552; fol.tourbookings@pc.gc.ca]Druga możliwość noclegu jest w dużych namiotach, na wewnętrznym dziedzińcu twierdzy, znów w XVIII-to wiecznym stylu, z matami do spania, piecykiem propanowym, odręcznymi latarniami i drewnem na ognisko. Nocleg dla czterech osób w namiocie kosztuje 70 CAD plus opłata za drewno na ognisko. Informacje można znaleźć tutaj https://www.pc.gc.ca/en/lhn-nhs/ns/louisbourg/activ/nuit-night.

Zajrzeliśmy do jednego z pomieszczeń

i zawróciliśmy ku morskiej bramie. Po prawej, wzdłuż drewnianych, zaskakująco niskich umocnień, co ileś metrów stojące beczki, naprzeciwko murowane, solidne, piętrowe domy. Za nimi i na wprost parterowe domy drewniane, niekiedy na podmurówkach. Były spowite mgłą niosącą się od oceanu.

Podszedłem do drewnianej palisady, która ponownie mnie zdumiała swoja kruchością, nie tylko w obliczu oblężenia, ale na przykład oceanicznego sztormu. Na narożniku kolejna, elegancka „wygódka”.

Powróciliśmy na główny trakt mijając dom, przed którym na zydlach siedziało dwóch osobników ze współczesnej załogi twierdzy i czyściło karabiny.

Zaczęło się myszkowanie po różnych kątach. Na łące przed domem zagroda dla owiec.

Z otwartych drzwi domku przylegającego do „hotelu” dobiegła nas muzyka. W środku dwóch muzykantów, jeden gra na gitarze i śpiewa po francusku.

Wchodzimy do dalszych pomieszczeń

i zdumiewa mnie staranność z jaką kiedyś przeniesiono tutaj, w ten wciąż dziki zakątek Ameryki, XVIII-to wieczną Francję, jej smak i atmosferę.

Bo to nie tylko muzealna wystawa,

ale wierne odtworzenie tamtego stylu życia warstw wyższych – oficerów

i komendanta twierdzy.

W jednej izbie na ścianie nazwisko kapitana armii, Julian Fizel’a. Był bogatym posiadaczem ziemskim, włącznie z przystanią rybacką w pobliskim Foxbourg, właścicielem dobrze prosperującej gospody, dodatkowo trudniącym się zakupem i sprzedażą statków.

Zginął tragicznie, zastrzelony przez młodego francuskiego żołnierza, który w panice wziął go za angielskiego szpiega.

Za kolejnym rogiem geometria budynków – drewno i kamień pokryte kożuchem porostów, pleniących się tu bujnie w oceanicznej wilgoci.

Ciąg domów z nazwami właścicieli – wybudowany w 1731 roku dom rodziny Loppinot,

żonatego oficera z ósemką dzieci i dwójką murzyńskich niewolników (matka z synem). W 1755 roku Loppinot uwolnili matkę (syn zmarł cztery lata wcześniej), która stała się pierwszą, czarną kobietą, prowadzącą biznes na terytorium przyszłej Kanady. Marie Marguerite Rose wyszła za mąż za Indianina Mikmak, Jean Baptist Laurent’a (oczywiście oboje mieli zmienione wcześniej imiona i nazwiska na modłę francuską) i wspólnie prowadzili małą oberżę. W roku 2008 rząd kanadyjski nominował ją Osobą o Narodowym Historycznym Znaczeniu (Person of National Historic Significance). Dom skojarzył mi się ze starymi, poniemieckimi domami w Sopocie i górzystych dzielnicach Gdańska-Wrzeszcza, bo ma drewniane okiennice.

Tym bardziej, że ma ten sam numer, 27, jaki miałem w Sopocie przy ulicy Mickiewicza. W następnym domostwie zaglądamy najpierw do piwnicy, gdzie spory zapas drewnianych płytek na dach (gonty).

Całe domostwo, włącznie z częściami gospodarskimi, w odróżnieniu od murowanego domu oficera drewniane.

Był w posiadaniu akadyjskiego stolarza Dugas’a, który żył tu z żoną i dziewięciorgiem dzieci. Jedna z córek, Jeanne, urodzona w 1731 roku, ma typowy życiorys akadyjski z tamtego czasu: po oblężeniu uwięziona, kilka razy deportowana i piętnaście razy zmuszana przez Anglików do porzucenia swego miejsca. Z mężem i paroma innymi rodzinami zakłada istniejącą do dziś wioskę Cheticamp, przez którą wczoraj przejeżdżaliśmy.

Wychodzimy na zewnątrz i o mało nie przydeptuję małego szpaka, który wypadł z gniazda i ma chyba złamaną nóżkę.

Zastanawiam się co z nim zrobić i delikatnie usuwam go z drogi na trawę, koło ogródka na tyłach restauracji gdzie, tak jak drzewiej bywało, rosną warzywa i roślinne przyprawy.

Przy okazji zaglądamy do obszernego magazynu na jednej z głównych ulic.

Wspinamy się na małe wzniesienie, skąd rozleglejszy widok na obszar twierdzy.

Schodząc spotykamy dumnie kolebiące się gęsi.

Zanim wejdę na obszar baraków wojskowych, z obszernym dziedzińcem wewnątrz, chciałbym wejść na pobliski wał i spojrzeć na narożny bastion. Seweryn pójdzie ku bramie prowadzącej do baraków i tam na mnie zaczeka.

Fotografuje bastion na tle mglistego krajobrazu,

za parę minut jestem przy bramie, lecz Seweryn zniknął.

Idę w kierunku baraków Królewskiego Bastionu,

z wysmukłą wieżą i kolejną bramą, z której wysypują się żołnierze-przebierańcy w towarzystwie rozbawionej turystki.

Nad bramą bliźniaczy motyw burbońskich lilii.

Z korytarza wchodzę na lewo, do kaplicy, której jasne ściany mocno kontrastują z innymi pomieszczeniami.

Nad ołtarzem portret Świętego Ludwika, czyli Ludwika IX; pod podłogą spoczywają trzy osobistości: gubernator Duquesnek i dwóch wojskowych – Duc d’Enville i Michel de Gannes de Falaise. Znaleziono też szczątki niezidentyfikowanych osób. Nigdy nie było tu kościoła i księży, posługi religijne prowadzili misjonarze. Za kaplicą były apartamenty gubernatora, który prowadził wystawny styl życia, reprezentując króla i dworski ceremoniał. Sprawami administracyjnymi zarządzali królewscy biurokraci, część z nich należała do Najwyższej Rady, która nie podejmowała żadnych prac ustawodawczych i służyła głównie jako sąd apelacyjny.

Przechodzę na wewnętrzny dziedziniec i wspinam się na przeciwległy wał umocnień.

Zauważam w dole Seweryna robiącego zdjęcie, macham do niego, ale mnie nie zauważa. Mijam rzędy armat,

prochownie i magazyny wpuszczone w ziemię

i kolejna baterię.

Tutaj kręcę krótki film

i uwieczniam armatę, która później została użyta do pokazowego odpalenia, co przytrzymało tam Seweryna na czas dłuższy. Do mnie tylko dotarło basowe echo wystrzału i wiwaty ludzi. 

Na dole, przy siedzibie gubernatora, kolejny kojec z drobiem,

a na murze informacja, że w tym miejscu, Joseph de Cogelin, markiz de Chabret, francuski astronom wysłany w 1750 roku, miał wyznaczyć dokładnie długość geograficzną Louisbourga i skorygować dotychczasowe mapy obszaru dzisiejszej Nowej Szkocji i Nowej Fundlandii.

Chabert, w tym załomie muru, zbudował pierwsze w dziejach Kanady, drewniane obserwatorium astronomiczne. Poza mapami gwiazd i ziemskim globusem, obserwatorium było wyposażone w osiem teleskopów. Jego obserwacje były bardzo pomocne w pracach szkoły nawigatorów, działającej od roku 1735 i wspomagającej żeglugę transatlantycką Francji. Zanim opuściłem mury zdjąłem armatę wycelowaną w głąb zatoki.

Ponieważ Seweryn znów mi zniknął, kontynuowałem dalszy obchód samotrzeć. Zawróciłem do bramy baraków i wszedłem do bocznego skrzydła,

gdzie między innymi mieścił się areszt i zarazem więzienie.

Na ścianach widnieje odliczanie dni minionych, inicjały biedaków przykuwanych do drewnianych nar i niewyraźny napis podlizujący się władzy – “Vive le Roi”, który mi raczej wyglądał na wymazany współcześnie, tym bardziej, że z błędem. W innym pomieszczeniu oczekiwano na statek lub okręt który, po zakończeniu służby, miał zawieźć żołnierzy z powrotem do Francji.

Tutaj na ścianie wyrysowano wyczekiwane z utęsknieniem środki transportu.

Zbliżyłem się do okna, by zobaczyć to, co zapewne oni widzieli, przeszło 200 lat temu– przystań w zatoce.

Podłoga owego pomieszczenia, wyłożona kocimi łbami, zachowała się z tamtego czasu;

na jednej ze ścian umieszczono obraz, na którym gromada ludzi skraca sobie czas grą w karty. Różne gry, szczególnie hazardowe, były tu bardzo popularne.

Nie mogąc znaleźć przyjaciela, postanowiłem powoli opuścić twierdzę i zaczekać na niego za bramą, niedaleko parkingu. Doszedłem do głównej ulicy prowadzącej do bramy Frederick, gdzie natknąłem się znowu na dorodne gęsi, za którymi postępowała pani w odpowiednim stroju epoki.

Przeszedłem obok głównej studni,

gdzie turyści wrzucają drobniaki na szczęście, ponoć regularnie co miesiąc wydobywane.

W drodze powrotnej jeszcze zaglądałem w różne miejsca,

głównie do umocnień

i podpatrywałem z bliska strukturę obronną murów twierdzy.

Co pewien czas natykałem się na grupy z przewodnikiem lub pracownikiem obsługi twierdzy. Turystom postanowiono tutaj zafundować całe spektrum przeżyć – od wizualizacji (stroje epoki, krótkie przedstawienia i opowieści, codzienne prace i zajęcia) do dźwięków (muzyka, śpiew, armatni salut), smaków i zapachów (potrawy, napoje, wypiek chleba). Pokazy i możliwość współuczestnictwa w pewnych działaniach, jest pożyteczną edukacją dla dzieci i młodzieży. Ale jak to zazwyczaj w takich miejscach bywa, włącznie z polecającymi folderami, głównym zadaniem i celem jest rozrywka – fun for all ages. Sądzę, że w Ameryce Północnej jest nieco za dużo i za często tego ubawu. Przesada w drugą stronę. Historia, która już się odstała, ma oczywiście zabawne i relaksujące momenty, ale niestety rzadkie. Więcej w niej przemocy i głupoty niżby się zdawało oraz przesłaniało je hasłami cywilizowania, postępu, religii i inszych imponderabiliów, lub przykrywało pryncypiami typu państwo, naród, ojczyzna, władza, nacjonalizm. Nawet za szlachetnymi i sprawiedliwymi hasłami, jak wolność, niepodległość, prawa ludzkie czy patriotyzm, kryją się nieraz postępki oburzające, a czasem wręcz łajdackie. Stąd skłonność do wybielania, usprawiedliwiania i tłumaczenia, z reguły na potrzeby chwili bieżącej. By szybciej zapomnieć, pominąć, przejść do porządku dziennego nad plamami w historii, lub zaciemnić przy ich pomocy obraz dzisiejszych działań.

Twierdza wygląda malowniczo,

choć byłem nieco zawiedziony wysokością jej murów.

Wyobrażałem sobie wielkie umocnienia i opadła mnie myśl, że może dlatego Anglicy w miarę łatwo ją zagarnęli.

Ale wyobraźnia podpowiada odmienne obrazy. Przypomniałem sobie wizytę w twierdzy chocimskiej na Ukrainie, której widok zaległ we mnie po lekturze „Pana Wołodyjowskiego”. Ukazała mi się całkiem inaczej, choć Dniestr przypasował nader romantycznie. Natomiast twierdza w Kamieńcu Podolskim zrobiła na mnie wielkie wrażenie.

Doszedłem do bramy Dauphine,

za nią przysiadłem na ławce, do której dotarł za chwilę utykający, starszy pan. Nawiązaliśmy rozmowę i okazało się, iż jest lokalnym przewodnikiem, oprowadzającym akurat parę z Kalifornii. Powiedział, że przygotował im własny przewodnik po Cape Breton, na 58 stron. Potem rozmawialiśmy o sytuacji ekonomicznej w Nowej Szkocji i stwierdził, że nie tylko dalej jest zła, ale wręcz gorsza niż w latach 80-tych, gdy tu mieszkałem. Czyli Greczynka Ana miała rację, nie było to tylko jej malkontenctwo.

Nadszedł bardzo zadowolony Seweryn, który z zachwytem przyglądał się odpaleniu armaty. Wyniuchał, że mamy niezadługo specjalny busik, który nas powiezie do budynku informacji usytuowanego niedaleko parkingu. Przyjąłem tę wiadomość z zadowoleniem, bo czułem już dzisiejszy dzień w nogach. Ostatnie zdjęcie z pętli busika

i nim ruszyliśmy, nieśmiało wyjrzało słońce. Po drugiej stronie majaczyło miasteczko,

udało mi się z powiększenia ująć fragment twierdzy,

a potem widok na zatokę z wysepkami, z miejsca gdzie tkwiła niegdyś Królewska Bateria.

Po piętnastej, poprzez wysokopienny las, doszliśmy do auta na parkingu.

Postanowiliśmy sprawdzić jak daleko mamy do przystani promowej. Za Sydney River przejechaliśmy aleją wysokich drzew.

Gdy zjechaliśmy na drogę 305, zrobiło się pogodnie,

dojechaliśmy do przystani

i przez nasze gapiostwo wpakowaliśmy się w drogę bez wyjazdu. Panienka w strażniczej budce uśmiała się serdecznie i przepuściła nas do bramy wyjazdowej. Pomknęliśmy wzdłuż zatoki nad którą wisiał wielki cumulus

i zobaczyliśmy prom przypływający z Nowej Fundlandii,

gdzie powinniśmy jutro się znaleźć. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy tablicy objaśniającej okres I i II wojny światowej, kiedy tak ważna była dla aliantów ochrona zatoki Sydney.

Minęliśmy port rybacki

i najpierw umknął nam zjazd na Czwórkę. Zapędziliśmy się kawał przez 125, na szczęście znalazłem dobry nawrót na jakimś rondzie. Teraz tylko trafić na właściwy zjazd na Czwórkę i… jest. Seweryn pyta „Na zachód czy wschód”, ja zbity z tropu, bo na drogowskazie tylko nazwa Sydney, a przecież powinno być Sydney Forks, decyduję „ na wschód” i po paruset metrach widzę, że totalna porażka. I nie ma jak nawrócić, bo jeden kierunek jazdy. Rozjazd, pod wiaduktem, wciąż tylko prosto, stacja benzynowa, zasięgam języka, OK, tu można zawrócić. Wracamy w to samo miejsce, teraz wiem, że skręt w prawo, na zachód. Po parunastu minutach Seweryn wyraża wątpliwości, bo coś za długo jedziemy. I pustawo, zupełnie nie po miejsku. Tak to w głowie zagnieżdżają się schematy dużego miasta. Oznakowanie zawikłane i zwyczajowo niepełne. Zrobiło się ciemno, widzę oświetloną pizzerię, zatrzymujemy się i idę zasięgnąć języka. Kelner mnie uspokaja, że jedziemy w dobrym kierunku i potem za Tim Hortonsem mamy minąć most i skręcić w lewo, w ulicę Edgewater. W sumie po trzech błądzeniach wreszcie dojechaliśmy, jako ci błędni rycerze, do naszego spania i śniadania zwanego „Pod lipą”. Trochę z boku, na froncie domu, rzeczywiście rośnie wielka, rozłożysta lipa