Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

7 lipca Antigonish

 

Obudziłem się w niezłej formie. Podczas gdy Seweryn się wygrzebywał, poszedłem na mały spacer. Nasz akademik aż lśnił w porannym słońcu.

Naprzeciwko znany mi dobrze budynek, gdzie chodziłem do stołówki.

Na parkingu odpicowane stare auto z odsłoniętymi bokami maski.

Podszedłem kawałek wznoszącą się ulicą, by zrobić zdjęcie nowych, bliźniaczych akademików – z prawej nasz O’Regan Hall, po lewej Riley Hall

i skręciłem film okolicy, gdzie niegdyś wydeptywałem szlaki.

Po powrocie zrobiłem śniadanie i postanowiłem, że pojedziemy na znaną, tutejszą plażę – Mahoney Beach. Najpierw zaglądnęliśmy do Governor Hall, gdzie otrzymałem numer telefonu profesora Toma Roach’a. I wtedy znów emocje, bo ostatni raz, z jednym z mych ulubionych profesorów, rozmawiałem 33 lata temu. Odebrała jego żona, pokrótce wyjaśniłem kim jestem i podała mu słuchawkę. Nie, nie komórkę, bo tu wciąż posiadają telefony stacjonarne. Początkowo nie mógł sobie mnie przypomnieć, ale potem zaskoczył. Nie mogliśmy się zobaczyć, bo tego dnia był zajęty, więc spotkanie przełożyliśmy na mój drugi pobyt w Antigonish, za dwa tygodnie.

Opuszczamy miasto i wjeżdżamy w drogę prowadzącą do plaży. Po drodze boczna droga odchodząca do domu profesora Pluty. W jednym miejscu znajomy widok – rząd skrzynek pocztowych z których odbiera się przesyłki, bo poczta kanadyjska, przedziwnie pracująca instytucja, zlikwidowała tutaj dostarczanie listów do domów.

Przejeżdżamy obok jednej z odnóg rozczłonkowanej zatoki Antigonish Harbour,

zwanej Antigonish Landing, gdzie stworzono sanktuarium przyrody w połączeniu z parkiem dla spacerów i ścieżek rowerowych. W drugą stronę, na południowy-zachód, w odległości 10 minut jazdy od miasta leżą górki Keppoch, gdzie są atrakcyjne tereny narciarskie, głównie na biegówki. Skręt na plażę, parkujemy i zaraz obok dom z dachem całkowicie pokrytym panelami słonecznymi.

Schodzimy ku plaży – na lewo zamknięcie zatoki wysokim półwyspem,

w prawo zwężenie i niski półwysep, za którym kolejna spłacheć wody.

Wchodzę w chłodną i ożywczą wodę Atlantyku, paręnaście minut pływania i po wyjściu czuję się wspaniale.

Spacerowałem wzdłuż plaży robiąc zdjęcia. Na wodzie tutejszy gatunek mewy,

a po piasku kroczy dostojne wronisko.

Potem zająłem się wyszukiwaniem naturalnych malunków otoczenia – falujące wodorosty,

na krawędzi brzegu kolonia organizmów uczepiona kamienia,

parę ślimaków pomiędzy obtoczonym głazem a strzępiastymi odnogami wodorostów.

Znane mi z sopockiej plaży sfalowania piasku, tzw. ripple marks

i martwa natura obok.

Paręnaście metrów dalej wszystko razem, jak podsumowanie tej swoistej palety litoralu.

A gdy głowę uniesiesz zobaczysz długi ciąg plaży po najbliższy horyzont.

Od strony płaskiego półwyspu halsował chłopak na surfingowej desce.

Ożywiony kąpielą i odnowiony, nabrałem energii i zaproponowałem Sewerynowi byśmy pojechali dalej wzdłuż wybrzeża, aż do cypla Ballantynes Cove. Po drodze minęliśmy fikuśną skrzynkę pocztową,

i po paru minutach ukazał się cypel.

Zaparkowaliśmy w małej zatoce drogowej i wspięliśmy się na górkę, by się przyjrzeć okolicy. W dole malowniczy port rybacki

z małą przystanią jachtową.

Po prawej nadmorskie urwiska,

ciepło, słonecznie, chłodnawa bryza. Nagły przypływ szczęścia i słodkiej błogości. Siedliśmy na ławce na której, jak to w wielu miejscach w Kanadzie dedykacja, tym razem dla pary świętującej trzy lata temu 50-lecie swego związku.

Zaraz obok, na solidnej planszy, mapa okolicy.

Posiedzieliśmy w leniwym milczeniu, napawając się spokojem, ale u obu z nas jednocześnie odezwał się przemożny głód i ruszyliśmy do auta. Ostatnim widokiem z górki był łyskający, biały żagiel na tle niebieściutkiej wody.

Przed piętnastą wróciliśmy do miasta. Spacerem po starych śladach wzdłuż Main street, który ma teraz też nazwę w gaelic.

Przeszedłem koło banku gdzie musiałem wziąć pożyczkę na studia, co mnie niepomiernie zdumiało.

Dostałem stypendium na uniwersytecie, a okazało się, że ono nie jest takie, jak w Europie – wszystko opłacone i jeszcze do tego pewne kieszonkowe. Tu było zero, nothing, nada. Pożyczka z banku pokryła czesne, akademik i wyżywienie w stołówce za pierwszy rok. Reszta – kompletnie pusta kieszeń, bo w Berlinie Zachodnim cienko przędłem. W rok później wylądowałem w Toronto z mocno nadszarpniętym zdrowiem, byłem na zasiłku, pracowałem na czarno, a potem zaczęło się ściganie mnie przez rząd federalny, bo bank po pięciu latach przerzucił odpowiedzialność za spłatę na rząd. Takich nygusów jak ja było wtedy dziesiątki tysięcy i wisieli rządowi grube setki milionów (dopiero teraz, rząd Justina Trudeau, wielu studentom częściowo umorzył te długi). Zasada jest następująca. W rok od skończenia studiów, należy zacząć zwracać pożyczkę, co jest teoretycznie w porządku, bo mamy rok na znalezienie pracy. Ale w życiu różnie bywa. Okazało się, po rozmowach z przedstawicielami wydziału pościgowego dłużników, że najważniejsza jest zasada nie unikania ich i można wynegocjować spłacanie niskich sum, nawet po 50 CAD miesięcznie. Tak zrobiłem, lecz okazało się, że po latach narósł sowity procent, bo w agencji rządowej to oprocentowali, podobnie jak pożyczki w banku. Tylko w bankach od 3.5% do 8%, a tam na 12.5 procent. W końcu, po różnych perypetiach, po wielu latach ową pożyczkę spłaciłem, ale rząd zarobił na mnie dodatkowe parę tysięcy dolarów.

Przemieszczaliśmy się wzdłuż Głównej, na której zawieszono na latarniach dekoracje na 150-lecie Kanady

i natknąłem się na coś nowego – budyneczek z nazwą Centrum Jana Pawła. Nie ma to bynajmniej związku z Janem Pawłem II. Jest katolickim i kościelnym centrum biznesowym, z możliwością wynajęcia sali na spotkania. W Ameryce Północnej protestancka etyka pracy przeniknęła osmotycznie do katolicyzmu. Tu się kościoły sprzedaje, przerabia na domy mieszkalne, wyburza i buduje w ich miejsce nowe. Spotkałem kiedyś w Toronto nowo przybyłego emigranta z Italii, który był tym kompletnie zaszokowany.

Zawróciliśmy i trzymając się Głównej, minęliśmy budynek z urzędami dla ludności, gdzie również mieści się poczta.

Podczas wakacji, kiedy poczta uniwersytecka była zamknięta, chadzałem tutaj. Kiedyś, poważny i zasuszony urzędnik pocztowy, kłócił się ze mną przez parę minut i próbował wykreślić adres Berlina Zachodniego, zamieniając go na Niemcy. Z trudem docierało do niego, że to wydzielona jednostka, z własnym kodem pocztowym i do tego okupowana przez instytucje wojskowo-administracyjne trzech państw: USA, Anglii i Francji.

Za pocztą ładnie urządzony, mały park przylegający do rzeki Zachodniej.

Paręset metrów dalej, niemal równolegle do niej, płynie druga rzeka – Południowa, obie wąskie na terenie miasta i wpadające do zatoki, gdzie tworzą spore rozlewisko. W parku tablica poświęcona burmistrzowi Antigonish – Colinowi H. Chisholm,

najdłużej urzędującemu w dziejach miasta (1970 -1994), absolwentowi tutejszego uniwersytetu, weteranowi II wojny, mającemu za sobą długą karierę urzędniczą, zmarłego dosłownie na posterunku, bowiem dokonał żywota w swoim biurze, w wieku 74 lat, w marcu 1994 roku. W 1992 roku stało się o nim głośno w całej Kanadzie, bowiem zarządził zniesienie opłat podatkowych dla biznesów (tzw. tax holiday). Municypalny rząd usuwa wtedy pewne opłaty podatkowe, przeważnie na towary konsumpcyjne, by ożywić sprzedaż i generalnie gospodarkę. Z reguły jest to weekend wolny od podatków lub w specjalnych okolicznościach, np. przed rozpoczęciem roku szkolnego, kiedy nie płaci się podatku za ubrania, materiały szkolne itp. towary. Ten mały park nosi także jego imię.

Wkroczyłem na most i od razu przypomniała mi się Greczynka Ana (Anastazja),

z którą się blisko przyjaźniłem w tamtym czasie. Kiedyś oboje, nieźle wypełnieni różnymi koktajlami alkoholowymi, około czwartej rano wyszliśmy z baru, gdzie ona pracowała i doszliśmy do mostu, postawionego w 1938 roku, który był wtedy mocno zaniedbany. Dziś jest wręcz elegancki, po rekonstrukcji dokonanej w 1999 roku. Będąc na tzw. wznoszeniu upojnym, powiedziałem Anie, że jak nie przyjmie zaraz moich oświadczyn, to skoczę do rzeczki. Ku memu zaskoczeniu zamiast zaprotestować, ba, prosić mnie bym tego nie czynił, powiedziała krótko „Skacz, wariacie”. No i skrewiłem, cały desperacki odruch szybko wyparował.

Ta historia ma swój dalszy finał – anegdotyczny. Kiedy w 1994 roku, po raz pierwszy jechałem do Polski, zgłosiłem się ze starym paszportem do polskiego konsulatu w Toronto. Wśród ówczesnych urzędników mocno wciąż zajeżdżało stylem komuchowym, włącznie z chamską opryskliwością i pokrzykiwaniem na petentów. Podałem paszport, urzędniczka go otworzyła i wrzasnęła „Co to jest?!” Okazało się, o czym całkowicie zapomniałem, że mam z niego wyrwane zdjęcie. Nie wiedziałem co powiedzieć, tłumaczyłem, że to przecież stary paszport, od dawna nieważny, a ja chcę nowy na zasadzie przedłużenia. Niegrzeczna urzędniczka zaczęła mnie strofować, że to nadzwyczaj ważny dokument, że będę musiał zapłacić za nowy sporą sumę, bo takie przestępstwo i zszarganie „wroniego” dokumentu nie podlega przebaczeniu (wtedy ze starego przyzwyczajenia obdzierali nas z dolarów jak się dało, pod byle pretekstem, tym bardziej, że nasz naród, zwany dziś suwerenem, ładnie się popisał, wybierając do rządzenia postkomunistów). Ponieważ stawiałem opór i to zaciekły, kazała mi napisać wyjaśnienie i oczekiwać na rozmowę z konsulem. Pobrałem od niej papier kancelaryjny, siadłem i się zadumałem – co by tu napisać. I przyszedł błysk. Wyjaśnienie złożyłem następujące: „Oświadczam, że w 1984 roku, na moście w Antigonish, w przypływie nagłych uczuć do Greczynki Any, wyrwałem zdjęcie z paszportu i jej ofiarowałem”. Urzędniczka, gdy to przeczytała, wręcz zawyła, a potem warknęła „będzie pan rozmawiał z konsulem”.

Konsul Witold M., człowiek z tamtej formacji, ale okazał się ludzki i wyrozumiały (co lepsze, był potem moim dyrektorem polskiej szkoły przy konsulacie, w której zacząłem pracować w 2000 roku) najpierw zaniemówił, a potem zaczął mi tłumaczyć, że nie może uwzględnić takiego wyjaśnienia i muszę wykupić nowy paszport. Wtedy mu powiedziałem „Panie konsulu, tymi paszportami po stanie wojennym ciskaliśmy na podwórko konsulatu. Nadto, od 13 lat nie widziałem swego dziecka i każdy dolar ma dla mnie znaczenie, bo nie mogę się tam pojawić z pustymi rękoma”. I to do konsula dotarło. Potem inny konsul, najlepszy i najmądrzejszy jaki był w Toronto od 1989 roku, Wojciech T., prawdziwy dyplomata, bo nikogo w Polonii nie wyróżniał, ani nie brał niczyjej strony i uprzejmie próbował współpracować z różnymi organizacjami i osobami, przy okazji mając niezwykły dar szybkiego rozpoznawania i unikania oszołomów, ekstremistów i pospolitych głupoli, których w tamtym środowisku istne zatrzęsienie, znalazł kiedyś w archiwum moje wyjaśnienie i wraz ze swą małżonką zaśmiewał się z niego przez tydzień, o czym mnie serdecznym tonem poinformował przez telefon.

Za sławetnym dla mnie mostem, mój stary punkt orientacyjny, bo wiedziałem, że za nim jest azymut na skrót, wprost do akademika – budynek Xavier Hall, zbudowany w 1880 roku, z inicjatywy i pod nadzorem biskupa Johna Cameron’a, gdzie mieści się Wydział Edukacji i Rozwoju Naukowego.

Myśl o Anie nie dawała mi spokoju i postanowiłem ją odszukać. Zawróciliśmy i po przejściu koło budynku z różnymi usługami i ładnym muralem na bocznej ścianie,

doszliśmy do kolejnego miejsca, które mocno wryło mi się w pamięć – lokalna tawerna (wtedy w mieście były dwa takie, wciągające przybytki – ten i inny na przeciwnych rogatkach, zwany „Split Crow”). Była teraz odmieniona nie do poznania, włącznie z nazwą. Dawniej zwała się „Triangle” i studenci dodawali „Bermuda”, bo można było tam zniknąć dla samego siebie po upojnych sesjach piwa, whisky i pociągania w toalecie „trawy”. Zaciemnione wnętrze, pełne dymu i rozwrzeszczanych studentów, głównie w późnowieczorne piątki i soboty, przypominało nieco „mordownię”, ale gdzie jej tam do polskich przybytków, które pamiętałem i gdzie rzeczywiście można było dostać czasem po mordzie. Teraz zwała się „ The Piper’s Pub”,

a wnętrze – hm, pełna elegancja i nowoczesność.

Odbyłem tu z Piotrem, mym polskim kumplem z uniwerku oraz innymi studentami kanadyjskimi, parę ekscytujących popojek, włącznie z intensywnym brataniem się z lokalną ludnością.

Kiedy zoczyłem jedyne kino w mieście,

w którym kiedyś byłem z Aną i jej koleżanką, tym bardziej uparłem się, że muszę ją odnaleźć. Po drugiej stronie Głównej widzę nazwę sklepu „ Aphrodite”. Wchodzę, rozmawiam z dwoma paniami, żadna nie jest Greczynką, więc zaskoczony pytam skąd taka nazwa – bo im się spodobała. Pytam, czy może znają Anę, mówię, że jej brat miał grecką restaurację i ona pracowała tam w barze, u góry nad salą restauracyjną. Z zaplecza pojawia się trzecia pani i mówi, że chyba ta pani pracuje w punkcie krawieckim, który jest parę budynków dalej. Dochodzę tam, napis „Tasia”, otwieram drzwi i…Ana pyta w czym może pomóc. Poznałem ją natychmiast, ona mnie nie, bo wtedy nie byłem jeszcze siwy i o paręnaście kilo starszy. Przypominam siebie i nagle zaskakuje i serdecznie się witamy. Z emocji zapomniałem o Sewerynie, wołam go do środka, a on od razu ustawia nas do zdjęcia.

Gadamy, jak to zwykle w takich momentach, nieco pospiesznie przeskakując po tematach, ona szybko o polityce, o Grecji, o tym że nie znosi Unii, podoba się jej, że Polska i Węgry postawili się w sprawie uchodźców. Strasznie wyrzeka na USA, na wielki biznes i tych dolarowych władców świata. Umawiamy się, iż dojdzie do nas do restauracji, bo już skończyła pracę.

Fajna restauracja z ogródkiem „Brownstone”, z miłymi studentkami jako kelnerkami (wakacyjna praca), nasz dziewczę filuterne i ciepłe, od razu wytworzyła się nić sympatii. Studentka ostatniego roku uniwerku St.Francis. Przychodzi Ana i jest taka jak dawniej – ostra politycznie, uczynna, o wielkim sercu. Bardzo dobrze wygląda, szczupła, zadbana. Po obiedzie przynosi nam duże, plastykowe kanistry i komenderuje – „jedziemy po naturalną wodę. Nie ze sklepu”. Pilotuje nas do wody źródlanej za miastem. Odkrył ja doktór ze szpitala, ujął w rurę, a gdy ją zniszczono, zamocował nową, solidniejszą. I umieścił napis „ To jedna z ostatnich rzeczy na świecie, jaka jest za darmo. Dlatego utrzymuj ją w czystości i działaniu”. Takie podejście, wśród wielu ludzi w tym miasteczku, zawsze lubiłem.

W drodze powrotnej Ana opowiada nam o podupadłym mieście, biznesy w kłopotach, wielcy gracze zagarniają co się da. Ilość mieszkańców niezmieniona od 1984 roku – wciąż przeszło cztery tysiące. Uniwersytet potwornie zadłużony, bo parę lat temu był jakiś szalony rektor, który postanowił gwałtownie kampus unowocześnić. Nowe gmachy, marmury, drewno, monitory TV w każdym pokoju. Ponoć tzw. studenckie bydełko, które trafia się niestety wszędzie, już poniszczyło wiele rzeczy. Czyli też i w tej materii bez zmian, bo pamiętam za moich czasów na kampusie sporą liczbę prymitywnych, młodych ludzi. Teraz rozumiem czemu tak drogo płaci się za turystyczny pokój w akademiku. Wymieniliśmy z Aną telefony, bo gdy będziemy tu ponownie, chce nas zaprosić na ognisko nad oceanem, na grilla. Odwieźliśmy ją pod jej mały biznes i pojechaliśmy do monopolu, gdzie kupiłem dwie butelki wina – chilijskie i australijskie. Wracając do akademika, przejechaliśmy koło budynku Instytutu Coady,

lecz napiszę o nim obszerniej, gdy tu znów przyjedziemy.

Dziś czułem się o wiele lepiej i miałem poczucie szczęścia, bo odnalazłem osobę z dawnych, tutejszych lat. Bądź co bądź często wpadałem do baru Any, szczególnie na początku mej drugiej emigracji (pierwsza była do Berlina Zachodniego), gdy trawiły mnie różne tęsknoty. Kiedy wchodziłem, od razu włączała “Immigrant song” Led Zeppelin. Jej bracia prowadzili grecką restaurację, gdzie czasem podjadałem. George, fajny gość i bardzo dowcipny, opowiedział mi kiedyś o premierze Papandreu, który żył w Kanadzie i był między innymi profesorem uniwersytetu York w Toronto. Po upadku greckiej junty powrócił i w 1984 roku startował drugi raz do reelekcji. „Obiecywał wiele rzeczy wyborcom – powiedział mi z szelmowskim uśmiechem George – nawet, że skróci ciążę do 6 miesięcy”. Drugiego brata nie poznałem. Ponoć jest bardzo poważny i zasadniczy.

Późnym wieczorem zaczęła psuć się pogoda, a jutro mamy zaplanowany przejazd przez Cabot Trail. Może mój amulet zadziała.