Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

8 lipca Antigonish – Cape Breton (Cabot Trail) – Sydney Forks

Od rana leje, kapuśniaczek na zmianę z rzęsistym. W Antigonish akurat pierwszy dzień parady z okazji święta Highland Games, a tu taka pogoda. Pierwsze Góralskie Zawody (Highland Games) rozegrano oficjalnie w październiku 1863 roku. Były biegi, gra na kobzach, rzuty i inne tradycyjne szkockie konkurencje. W pięć lat później dołączono bieg przez płotki, łucznictwo, tańce w rodzaju kadryla i z mieczami. W tamtym czasie były to zawody tylko dla mężczyzn. W późnych latach 60-tych XIX wieku, członkowie 78 Oddziału Highlanders z garnizonu w Halifax, podjechali pociągiem do New Glasgow i stamtąd przemaszerowali 65 km do Antigonish. Jakżeż mnie ucieszyła ta wiadomość, pamiętając mój 61 km marsz w ciągu jednego dnia, w Norwegii, co prawda 11 lat temu. Miałem tylko mały plecak i przeszło 60% trasy po równym asfalcie, a dzielne Szkoty maszerowały jeszcze z instrumentami poprzez las i nieutwardzone drogi. Potem tradycja mocno podupadła i odżyła po I wojnie. Zawody odbywały się na Terenach Wystawowych do późnych lat 50-tych. Następnie je przeniesiono na Pole Columbusa, położone przy ulicy Głównej, gdzie odbywają się do dziś. Zawody się rozrastały, doszły koncerty pod gwiazdami i z całego regionu przybywali widzowie. Zespół kobziarzy z Antigonish bierze udział w corocznym światowym festiwalu kobz w Glasgow, w Szkocji.

Po śniadaniu kawa w Hortonsie i na zadeszczoną drogę.

Za chwilę przejaśnienie i zaczynają się dodatkowe informacje pod nazwami miast, bowiem wiele z nich, w czasie lata, organizuje różne festiwale.

Początki zamgleń i przelotne mżawki.

Za paręnaście minut długi zjazd poprzez las

i w ostatniej chwili zauważam nazwę drogi dojazdowej do właściwego Szlaku Cabot (Cabot Trail), w języku gaelickim – Ceilidh.

Im bliżej oceanu tym większa ulewa

i ukazuje się słynna grobla Canso, prowadząca poprzez cieśninę o tej samej nazwie.

Cieśnina uformowała się pod koniec zlodowacenia, gdy wody z topniejącego lodu przedarły się przez obniżenie odcinając Cape Breton od kontynentu.

Do 1880 roku na wyspę podróżowało się dwoma rodzajami promów – kolejowym i samochodowym. Pod koniec XIX wieku rozpoczął się ekonomiczny boom z powodu otwarcia wielu kopalń i hut żelaza. Cieśnina utrudniała transport towarów i w 1903 roku zaczęto myśleć o zbudowaniu stalowego mostu (1330 metrów długości) podobnego do quebeckiego, przez który przejeżdżaliśmy tydzień temu. Ale głębokość cieśniny, miejscami do 60 i więcej metrów, była wielką przeszkodą. Nadto wybuchła I wojna, potem II, w czasie której parę korwet strzegło wejścia do cieśniny, gdzie zainstalowano dodatkowo sonary przeciwko niemieckim okrętom podwodnym. Sonar był połączony z systemem zapór minowych, które automatycznie wybuchały przy podejściu ewentualnego przeciwnika. Po paru tygodniach przekonano się, że system nie odróżnia okrętu podwodnego od mieszkańców głębin. Na brzeg wyrzuciło wielkiego wieloryba całkowicie podziurawionego.

W latach 50-tych, powstały na świecie projekty specjalnych grobli i postanowiono to samo uczynić tutaj, w połączeniu z ruchomych mostem. Ogłoszenie projektu nastąpiło w 1951 roku, budowę rozpoczęto rok później. Do zasypania głębokiej cieśniny (w najgłębszym miejscu około 65 metrów głębokości) postanowiono użyć skalnego materiału z Gór Procupine, po stronie Nowej Szkocji. Procupine są starymi górami o skomplikowanej budowie i opadają 150 metrową skarpą nad cieśniną Canso. Zawierają złoża granitu ze skałami meta wulkanicznymi i meta osadowymi. Do dziś jest tam kamieniołom, z którego dostarcza się znakomitej jakości kruszywo, na rynek wewnętrzny i eksport. Sporą ilość skał postanowiono wysadzić i zrzucić na dno cieśniny, przez co grobla stała się najgłębszą na świecie i zaliczono ją w końcu lat 50-tych do tzw. cudów technicznych.

I tutaj zaczyna się inna, niemniej ciekawa historia, którą do dziś powtarzają mieszkańcy, zarówno półwyspu, jak i wyspy, czasem oczywiście coś dodając i podkolorowując, twierdząc, że był to jeden z najlepiej ubitych interesów na świecie. Właścicielem owego terenu na półwyspie Procupine, zawierającego 44 tony nieużytecznych skał, była rodzina Fraser’ów i to od 1890 roku. W latach 50-tych teren należał do Alistair Fraser’a, od 1952 roku Lejtnanta Gubernatora Nowej Szkocji, reprezentanta królowej Elżbiety II, który w późniejszych latach podał ją do sądu. Fraser był zasłużonym żołnierzem z I wojny, odznaczonym Krzyżem Wojennym. Dwa tygodnie po objęciu przez niego stanowiska, zaczęło się wysadzanie jego skały, w pierwszym rzucie 113 tysięcy ton. Na 44,5 hektarach było około 113 milionów ton skały i zdecydowanie najbliżej, bo nad cieśniną, co potaniało koszty transportu i zmniejszało czas budowy. Rząd federalny z Ottawy wywłaszczył teren półwyspu i dał za to właścicielowi 5.505 CAD, co było bardzo korzystne, bowiem za każde 20,5 ton granitu rząd płacił około dolara.

W miarę upływu czasu i robót zaczęła narastać frustracja Frasera, bowiem zorientował się, iż zrobił kiepski interes. Najbliższy, inny obszar skał nadających się na budowę grobli, był odległy o 30 kilometrów. Fraser, po otwarciu grobli w 1955 roku, wystąpił do sądu przeciwko Koronie, twierdząc, że rząd specjalnie obniżył wartość granitu i zażądał 6 milionów dolarów odszkodowania. W 1958 roku poszedł na emeryturę i zamieszkał w Antigonish, gdzie w dwa lata później powiadomiono go, iż Ministerstwo Skarbu przyznało mu 62 500 CAD. Obie strony były nieusatysfakcjonowane i nowy prawnik Frasera skierował sprawę do Sądu Najwyższego Kanady. Żądał teraz tylko jednego miliona, a Korona chciał mu zaofiarować maksimum 30 tysięcy. Ostatecznie Sąd Najwyższy zadecydował w 1963 roku, że rząd ma zapłacić Fraserowi 560 tysięcy CAD, zgadzając się z założeniem, iż ów kawałek nagiej skały, miał w tym momencie o wiele większą wartość. Jednakże Fraser niewiele wyniósł pożytku z owego rozwiązania, bowiem zmarł w rok później. Jego pozwanie Korony o personalną stratę, i to w czasie gdy pełnił funkcję namiestnika królowej, jest jedynym tego rodzaju pozwem w historii.

Gdy zaczęto budowę, setki gigantycznych, 34-tonowych ciężarówek typu Euclid, każdego dnia transportowało i zrzucało skały w głąb cieśniny, a resztę dopełniały wielkie buldożery. Praca trwała 24 godziny na dobę systemem trzyzmianowym, przez cały tydzień.

Zdjęcie z Internetu

Do cieśniny zrzucono 10.092.069 ton skał i ostatecznie zamknięto ją 10 grudnia 1954 roku. W kwietniu 1955 roku ukończono kładzenie linii kolejowej i drogi oraz kanału przepływowego z ruchomym mostem. Całkowity koszt budowy wyniósł 22 miliony CAD. W tym samym miesiącu, przejechała przez groblę pierwsza lokomotywa parowa i regularny serwis ruszył w maju z pociągiem pasażerskim o składzie 10 wagonów. Tym samym zakończył się żywot promu kolejowego, a w parę dni później samochodowego, gdy otworzono drogę dla ruchu kołowego. Oficjalne otwarcie z udziałem przedstawicieli obu rządów – federalnego i prowincjonalnego nastąpiło 13 sierpnia 1955 roku. Przez groblę ruszyło tysiące ludzi,

Zdjęcie z Internetu

niestety bez muzyki 100 osobowej orkiestry kobziarzy, bowiem odmówili grania, a tylko przemaszerowali.

Grobla jest tak zbudowana, aby mogły tędy przepłynąć statki zdążające na Drogę Św. Wawrzyńca i Wielkich Jezior. Całość jest w formie litery „S”o długości 1385 metrów z dwupasmową drogą i pojedynczym torowiskiem,

Zdjęcie z Internetu

które przebiegają przez zwodzony most o długości 94 metrów, biegnący nad kanałem – ma 24 metry szerokości, 570 metrów długości, o maksymalnej głębokości 9.8 metra; zawiera także specjalną śluzę regulującą przypływy.

Zdjęcie z Internetu

Corocznie przepływa tu przeciętnie ponad dwa tysiące statków. Od 1955 do 1995 roku pobierano opłaty za przejazd przez groblę. Potem zrezygnowano, gdy całkowite koszty budowy mostu (około 23 milionów CAD) całkowicie się zwróciły. W lipcu 2014 roku rząd federalny przekazał groblę rządowi prowincjonalnemu, który teraz jest odpowiedzialny za utrzymanie i reperacje mostu. Rząd federalny sprawuje jedynie pieczę nad kanałem i śluzą, lecz wspomaga reperacje. W 2015 obchodzono 60-lecie otwarcia i z tej okazji federalni przyznali 9 milionów CAD na renowacje i reperacje, zakończone w w rok później.

Jak zazwyczaj przy takich przedsięwzięciach bywa, ujawniają się także złe strony. Zmiana ruchu wód w cieśninie wywarła negatywny wpływ na życie morskie, głównie na wędrówki ryb. W okresie od 1950 do 1970, w Kanadzie popularnym rozwiązaniem stały się groble, tańsze w utrzymaniu od mostów. Jednakże po latach zrozumiano, że w wielu miejscach zakłóca się cykl rozwojowy różnych gatunków ryb (głównie łososia i węgorza), tym bardziej, że tarło odbywa się w różnych porach roku. Postanowiono dlatego porobić wąskie przejścia w istniejących groblach i nie budować już nowych.

Brana jest także pod uwagę kwestia ekologicznego bezpieczeństwa. Niedaleko grobli leży wielki port Hawkesbury, który w 2006 roku, pod względem przeładunków, był na drugim miejscu po Vancouver. Dostępność i spora głębokość portu umożliwiła zawijanie największych światowych tankowców. W miejscu zwanym Point Tupper, angielsko-amerykańska kompania naftowa zakupiła 3200 akrów lądu, by wybudować port z rafinerią przyjmujący super tankowce (głębokość akwenu portowego – do 27 metrów, gotowy na przyjęcie olbrzymów o 500 000 DWT). Przy poparciu rządu kanadyjskiego całość skompletowano w 1971 roku. Dodatkowo wybudowano obok fabrykę do produkcji ciężkiej wody, na potrzeby krajowego systemu energii atomowej i stację energetyczną opartą na węglu. Owe przedsięwzięcia doprowadziły do sytuacji kryzysowej w regionie Hawkesbury, bowiem miasto nie było przygotowane na tak gwałtowne zmiany, włącznie z radykalnie zwiększoną populacją. Natychmiast wzrosły koszty mieszkań i utrzymania. Jednakże od 2011 roku obroty portu spadły do rzędu 23.7 milionów ton (siódme miejsce w Kanadzie).

Od razu zauważam, że grobla jest inna, jakby szersza. Przejeżdżałem przez nią sporą furgonetką, bodajże w końcu września 1984 roku, z uniwersytecką drużyną piłki nożnej, która jechała na Cape Breton by rozegrać mecz z drużyną tamtejszego uniwersytetu. Akurat była sztormowa pogoda, ruch odbywał się jednostronnie, wolno wjechaliśmy na groblę i się zaczęło. Co pewien czas, od prawej strony, uderzały w nas wysokie fale i tak dokumentnie zalewały, że miałem wrażenie, iż jestem w ruchomym akwarium. Furgonetką za każdym razem rzucało i trzęsło i do następnej fali, którą młodzi piłkarze witali za każdym razem dzikimi okrzykami. By nie być gołosłownym załączam dwa video znalezione na YouTube, które dają niezłe pojęcie o tym, co można tam czasem przeżyć. https://www.youtube.com/watch?v=WI2rcX7xQ2A        https://www.youtube.com/watch?v=ThCq7SnHU3k

Na redzie stał spory masowiec pod bermudzką, tanią banderą

i to połączenie oceanu, wąskiej grobli, szyn kolejowych i statku,

oraz zwodzonego mostu,

wszystko było zasnute siąpiącym deszczem i mglistą zawiesiną, stwarzającą posmak magicznego realizmu. Po 10-tej, gdy jechaliśmy drogą 19 zachodnim wybrzeżem wyspy, już się nieco przejaśniło.

Za chwilę wyraźnie ukazał się celtycki znak 19-tki,

lecz po parunastu minutach wpadliśmy w ścianę deszczu który, wraz z okresowymi mgłami, nieustannie nam towarzyszył niemal do samego końca dzisiejszego przejazdu. Byłem zły, bo Cabot Trail jest bardzo malowniczym szlakiem i utwierdziłem się, iż zaplanowanie ponownego przejazdu tą trasą, w odwrotnym kierunku, będzie jedyną szansą, by wreszcie coś tutaj zobaczyć. Oby tylko nastała dobra pogoda.

Po jedenastej, za Mabou osiągnęliśmy bramę słynnej destylarni whisky Glenora,

założonej przez Bruce Jardine’a w 1989 roku. Jest ładnie położona, w dolinie otoczonej wzgórzami, ze stylową gospodą i urokliwym, małym hotelem. W gospodzie serwują lokalne specjały, od czasu do czasu przygrywają miejscowi muzycy i jest serwowana whisky w różnych odmianach. Dwie najsłynniejsze, tzw. single malt w stylu szkockim (po raz pierwszy produkowana w Ameryce Północnej), to Glen Breton Rare, leżakowany w beczkach z amerykańskiego dębu – od 8 do 10 lat (obecnie są już 14, 19, 21 i 25 letnie) i Glen Breton Ice, leżakowany w dębowych beczkach po lodowym winie (Ice Wine) – 10, 15 i 17 lat.

Tutejsze whisky znalazło się w znanej koneserom księdze, pod specyficznym tytułem „101 whisky które powinieneś spróbować zanim umrzesz”. W roku 2010 wypuszczono stąd 15 letnie whisky nazwane „Battle of the Glen” (Batalia o Glena), upamiętniające długoletni proces sądowy o użycie nazwy „Glen”. Jeszcze zanim wyprodukowano pierwsza butelkę, Szkocki Związek Whisky, reprezentujący 57 różnych wytwórni w Szkocji, zażądał wycofania nazwy „Glen”, kojarzonej ze szkockim produktem. Szkoci uważali, że będzie to mylące dla międzynarodowych nabywców ich whisky i skierowali sprawę do sądu. Producent z Glenory nie używa nazwy Scotch i wyraźnie oznacza nalepki jako produkt kanadyjski, dodatkowo ozdabiając je dużym, czerwonym liściem klonu. W roku 2007 sprawą zajęła się Kanadyjska Organizacja Handlowa i nie zgodziła się z argumentami Szkotów, którzy oczywiście ponownie złożyli apelację i to do Sądu Najwyższego Kanady. W rok później Sąd Najwyższy przyznał rację Szkotom. Glenora skierowała sprawę do instancji odwoławczej tegoż sądu i ostatecznie w roku 2009 przyznano jej rację i zablokowano dalsze apelacje.

Zaparkowaliśmy w strugach deszczu i okazało się, że nie mogliśmy zwiedzić destylarni, bowiem następna tura była dopiero za dwie godziny. Schroniliśmy się w hotelowej restauracji,

gdzie zjedliśmy lunch. Ku memu zdumieniu w karcie były kiełbaski chorizo, co poczytałem za dobry znak zaplanowanej podróży do Argentyny na rok przyszły. Podano je na ostro z makaronem. Deszcz nagle ustał i z przyjemnością raczyłem się 13-letnią whisky, wspominając mój pobyt w Szkocji, w 2008 roku.

Byłem w Inverness (tutejsze mieściło się 20 kilometrów dalej), przy takiej samej pogodzie. W restauracji, położonej na wzgórku, zamówiłem jedzenie, a potem poprosiłem o dobrą whisky, którą postanowiłem wypić na zewnątrz, pod specjalnym zadaszeniem. Na długiej ławie siedzieli starsi Szkoci w spódniczkach, trzymali swe szklanki i patrzyli melancholijnie na zasłonę deszczu i mgieł snujących się przed nami. Zapytałem grzecznie, czy mogę się przysiąść, „ależ oczywiście” powiedzieli i zapadło milczenie. Patrzyłem na ten nader smętny krajobraz wraz z nimi, pociągnąłem łyk jeden i drugi i głośno rzekłem, wskazując palcem przed siebie – „Teraz wiem, dlaczego Szkoci wymyślili whisky”. Gruchnął śmiech i głośne „ooo, ya, ooo, ya”.

I tym wspomnieniem widocznie sprowokowałem naturę, bo ponownie lunął potężny deszcz, czego dowodem niech będą owe miedziane liście za oknem.

Z korytarza zdjąłem urokliwy potoczek z mostkiem

i koło wpół do pierwszej ruszyliśmy w dalszą drogę. Dojazd do Inverness w zbliżonych warunkach – nieustanne, przelotne deszcze. Zoczyłem sarnę (a może łanię?) przy rzece, zatrzymaliśmy się i doszedłem do niej piechotą i ładnie mi zapozowała.

Gdy ją zawołałem, przystanęła i się we mnie wpatrywała, jakby skupiając się nad tym, co od niej bym oczekiwał. Nastawione wielkie uszy i uważny wzrok, z wygodnym poczuciem bezpieczeństwa zarazem,

bo wiedziała jak jestem daleko od niej. Takie spotkanie z dzikim zwierzęciem jest zawsze dla mnie bardzo poruszające.

Jechaliśmy teraz przy niemal niewidocznym oceanie i za Margaree Harbour zaczął się Szlak Cabota, prowadzący na północ.

W okresowych przejaśnieniach pomykaliśmy pośród ścian zieleni.

Przed Cheticamp zielone wzgórza i oceaniczna zatoka.

Cheticamp we mgłach

i w kolejnej zatoce żeglarze na małym jachcie poprawiają kotwicę.

Następna ściana deszczu,

wspinamy się coraz wyżej wjeżdżając pomiędzy bochniaste wzgórza.

Odcinki dróg w reperacji lub w nie najlepszym stanie. Podziwiam rowerzystów mozolnie przedzierających się w deszczu po żwirówce.

Cabot Trail bez zmian, ledwo widoczny, a akurat tu się zaczyna jeden z najbardziej malowniczych odcinków.

Nieustanna wspinaczka, już na terenie parku narodowego Cape Breton.

Nie za wiele widać, poza niebywałą paletą zieleni – od świeżyny po zrudziałość. Przed Pleasant Bay jedziemy po dzikich agrafach drogi w górach zwanych MacKenzie i zatrzymujemy się w specjalnej zatoce jezdni, gdzie ustawiono tablice informacyjne.

Góry są rodzajem płaskowyżu (od 350 metrów na obrzeżach do 500 metrów w centrum), który przepołowiony jest przez uskok Aspy, odsłaniający geologiczną historię tego miejsca. Zawiera trzy rodzaje twardych skał, bardziej odpornych na erozję – wulkaniczny granit, metamorficzny łupek i gnejs. Skały powstawały od późnego Prekambru (700 mln lat temu) do późnego Karbonu (260 mln lat temu), by w erze Kenozoicznej (65 mln lat temu) zerodowany płaskowyż uległ podniesieniu i pochyleniu względem Atlantyku. W Plejstocenie całość obszaru pokryta była parokilometrowej grubości lądolodem, przez co skały zostały wygładzone i obniżone, ukazując po stopieniu lodu (kilka tysięcy lat temu) swój dzisiejszy kształt. Inna tablica obrazuje istniejącą tu faunę, która zamieszkuje leśne tereny trzech typów: las akadyjski, borealny i tajgę. Królują łosie i czarne niedźwiedzie, jest także ryś kanadyjski i wielki głuszec zwany borowiakiem kanadyjskim. Kawałek dalej tablica, jak wygląda ukształtowanie dna oceanu i co w nim żyje.

To część wielkiej zatoki Św. Wawrzyńca, o przeciętnej głębokości 152 metrów (około 1/5 jest głębsza niż 300 metrów); od tej strony gigantyczny stok gór MacKenzie prowadzi na dno zatoki. Wewnątrz niej biegnie wielki podwodny kanion (ponad 500 metrów głębokości) łączący się z Atlantykiem i zwany Laurnetian Trough. Od grudnia do marca zatoka pokryta jest w większości lodem, stanowiąc południową granicę zasięgu arktycznego lodu, co wpływa na lokalny klimat. W wodzie żyją liczne gatunki ryb, w tym wielki tuńczyk błękitny, dorsz, makrela, śledź, amerykańska flądra i wątłusz. Tędy odbywa się wielka migracja foki grenlandzkiej (około dwóch milionów sztuk na przestrzeni 3200 km) i przepływają wieloryby, lecz jednocześnie był to główny szlak eksploatacji w głąb Ameryki, używany teraz dla żeglugi od przeszło 500 lat.

Na zakończenie krótkiego postoju, mgła się nieco rozsunęła ukazując dalsze zawikłania drogi, niknące w mlecznej poświacie.

Zjechaliśmy tam i o piętnastej wpadliśmy w pasma gęstej mgły i mżawki,

co uwieczniłem na krótkim filmie.

W 40 minut później dotarliśmy do północnego krańca Szlaku Cabota w osadzie Cape North. Tam mnie podkusiło by najpierw dotrzeć do najdalszego punktu północnego Nowej Szkocji – cypla Meat Cove. Uważanie przejrzałem mapę, bo szereg dróg kończyło się ślepo, gdzieś w buszu lub na krawędzi wody. Skręciliśmy w drogę Bay St. Lawrence i w mgłach i przelotnych deszczach dotarliśmy nad zatokę Północną, przy miejscowości Aspy Bay. Bardzo żałowałem, iż zatoka była całkiem niewidoczna, bo na mapie zobaczyłem jej urozmaicony kształt, z dwoma długimi mierzejami i szeregiem wysp w środku. Koło następnej osady – Cukrowy Bochen (Sugar Loaf) malutki park prowincjonalny o nazwie Cabots Landing. Część historyków uważa, że w 1497 roku Cabot tu wylądował na krótkim popasie.

Droga skręciła na północny-zachód i jadąc nią dotarliśmy do workowatej zatoki Deadmans Pond z rybacką osadą Bay Saint Lawrence.

Minęliśmy obszerne magazyny i jechaliśmy wzdłuż brzegu zatoki z pirsem umocnionym wielkimi głazami.

Na końcu urzędowało stado dużych, atlantyckich mew,

a drugie na przeciwległym, skalistym brzegu.

Zaparkowaliśmy i poszliśmy na krótki spacer. Idąc koło wielkich magazynów spłoszyliśmy część mew, które skwirząc pognały w głąb zatoki.

Potem objechaliśmy część urwistego wybrzeża,

przejeżdżając koło kolejnej przystani, wypełnionej rybackimi kutrami.

Na rozjeździe dróg skręt w Meat Cove Road, mającą powieść nas do samego końca wyspy. Najpierw poprzez zalesione górki

dojechaliśmy po szesnastej do osady Capstick.

Już teraz wiedziałem skąd mój pierwszy, kanadyjski przyjaciel, Mark MacDonald, zaczerpnął dla mnie nowe nazwisko. Uśmiechnąłem się na wspomnienie wieczoru sprzed lat, gdy na jakimś party w Antigonish, Mark mnie przedstawił: „My new friend, MacCapstik”. Zapewne lepiej mu się kojarzyło z brzmieniem mego nazwiska. Zestaw w nim kolejnych liter – p r z y k – jest dla Brytyjczyków nie do wymówienia. Natomiast moje portugalskie uczennice czasami wymawiały moje nazwisko całkiem poprawnie.

Jechaliśmy wzdłuż wysokiego wybrzeża poznaczonego zatoczkami,

gdzie pomiędzy fałdami skał przycupnęły małe osady.

Kolejny wjazd na urwisty klif i z niego widok na kemping.

Potem okazało się, iż to jest właśnie końcowy Meat Cove, ów kraniec ziemi wetknięty w ocean. Droga, miejscami spękana i z wyrwami, oraz żwirowatymi częściami, szła zygzakiem i za parę minut byliśmy już po tamtej stronie zatoki.

Skalne stopy zagłębiają się szeregami w wodę,

a na zasnutym horyzoncie majaczy daleko wyspa, jakżeby inaczej, Św. Pawła.

Napis przy kempingu przypomina każdemu, że to rzeczywiście północny koniuszek.

Stały auta kempingowe z rowerami, namioty i duże drewniane stoły;

na baraku dumny napis „Biuro” i dotyk cywilizacji „Free WiFi”.

Nie sprawdziliśmy czy działa. Komputer używaliśmy z reguły tylko w miejscach noclegu.

Po lewej stronie pochyły skalny stok z długimi bruzdami, którego widok napełnił mnie dreszczem grozy.

Przypomniał mi dawne, męczące sny. Wspinałem się mozolnie po skałach, aż dochodziłem do miejsca, skąd ani kroku dalej – zbyt pionowa, gładka ściana, a ja bez żadnych zabezpieczeń – ani liny, ani haków, ani raków. Lub jestem na wąskim wierzchołku i po satysfakcji z osiągnięcia szczytu oraz radości z racji przepięknego widoku, przychodzi realność – jak tu zejść. Próbuję i jest coraz trudniej, coraz gorzej. W pewnym momencie totalne zaklinowanie, lub zaczynam tracić równowagę i widzę, że nie mam wyjścia. Ogarnia mnie przeogromny strach i żal, że za chwilę zakończę życie. Zaraz odpadnę i roztrzaskam się gdzieś tam, na dole. Ten straszny moment poczucia totalnej beznadziei, w ułamku sekundy desperacki skurcz rezygnacji wraz ze świadomością poddania się fatum i spadam krzycząc. Nagle odczucie, że w zwolnionym tempie płynnie opadam w powietrzu, elastycznie lądując parędziesiąt metrów poniżej i rozzuchwalony odbijam się znów i kolejne łagodne opadanie, wszystko zgrywa się idealnie, wymierzenie odległości, kąt skoku, wypatrzenie odpowiedniego miejsca, aż wreszcie osiągam pewny grunt. Totalny przypływ szczęścia, śmieję się triumfalnie, rozpiera mnie duma z mej sprawności i ulga za łaskawość losu. Budziłem się po takim happy endzie radosny i z wielkim przypływem energii.

Jest tu nowy sklepik z wyszynkiem,

gdzie urodziwa Szkotko-Irlandka, Patty, zaparzyła nam miętową herbatę. Znów mnie dopadły kłopoty żołądkowe czyli biegiem, na ostatnią chwilę, do wiadomego przybytku. Antybiotyki rozwaliły mi jelita. Na szczęście przestało padać, jest ciepło i piękne widoki urwistych przylądków, w niektórych miejscach z małymi, piaszczystymi plażami. Siedzimy na zewnątrz przy drewnianym stole i Seweryn wskazuje mi palcem grupę ludzi, którzy wspięli się na najwyższą górkę. Zazdroszczę im widoku stamtąd, na tajemniczo przymglony ocean.

Przed wpół do dwunastą zjeżdżamy tą samą drogą i otrzymujemy wielką porcję zwidów tajemnych rozciągniętych pomiędzy lądem, wodą a niebem.

Czasem kurtyna się unosi

i widzimy pierwsze plany zatok, przylądków i drogi obramowanej zielenią.

Dojeżdżamy do Szlaku Cabota, który ma teraz oznaczenie południowe.

Jedziemy w ścianach namokłej, ciężkiej od wilgoci zieleni. Droga się lekko wije, wspina i opada i cały czas jest niedaleko oceanu. On milczy i najczęściej go nie widać, nawet w odsłoniętych miejscach. Chyba, że nas podstępnie przyciągnie do siebie, jak w okolicach Neils Harbour, gdzie nieopatrznie wpędziliśmy się w drogę prowadzącą do portu.

Nawrotka i powrót na główny szlak. Droga zmyłkowa nazywa się New Haven – Nowa Przystań, ale my zdążamy ku innej przystani – noclegowej, w Sydney Forks.

W pewnym momencie z wyniesienia odsłania się widok na półkolistą plażę, z paroma osobami brodzącymi w wodzie.

To nie te plaże koło Ingonish, gdzie 33 lata temu penetrowałem szlaki z kanadyjskimi kolegami, napawając się rozległością pustawych plaż, zasłanych ciemnym wodorostami, bo sezon letni jeszcze się nie zaczął. Wjeżdżamy na pętle idącą wokół dwóch zatok, Północnego i Południowego Ingonish,

przedzielonych długim i wąskim półwyspem, zwanym Środkową Głową (Middle Head), gdzie mieści się luksusowy ośrodek – Keltic Lodge. Dziś nie warto tam zajeżdżać, bo znów psuje się widoczność.

Przemykamy koło kolorowego znaku zatoczki Ingonish Landing, gdzie jest marina

i przed dziewiętnastą wpadamy znów w zasłony mgieł.

Zasłony w drodze idącej w dół i miejscami tak gęste, że nakręcam kolejny filmik.

Gdyby była dobra pogoda i odpowiedni punkt obserwacyjny moglibyśmy zobaczyć coś tak zachwycającego, jak na tym zdjęciu z Internetu.

Zdjęcie z Internetu

Zniechęcony odkładam aparat i sięgam poń dopiero, gdy dojeżdżamy do zatoki św. Anny, gdzie przy cyplu Jersey ciągnie się długa i wąska mierzeja, z portem Sainte Anne/ Port Dauphin na końcu. Tutaj świat stał się na powrót zjawiskowo rozwłóczony, nad wyraz somnambuliczny, gdy dochodziliśmy do promu.

Wtoczyliśmy się nań w miarę szybko

i z niego począłem zdejmować ów niesamowity krajobraz,

raptem rozświetlony zjawą zachodzącego słońca.

I w tym wszystkim, nieruchomo tkwiący człowiek, moczący wędkę w siwo-szklanej wodzie.

Po drugiej stronie przybliżała się mała przystań

i za chwilę zjechaliśmy z promu docierając do rozjazdu

– my w prawo, na Sydney, by poprzez 312 dobić do głównej 105, przyozdobionej, o dziwo, białym listkiem klonowym. Lecz wjazd w głąb wielkiego, palczastego półwyspu był kolejnym zanurzeniem się w nierealności.

W gęstej zawiesinie uczepiliśmy się dwóch aut przed nami. Na 105-tce przyspieszyliśmy i po parunastu minutach ukazał się wielki most, przerzucony nad jednym z wąskich i długich ramion wewnętrznego jeziora Bras d’Or, łączącego się tutaj z oceanem.

W zapadającym mroku dotarliśmy do przedmieść Sydney,

bacząc na nazwy, bowiem jest tu Sydney Mines, North Sydney, Sydney River i centralne Sydney, a my musieliśmy dojechać do Sydney Forks. Zdołaliśmy w odpowiednim momencie z 105 wjechać na 125 i jakimś psim swędem, już w ciemnościach, wyłowiłem kierunek na Sydney Forks, z numerem drogi Czwartej. Konfuzja dopadła nas w rozwleczonym wzdłuż głównej drogi mieście i po konsultacjach przez telefon z właścicielką B&B (Bed and Breakfast – Spanie i Śniadanie), oraz dodatkowym zasięgnięciu języka w jakiejś restauracji, wreszcie wyprowadziło nas na właściwą ulicę. Dom wyłonił się już bez ociągania. Właścicielką jest Niemka z XIX-to wiecznej emigracji, przeto bez obciążeń II wojny i od razu mile nam się rozmawiało. Dom ładny, czysty i przede wszystkim tanio – 198 CAD za dwie noce, na dwie osoby.

Gospodyni oddała nam kuchnię do dyspozycji i zrobiłem kolację. Potem przerzuciłem zdjęcia i już nawet nie sprawdzałem ani maili, ani wiadomości. Padłem. W piękną ciszę, niczym nie zmąconą, nawet powiewem wiatru.