Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

6 lipca Annapolis Royal – Antigonish

Wstałem wcześniej, szybki prysznic i krótki spacer na zewnątrz.

Po niezłym śniadaniu płacę w recepcji, gdzie na ścianie stary sztych z widokiem Annapolis, z wieku XIX.

Tak tu wyglądało 230 lat temu, prawie cztery pokolenia wstecz. Małoż to czy dużo? Niby spokojny kąt kontynentu, a tyle tu się wydarzyło złych rzeczy. Od 205 lat spokój, zakłócany jeno kryzysami, problemami osobistymi czy naturalnymi żywiołami. Miałem wrażenie, że tu wszystko odkłada się warstwami. Najpierw geologia, potem ludzie. Wszystko osiadło i rozprzestrzeniło się, ułożyło w zgodzie z zasadami natury i ludzkimi potrzebami. Jak ten pan z wędrującym za nim psem, zażywający porannej przechadzki. Widząc mnie rzekł „Bonjour. Comment ça va?” i usatysfakcjonowany moim „Bien. Merci”, pomaszerował dalej.

Gdy Seweryn pakował swoje rzeczy do auta, zajrzałem do Internetu by znaleźć drogę do elektrowni pływowej i przy okazji znalazłem przepyszne zdjęcie formacji skalnych, niedaleko naszego miejsca.

Zdjęcie z Internetu

Tam też nie zdołamy dojechać. Przed nami zamknięcie objazdu półwyspu i dotarcie do Antigonish, które już mnie napełniło emocjami. Jak tam będzie po 33 latach? Co rozpoznam, a w czym poczuję się zagubiony, zaskoczony?

Pojechaliśmy do miasta, którego ulice są ocienione wielkimi, rozłożystymi drzewami. Niektóre mają zapewne około 300 lat, więc mogą być z czasów akadyjskiej deportacji. W kawiarence wypiliśmy kawę espresso, bo ta serwowana w różnych hotelach, zajazdach i inszych domach prywatnych, z reguły jest słabiutka. Zaszliśmy na chwilę do umocnień ziemnego fortu i zaproponowałem, abyśmy jednak najpierw pojechali zwiedzić elektrownie, bo i tak musimy tu wrócić na naszą drogę wyjazdową. Nie chciałem jechać główną Jedynką, lecz podążać dalej 101.

Pojechaliśmy wzdłuż zatoki docierając do kamienno-drewnianego mola z widokiem na ozdobną, malutką latarnię morską, stojącą w ogrodzie, przed frontem pięknego domu ze szklaną werandą.

Naprzeciw zatoki miasteczko Graneville,

a do mola akurat dobijał rybacki kuter.

Do elektrowni pływowej – drugiej na świecie i jak dotychczas, pierwszej i jedynej w Ameryce Północnej, dojechaliśmy parę minut po dziesiątej.

Najpierw zacząłem myszkować wokół budynku. Z wielkim szumem do basenów przelewała się woda

i było to tak fascynujące zjawisko, że nakręciłem krótki film.

Po wejściu do środka wpierw przeglądnęliśmy wystawę obrazującą powstanie tej unikalnej elektrowni. Wykorzystano przewężenie zatoki, przez które pociągnięto groblę ze specjalnymi śluzami. Za śluzami jest główny basen i kontrolowany przepływ wody. Kiedy następuje przypływ i wyrównuje się z poziomem basenu, śluzy się otwiera i woda doń wpływa. Przy odpływie poziom wody w basenie jest wyższy i kiedy osiągnie około dwóch metrów lub więcej, woda odpływa poprzez turbiny – 400 m³ na sekundę. Ten cykl trwa przeciętnie około pięciu godzin. Ponieważ pływy powtarzają się co 12 godzin i 25 minut, elektrownia działa dwa razy na dobę.

Proszę sobie uświadomić, że dwa razy dziennie do zatoki Fundy wdziera się 160 miliardów ton wody oceanicznej. W elektrowni Annapolis pozyskuje się 20 MW i owo powierzchniowe rozwiązanie nie jest zbyt efektywne i nie najlepiej działa na środowisko. Są już inne projekty, które mają nadzieję uzyskać energię rzędu od 300 do niemal 2500 MW. Potencjalne wykorzystanie całości pływów w zatoce Fundy wynosi około 50 tysięcy MW.

Przeglądamy plansze z etapów budowy, ze zdjęciami z lotu ptaka.

Wzywa nas inżynier-przewodnik, tworzy grupę pięciu osób, dają nam kaski i ochronne okulary i windą zjeżdżamy osiem pięter w dół. Tu przejmuje nas inny przewodnik. Przechodzimy pomostami,

zapuszczając żurawia w dół, w przepastność betonu i metalu.

Wielka turbina ma średnicę 27 metrów. Po krótkim obchodzie z powrotem do windy, wjazd na górę i pożegnanie z oboma, bardzo miłymi przewodnikami. W półokrągłym holu, z widokiem na zatokę, na podłodze stylizowana róża wiatrów.

Podchodzę bliżej do okna. Woda przechodzi gdzieś w głębi pod nami i wpływa z wielkim szumem do głównego basenu.

Robimy sobie wzajemnie z Sewerynem zdjęcia. Na moim wyszła przepyszna scena. Obok mnie malutka dziewczynka, z zadartym noskiem i uchyloną buzią, przygląda się modelowi elektrowni.

Symbolicznie łączy nas napis: Energia. Tak bardzo potrzebna w każdym wieku. Motor napędowy Wszechświata. Tajemne źródło mocy i przyczyny sprawczej.

Wracamy do miasta, by zwiedzić fort Anny, jeden z najbardziej atakowanych fortów w dziejach Kanady. Miejsce batalii angielsko-francuskich w wiekach XVII i XVIII, z wplątaniem w nie Mikmaków, z reguły popierających Francuzów. Ten fort, w roku 1917 stał się pierwszym, narodowym miejscem historycznym Kanady.

Czas nie pozwolił nam na jego obejście, bo przed nami jeszcze 320 km drogi. Nadto zacząłem już odczuwać emocje i moje pierwsze miejsce w Kanadzie przyciągało mnie coraz mocniej. Magnes wspomnień. Oczekiwanie na pierwszy, znajomy widok. Kiedy po 13 latach, po raz pierwszy zawitałem do Sopotu, było to lądowanie w usadzeniu, w pewności miejsca, bo spędziłem tam cięgiem 21 lat. Po nich rzuciło mnie do Warszawy na lat pięć, na rok powróciłem do Sopotu i przez cztery lata mieszkałem w Gdańsku, do 1981 roku, gdy z Polski wyjechałem. W czasie krótkiej, sopockiej wizyty w 1994 roku, już mi poznikało szereg przyjaciół i kolegów. Czasem, w tłumie mignęła jakaś znajoma twarz, zapamiętana z okresu „szlifowania bruków” słynnego Monciaka. Część miejskiego krajobrazu też się zmieniła, choć zasadnicze zmiany zaczęły się dopiero później. Teraz, po 33 latach odwiedzam miejsce, w którym żyłem zaledwie przez półtora roku.

Przeszliśmy się alejkami biegnącymi po wałach, natrafiając na pomnik Pierre du Guast, Sieur de Monts,

Francuza, który wylądował tu w 1604 roku i założył pierwszą osadę europejską na północ od zatoki Meksykańskiej. Na tablicy, pod popiersiem ufundowanym na 300-lecie jego lądowania przy Annapolis Royal, dumny napis: „Pionier cywilizacji w Północnej Ameryce, który odkrył i przebadał tutejszą rzekę.”. Czyli kolejny Europejczyk, wnoszący cywilizację na terytorium pozbawione cywilizacji… w stylu europejskim. Pomnik z początku XX wieku, gdy inne cywilizacje wciąż się nie liczyły, lub były zawsze rozpatrywane jako niższe. Przy osadzie, nad rzeką Annapolis, powstał później fort. Ponieważ nie było czasu na zwiedzanie, zrobiłem krótki film ilustrujący położenie ziemnego fortu, głównie wyniosłe wały z systemem fos i widok szerokiej rzeki.

Natrafiłem też na tablicę poświęconą admirałowi William Wolseyel’owi, który tu się urodził, a losy rzuciły go w służbie brytyjskiej marynarki na Ocean Indyjski i potem na Morze Śródziemne. Żywota dokonał w Londynie na skutek ponownego otwarcia ran sprzed 60 lat (sic!), z okresu bitwy na Cejlonie.

Na rogatkach Annapolis zatrzymujemy się na stacji benzynowej, ulokowanej w starym budynku, bo Seweryna przycisnęła natura.

Ruszamy dalej specjalnie podrzędną drogą nr 101 (Harvest Way), ale za to pełną uroku. Co chwila wyłaniają się bagniste tereny nad Fundy, znów czerwonawy kolor ziemi skontrastowany z zielenią rozległych łąk. W niektórych miejscach urwiska w formie klifów. Dojazd do zatoki Minas Basin, miejscu intensywnego osadnictwa Akadyjczyków, od XVII wieku do momentu deportacji przez Anglików. Są tu wielkie farmy polderowe (budowane na rozległych moczarach, ze specjalnym systemem odwadniania, który jest kontynuowany od 300 lat), z dwoma miasteczkami – Grande-Pre i Hortonville. Natrafiamy na winnicę. Jakżeby inaczej, skoro tu mieszkają Francuzi.

Postanawiam się nieco cofnąć i poprzez Jedynkę zawitać do Wolfville, uroczego miasteczka położonego nad jedną z najmniejszych zatok oceanicznych świata, gdzie regularnie pojawiają się przypływy o wysokości 12 metrów. Jest tu także Akadyjski uniwersytet, jeden z najstarszych w Kanadzie, założony przez Baptystów w 1838 roku i stale plasujący się wśród najlepszych w kraju.

Tam zatankowaliśmy, w Hortonsie zjedliśmy nieco mdłą zupę małżową (clam chowder) i w niezłym upale pojechaliśmy dalej. Ostatnim widokiem z Wolfville były nowe budynki uniwersytetu.

Słońce i wysoka temperatura, oraz nagły dopływ świeżego powietrza, obu nas oszołomiły i niejako osłabiły. Czułem się okresami jak po porażeniu słonecznym.

Potem, by zbytnio nie kombinować, powrót przez Jedynkę do łączenia ze 101. Po obu stronach drogi farmy z rozległymi polami. Znak zjazdu na Grand Pre, którym już uprzednio przejechaliśmy. Ruch na drodze umiarkowany. Skrzyżowanie dróg, plątanina zjazdów i podjazdów, bo okolica miejscami pagórkowata. Trzymamy się numeru 101 zdążając na południowy- wschód. Dwa zielone, rusztowe mosty żelazne nad rzeką Gaspereau, za parę minut pojawia się nazwa miejscowości Windsor i Seweryn zadziwiony, bo jeździ z Toronto, w miarę regularnie, do dużego miasta o tej samej nazwie, przy granicy z USA. Ale to typowe – Windosorów w Kanadzie tak sporo, jak i Londynów. Długi podjazd i staranne umocnienia drogi z kamiennym murem oporowym, zaraz myk pod wiaduktem drogowym. Znak gminy indiańskiej Mi’kmak, zwanej Glooscap, następny wiadukt, pędzimy teraz w dół, kolejny wiadukt nad nami i za nim duży, kolorowy znak miasta Windsor z informacją – tu się narodził hokej.

Tę informację miasto Windsor zagarnęło sobie na podstawie odniesienia do opowiadania Thomasa Haliburtona, w którym chłopcy z tutejszej szkoły King’s Collegiate, grali w hurling na lodzie (hurling to stara gra w hokeja na trawie, mająca aż celtycką tradycję i licząca sobie niemal cztery tysiące lat – drewnianymi kijkami uderzano małą piłkę), której pierwsze zasady opracowano w 1887 roku. Chłopcy grali na zamarzniętym stawie przy szkole, zwanym Długim Stawem, istniejącym do dzisiaj i wciąż używanym do rozgrywek. W Windsor istnieje też najstarsza hala do hokeja, która nie jest obecnie używana.

W Seweryna nagle wstępuje chęć zobaczenia tego miejsca, bo chce wysłać jego zdjęcie pewnej pani, którą zna z owego nadgranicznego Windsor. Protestuję, że to bez sensu, że mamy jeszcze wiele kilometrów przed sobą, tym bardziej, że chciałbym jechać po lokalnych drogach, uważając, że są o wiele ciekawsze od autostrady czy drogi głównej. No i zaczynamy się wykłócać. Seweryn zarzuca mi, że zawsze musi robić to co ja chcę, więc na to dictum ustępuję i mówię: “no dobrze, przejeżdżaj”. Łagodnymi łukami w dół, tablica Windsor Downtown, szerokie rozlewiska rzeki Avon, po prawej pojawiają się tory kolejowe. Wjeżdżamy na groblę idącą poprzez szerokie ujście Avon, uchodzącej do odnogi Minas Basin, która z kolei jest zatoką końcową wielkiej Bay of Fundy.

Widok miasteczka natychmiast Seweryna rozczarowuje, “ale dziura” mruczy. Typowe drewniane domki, czasem z ładnymi ozdobami ganków, werand i balkonów. Trzymam się za wszelka cenę Jedynki, bo niezła plątanina ulic. Seweryn zaczyna się denerwować jak tu się stąd wydostać. Zrobił ze dwa zdjęcia i się zasępił. “Nic nie kombinuj – mówię – cały czas trzymaj się tej drogi”. Przeglądam mapę i decyduję, że skręcimy w drogę nr 14, zwaną Glooscap Trail.

Glooscap to ważna, legendarna postać narodu indiańskiego Wabanaki, żyjącego w USA (Vermont, New Hampshire, Maine) i Kanadzie (Maritimes). Był stwórcą (creator) i jego imię – Kloskabe oznacza „Człowieka, który wziął się z niczego”. Legenda ma paręnaście wersji, dostosowanych do terytorium na którym żyły różne szczepy Wabanaki. Jednakże wszędzie ma pewne cechy zbieżne – Glooscap jest życzliwy i łagodny, lecz walczy przeciw złu i posiada magiczne moce. W jednej z wersji, jest także ostrzeżeniem dla myśliwych – jeśli będą zabijać za dużo zwierząt, zniszczą ekosystem i piękno Ziemi, którą stworzył. Ochrona ekosystemu powtarza się, w różnych odmianach, niemal u wszystkich szczepów autochtonicznych na Ziemi. To jedna z mądrych nauk, którą bardzo zaniedbaliśmy, a czego skutki odczuwamy coraz bardziej.

Mikmakowie uważają Glooscap’a za giganta, który między innymi stworzył dolinę Annapolis; w innej legendzie podają, że gdy zakończył stworzenie piękna świata, zanurzył pędzel w mieszaninie wszystkich kolorów i stworzył jego ulubioną wyspę – PEI. Kiedy kładł się do snu, jego łóżkiem była Nowa Szkocja, a za poduszkę służyła mu właśnie ulubiona wyspa. Pewne wątki legend zawierają echo dawnych wydarzeń, które odmieniły świat tamtejszych ludzi, np. po wielkim trzęsieniu ziemi nastąpiło rozpołowienie górskiego pasma i powstała nowa cieśnina z wyspami. Od strony praktycznej Mikmakowie wierzą, iż Glooscap nauczył ich ceramiki, rozniecania ognia, używania tytoniu, sporządzania sieci i canoe. Lecz przede wszystkim nauczył ich rozróżniania pomiędzy dobrem a złem.

My tymczasem walczymy ze znakami i przy rozwidleniu instruuję Seweryna, by trzymał się wschodniej odnogi czternastki. Na mapie figuruje jako 1, potem 14 i dodatkowo nazwa – Evangeline Trail. Można dostać kociokwiku. Seweryn oczywiście o mało nie skręca na zachód, lecz go szybko naprostowuję. Następne rozwidlenie i tym razem głupieje, bo nie ma znaku 14, a na wprost jest Jedynka. „Zawracaj – mówię – spróbujemy jednak to lewe ramię”.„ Kazałeś mi trzymać się ciągle tej samej drogi” – mówi z przekąsem Seweryn. Wykręca na zajeździe pod domem i zawracamy. Na rozwidleniu wyraźny znak – 14 Wschód i potem do 101. Ale to główna droga, a ja uparłem się bocznymi, bardziej malowniczymi. Przecinamy nieczynne tory kolejowe, jest potwierdzenie 14 East. Starannie utrzymana droga poprzez las. Mało aut.

Za parę minut wpadam w osłupienie, bo przy drodze znak Evangeline Trail. Gdzie jest ten cholerny Glooscap? Po obu stronach domek obok domku, ze starannie utrzymanymi trawnikami. Mostek nad rzeka St. Croix – błyszczące w słońcu, błotniste brzegi, brunatnoczerwonej barwy. Niektóre odcinki z urwistym brzegiem, pokrytym gęstą trawą i drzewami. Dojeżdżamy do kolejnego znaku – na Truro w prawo, do Avondale w lewo. Jest ciepło, Seweryn chce się zatrzymać i kupić jabłka oraz coś do picia. Stajemy przy sklepie “Tidal Shore Market”. Seweryn długo marudzi przebierając w jabłkach, tak długo, że sprzedawczyni zaczyna na niego patrzeć podejrzliwie. Pytam ją o Glooscap, kobieta nie ma pojęcia. Lokalna osoba i zero wiedzy o drogach. Wychodzę na zewnątrz i pytam młodego chłopaka na motocyklu. Informuje, że trzeba skręcić w lewo, na Avondale. Seweryn wychodzi z wielką porcją lodów, siadamy w altanie z boku. Seweryn co chwila się zagapia, liźnie raz loda i wpada w bezruch. “Słuchaj, czy mógłbyś jakoś tego loda załatwić nieco szybciej” – mówię – „Mamy jeszcze długą drogę przed sobą”. Seweryn z wściekłością, ba, z furią, smyrgnął lodami o ścianę altanki. Zatkało mnie. W milczeniu wsiadamy do auta. Widzę strzałkę z 14-tką na prawo, do Avondale jest w lewo. Zatrzymujemy się, studiuję mapę, rzeczywiście do tej miejscowości jest w lewo, ale gdzie Glooscap Trail? Jedziemy nad błotnistym, czerwonobrunatnym dopływem głównej rzeki.

Po prawej spory napis – “Tutaj jest połowa drogi pomiędzy równikiem a biegunem północnym”. Widzę na mapie, że gdy dalej pojedziemy tą drogą, zatoczymy wielki łuk po czymś w rodzaju półwyspu pomiędzy dwoma rzekami – St. Croix i Kennetcook. Dojeżdżamy do skrzyżowania, osada nosi nazwę Mantua (czyżby Włosi?), mówię Sewerynowi “w prawo”, a on oczywiście skręca w lewo. “Co robisz ?”- podnoszę głos – “Pogięło cię dziś czy co? Weź się opanuj!”. Broni się – “ O co chodzi, chciałeś w lewo”. “Nie, w prawo”, “Nie, mówiłeś w lewo”. No i awantura. Ma znów problemy z rozróżnieniem lewej i prawej strony. Często, po moich wskazówkach jak jechać, czyni zupełnie odwrotnie i potem idzie w zaparte. Nie może przyjąć do wiadomości, że ja pilotuję i nie potrafi się temu podporządkować. Zawraca, wjeżdżamy w drogę Lawrence. Wiejska droga, z popękaniami, poprzez wzgórki i rozległe płaskowyże.

Zagęszczenie domów i farm, droga doprowadza nas do trójkątnego rozjazdu i jest! – znak Glooscap Trail, z głową Indianina.

Po grzbiecie wzgórza skąd widok na zatokę Minas Basin,

za wzgórzem długi zjazd w dolinę rzeki Kennetcook.

Płynie w czekoladowym korycie i w ramie zieleni.

Błotniste brzegi,

miejscami tłusto błyszczące w słońcu.

Dojeżdżamy do raczej nędznego, małego budynku – centrum Pływów Fundy i decydujemy, że nie ma co się zatrzymywać. Może to był błąd, bo za parę minut po minięciu mostu, łapie mnie tak gwałtowne rozwolnienie, że ledwo zdołałem zbiec w przydrożne krzaki. Po powrocie do auta ból głowy i uczucie ogromnego osłabienia. Łukiem skręcamy na wschód, dalej wzdłuż zatoki, która zwęża się coraz bardziej i przyjmuje nazwę Cobequid Bay. Teraz Glooscap Trail idzie na południe i po przejechaniu mostu na rzece Shubenacadie wpuszczamy się w drogę 236, która doprowadza nas do 102, a ta z kolei do głównej autostrady TCH, oznakowanej tu numerem 104.

Seweryn wpada w kolejną panikę, że nie starczy benzyny.

Po minięciu znaku zjazdu na Pictou,

podjechaliśmy zatankować na stację, przy wjeździe do miasta New Glasgow. Przed miejscowością Sutherland River, w oddali wyłania się niebieszcząca zatoka Merigomish Harbour, będąca częścią cieśniny Northumberland.

Gnamy autostradą, pnącą się po wzgórkach, w małej kawalkadzie aut jadących 110-120 km/godz. I przed miasteczkiem French River błysk pamięci – znajomy podjazd pod górkę.

Tędy jechałem moją pierwszą kanadyjską drogą, gdy prof. Pluta wiózł mnie z Halifax’u do Antigonish, półprzytomnego z powodu trzydniowego pożegnania w Berlinie i pierwszej w życiu zmiany czasu (jet lag). Za parę minut kolejne wyświetlenie – przed skrzyżowaniem wielka ściana lasu, która mnie wtedy tak wielce zdumiała, że tak rozległa.

Gdy pojawił się znak Antigonish poczułem lekkie emocje i włączyłem kamerę w aparacie, by uwiecznić wjazd na filmie. Lecz pamiętając nieco skomplikowane rozjazdy przed miastem, kamerę szybko wyłączyłem i skupiłem się nad drogą. Popilotowałem dobrze i za chwilę wyłoniły się budynki uniwersytetu, włącznie ze znajomym widokiem akademików i katedrą St. Ninian.

Teraz się mocno wzruszyłem i wielką falą przypłynęły wspomnienia, tak wielką, że poprosiłem Seweryna, byśmy najpierw przejechali kawałek przez miasto, a dopiero potem zakwaterowali się na kampusie. Z perspektywy lat doceniam owo miękkie lądowanie w Kanadzie, w małym miasteczku, na stypendium uniwersyteckim, gdzie nie tylko życzliwie mnie przyjęto, ale niemal robiłem za gwiazdę – na uniwersytecie i w mieście, bo wszyscy wiedzieli, że jestem emigrantem z Solidarności, zaangażowanym w walkę z komuną. Na odległość, lecz nieustępliwie.

Przeprowadzka do Toronto dała mi zaznać twardego lądowania – zanim wspiąłem się na dobrą pozycję zawodową i społeczną, upłynęło 13 burzliwych lat. Kłopoty zdrowotne i kolejne osobiste, potem przetrzymałem sześć lat pracy w biurze Kanadyjskiego Związku Motorowego jako urzędnik, gdzie udawało mi się wykręcać od siedzenia za biurkiem. Trzy następne lata – bezrobocie, zasiłek, dwa lata pracy z psami. Codzienny spacer i kontakt z przemiłymi istotami mnie odbudował, bo ludzi i ich fałszywego uśmieszku, szczególnie u szefów polskich biznesów (przyciśnięty, próbowałem tam znaleźć pracę), miałem całkowicie dość.Generalnie środowisko polskie najczęściej zachowuje się zgodnie z regułą przytoczoną przez Janusza Głowackiego w jego książce „Z głowy” – „Jeżeli jesteś w nędzy albo rozpaczy, nigdy, ale to nigdy nie przyznawaj się do tego rodakom. Nikt ci nie pomoże, tylko cię dobiją”. Z kolei ci kanadyjscy szefowie z biura, byli w stylu „Kapitału” Marksa i opowiadań Jacka Londona. Wśród pracowników atmosfera ledwie maskowanego lęku, na wierchuszce okresowe skandale – błędy i korupcja. Nieprzyjemni, czasem wręcz tępi i pozbawieni poziomu menadżerowie. Miałem potem o czym opowiadać w szkole, gdy ostrzegałem uczniów przed ześlizgiwaniem się w przyszłości na pozycje pół niewolników.

I jesteśmy na nieśmiertelnej, głównej ulicy – Main Street,

nazwa która jest w każdym miasteczku na tym kontynencie. Od razu wyświetliło się parę miejsc – poczta, gmach sądu, bank, w którym brałem pożyczkę na studia, ratusz.

Nawrotka i wjeżdżamy na kampus. Jakież zmiany, z trudem go poznawałem. Zajechaliśmy do Governors Hall, gdzie jest centrum recepcyjne. Miła studentka pochodzenia ukraińskiego, dała nam plastykowe karty kodujące do naszego pokoju w akademiku. Klucze już nie istnieją. Przejechałem koło znajomych budynków i gdy otworzyła się przestrzeń niedaleko stadionu, zdumiałem się. Dwa duże, nowe gmachy akademików. Nasz – O’Regan Hall, jest po prawej,

niedaleko mego starego akademika. Ależ nowocześnie w środku, wysoki połysk, nasz pokój wielki,

aczkolwiek przystosowany dla inwalidów i dlatego obszerna łazienka. Po rozpakowaniu krótki wypad. Jednakże nie mogłem na sto procent zlokalizować mego dawnego akademika. Tyle zmian, włącznie z małą architekturą terenu. Pełnia się niemal wypełniała i wracając zaaranżowałem specjalne zdjęcie.

Późnym wieczorem złe samopoczucie, dalej problemy żołądkowe. Seweryn mnie pociesza, że też go nieźle pogoniło. Ale bez bólu głowy i osłabienia. To widocznie zupa małżowa z Wolfville. Zadzwoniłem do Pluty – nie ma go. Pewnie gdzieś pojechali na wakacje lub na weekend. Podałem mu oba terminy przyjazdu, więc z pewnością zobaczymy się potem. Głodówka, herbata miętowa i do wyra. Zasypiając przemierzałem w myślach tamten czas, tamte plany i tamte marzenia.