Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

5 lipca Halifax – Annapolis Royal

Nowa Szkocja w pigułce

1. Geografia – prowincja ma zadziwiający kształt przypominający jakiegoś dinozaura, którego łbem z rozdziawioną paszczą, jest wyspa Cape Breton. To po PEI druga, najmniejsza prowincja Kanady (prawie 53 tys. km²; nieco mniejsza od Chorwacji) – półwysep, wyspa Cape Breton plus 3800 mniejszych wysp. Geologicznie składa się z dwóch wyraźnych obszarów: północnego i południowego, od linii przebiegu wielkiego uskoku (Cobequid i Chedabucto). Część północna jest zajęta przez wyżynę Avalon (Wzgórza Cobequid i Wysoczyzny Pictou- Antigonish) należącą do systemu Appalachów oraz niziny wypełnione skałami osadowymi z okresu Karbonu (stąd złoża węgla i gipsu). Część południowa to tzw. Atlantycki Interior (Południowe Góry z obszarami wewnętrznego płaskowyżu, nadbrzeżne niziny, uskoki), niziny w dolinie Annapolis, obszary nadbrzeżne zatoki Fundy (z dwoma małymi systemami niskich gór) i Atlantyku. Krajobraz Atlantyckiego Interioru jest zdominowany rzeźbą polodowcową, z licznymi jeziorami ( w całej prowincji 5400 jezior), odsłoniętymi skałami granitowymi, drumlinami i obszarami pokrytymi gęstym lasem.

Klimat półwyspu, mimo otoczenia przez obszary wodne – Zatoka Św. Wawrzyńca na północy, Zatoka Fundy na zachodzie, Zatoka Maine na południowym-zachodzie i od wschodu Atlantyk (stąd na tablicy rejestracyjnej aut prowincji figuruje nazwa Kanadyjski Plac Zabaw nad Oceanem, Canada’s Ocean Playground) – jest bardziej kontynentalny, co wyraźnie odbija się na ostrzejszej zimie. Przypomina klimat północnej Europy nad brzegami Morza Bałtyckiego, z tym, że jest wilgotniejszy i ma więcej opadów śniegu. Dolina Annapolis, chroniona przez Zatokę Fundy i Atlantycki Interior, ma unikalny mikroklimat, który umożliwia prowadzenie farm warzywnych i sadów.

Z każdego miejsca wewnątrz półwyspu do wody jest tylko trochę powyżej 67 kilometrów; linia brzegowa ma 7400 kilometrów!! Liczne zatoki, wyspy i półwyspy były w dawnych wiekach rajem dla piratów, których ukrytych skarbów poszukuje się tutaj do dziś.

Skład fauny jest dość urozmaicony: bobry, świstaki, zające śnieżne, wiewiórki czerwone i latające, chipmunki (pręgowiec amerykański), jeżozwierze, kojoty, wilki, rysie, lisy, szopy pracze, kuny i łasice, norki, skunksy, wydry, czarne niedźwiedzie, biało-ogoniaste jelenie, wschodnie pumy. Natomiast populacja łosi jest nieliczna (był przełowiony, szczególnie na wyspie Cape Breton) i pod ścisłą ochroną. Nie ma żadnego jadowitego węża, który zdarza się w Ontario (grzechotnik Massasauga) lub na zachodzie Kanady. Czyli to co mi szybko i z lekkim sykiem przewinęło się szybko pomiędzy rozstawionymi nogami, w czasie sadzenia drzew, nie było, jak myślałem, żmiją i niczym nie groziło. Ale wąż miał z półtora metra i natychmiast odezwał się pierwotny instynkt zakodowany w tzw. pierwszym mózgu, czyli pniu, który jest połączony z rdzeniem kręgowym. I dlatego wtedy, po tym rdzeniu, przeszedł mi potężny dreszcz. Co ciekawe, tę część mózgu nazywa się gadzim, bowiem u nich się pojawiła.

2. Ludność – około 940 tysięcy ludzi, stolica – Halifax (powyżej 403 tysięcy); dwie największe grupy etniczne: Szkoci i Anglicy (po 31%), następnie Irlandczycy, Francuzi i Niemcy. Żyje tu największa poza Szkocją społeczność posługująca się językiem gaelickim (celtyckim). Oprócz pewnych osób, stosujących ów język na co dzień – w powiecie Pictou i Antigonish oraz na wyspie Cape Breton, naucza się go w wielu prowincjonalnych liceach. Obecnie gaelickiego używa około dwa tysiące osób.

Główne miasta poza Halifax – Sydney i Truro.

3. Historia

a. region wielowiekowego zamieszkania szczepu Mikmak

b. kolonizacja francuska – w 1605 roku pierwsze, permanentne, europejskie osadnictwo w przyszłej Kanadzie – osada Port Royal, która stała się zaczątkiem Akadii. Francuzi nawrócili Mikmaków i przez następne 150 lat obie społeczności zgodnie żyły, na co nie wpłynęła akadyjska wojna domowa (1640 – 45). W czasie pierwszych 80 lat było parę prób zagarnięcia półwyspu przez Brytyjczyków i Holendrów

c.kolonizacja angielska – w sumie na terytorium Nowej Szkocji i przyległych, Anglicy stoczyli z Francuzami sześć krótszych i dłuższych wojen – w okresie od 1688 do 1763.

Brytyjczycy podbili Akadię w 1710 roku i natychmiast Port Royal przemianowano na Annapolis Royal, na cześć królowej Anny. Jednakże większość ludności (Akadyjczycy i Mikmakowie) dalej zachowała swoje posiadanie, a siły brytyjskie tkwiły jeno w dwóch garnizonach – Annapolis i Canso. W 1749 roku stolicę Nowej Szkocji przeniesiono z Annapolis do Halifaxu, a w 1758 powstał rząd przedstawicielski (Representative Government). Potem było już tylko gorzej. Ostatnia wojna zwana była Siedmioletnią, lecz także nazywano ją Wojną Francuzów i Indian z Anglikami. Zakończyła się wygnaniem Akadyjczyków i podpisaniem pokoju z Mikmakami. Na miejsce Akadyjczyków sprowadzono osadników brytyjskich z Nowej Anglii. Nowa Szkocja obejmowała teraz Akadię, PEI i Nowy Brunszwik. W 1769 PEI stała się oddzielną kolonią, a w 1784 Nowy Brunszwik samodzielną prowincją

d.czasy amerykańskiej wojny o niepodległość, zwanej prawem kaduka Rewolucją Amerykańską – jedna z amerykańskich mistyfikacji, podobnie jak rubryka w papierach przy przekraczaniu granicy USA, w którą trzeba wpisać swoją rasę, w moim przypadku zwaną Caucasian. Poświęćmy trochę więcej miejsca objaśnieniu tej „światłej” teorii, ponieważ wyraźnie wskazuje na istnienie tzw. małpiego rozumu u niektórych ludzkich osobników, jak widać szczególnie szeroko rozpowszechnionego w administracji USA (czy oni sobie zdają sprawę skąd to zaczerpnęli?) i to mimo najnowszych badań w dziedzinie DNA, w których Amerykanie ponoć przodują.

Niejaki Johann F. Blumenbach (1752- 1840), niemiecki antropolog, uważał czaszki Gruzinów za typowe dla rasy białej i tym mianem objął Azjatów na Dalekim Wschodzie oraz ludzi w delcie Gangesu, Północnych Afrykanów i większość Europejczyków. Blumenbach twierdził, że Adam i Ewa byli Caucasians (to fiksacja europocentryzmu na tle religijnym, która nawet dotknęła naszych polskich przodków w wiekach XVI-XVIII, gdyż uważali się za Sarmatów, wywodzących się od biblijnych rodziców; to także jedna z licznych mistyfikacji Kościoła wmawiającego liczne bzdury maluczkim), czyli ludźmi rasy białej, żyjącymi w Azji. Według niego pozostałe rasy wykształciły się na skutek degeneracji spowodowanej ubogim odżywianiem i działaniem słońca. Więcej – naukowiec twierdził, że ten proces degeneracji można odwrócić stosując przesiedlenia w takie warunki środowiska, które spowodują przekształcenie się tych ludzi w rasę białą. Jest więc jakiś promyk nadziei dla skołtunionej części ludności w Polsce, na Węgrzech, w Italii czy Niemczech, że emigranci się po latach wybielą, a rasistowsko-nacjonalistyczne palanty, będą potem z tymi nawróconymi wspólnie tłuc kolejnych nowo przybyłych.

Blumenbach stworzył także pięć typów czaszek, klasyfikujących ludzi na pięć rodzajów ras. Jak zapewne pamiętamy, w latach 30-tych wieku XX, ochoczo ruszyli do pomiarów czaszek Anglicy i Niemcy, szukając w tym uzasadnienia swej wyższości. Czym się to potem skończyło też jest wiadome, choć obecnie dla sporej ilości młodych ludzi nie za bardzo. Blumenbach oczywiście nie uważał się za rasistę, podobnie jak nie uważa się rząd USA, który w przypadku przekraczania granicy przez Polaka, Anglika czy Portugalczyka, domaga się wpisania ich w rubrykę Caucasian. Jestem bardzo ciekaw, jak wpisuje się w tę nomenklaturę, powiedzmy Berber z Maroka…

Powróćmy do tamtych czasów, lat 1775-1783, kiedy Amerykanie mieli apetyt na przyłączenie Nowej Szkocji, a sami mieszkańcy używali czasem określenia „14 kolonia amerykańska” i wahali się pomiędzy poparciem nowego państwa, a pozostaniem przy Koronie. Tymczasem amerykańscy korsarze łupili statki brytyjskie i napadali na przybrzeżne osady i miasta, co jednak skłoniło mieszkańców do popierania Korony. Flota brytyjska nie miała przewagi i tylko częściowo zdołała zagarnąć statki korsarzy walcząc niejako na dwa fronty – z Amerykanami i Francuzami. Dwie największe bitwy morskie rozegrały się niedaleko wyspy Cape Breton (1781) i Halifaxu (1782).

Po zwycięstwie Amerykanów, około 33 tysiące Lojalistów (United Empire Loyalist) osiedliło się w Nowej Szkocji, gdzie rząd brytyjski nadał im działki ziemi, jako rekompensatę za utracony majątek w 13 koloniach. Lojaliści założyli nowe osady i miasta i spowodowali pewne ożywienie gospodarcze. Lecz doszło także do konfliktu ze starymi osadnikami z Nowej Anglii i z wyrugowanymi w wielu miejscach Mikmakami. Pośród Lojalistów znalazło się około trzy tysiące Murzynów, którzy założyli swoją największą osadę w Północnej Ameryce, w miejscowości Birchtown. Na skutek rasistowskich tendencji i ciężkich warunków życia, jedna trzecia z nich reemigrowała w 1792 roku do Sierra Leone w Afryce, gdzie założyli miasto Freetown. Przez lokalną ludność byli nazywani osadnikami nowoszkockimi.

e. wiek XIX – podczas wojny w 1812 roku, społeczność prowincji budowała lub zakupywała statki dla korsarzy, do walki z flotą amerykańską. Amerykańscy, czarni niewolnicy, popierający Koronę, zostali skierowani do Nowej Szkocji, gdzie uzyskali wyzwolenie i prawo osiedlenia.

Po zakończeniu wojny Nowa Szkocja stała się najbardziej znaczącą kolonią brytyjską w Ameryce Północnej. W 1848 roku wywalczyła rząd demokratyczny (Responsible Government) i zyskała samorządne uprawnienia. W czasie wojny domowej w USA, tysiące Nowoszkotów walczyło po stronie Północy. Oficjalnie prowincja, jak i całe brytyjskie Imperium, były neutralne. 1 lipca 1867 roku przystąpiono do Konfederacji Kanadyjskiej i już w niej pozostano, mimo, że w parę miesięcy później w wyborach zwyciężyła partia Antykonfederacyjna. Podczas drugiej Wojny Burskiej (1899-1902), kontyngent wojskowy z Kanady( w tym oddział z Nowej Szkocji) liczył 8600 ludzi (zginęło 267 żołnierzy a 252 było rannych).

Pomiędzy latami 1840 – 1890 nastąpił gwałtowny wzrost industrializacji, bowiem finansiści z Wlk. Brytanii i USA zaczęli inwestować tu wielkie pieniądze. Dodatkowo rząd angielski zachęcał do intensywnego importu ze swych kolonii surowców naturalnych, nakładając cła na towary z innych państw. Potem ustanowiono wolny handel kolonii z Koroną, co jeszcze bardziej przyczyniło się do prosperity w prowincji. Unowocześniło się także rolnictwo (rozwój sadownictwa w dolinie Annapolis), przemysł stoczniowy (zaczęto produkować statki z żelaza i stali), transport i rybołówstwo, które już od wieku XV stanowiło główną gałąź kanadyjskiego eksportu. I to mimo upadku wielkich kompanii rybołówczych, które niemal posiadały monopol w tej dziedzinie. Poza rybami, przede wszystkim połowami dorsza, zaczęto intensywnie odławiać homary i małże oraz znacząco wzrosła produkcja konserw rybnych. Stały, niezakłócony rozwój wykazywały kopalnie węgla, szczególnie na wyspie Cape Breton. W sukurs prowincji przyszła polityka rządu federalnego, który wdrażał narodowy plan rozwoju wspomagając budowę kolei i produkcję stali. Automatycznie wzrosła ilość ludności w miastach, które przekształcały się w centra miejsko- przemysłowe (Halifax, Sydney). Okres 1851 – 71 nazwano niegdyś „złotym wiekiem” prowincji, ale w rzeczywistości były to złote czasy dla miejskiej elity, typowej dla XIX-wiecznego kapitalizmu. Wzrost dochodów, przez pełne dwie dekady, objął biznesmenów i finansistów, kupców i właścicieli statków, ludzi nazywających się z dumą dżentelmenami i stanowiących 10 procent społeczeństwa. Większość – farmerzy, rybacy, rzemieślnicy i robotnicy, żyła w ubóstwie, a wiele wdów w nędzy.

Wraz z gwałtownym rozwojem przyszły okresowe kryzysy i rozwarstwienie społeczne, głównie pomiędzy będącą w większości ludnością protestancką a katolicką ( Akadyjczycy). Akadyjczyków, przeważnie zatrudnionych w wielkich zakładach, kryzys dotknął najwcześniej. Przestano budować drewniane statki, przechodzono na ogrzewanie węglem, a nie jak od wieków drewnem. Upadek stoczni zmusił ich do budowania łodzi rybackich własnym sumptem, lub do ich zakupu, a także pierwszych inicjatyw tworzenia spółdzielni. Pod koniec wieku, ostateczny cios tutejszej ekonomii zadała decyzja o zakończeniu wspomagającej polityki rządu federalnego. Zamykano fabryki, instytucje finansowe przeniosły się do Toronto i Montrealu i nastąpiła spora reemigracja do prowincji Ontario i USA.

W Nowej Szkocji powstał jeden z pierwszych związków zawodowych (Związek Stolarzy – w 1799 roku), co zachęciło do działań inne profesje, przeważnie rzemieślników i handlarzy. Spotkało się to ze zdecydowaną kontrakcją biznesmenów, którzy przy poparciu polityków, doprowadzili w 1816 roku do ustanowienia prawa przeciwko związkom zawodowym, z jednoczesnym wymuszeniem niezmiennych stawek i innych niesprawiedliwych regulacji. Związki zawodowe pozostały nielegalne do roku 1851. Jak widać, wbrew mniemaniu niektórych, nie miały nic wspólnego z komunizmem, ani rewolucją w Rosji. Ta niechęć do związków, powodowana czasami ich powiązaniami z mafią i niekiedy wewnętrznym skorumpowaniem, odbija się czkawką do dzisiaj. Nie tylko zwyczajowo; północnoamerykańscy biznesmeni i szefowie nie tolerują związków u siebie, zawsze starają się wskazywać, że to z ich winy nadszedł kryzys, z ich winy jest, lub może być, źle

f.  wiek XX – podczas I wojny Halifax stał się znaczącą bazą dla marynarki wojennej i wielkim, międzynarodowym portem. Stąd płynęli do Europy żołnierze kanadyjscy i amerykańscy oraz ekspediowano wojenne zaopatrzenie. Potem prowincję mocno przeorała Wielka Depresja: gwałtownie obniżyły się główne gałęzie produkcji, jak kopalnie i hutnictwo, przemysł leśny i rybołówstwo. Zaczął się proces zakładania rybackich spółdzielni, z których wiele istnieje do dziś i prowadzony przez przedstawicieli kościoła katolickiego, słynny Antigonish Movement (jako trzecia droga pomiędzy kapitalizmem a socjalizmem), o którym opowiem szerzej później, gdy znajdziemy się w tym mieście.

W 1933 roku do władzy doszedł premier Angus L. Macdonald z partii Liberalnej i zaczął podobne reformy jak prezydent Roosevelt w USA . Na przykład likwidację bezrobocia poprzez roboty publiczne (budowa dróg). Premier zyskał sporą popularność i rządził dwukrotnie w latach 1933-1940, a potem od 1945 do 1954 roku). Paradoksalnie ożywienie gospodarcze powróciło w okresie II wojny, gdy Halifax stał się ważną bazą aliancką, ekspediującą liczne konwoje z zaopatrzeniem przez Atlantyk.

W latach 50-tych powstał gigantyczny zakład stali i węgla (Leah Tibert Steel and Coal Company, zwany skrótowo Scotia), który na wzór Irving’ów wprowadził wertykalną strukturę powiązań biznesowych. Z początku wszystko szło nieźle, ale potem zaczęły się spore problemy ze zbytem, wzrosły koszty produkcji i zaczęto produkować rzeczy o coraz gorszej jakości, co jak wiemy, dziś stało się naczelną zasadą wielkich multikorporacji i korporacji narodowych – wyprodukować bubel, który po roku używania będzie się nadawał tylko do wyrzucenia i zmusi nas do zakupienia kolejnego bubla. Tym sposobem, co roku na Ziemi przybywa coraz więcej śmieci i degraduje się środowisko. Ale panom i władcom licznych rzesz ludności, we współpracy z politykami i rządem, albo po swojemu – wbrew prawu, to w ogóle nie przeszkadza. Naczelnym bożkiem, bałwochwalczym i pozbawionym jakichkolwiek skrupułów, stał się zysk napędzany chciwością. W kalkulacji ekonomicznej często dalej nie ma ani współczynnika ochrony środowiska, ani ochrony ludzkiego zdrowia (a jak jest, to dla picu i z takim podejściem, jak do zmiany klimatu, że to wymysł nawiedzonych naukowców i ekologów), a co za tym idzie utrzymania wydajności pracowników i to nie na zasadzie przymusu i quasi niewolnictwa. By się pozbyć natrętnych związków i dokuczliwych przepisów, przenosi się biznesy tam gdzie nie panuje niemal żadne prawo, chroniące jakiekolwiek istoty żywe; wykorzystując biedę tych ludzi, zmusza się ich do niewolniczej pracy, stokrotnie pomnażając swe zyski.

Scotia, już pod nową nazwą – Dominion Steel and Coal Corporation, zawaliła się z hukiem w latach 60-tych. Nieustanne zmiany nazw też są nader charakterystyczne. Oszukuje się tym sposobem na podatkach, wymusza na jakiś czas nowe zwolnienia od nich, próbuje wymazać źle kojarzącą się nazwę i rozpowszechnia się zasadę grząskiego, a co za tym idzie niepewnego gruntu, poparte sentencją, koniecznie z poprzedzającym westchnieniem – nic nie jest wieczne. Pozamykano kopalnie i huty, tysiące ludzi straciło pracę. Do dzisiaj prowincji trudno się podźwignąć, po tych licznych ciosach w ostatnich stu latach.

4. kultura – całkiem dynamicznie rozwijała się i rozwija sztuka (malarstwo, rzeźba, fotografia, znajdujące miejsce w licznych galeriach i centrach sztuki), literatura – m.in. Alistair MacLeod i Thomas Chandler Haliburton, muzyka (m.in. Denny Doherty z zespołu Mamas& Papas, Anne Murray i Sarah McLachlan, wiele grup folkowych). Jest dynamiczny przemysł filmowy i telewizyjny.

Z ogromną przyjemnością przez lata oglądałem satyryczny program „Godzina w 22 minuty” (This hour has 22 minutes), gdzie jednym z najzabawniejszych był aktor hinduskiego pochodzenia Shaun Majumder, a potem śledziłem dokonania Rick Mercier’a, który odszedł z zespołu i prowadził swoje programy, m.in. przezabawny „Rozmawiając z Amerykanami” (Talking to Americans), w którym pokazywał, zatrważający czasem, poziom wiedzy ludzi w USA na temat Kanady i świata. Pokładałem się ze śmiechu, gdy jeden z profesorów uniwersytetu Princeton z namaszczeniem podpisywał petycję zabraniającą wznowienia corocznych polowań na białe niedźwiedzie w Toronto, czy zbieranie podpisów na ulicy Bostonu w sprawie legalizacji w Kanadzie systemu VCR.

5. ciekawostki

a. prawa Mikmaków – w 1919 roku Gabriel Sylliboy został wybrany na Wielkiego Wodza i rozpoczął walkę prawną z rządem prowincji i jego Sądem Najwyższym, w celu uhonorowania i przestrzegania traktatu z 1752 roku.

Dopiero w 1997 roku utworzono Trójstronną Komisję i w 2010 podpisano historyczne porozumienie pomiędzy Mikmakami a rządem federalnym i prowincjonalnym, które przewiduje, że przy jakimkolwiek projekcie, mogącym wpłynąć na którąkolwiek społeczność Mikmaków w prowincji, każde posunięcie rządów musi być skonsultowane z przedstawicielami Mikmaków. Jest to pierwsze tego typu porozumienie w historii Kanady, uznające prawa Indian na terenie całej prowincji.

W 1982 roku opracowano także specjalny program edukacyjny (Mi’kmaq Kina’ matnewey), który stał się najlepszym wśród Pierwszych Narodów Kanady. Od 1997 roku, w każdym rezerwacie są teraz odpowiedzialni za swoją edukację i w sumie istnieje 11 szkół prowadzonych przez Mikmaków (połowa nauczycieli wywodzi się z tego szczepu). Nowa Szkocja ma największy procent uczniów autochtonów na terenie kraju i w roku akademickim 2011/2012 nastąpił 25- procentowy wzrost studentów Mikmak na uniwersytetach w Atlantyckiej Kanadzie

b. w 1968 roku powstała Federacja Akadyjczyków Nowej Szkocji, która promuje wzrost gospodarczy i kulturalny wśród tej społeczności; posiada 29 regionalnych organizacji i w 1996 roku powołała Akadyjski Wydział Oświaty

c. Szkoccy górale (czyli Highlanders) – po nieudanym powstaniu w 1745 roku rozpadł się tradycyjny system szkockich klanów. Ale na wyspie Cape Breton, wśród przymusowych i dobrowolnych osadników ze Szkocji, system ów przywrócono i przetrwał do początków XX wieku. Własność ziemi była przypisana do całej grupy krewnych. W Szkocji odrzucano prawo własności jednego posiadacza. Na Cape Breton farmy przechodziły z jednych gałęzi rodzinnych do drugich, ale zawsze pozostawały w obrębie tego samego klanu. Członkowie klanu wzajemnie sobie pomagali, budując na przykład zbiorowe stodoły, dzieląc się pracą i rolniczymi narzędziami. Ten system był także podtrzymywany przez aranżowane małżeństwa. W sumie, w ciężkich warunkach pionierskiej pracy i zakładania farm, ów system okazał się bardzo pomocny.

W 1762 roku nastąpiło rugowanie szkockich klanów z ziem ich przodków (Fuadaich nan Gàidheal ), przez szkockich, ale głównie angielskich posiadaczy. Linia podziału przebiegała także wzdłuż preferencji religijnych – katolicy i protestanci. Anglicy z upodobaniem stosowali zasadę „dziel i rządź”, wykorzystując nie tylko konflikty narodowościowe, lecz także religijne i ekonomiczne. Pierwszy statek z przymusowymi kolonistami z Hebrydów przybił w 1770 na PEI; do Nowej Szkocji w 1773 na statku „Hector” przybyło 169 osadników, którzy wylądowali w Pictou. Jeden z profesorów uniwersytetu St. Francis Xavier opowiadał mi, że angielska załoga statku była doprowadzona przez Szkotów do szału nieustannym graniem na kobzach, w ciągu niemal całego rejsu. Kto zna dźwięk tego instrumentu wie, jakim potrafi być donośnym i przeraźliwym.

W 1784 roku zniesiono na Cape Breton restrykcyjne prawo zabraniające Szkotom nabywania ziemi i po niedługim czasie, zarówno PEI, jak i Nowa Szkocja, stały się centrum osadników posługujących się językiem gaelickim. W latach 1815 – 1870 przybyło tu 50 tysięcy szkockich emigrantów

d. żołnierze z Nowej Szkocji brali udział w wojnie Krymskiej (1853-56) dlatego w Halifax znajduje się monument im poświęcony – drugi, najstarszy monument wojenny w Kanadzie i jedyny, upamiętniający Wojnę Krymską, w Ameryce Północnej

e. w drugiej połowie XIX wieku, Nowa Szkocja była światowym liderem budownictwa drewnianych statków i miała paru wybitnych konstruktorów, znanych na całym świecie (Donal McKay, John. Blaikie i William D. Lawrence). Budowano słynne klipery i mimo zakończenia przez parowce, pod koniec wieku XIX, Złotej Epoki Żeglarstwa, budowane tu szkunery osiagały wiele sukcesów w wyścigach żeglarskich. Najsłynniejszy był “Bluenose” (rybacki szkuner zbudowany w 1921 roku), który widnieje na kanadyjskiej dziecięciocentówce, nazywany „Królową Północnego Atlantyku” i który wygrywając liczne wyścigi, głównie z amerykańskimi szkunerami, stał się kanadyjską ikoną w latach 30-tych. Po zmianach konstrukcyjnych, w 1942 roku został sprzedany na Karaiby, gdzie rozbił się o rafę koralową na Haiti i zatonął w styczniu 1946 roku. W 1963 roku, w tej samej stoczni w Lunenburgu, zbudowano na podstawie starych planów, dokładną replikę szkunera i nazwano go „Bluenose II”. Są takie jednostki pływające wokół których wciąż tworzą się nowe historie. „Bluenose II” był firmowany przez browar Oland i pełnił dodatkowo funkcję reklamową. W 1971 roku odprzedano go za jednego dolara rządowi Nowej Szkocji, który wykorzystał szkuner w promowaniu turystyki. W 2010 roku został rozmontowany i w trzy lata później zbudowano nową replikę – „Bluenose III”, starannie wzorowaną na pierwotnym projekcie. Partycypowały w tym różne przedsiębiorstwa i potem wyszło na jaw, że koszty poszczególnych części znacznie zawyżono. Obecnie jest przycumowany przy keji w Lunenburgu i od 2015 odbywa podróże do różnych portów Nowej Szkocji. W wyścigach nie uczestniczy.

W 2007 roku prawnuczka konstruktora pierwszego „Bluenose” – Joan Roue, ogłosiła, że rozpoczyna zbiórkę pieniędzy na budowę „Bluenose IV”. W dwa lata później okazało się, że fundusz jest całkowicie niewystarczający i po zwodowaniu „Bluenose III”, zrezygnowano z tego pomysłu.

Z Nowej Szkocji pochodził słynny Joshua Slocum, pierwszy żeglarz, który samotnie opłynął świat dookoła w 1895 roku. W 1900 roku opublikował książkę o swej żegludze,która stała się światowym bestsellerem. W dziewięć lat później, na Łodzi „Spray”, zniknął bez śladu na przestworzach oceanu

f. w Nowej Szkocji urodził się także niemniej słynny człowiek – Samuel Cunard, brytyjski magnat żeglugowy, który wraz z ojcem założył najpierw kompanię żeglugi towarowej, a potem słynną linię pasażerską „Cunard Line”, która stała się sztandarowym przedsięwzięciem Imperium Brytyjskiego. Jego postawienie na stal i parę, wręcz zrewolucjonizowało żeglugę handlową i pasażerską przez Atlantyk. Cunard stał się współzałożycielem Izby Handlowej, jednym z największych posiadaczy ziemskich w Maritimes i znanym filantropem. Przeniósł się na stałe do Anglii, a jego interesy w Nowej Szkocji doglądali dwaj synowie. Cunard, by zadbać o stały dopływ węgla dla jego parostatków, zakupił kopalnie węgla w Nowej Szkocji, które z początku XX wieku odkupili Irving’owie. Po zakupieniu w 1934 roku, swego głównego konkurenta – kompanii Biała Gwiazda (White Star Line), właścicieli bliźniaczych statków „Olympia” i nieszczęsnego „Tytanika”, stał się absolutnym monopolistą żeglugi transatlantyckiej. Cunard wprowadził na swą linię słynne dwa statki – RMS „Queen Mary” i „Queen Elizabeth”

g. w wieku XIX, w Nowej Szkocji powstały też inne przedsięwzięcia, zdobywające rynek kanadyjski i światowy – pierwsza w Kanadzie kompania herbaciana (Morse’s Tea) i wytwórnia łyżew (Starr Manufacturing Co.), oraz do dziś istniejące: bank Nowa Szkocja i browar Alexander Keith

Z akademika na śniadanie do dużej stołówki. Jedzenie standardowe, ale ujdzie. Rozmowa z miłym studentem na temat niedociągnięć; przeprasza i obiecuje, że przekaże menadżerowi. Tłoczno, bo dużo grup młodzieży z przewodnikami w wieku, hm… dziadkowym, czyli moim. I ten inny angielski, ze starych angielskich źródeł z nowymi dodatkami, ale akcent charakterystyczny, lekko zaśpiewny. Auto stoi tam gdzie je zostawiliśmy, powstrzymuję się od komentarza, pakujemy rzeczy na froncie bardzo wysokiego akademika.

Niedaleko jest cytadela, którą chcemy zwiedzić

Zdjęcie z Internetu

Z podjazdu na wzgórze, na którym ona leży, widać część downtown i most MacDonalda, po którym przeszedłem piechotą w 1984 roku.

Jest dopiero po dziewiątej, a słońce już przypieka. Turyści rozłażą się w różne strony, sporo Japończyków. Młodzi ludzie poprzebierani w szkockie stroje odprawiają dla turystów ceremoniał musztry z wrzaskami komend.

Mam niesmaczne wrażenie, bo także niesmaczne wspomnienia ze studenckich obozów wojskowych, gdzie niektórzy oficerowie ujawniali swój sadyzm. Coś obrzydliwego. I ten często bezmyślny w Polsce zachwyt nad armią, instytucją piorącą mózgi i przekształcającą człowieka w automat. Zdjąłem szereg armat,

za nim, jakby w tle, mięso armatnie, zazwyczaj wykorzystywane do szczytnych celów. Młodzi chłopcy we wdziankach szkockiego regimentu.

Powiedziałem Sewerynowi, że wdrapie się po schodach na górny poziom i za 20 minut spotkamy się na dziedzińcu.

Z górnego poziomu widok na zatokę i jej dobre, strategiczne położenie.

I nagle ze szczytu naprzeciwległego muru poniósł się dźwięk kobzy. Zabrzmiał zadziwiająco łagodnie i nagrałem filmik z kobziarzem.

Obszedłem mury dookoła i zgodnie z umową zszedłem na dziedziniec. Seweryna nie było. Okrążyłem cały plac, zaglądając w różne zakamarki. Seweryn wyparował. A tu przed nami objazd niemal całego wielkiego półwyspu po stronie południowej, zachodniej i północnej. Znów okrążyłem plac i bez efektu. Wróciłem przeto do auta i okazało się, że Seweryn je nie zamknął. Chowając się w cieniu oczekiwałem na niego przez długi czas. Po pół godzinie zobaczyłem jak wynurza się zza rogu. „Zgubiłem się” – oświadczył. Nie miałem ani chęci, ani siły, ochrzaniać go od rana, tylko mu oznajmiłem, że nie zamknął auta.

Zjechaliśmy ze wzgórza

i teraz zaczęło się kombinowanie, jak tu dojechać do drogi 102, która winna nas wrzucić wprost na 103. Objechaliśmy wzgórze przemykając niedaleko mostu,

potem znaki doprowadziły nas bez problemu do wylotówki z miasta. Ruszyliśmy w objazd półwyspu Nowej Szkocji, co od lat było moim marzeniem, bo gdy tu mieszkałem, nie miałem z kim w taką podróż się zabrać.

Objeżdżaliśmy wybrzeże południowe. Najpierw niedaleko zatoki St. Margrets, potem przez gęste, leśne kompleksy

do malowniczej i urokliwej zatoki Mahoney Bay. Około w pół do dwunastej pojawiła się nazwa miasta Lunenburg, ze znakiem dziedzictwa UNESCO.

Przystanęliśmy w małej zatoce, bo widok był przepyszny.

Drewniany kościół wyglądał, jak wrysowana w zieleń i niebo, grafika.

Zaszedłem z ciekawości do restauracji w starym domu, gdzie ludzie siedzieli także pod podcieniami. Obok inny, stary dom ozdobiony akadyjską gwiazdą.

W drodze do miasta mijaliśmy kolejne zatoczki wypełnione łódkami, motorówkami i jachtami.

Przed jednym z domów, na trawniku drzewo, obsypane ciemnoróżówym kwieciem.

Za chwilę zatoka z otwarciem ku oceanowi,

skręt w prawo i wjeżdżamy w ulice miasta z kolorowymi domami budowanymi na zakładkę.

Parkujemy niedaleko wody i piechotą, powoli pod górkę, w przypiekającym słońcu. Na szczęście od wody ciągnie lekki chłód.

Natrafiamy na “Grand Banker Bar&Grill” z dość rozległym tarasem. Szukamy miejsca pod parasolem, bo na otwartej przestrzeni jest nie do wytrzymania. Kolejny dowód na zmianę klimatu, włącznie ze zwiększoną ilością wilgotnych dni, o czym informuje mnie barmanka, u której zamawiam jedzenie. Dostaje elektroniczne urządzenie z brzęczykiem, które da mi sygnał, iż nasze porcje gotowe i można je odebrać. Z tarasu widok na zatokę z rybackim trawlerem.

Nad wejściem do sąsiedniego baru dynda blaszany rekin.

Po raz pierwszy od wyjazdu zjedliśmy porządny obiad – ja, rybę z frytkami, w angielskim stylu – zawinięte w gazetę, Seweryn małże i napiliśmy się chłodnego piwa. Sporo ludzi okupuje stoliki na tarasach, w różnych restauracjach i barach. Od oceanu powiewa chłodna bryza, co bardzo lubię. Bądź co bądź to mój sopocki żywioł, w którym się pławiłem przez 21 lat. Na koniec, gdy czas już zwolnił i po jedzeniu i piwie zrobiło się dość błogo, pojawił się pod pełnymi żaglami jacht z turystami i pomknął ku oceanowi.

Poczułem się nieco lepiej, jem probiotyk, ufam, że powróci energia i poczucie siły. Z parkingu jedziemy wokół zatoki i proszę Seweryna, żeby trzymał się jak najbliżej wody. Całkowicie sielskie krajobrazy, stare domy z podcieniami i gankami, kolorowe ściany, ozdobne dachy, rzeźbione ich krawędzie i okapy, a wokół domów pięknie utrzymane ogrody. Na jednym z małych półwyspów ukryte w zieleni lasu domy.

Kolejny zakręt i widok tamtej części miasta, gdzie jedliśmy obiad i kolejne wyjście na ocean poprzegradzane wysepkami.

Dobijamy do Trójki, przeskok na rzeką le Havre, za Bridgewater paręnaście dużych jezior i znów droga ma numer 103. Po minięciu mostu na rzece Medway, zaskakująca tabliczka z nazwą miejscowości. Aż mnie zatkało – East/West Berlin ,1 km. Nad zatoką Ragged Harbour są dwie osady – Berlin Wschodni i Zachodni, położone zgodnie z kierunkami, odpowiednio po wschodniej i zachodniej części małego półwyspu. Tutaj, jak i w całej Kanadzie, wiele miast, wiosek czy osad, natychmiast wskazuje na to kto zacz się osiedlił. Bo oto za parę minut mijamy most na rzece Mersey i zaraz wjeżdżamy na przedmieścia miasteczka Liverpool.

Na szosie smętny widok – miejscami porozjeżdżane małe zwierzątka. Na mapie widzę dwie, wąskie zatoki, jedna za drugą, z parkiem narodowym Kejimkujik i prowincjonalnym Raddall, dalej długie, lejkowate ujście rzeki Sable. W każdym z tych miejsc są ptasie rezerwaty. Las często zasłania nam malownicze widoki zatok.

W niektórych istny natłok małych, rybackich kutrów.

Coraz więcej francuskich nazw, bo jesteśmy już w Akadii, czyli miejscu, o którym dowiedziałem się po raz pierwszy w 1984 roku, pracując u starszego Akadyjczyka w Antigonish, który zapoznał mnie z ich historią. Potem opisałem ją w formie swobodnego eseju historycznego, w Giedroyciowych “Zeszytach Historycznych” ( za co zebrałem cięgi, od jakiegoś napuszonego, polskiego profesora z Nowego Jorku)*

Nie mamy czasu by zjeżdżać w odnogi 103, znów oznaczone jako Trójka, a prowadzące blisko wody. Ocean jeno łyska od czasu do czasu na odsłoniętych obszarach zatok.

W pewnym miejscu natrafiamy na typowy dom z początku XIX wieku, piętrowy, z mansardą i solidną podmurówką.

Szerokim łukiem skręcamy na północny-zachód i koło Yarmouth wpadamy w Jedynkę. W Yarmouth krótki postój w Hortonsie – kawa, sok i muffiny. Wjazd długim pół łukiem na drogę 101, dumnie zwaną Harvest Highway, a to zwykła dwupasmówka, aczkolwiek zadbana, pośród łagodnie pofalowanego terenu. Jedziemy równolegle do Jedynki i wzdłuż zatoki St. Mary’s. Za Smith Cove wpadamy na Jedynkę, lecz po małych perypetiach, bo oznakowanie dróg wciąż kiepskie. Jeden znak i potem, mimo rozdzielenia dróg, żadnego objaśnienia co dalej. Lub kilometrami żadnego potwierdzenia. Lub niespodziewanie numer się zmienia i jest podwójny. Z tej plątaniny wyłania się kolejny kawałek znanej mi historii, z pierwszego roku pobytu w Kanadzie – Evangeline Trail.

Długi poemat “Evangeline”, w formie książki, napisał i wydał w 1847 roku, Henry Longfellow (a więc romantyzm w wydaniu amerykańskim), poemat sporządzony w niecodziennej manierze – heksametrze daktylicznym w stylu starożytnych Greków i Rzymian. Fikcyjna historia dwojga młodych, zakochanych Akadyjczyków, którzy na skutek angielskiej akcji deportacyjnej, zostają rozdzieleni i potem przez całe życie Evangeline poszukuje w USA swego ukochanego, Gabriela. Kiedy już parę razy są w pobliżu siebie, splot wydarzeń odsuwa ich i znów rozdziela. Evangeline w starszym wieku wstępuje do zakonu Sióstr Miłosierdzia i podczas epidemii w Filadelfii, wspomaga chorych. Jednym z nich jest Gabriel, który umiera w jej ramionach. Owa fikcyjna historia, zdobywa natychmiastową popularność wśród Akadyjskich społeczności, lecz także staje się znana w Europie i Ameryce, w różnych środowiskach. Powstała powieść, nakręcono filmy, a w wielu miejscach, w Ameryce Północnej i Europie są nawet ulice jej imienia. Istnieją także fikcyjne domy, w których niby Evangeline mieszkała, w Luizjanie i Teksasie, co jest bajdą stworzoną na potrzeby turystyczne. Zakłamywanie różnych osób i historii na świecie przybiera niejednokrotnie rozmiary, może i czasem sympatycznej, epidemii.

Mijamy drogę prowadzącą do Digby, skąd regularnie odchodzi prom do St. John, leżącego dokładnie na przeciwległym brzegu. To kolejna, mniejsza zatoka, utworzona przez rozszerzające się ujście rzeki Annapolis,

która poprzez wąską cieśninę wpada do Zatoki Fundy. Sielski krajobraz, małe wioski rybackie, wiele domów z akadyjską gwiazdą. Szosa nurza się w zachodzącym słońcu tworząc swoiste chiaroscuro.

Zaczyna się podkolorowywanie krajobrazu.

Za Upper Clements widok na rozlaną rzekę.

Do Annapolis Royal dotarliśmy przed 21-szą. Naprzeciw zajazdu stary, nieczynny most.

Zajazd „Annapolis Royal Inn”, czysty, z własnym basenem, ładnie położony. Aż się do siebie uśmiechnąłem, gdy dostaliśmy pokój nr 27.

Miła właścicielka, lecz biedna, bo cierpiąca na mocną alergię.

Przejrzałem cooler – całkiem dzielnie się trzyma. Zrobiłem kolację i po niej wyszedłem na zewnątrz i posiedziałem chwilę na plastykowym krzesełku, by nasycić się ciemną ciszą pod gwiazdami i lekko zamglonym księżycem, prawie w pełni. Cykady już zamilkły. Wyobraziłem sobie, że jestem tu trzysta lat temu. Pewnie cisza była jeszcze bardziej dojmująca i kojąca. Zapewne podobnie pachniała rzeka, skoszone łąki, a obroty ciał niebieskich trwały i trwały, znacząc rytm życia.

Rozmyślałem też o samotności, o tym, że w zasadzie każdy z nas jest w pewien sposób samotny. Istnieje samotność będąca osamotnieniem – z braku zrozumienia, nie pojmowania wrażliwości, z niedosytu czułości. Z poczucia odmienności. Inności. A także nie akceptowalności. Kiedy samotność się ujawnia lub zaczyna doskwierać, wtedy szuka się drugiego. By pomógł ją odsunąć, by ją pomniejszył, już samym faktem swojej obecności. Kiedy nie potrafimy wyzwolić się z poczucia samotności sięgamy po używki – alkohol lub/i narkotyki.

Być samotnym i czuć się samotnym – oto zasadnicza różnica. Bycie samotnym jest często kwestią wyboru. Porozumienia z samym sobą, nawet spokojną radością przebywania ze sobą. Stan skupienia, oddalenia od spraw ludzkich, wchodzenia w inne światy. Byleby się tego nie obawiać, czy wręcz lękać. Znałem i znam zbyt wiele osób, a w tym dawniej i siebie, które będąc przez jakiś czas samotne, stają się wylęknione, zestresowane, co prowadzi do miotania się, wyczyniania niezłych głupot. Być może paradoksalnie uodporniło mnie jedynactwo. Gdy w samobyciu zapada cisza wyskakują echa niepokoju, zawęźlenia nagromadzone w życiu. Odzywa się sumienie. Ze swymi postępkami i występkami. Czasem natłok gorączkowych myśli, galopada wyobrażeń, często niewiele mających wspólnego z rzeczywistością. Uspokajające złudy, iluzje wyrachowanych samoocen. Jeśli nie mamy takich obciążeń możemy długo być samotnym. Tym bardziej, że w tym stanie zawsze przychodzi moment łaknienia drugiego. Dawniej się do niego szło lub dzwoniło. Teraz się śle SMS-y, rozmawia na Skype, co stwarza dodatkową przyjemność widzenia drugiej osoby. Kiedyś to było przecież marzenie – widzieć swego rozmówcę na odległość. Czyżbyśmy żyli w czasach intensywnego spełniania się naszych marzeń sprzed wielu lat?

Kto natomiast czuje się samotnym, grzęźnie w tym stanie także obok drugiego. Bliskiego, nawet bardzo bliskiego człowieka. Czucie się samotnym przypomina narastającą lawinę. Przychodzi osaczenie, niezdolność widzenia realnej sytuacji. Jakiekolwiek argumenty czy zachęty przestają docierać. To w tym stanie wyostrza się samotność w tłumie. Im bardziej się zamykasz, tym bardziej inni odsuwają się od ciebie. Ku samotności spycha także nowy rodzaj choroby społecznej, powodowanej charakterem rozwiniętej cywilizacji. Wtłacza nas w schematy, jakże często bezmyślnej pracy, w zachowania, a raczej odruchy, małpowane z mediów. Stajemy się reklamą reklamy, jesteśmy systematycznie nadżerani i w wielu przypadkach pożerani przez tę cywilizację. Wtedy dochodzi do wycofania, kompletnego wycofania. Zamykanie się w domu, nie wychodzenie z mieszkania. Japończycy określają to wirusem samotności i nazwali Hikikomori, w czym zawiera się połączenie dwóch słów: hiku – wycofanie się i komoru – być w środku i nie wychodzić. Z takiego stanu jeden krok ku depresji.

A przecież tak blisko słowa hiku jest inne, japońskie słowo. Pełne przemyślanej, skupionej samotności. Samotności, którą ofiaruje się innym, by nas połączyła. By stworzyła spoiwo porozumienia i zrozumienia w jednym z najstarszych, wręcz instynktownie duchowych działań niemal całej ludzkości – w poezji. Tym najbliższym słowem jest haiku.

* „Akadyjczycy:, Zeszyty Historyczne, nr.135, Instytut Literacki Paryż, 2001