Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

31 marca, 2014 -Chaiten – Pumalin park – Futaleufu

Argentyna nauczyła mnie, że nie trzeba niczego zamykać, w uchyleniu, w półotwarciu trwa potem to, co ważne, aż samo się wypełni i zamknie”
                                                      Rajmund Kalicki “Dziennik patagoński”

Zapowiedź…

Rano gorący prysznic włącznie z głową i natychmiastowe zawinięcie jej w ręcznik. Sposób mojej babci Jadzi – na przeziębienia, głównie na katar, osoby, która udzieliła mi sporo niezwykle pożytecznych i praktycznych wskazówek życiowych. Nie tylko je zapamiętałem, ale ciągle stosuję i przekazuje dalej, na przykład moim uczniom. Babcia Jadzia była jak babka Urszula z Macondo. Nieustraszenie i niewzruszenie, chroniąc przy tym rodzinę, przeszła przez wszelkie zawieruchy polskiej historii, poczynając od zdzielenia jej przez Kozaka nahajką na ulicy, kiedy wracała ze szkoły, w czasie rewolucji 1905 roku, do grudniu 1970, gdy na szczęście wyjechała z Sopotu, na parę dni do rodziny w Warszawie.

Byłem dalej chory, niewyspany (Seweryn szalał na kompie do trzeciej rano), a najgorszy był ból głowy, który obudził mnie w nocy i nie zamierzał ustępować. Przygotowałem dla nas śniadanie, zajrzałem do notatek i map, zawczasu przygotowanych w sporej części już w Toronto, bo naszym celem był przejazd przez słynny park Pumalin, 

100g in

Mapka z Internetu

100h in

Zdjecie z Internetu

a potem nocleg w Futaleufu, niedaleko granicy z Argentyną.

Około dziesiątej uregulowaliśmy płatności i po zapakowaniu maneli do auta, poszliśmy na krótki spacer wzdłuż wybrzeża, bowiem wreszcie zawitała piękna pogoda. Za cabanią jarzyły w słońcu ośnieżone szczyty,

100i

potem pasmo Cordon Chaiten,

100j

dalej, zadziwiająco dobrze widoczny( 30 km od miasta), przepiękny wulkan Corcovado.

100k

Z bulwaru przy zatoce oceanu,

100l

za pomnikiem skaczących delfinów,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

wyłonił się widok aż po horyzont, gdzie majaczyło pasemko wyspy Chiloe.

100n

Gdy wracaliśmy do auta, nad mą głową poszybował jastrząb,

100o

zatoczył koło i osiadł na szczycie ozdobnej latarni.

100p

Seweryn mruknął „No to dzień zapowiada się udany”, spojrzeliśmy na dymiący wulkan Chaiten i w drogę.

100q

Park Pumalin – w nieznane…

Wykoncypowałem sobie na podstawie mapy, że być może będzie dostatecznie dużo czasu, by przejechać przez południową część parku Pumalin, promem przebrnąć przez dwa fiordy, docierając do części północnej parku, zahaczyć o następny park – Hornoprien, zawrócić do Chaiten i jak czas pozwoli osiągnąć, leżące 150 km dalej, Futaleufu.

100r

Mapka z Internetu

Niepokoił mnie tylko brak oznaczenia drogi od Leptepu do Pichanco.

100s

Mapka z Internetu

 Zaczęlimy włóczęgę, przeto niespodzianki winny być rzeczą normalną, a nawet pożądaną, byleby jak najmniej nieprzyjemnych. W razie czego można spać w Nisanku. Od czasu rozwalenia drugiej opony, tak zacząłem go pieszczotliwie nazywać, by nie zapeszyć i okazywać mu pełne zaufanie, na które sobie całkowicie zasłużył. Ochotę na ewentualne spanie w aucie odbierało wciąż męczące mnie zaziębienie.

Od wczoraj byliśmy w regionie X, zwanym Los Lagos. Dokładnie wjechaliśmy doń po przekroczeniu rzeki Palena. W drodze do parku zatrzymaliśmy się najpierw w Caleta Barbara (caleta – zatoczka).

100t

Poszedłem nad brzeg zatoki, przeszedłem po plaży, ciemnoszarej od warstw wulkanicznego pyłu, dotarłem aż do krawędzi wody, która obmywała skały gęsto pokryte wodorostami i małżami.

100u

Po prawej, na końcu łuku zatoki, widniał zalesiony przylądek – Punta Vilcun.

100w

Obróciłem się i zobaczyłem swoje ślady na piasku. Wydeptywanie świata.

100x

Każdy krok krokiem w nieznane, gdzie teraźniejszość zbiega się z przyszłością. Kiedy nie idziesz, kiedy zakotwiczyłeś się w jednym miejscu, teraźniejszość niesamowicie się rozciąga imitując zastój. Przyszłość ślimaczy się i dlatego wtedy „ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, ważnych jest kilka tych chwil, na które czekamy…”. Za sobą zostawiamy czas miniony. Natychmiast, z każdym krokiem, który staje się wspomnieniem. I wtedy ważne są także dni, które już znamy i chwile, które zdołaliśmy ocalić. Bez słowa „tylko”, bo jest często tak zdradliwe, jak „nigdy” i „zawsze”.

Wróciliśmy na siódemkę, która była znów wyjeżdżoną koleinami żwirówką. Po paru minutach ogarnęło nas zdumienie, bo droga nagle zrobiła się co najmniej dziesięć razy szersza. Ki diabeł?

100y

I wtedy po lewej zauważyliśmy rękaw lotniczy. Byliśmy na pasie lotniska, przez które przebiega droga, zabezpieczona z obu stron szlabanami. Gdy samolot startuje lub ląduje, czeka się za nimi na zakończenie operacji. Wjechaliśmy na powrót w wąską drogę, ot, tak na bliskie wyminięcie się dwóch pojazdów. Zza kolejnego zakrętu wyłonił się piękny, drewniany dom przytulony do zalesionego wzgórza.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Skręciliśmy ku niemu, zaparkowaliśmy na podjeździe i wysiedliśmy. Mimo bliskiego południa wciąż było chłodnawo i łąki w głębi posesji parowały.

101

Pod tarasem stał samochód, z komina unosił się dym i zalegała głęboka cisza. Z wewnątrz nie dobiegał żaden dźwięk. Podeszliśmy bliżej tarasu i natrafiliśmy tablicę z mapą parku Pumalin – paroma zdjęciami i oznaczeniami 21 kempingów, 12 pieszych szlaków, dwóch solidnych schronisk, pięciu centrów informacyjnych, czterech źródeł termalnych i dwóch miejsc piknikowych. Drewniany dom jest być może siedzibą któregoś ze strażników parku i centrum informacyjnym. Ponieważ nikt nie zareagował na nasze pojawienie się, ruszyliśmy dalej. Po chwili znaleźliśmy się w rozległej dolinie, tonącej w gęstwinie drzew pnących się po stokach, nad którymi wznosiły się ośnieżone szczyty. Kolejny, wspaniały park Patagonii, z tym, że nie narodowy, ale prywatny rezerwat natury.

101a

Pumalin o powierzchni 3 250 km² (przeszło 300 tys. ha), został stworzony w 1991 roku przez amerykańską fundację ekologiczną The Conservation Land Trust (CLT), powołaną i prowadzoną przez, wspomnianego już uprzednio (odcinek z 24 marca, 2014), amerykańskiego milionera Douglasa Tompkinsa. Tompkins jest rzadkim przykładem bogacza obdarzonego umiłowaniem i szacunkiem do natury, wyposażonego w zdrowy rozsądek, ze skłonnością do konsekwentnego działania. Po raz pierwszy wizytował Chile w 1961 roku i dosłownie zakochał się w Patagonii. Powracał tu regularnie na wspinaczki, narty, kajakowanie i piesze wędrówki po południowych regionach kraju. W 1966 roku Tompkins otworzył w San Francisco mały sklep ze sprzętem dla wspinaczy – The North Face, który rozbudowywał rok po roku o inne działy (narciarski, kempingowy, trekkingowy i sportów ekstremalnych) i dodatkowo zaczął sponsorować ekspedycje do najdalszych zakątków globu. Wysoka jakość sprzętu, sponsoring i udział w dziesiątkach przedsięwzięć wyczynowych i pół-wyczynowych, umocniła w końcu lat 80- tych działalność firmy, która zdobyła monopol na rynku amerykańskim. W 1968 roku, wraz ze swoją pierwszą żoną – Susie, stworzyli znaną na całym świecie markę odzieżową – Esprit, posiadającą dziś 900 sklepów i przeszło osiem tysięcy punktów sprzedaży w 40 krajach. Nad wszystkim przeważył jednak urok Patagonii. Milioner zainwestował większość pieniędzy w ochronę i ocalanie ostatnich dziewiczych terenów, a nadto energicznie działa na rzecz ochrony gatunków zagrożonych globalnym kryzysem wymierania. Patagonia chilijska stworzyła mu odpowiednie pole do działania.

Rozpoczął swą działalność od założenia w 1990 roku Fundacji Dogłębnej Ekologii (The Fundation for Deep Ecology – FDE; http://www.deepecology.org/), sponsorującej kampanie i programy na rzecz ekologii, włącznie z udzielaniem stypendiów badawczych. W rok później zakupił odizolowaną farmę w fiordzie Reñihue, na której hodowano bydło i która obejmowała dodatkowo siedem tysięcy hektarów miejscowego lasu (w sumie około 16 tysięcy hektarów). Zaczął od modernizacji farmy, która miała produkować organiczną żywność w taki sposób, aby nie zakłócać miejscowego środowiska. Za parę miesięcy nadarzyła się kolejna okazja – anonimowa organizacja chciała sprzedać 185 tysięcy hektarów ziemi zwanej Pumalin, rozciągającej się na północ i południe od farmy. Cały obszar był od lat opuszczony i większość jego stanowił lokalny las, rosnący na wysokich wzgórzach, poprzecinanych rzekami uchodzącymi do małych fiordów. Tompkins natychmiast zakupił te ziemie, obawiając się, że las zacznie być wycinany. Oto początki ekologicznego parku Pumalin, dla którego milioner powołał najpierw niedochodową organizację Pumalin Forest Fundation, zarejestrowaną w Kalifornii, przekształconą w 1992 roku w CLT. Celem organizacji było nie tylko stworzenie parku, lecz też poparcie dla podobnych projektów na terenie Chile i Argentyny.

Czas był sprzyjający, bowiem rząd dyktatora Pinocheta, potrzebujący pieniędzy, a przede wszystkim wyraźnego sukcesu gospodarczego, z entuzjazmem przyjął program ekonomicznej naprawy, niejakiego Friedmana, z chicagowskiej szkoły ekonomii. Jest to chyba jeden z nielicznych przykładów na świecie, gdy z owego pazernego programu (sprywatyzowanie wszystkiego, wolny rynek i konkurencja, dowolność cen, czyli hulaj dusza dla tych, którzy mają pieniądze, układy i możliwości) wynikło coś pożytecznego.

Oczywiście nie obyło się bez przeszkód. Pewni generałowie armii chilijskiej uważali, że tym sposobem Chile traci niezależność i wyprzedaje się Jankesom. Drażniło ich prywatne zarządzanie parkiem i ekologiczne podejście do sprawy. Przeciwni byli niektórzy, nader sceptycznie nastawieni do pomysłu, politycy. W Chile nie istniała tradycja filantropii wobec natury i prywatnej ochrony obszarów kraju. Mimo wyraźnych sukcesów w zagospodarowaniu parku i szerokim udostępnieniu go dla Chilijczyków i turystów ze świata, trwa czasem opór ludzi lokalnych, którzy obawiają się, że nie będą posiadali odpowiedniego, bytowego zabezpieczenia, a najazd turystów zakłóci im spokój. Pomiędzy dwoma częściami parku, istnieje obszar 340 km², na którym leży mała wioska Huinay, zamieszkała przez 30 osób. Utworzono już dodatkową fundację San Ignacio del Huinay Fundation, która ma przekonać mieszkańców, że znalezienie się ich w obrębie parku, będzie ze wszechmiar pożyteczne i zapewni im niezakłócony byt. Bowiem prowadzona od lat umiejętna polityka fundacji przynosi wszystkim stronom same korzyści.

Pumalin jest największym na świecie prywatnym parkiem, który rząd chilijski zatwierdził w 1997 roku, a w sierpniu 2005, na wniosek Ministerstwa Edukacji, decyzją ówczesnego prezydenta Chile – Ricardo Lagosa, stał się Sanktuarium Natury (Santuario de la Naturaleza). Tym sposobem rząd chilijski jest odpowiedzialny za park i stworzył dlań dodatkową ochronę, blokując jakiekolwiek inwestycje typu przemysłowego – wydobycie minerałów, wyrąb lasu, itp. Pumalin jest dostępny publicznie, nie ma opłat za wjazd do parku i posiada świetnie rozplanowaną infrastrukturę turystyczną, pozostającą pod ścisłym nadzorem i zawierającą szereg restrykcji w celu zachowania unikalnego charakteru, tego wciąż na wpół dzikiego miejsca (http://www.parquepumalin.cl/)

Pomiędzy latami 1991-1998 CLT dokupiła 283 tysiące hektarów, z czego 98% od tzw. nieobecnych właścicieli. Cała polityka prowadzona jest tak, aby jakość życia dla lokalesów i turystów była na najwyższym poziomie, z jednoczesną możliwością korzystania z licznych atrakcji tego terenu, jak wędrówki piesze, kajakarstwo, wspinaczki, jazda konna, kolarstwo górskie, żeglarstwo we fiordach i wędkowanie.

Do parku, otwartego przez cały rok, można się dostać tzw. bramą północną, od strony innego parku – Hornopiren. Odcinki, poprzez dwie odnogi fiordu, obsługują promy zabierające auta i autobusy. Autobusy firmy Kemel pokonują trasę z Puerto Montt do Caleta Gonzalo w dziewięć godzin ( bilet na prom: 14 tysięcy pesos – 19 euro; 22 dol.US). Jadąc autem płyniemy promem Naviera Austral z Hornopiren do Caleta Gonzalo, z przekroczeniem jednej odnogi fiordu i jazdą po półwyspie Huequi – w sumie pięć do sześciu godzin. Jest nie tylko wymagana wcześniejsza rezerwacja, lecz trzeba wczytać się uważnie w rozkład jazdy (szczególnie poprzez Internet) i dodatkowo dokładnie wypytać na miejscu, bo można zostać uwięzionym na trasie, gdzieś pomiędzy. Dwa promy dziennie kursują na trasie Hornopiren – Gonzalo. Ten drugi jest ostatnim w ciągu dnia i odpływa w południe. Można także wziąć prom bezpośrednio z Puerto Montt do Chaiten. Odpływa w południe, tylko w piątki i niedziele, płynąc od 10 do 12 godzin.

Brama południowa, zaczyna się dwadzieścia parę kilometrów na południe od Chaiten, w miejscowości Termas El Amarillo. Korzysta się z Carretery Austral (Siódemki) dojeżdżając do Caleta Gonzalo, skąd znów dwa skoki promem przez fiordy do Horonopiren. Ku memu zdziwieniu w kierunku północnym mamy cztery odpłynięcia promów, pierwszy o 14.45, ostatni o 17.30. Być może dlatego, że docelowym miastem jest spore Puerto Montt, skąd prowadzi elegancka autostrada wprost do stolicy – Santiago. Za auto płaci się 30 000 pesos (41 Euro; około 48 dol. US), jako pasażer 5 000 pesos (około 7 euro – 8 dol.US).

101b pumalin routes

Mapka z Internetu

Jaka jest przyszłośc parku Pumalin? CLT ma przekazać zakupione tereny do administrowania przez fundację chilijską (Fundacion Pumalin), lecz póki co dalej jest związany z inicjatywą prywatną. Sprawa jest w toku rozpatrywania przez Ministerstwo Sprawiedliwości w Santiago. W 2007 roku chilijskiej fundacji przekazano 294 tysiące hektarów parku, co było pierwszym krokiem dla stworzenia parku narodowego Pumalin i stopniowego, całkowitego w przyszłości przekazania kontroli nad nim z rąk prywatnych do zarządu publicznego.

W 1993 roku Tompkins ponownie się ożenił, z Kristine McDivitt, równie wielką entuzjastką ochrony środowiska i na stałe zamieszkali w Reñihue. W tym samym roku FDE zorganizowało dwa sympozja specjalistów od techniki i stosowania wielkich technologii, co zaowocowało w roku 2000 powstaniem międzynarodowego stowarzyszenia uczonych – Jacques Ellul Society, kontynuującego krytyczne prace, m.in. nad techniką i związanym z nią bałwochwalstwem technologicznym we współczesnym świecie. Jacques Ellul był wieloletnim, cenionym profesorem uniwersytetu w Bordeaux i warto zajrzeć do jego biografii i naukowych osiągnięć – http://en.wikipedia.org/wiki/Jacques_Ellul

Na obszarze parku Pumalin rośnie wiecznie zielony las deszczowy tzw. strefy umiarkowanej Valdivian, zawierający tysiące gatunków roślin. Opad roczny w tych okolicach wynosi 6000 mm, życie biologiczne jest bogate i bardzo zróżnicowane. Las dochodzi do samego brzegu Pacyfiku i ma część ściśle chronionych drzew Alerce Andino (rodzaj cyprysów), które są jednymi z najstarszych żyjących gatunków żywych na Ziemi. Osiągają często po trzy tysiące lat, mają do 50 metrów wysokości i 10-metrowy obwód pnia.

Głównym osiedlem parku jest miejscowość Caleta Gonzalo, leżąca w fiordzie Reñihue. Ma informację turystyczną, centrum zwiedzania, restaurację, kemping i domki – cabañas. Ciekawa jest koncepcja funkcji strażników ochrony parku. Nie mają typowych mundurów (tzw. rangers), ich domostwa są gospodarstwami z hodowlą paru zwierząt, produkcją sera, wyrobami z wełny, produkcją miodu (np. w roku 2002, w Pumalin wyprodukowano 30 tysięcy kilogramów miodu) i ekoturystyką. Gospodarstwa stanowią zarazem centra informacyjne dla turystów a ich właściciele opiekują się podległym terenem.

Warto się przyjrzeć temu co Douglas Tompkins, wraz z współpracownikami, przedsięwziął w ostatnich 20 latach (1994 – 2014). Wiecej informacji na: http://www.tompkinsconservation.org/milestones.htm

The Conservation Land Trust wspólnie z amerykańskim filantropem, Peter Buckley’em, zakupili teren wzdłuż wybrzeża Pacyfiku( ponad 84 tysiące hektarów) blisko wulkanu Corcovado. Teren był w rękach europejskiej korporacji zarządzanej przez włoskiego biznesmena, który planował kompletny wyrąb lasów i utworzenie szeregu miejsc osiedleńczych. Na szczęście udało się krewkiego Italiańca powstrzymać i przekonać do sprzedaży. Zdołano jedynie na początku XX wieku wyrąbać niewielki pas lasu wzdłuż wybrzeża, który dziś w pełni odzyskał dawny wygląd i stanowi unikalne, największe stanowisko cyprysów Guaitecas w Chile.

W roku 2005 cały teren został podarowany Chilijczykom, dołączono inne obszary, które były własnością chilijskiej armii i utworzono Narodowy Park Corcovado o powierzchni 295 tys, hektarów. Są w nim 82 jeziora, dwie, większe rzeki uchodzące do zatoki Corcovado, leśne tereny z dużą populacją pum i przepiękny w kształcie wulkan Corcovado.

101c

Zdjęcie z Internetu

Na wybrzeżach kolonie morskich ptaków, w tym pingwinów, stanowiska fok i lwów morskich, delfiny, które są symbolem tej okolicy. I najważniejsze – w licznych zatokach i fiordach sytuują się szkółki młodocianych waleni błękitnych, największych zwierząt na Ziemi. W najbliszym czasie teren nadoceaniczny stanie się pierwszym rezerwatem morskim Chile. Wiecej informacji pod: (http://www.theconservationlandtrust.org/eng/corcovado.htm)

CLT opublikowała także książkę „Corcovado – klejnot chilijskiej puszczy”, po hiszpańsku i angielsku, z licznymi fotografiami i artykułami, a ostatnio pozycje „Mrówkojad olbrzymi”, którego z sukcesem zasiedlili na wykupionym terenie (140 tys. hektarów) w argentyńskiej, północno-zachodniej prowincji, Corrientes. Estancja San Alonso, położona w środku moczarów Ibera, jest miejscem projektu ochronnego – Esteros de Ibera Project. Następnie powołano do życia argentyński oddział CLT. W 1998 roku zakupiono estancję Yendegaia na Wyspie Ognistej i utworzono kolejną fundację dla XII regionu Chile – Yendegaia Fundation.

Przejdźmy z kolei do działań pierwszej organizacji Tompkinsa – The Fundation for Deep Ecology – FDE. Już w 1994 roku zgromadzono aktywistów z całego świata, opierających się ekonomicznej globalizacji za wszelkę cenę, powołując Międzynarodowe Forum na temat Globalizacji – International Forum on Globalization (IFG – http://ifg.org). Po roku, IFG stała się organizacją niezależną i niedochodową, organizując szereg konferencji na całym świecie, na temat wykorzystywania współczesnej techniki i jej technologii w procesie globalizacji, jednocześnie pomagając w rozwoju ruchu anty-globalnego.

W pięć lat później powołano nowy projekt – Turning Point Project, kolejną, niezależną organizację, specjalizującą się w działaniach propagandowych i reklamowych, m.in. publikując pełną stronę informacji i reklam o sobie, w każdym wydaniu gazety „ New York Times”, przez okres pół roku. Materiały dotyczyły kryzysu wymierania gatunków, uprzemysłowionego rolnictwa, globalizacji ekonomicznej i biotechnologii.

FDE jest bardzo aktywna na polu wydawniczym i do dziś opublikowała dziesięć sporych książek, poświęconych różnorodnym zagadnieniom na terenie Ameryki Północnej i Południowej. Skoncentrowali się głównie na problemach gospodarki leśnej i tzw.całkowitym wyrębie lasu (clearcut), wpływu działalności przemysłowej i górniczej na środowisko naturalne oraz problemów współczesnego rolnictwa. Pojawiły się także, tak interesujące pozycje, jak: „Konsekwencje zmotoryzowanej rekreacji dla środowiska”, „Tragedia uprzemysłowionych farm zwierzęcych” czy „Energia: Przesadzony rozwój i złudzenia nieustannego wzrostu”. Dwie książki zostały nagrodzone – „Rabunek Appalachów: Tragiczne konsekwencje odkrywkowych kopalń węgla” – nagroda niezależnych wydawców za najlepszą książkę roku, w kategorii „Bojowników Wolności”, oraz wielokrotnie nagradzany i ukoronowany złotym medalem im. Benjamina Franklina, foto-album – „Filantropia na rzecz środowiska”, z opisem i zdjęciami wszystkich obszarów chronionych, od Alaski do Ziemi Ognistej. Chronionych przez prywatną inicjatywę i fundacje amerykańskich działaczy ochrony środowiska.

A jak już przy nich jesteśmy należy opowiedzieć także o tym, czego dokonali indywidualnie, Kris i Douglas Tompkins’owie. W roku 2000 Krystyna stworzyła swoją fundację – The Patagonia Land Trust, przemienioną później w Conservacion Patagonica. Jej celem jest stworzenie parków narodowych w Patagonii (chilijskiej i argentyńskiej), które ochronią i w wielu przypadkach odtworzą dawny ekosystem, z jednoczesnym stworzeniem możliwości ekonomicznego rozwoju dla lokalnej ludności. Pierwszym krokiem był zakup 66 tys. hektarów lądu w południowej Argentynie, gdzie utworzono pierwszy na wybrzeżu Atlantyku, park narodowy Monte Leon (patrz odcinek z 16/17 lutego, 2014). Rok później ukazała się książka wydrukowana wspólnie przez FED i CLT Park narodowy Monte Leon”.

W latach 2002- 2003 Doug Tompkins wykupił parę estancji i przedsiębiorstwo leśne Perez- Companc, by stworzyć otulinę zabezpieczającą dla moczarów Ibera. Estancje produkują obecnie żywność organiczną i są modelowym przykładem zrównoważonego rozwoju. Od 2004 zaczęła się realizacja projektu Narodowe Parki Patagonii. Najpierw zakupiono w Chile estancję w dolinie Chacabuco, w prowincji Aysen, 70 tysięcy hektarów byłego rancza owiec, z myślą utworzenia nowego parku, włączonego w system chilijskich parków narodowych (http://www.conservacionpatagonica.org/buildingthepark.htm).

W tym samym roku zaczęto budowę dużego schroniska (The Lodge of Valle Chacabuco) i m.in. przy pomocy wolontariuszy, zaczęto wyznaczać nowy rodzaj systemu szlaków pieszych w przyszłym parku. Pierwszy z nich – Lagunas Altas, już został zaliczony do pięciu najlepszych szlaków pieszych w Patagonii. W roku 2011 uruchomiono pierwszy kemping dla turystów – Westwinds at Los Alamos. Ambicją twórców Chacabuco jest stworzenie najwyższej jakości infrastruktury parkowej w obu Amerykach. Dokupiono następne osiem tysięcy hektarów i po raz pierwszy w Chile wdrożono studia badawcze nad koegzystencją wzajemną pum i jeleni heumul.

Potem uwaga Tompkins’ów skierowała się na prowincję argentyńską Entre Rios. Pomiedzy latami 2007 – 2009 zakupili farmy Laguna Blanca, Alto Feliciano i Malambo, tworząc wielkie zagłębie produktów organicznych, wytwarzające przeszło tuzin różnych zbóż i 17 odmian drzew owocowych i orzechowych. Ostatnie dwa lata to przekazanie posiadłości El Rincon (14 tys. hektarów), na rzecz rozszerzenia słynnego parku Perito Moreno (patrz odcinek z 13 marca, 2014) i stworzenie Parku Narodowego Yendegaia chroniącego 150 tys. hektarów południowej części Tierra del Fuego. Więcej informacji można znaleźć pod dwoma stronami internetowymi: http://www.conservacionpatagonica.org/home.htm oraz http://www.theconservationlandtrust.org/eng/yendegaia.htm/.

Dlaczego, aż tyle miejsca poświęciłem działalności Tompkins’ów i przeróżnych, związanych z nimi, organizacji? Z paru powodów. Po pierwsze, są to świetni ludzie, podchodzący ze zrozumieniem i pełnym szacunkiem do Ziemi i jej zasobów. Myślący perspektywicznie, a nie w stylu planów pięcioletnich, jak za komuny i nałogowej niestety, krótkowzroczności współczesnych polityków, zajętych jedynie perspektywą czterech-pięciu lat do następnych wyborów. Na dobitkę nowi politycy, obejmujący władzę, chcą często za wszelką cenę wykazać, że ich poprzednicy byli szkodnikami i pospolitymi idiotami. Postęp przemienia się w podstęp, a zrównoważony rozwój w szarpaninę i targanie się po szczękach. Bo z reguły pierwsze jest egoistyczne „ja”, włącznie z fabrykowanym wizerunkiem. Dobro publiczne jest nieraz jeno sposobem mamienia wyborców.

I powód najważniejszy – moi młodzi czytelnicy, o ile takowych posiadam. Opisami podróży chciałbym ich zachęcić, nie tylko do odwiedzenia Patagonii, ale także do przyczynienia się dla jej dobra. Bo można świetnie połączyć ciekawą pracę wolontariusza z równie ciekawymi wakacjami.

Po wybuchu wulkanu Chaiten park był zamknięty przez dwa lata (2008 – 2010). Jadąc w głąb parku natrafiliśmy na ślady po tym wybuchu (spalony las, polawowe wyżłobienia)

101d

101e

101f

i przejeżdżając niedaleko wulkanu ujrzeliśmy jego poszarpaną krawędź. Z niektórych miejsc na stoku unosił się dym gazów.

101g

Przejechaliśmy ponad rzeką Rayas widząc w oddali pasmo Cerro Chanas z iskrzącym w słońcu szczytem.

101h

Część drzew już odżyła po opadzie gorącego popiołu z wulkanu i suche gałęzie pokryte są świeżą i gęstą zielenią.

101i

Drugi most nad rzeką Blanco,

101j

za nim przy drodze tablica informująca, iż od 19 sierpnia 2005 roku teren parku jest pod ścisłą ochroną, z zakazem polowań i wędkowań.

101k

Zatrzymaliśmy się na pół godziny przy jeziorze Blanco.

101l

Z boku drogi rosną olbrzymie, kolorowe paparocie. Zrobiło się ciepło, wystarczyło być w samej koszuli i kamizelce.

101m

Dobrze, że panowała już jesień, bowiem zniknęły natrętne i dokuczliwe gzy patagońskie, zwane tabanos. Wokół rozbrzmiewał chór różnorodnych ptasich głosów, z dwoma, wybijającymi się – przenikliwy świergot kolibrów i cichy zaśpiew małego, bardzo ciekawskiego ptaszka Chucao. Ale przemyka on szybko i chowa się w listowiu, więc nie łatwo mu zrobić zdjęcie.

101n chucao ptaszek

Z Internetu

Poczekaliśmy, aż minie nas kolorowy autobus i parę aut, bo znad drogi zaczął się unosić kurz. Następne jezioro – Negro z wypływającą zeń rzeką, o tej samej nazwie, zmierzającą wprost do zatoki Corcovado.

101o

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdy skręcaliśmy na północ, obejrzałem się i zobaczylem, że z wulkanu Chaiten wydobywają się większe kłęby dymu.

101p

101q

W oddali, część rozległego szczytu stratowulkanu Michimahuida (Minchinmavida), w najwyżej partii osiągającego 2450 m n.p.m.

101t fiord renihue i wulkan Michimahuida

Fiord Reñihue, w tle z wulkanem Michimahuida – zdjęcie z Internetu

Po wybuchu Chaiten, był w większości pokryty jego popiołem. Za kolejnym zakrętem ukazała się Caleta Gonzalo, wokół której rozciąga się jedno z największych w Chile stanowisk, rzadkich i chronionych drzew – modrzewi patagońskich. Restauracja była zamknięta

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i podjechaliśmy do nabrzeża, do którego dobijał prom z przeciwnego kierunku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nasz już stał i przyjechaliśmy akurat na czas, do tego niezorientowani w jego rozkładzie. Okazało się, że musimy natychmiast nań wjeżdżać, bo zaraz odpływa.

Gdy wysiedliśmy z auta, zapłaciliśmy kontrolerowi za przejazd i udaliśmy się na górny pomost biegnący wzdłuż burty.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za chwilę ze schodków wyłoniły się… Francuzeczki i z okrzykiem radości padły nam w ramiona. Trzecie spotkanie z Niną i Celine. Dziewczyny wyszły z autobusu, którym zdążały do Puerto Montt, na końcówkę ich wakacji. Celine wracała do Francji, na Ninę czekała posada nauczycielki francuskiego na uniwersytecie w Valparaiso.

Najpierw robiłem zdjęcia fiordu Reñihue

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i było już tak ciepło, że przy wyjściu z fiordu, nad wodą, unosił się miraż wyspy.

101z

Daleko, po prawej, Cerro Centinela pokryte śniegiem w partiach szczytowych. Poniżej, w głębi fiordu, zabudowania estancji Tompkins’ów – Reñihue.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kolory nabrały soczystości i zaczęły swoją patagońską grę zmienności.

102a

102b

102c

Potem zacząłem studiować rozkład jazdy promów i wyszło mi, iż odpłynęliśmy o wiele wcześniej niż podawał rozkład rejsów. Może dlatego, że na pokładzie był już komplet pojazdów? Nauczka na przyszłość – być zawsze wcześniej, a w miarę możliwości rezerwować przejazd.

Dobiliśmy do przystani Fordo Largo,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

gdzie mieści się spora hodowla ryb.

102e

Pożegnaliśmy się z Francuzeczkami i zjechaliśmy na półwysep Huequi, ozdobiony w oddali dwoma oślepiajaco białymi szczytami – wpierw Pico Buill, dalej wulkan Huequi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pojechaliśmy szybko do przodu, aby uniknąć kurzu innych aut na drodze. W miarę szybko dotarliśmy do wąskiej odnogi fiordu Leptepu (nosi też nazwę fiord Comau),

102g

długiego na 68 km i przechodzącego w rozległą zatokę Ancud, na której pólnocno-zachodnim krańcu leży Puerto Montt.

Pogoda była tak wyśmienita, iż postanowilismy znów się zatrzymać i pospacerować trochę nad wodą. Z powodu wciąż ćmiącego bólu głowy, tym bardziej byłem spragniony świeżego powietrza. Zatoka ma piękne położenie, spokój, cisza przerywana brzęczeniem owadów i odgłosami ptaków. Woda była słonawa, krystalicznie czysta, z wielką ilością podwodnej roślinności.

102h

Jakiś glon, przypominający stworka, kolebał się miarowo na powierzchni.

102i

Po parunastu minutach idyllę zmącił odgłos wielu aut. Przejechał także autobus z Francuzkami, które nas tym razem nie zauważyły.

102j

Dołączyliśmy do coraz wolniej poruszającej się kawalkady i w końcu stanęliśmy. Przed nami była rampa zjazdowa Leptepu, na następny prom. Wsród aut chodził jakiś człowiek i o coś pytał. Gdy dotarł do nas zrozumieliśmy, że chce abyśmy kupili bilety. Pokazaliśmy mu te wykupione w Gonzalo i nie mogliśmy pojąć, dlaczego należy wykupić bilet na kolejny prom. W końcu do nas dotarło, zapłaciliśmy nieco narzekając, bo lepiej by było sprzedawać bilet od razu na oba promy. I wtedy coś mnie tknęło. Wysiadłem z auta i poszedłem kawałek do przodu. Natrafiłem na jakiś ludzi rozmawiających po angielsku. Zapytałem ich dlaczego musieliśmy zapłacić jeszcze raz za prom, skoro chcieliśmy tylko przejechać na drugą stronę fiordu, dobić do parku Hornopiren i wrócić do Chaiten. Facet złapał się za głowę. „Przecież to prom bezpośrednio do Hornopiren, drogi nie ma” powiedział. „A płynie się prawie sześć godzin”. „No to zawracamy” rzekłem, a on „Ale czy ty masz jeszcze prom powrotny?”. Zrobiło mi się nieswojo. Gość okazał się uczynny, zwołał kontrolera, który przedzwonił na przystań do Fiordo Largo, zwrócił nam pieniądze za bilety i kazał niezwłocznie jechać z powrotem.

Seweryn od razu popadł w zły humor, zburczał mnie za niedoinformowanie i zaczął się miotać z cofaniem, bo za nami stało jeszcze parę aut, a droga była wąska i niewygodna dla manewrów. W końcu jakoś się udało i nieco zdenerwowani popędziliśmy z powrotem, po nierównej i zapylonej żwirówce, modląc się o sprawność opon.

W niedalekiej przyszłości ma się rozpocząć budowa nowego odcinka Carretery Austral przez Park Pumalin, co ma kosztować około 100 milionów dolarów US. Droga będzie biec wokół pierwszego fiordu, od Gonzalo do Largo, dalej od Leptepu aż do Pichanco, z dwoma mostami przerzuconymi nad małymi i wąskimi odnogami fiordu Leptepu.

102k

Schemat z Internetu

Całą inwestycję dokona się z zachowaniem maksymalnej ochrony parku, nie zakłócając środowiska ruchem pojazdów. Ze względu na zwierzęta, maksymalna szybkość będzie ograniczona do 50 km/godz.

Przejechaliśmy w miarę szybko starą trasą, tak szybko, iż zdołałem zrobić przez otwartą szybę, tylko jedno zdjęcie szczytów Cerro Centinela.

102l

Odetchnęliśmy, gdy daleko przed nami zobaczyliśmy kłąb kurzu podnoszony przez jakieś auto. O 16. 26 ukazała się droga prowadząca do rampy,

102m

z manewrującymi po niej autami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Trzeba było znów wycofać i ustawić się tyłem. A manerwu cofania Seweryn nie znosi. Przy pomocy sił ludzkich i boskich Seweryn w miarę sprawnie wmanewrował auto na pokład promu. Koło 17.30 znaleźliśmy się nad rzeką Rayas,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

przemknęliśmy koło wzgórz ze zdemolowanym lasem

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i około szóstej ukazał się znajomy pas startowy lotniska, koło Caleta Santa Barbara.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przed Chaiten powitała nas asfaltowa droga i widok ostrych szczytów Cordonu Chaiten,

102r

a w mieścinie z przetrąconym kręgosłupem, na horyzoncie, pysznił się wulkan Corcovado.

102s

Chaiten – Futaleufu

W Chaiten poszukaliśmy knajpy, aby coś wreszcie zjeść na ciepło. Knajpka mieściła się w omszałym domu, zagraconym i ubogim, ale nazywała się dumnie „Don Kichote”. I rzeczywiście nastrój był jak w tamtym czasie w La Manchy. Siedliśmy na nieco zdezolowanych krzesłach, podszedł właściciel, zamówliśmy jakieś mięsiwa z ziemniakami i warzywami oraz po miętowej herbacie. W knajpie siedziało paru lokalesów, raczej w ponurym nastroju i sączyło piwo. Właściciel zainteresował się skąd jesteśmy i był bardzo podekscytowany, bo nigdy w życiu nie spotkał Polaków. Ożywili się także lokalesi. „Polacos” mówili i dodawali „Juan Pablo Segundo”. „Polacos” powtarzali w zadumie i pociągali ze szklanki. Na ścianie zauważyłem zdjęcia z okresu katastrofy i z późniejszego czasu, gdy mieszkańcy zaczęli walczyć o pozostanie.

102t

Na jednym z nich napisy na ścianie domu – „Kocham Chaiten”, „Witajcie w strefie zero – zero światła, zero wody i zero poparcia”. Te zdjęcia odnalazłem potem w Internecie.

102u

Z Internetu

Także schemat okresowego zagrożenia okolicy – styk dwóch płyt tektonicznych, przy czym ta od strony Pacyfiku wchodzi pod spód i powoduje naprężenia.

102w

Schemat z Internetu

Koło 19-tej wyjechaliśmy na siódemkę przemierzając wczorajszą drogę. Pasma gór skąpane w zachodzącym słońcu – Cerro Recoba,

102x cerro recoba

Cordon de los Tabiques,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

przez rzekę Amarillo i za nią ostry skręt na południe. Jakieś osobne pasmo gór upstrzone kłębkami różowawych chmur.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Most nad kolejną rzeką – Minchinmavida,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

za rzeką w głębi ośnieżone Cerro Cascada, a po przeciwnej stronie, Cerros Bajos.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdy dobiliśmy do rzeki Yelcho, tam gdzie wypływa z jeziora o tej samej nazwie, zdjąłem na wprost, po zachodniej stronie, otulony chmurami wulkan Corcovado.

103b

Po paru minutach zalśniły w słońcu rozległe szczyty Cerro Moraga,

103c cerro moraga

dotarliśmy do Villa Santa Lucia, tam skręt w lewo, na wschód, wijącą się żwirową drogą 235, wokół południowego krańca jeziora. Zaraz za zakrętem zauważyłem tzw. odkrywkę, przystanęliśmy i zrobiłem jej zdjęcie. Wyraźnie były widoczne warstwy popiołów po wybuchu sprzed ośmiu lat.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Minęliśmy palczastą deltę rzeki Azul, droga prowadziła najpierw na południe, następnie jechaliśmy na wschód, drogą 231, która po paru kilometrach gwałtownie skręciła na północ, z powrotem ku rzece i potem szła cały czas wzdłuż jej biegu. Kolejne pasmo gór – Cordillera El Palenque,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

za nim następny most nad Azul i przed ósmą natknęliśmy się na rzekę Futaleufu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W zapadającym zmroku, o dziwnej sinoniebieskawej barwie, ukazała się zębatka pasma Serranias Nevadas.

103g serranias nevadas

Potem zapadły ciemności i ogarnęło mnie zmęczenie spowodowane bólem głowy. Zapaliłem światło w aucie i wybierałem z przewodnika patagońskiego miejsce do spania w Futaleufu. Spodobało mi się jedno z nich i tam postanowiliśmy dojechać.

Do miasta wjechaliśmy około 22-giej, w zupełnych ciemnościach, lecz na szczęście nie było rozległe i szybko znaleźliśmy się na głównym Plaza des Armas. Na tym skwerze zaczepili nas Argentyńczycy, którzy jechali z nami od jakiejś pół godziny, w parę aut, z kajakami i canoe na dachach. Tak jak my próbowali znaleźć jakiś nocleg z podejścia lecz nie byliśmy im w stanie wiele pomóc. Przestudiowałem mapę w przewodniku, odnalazłem właściwą ulicę, prowadzącą wprost ku rzece i po paru minutach znalazłem nasze noclegowisko. Niestety, nikogo tam nie było, mimo zapalonego światła w jednym z pokojów. W sąsiedztwie rozszczekały się psy, przeto zawróciliśmy próbując znaleźć miejsce w sporym hotelu przy głównej drodze. Nie dość, że większość pokoi zajęli napotkani wcześniej Argentyńczycy, to było tam przeraźliwie zimno. Właściciel nie był zbyt skory do udzielenia nam informacji o innych noclegach. Widocznie chciał nas ułowić na dzisiejszą noc.

Znów pojechaliśmy na stare miejsce sądząc, że może właściciele wrócili. Nic z tego. Byliśmy obaj zmęczeni (zrobiła się już jedenasta), znów głodni (nie wiedzieć czemu, od pół godziny zebrało nam się na marzenia o zupie pomidorowej), a ja dodatkowo wciąż podziębiony. Moją uwagę zwrócił jeden z domów przy tej samej ulicy. Poprzez drzwi było widać obszerne pomieszczenie, przebite na wysokość pierwszego piętra. W środku napatoczyłem się na człowieka koło trzydziestki, nieco przy kości, ale niezwykle energicznego. Pokój był wielką jadalnią, z tyłu widniało spore pomieszczenie kuchenne. Mówił dobrym angielskim i gdy zapytałem go o nocleg i coś do jedzenia, od razu zechciał nam pomóc. Podał nam adres do cabanii swojej znajomej, dwie ulice dalej. Oznajmił, że mamy się tam na niego powołać, że przysyła nas Ricardo. Gdy się rozpakujemy wrócimy do niego i da nam jeść.

Rzeczywiście, mimo późnej pory i wyciągnięcia gospodyni z łóżka, imię Ricardo zadziałało od razu. Pani dała nam klucze do wyziębionej cabanii, lecz w środku był znajomy, metalowy piecyk i wielki zapas drewna. Powiedziała, że w tym czasie jak pójdziemy do Ricardo, rozpali w piecu i przygotuje pościel. Tutaj było już w zasadzie po sezonie, chociaż atrakcje spływu rzeką wciąż ludzi przyciągały. Do domu Ricardo było na szczęście pięć minut, bowiem ziąb zrobił się znów okrutny. Gdy wszedłem na ganek, z boku wypadł na mnie malutki szczeniak i od razu zaczął się łasić. Ricardo niedawno go przygarnął. Zapytałem go, czy jest miejscowy. Okazało się, że jest Brazylijczykiem, który niedawno tu się osiedlił. Natychmiast spytałem czy ma caipirinhie (wymawia się kajpirińja), narodowy brazylijski koktajl, składający się z wódki z trzciny cukrowej, cukru i limonki. „Oczywiście” odrzekł i za parę minut sączyłem drinka, zapiwszy go potem gorącą herbatą z cytryną.

Aż się rozmarzyłem, bo przypomniałem sobie, gdy w latach 90-tych, w Toronto, niemal co sobota chodziłem do brazylijskiego lokalu „Copacabana”, gdzie serwowano ów specjał. Do tańca (panowała moda na lambadę) przygrywał zespół niezwykle sympatycznych muzyków z Brazylii, z którymi się szybko skolegowałem. Po pewnym czasie czułem się tam jak król. Odrazu, od wejścia zajmowały się mną dwie kelnerki, na powitanie buzia z dubeltówy i prowadziły mnie do stolika. Potem następowało sakramentalne pytanie „Chris, kalcypiryna?”, na co natychmiast odpowiadałem: „Si, por favor”. Wymowa owego koktajlu skojarzyła mi się z nazwą „kalcypiryny”. Kelnerkom wyjaśniłem co to jest i oznajmiłem, że na pewno ma takie same właściwości lecznicze. I odtąd tak już w moich zamówieniach pozostało. Była tam w ogóle wspaniała zabawa – przedział wiekowy od lat trzech do 80. Po północy dzieci podsypiały na krzesłach, czasem nawet pod stolikiem, a starzy się bawili. Potem dzieci wnoszono na rękach do auta i odjeżdżano do domu.

Drugim dotknięciem raju stała się zupa pomidorowa (Seweryn nie wierzył własnemu szczęściu!), którą Ricardo przyrządził w 15 minut i była wyśmienita, na ostro i z liśćmi mięty. I tu się okazało, że Brazylijczyk jest mistrzem kucharskim, który pracował dodatkowo w Kolumbii, Wenezueli i Paragwaju. W Brazylii i Wenezueli brał udział w konkursach i występował z własnym programem kucharskim w telewizji. „To co ty tutaj robisz? – spytał Seweryn – w takim małym mieście”. Ricardo najpierw opowiedział nam o tym, jak przez lata żył pod wielką presją i napięciem, co spowodowało nerwicę i problemy z nadciśnieniem. Pół roku temu rzucił wszystko i skrył się tutaj. Odzyskał spokój i zdrowie, przede wszystkim się wyluzował. Zaprosił nas na jutro, na śniadanie koło dziesiątej, a potem w południe na uroczyste obchody 85-cio lecia miasta, bowiem jako członek ochotniczej straży pożarnej, będzie brał udział w paradzie.