Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

30 marca, 2014 – La Junta – Chaiten: miasto z przetrąconym kręgosłupem

La Junta

W nocy parę razy obudził mnie deszcz walący o dach domku. Nad ranem ocknąłem się od mocnego chłodu. Gaz w butli się skończył. Próbowałem zasnąć, lecz jak naciągałem koc na głowę nie mogłem swobodnie oddychać, tym bardziej, że drapało mnie w gardle, nos był zajęty i czułem nawrót przeziębienia. Po ósmej powlokłem się do łazienki, obmyłem tylko twarz, umyłem zęby i postanowiłem jak najszybciej pójść do głównego pomieszczenia, w którym wczoraj panowało tak rozkoszne ciepło od rozgrzanego pieca.

Gdy przeszedłem zadaszony korytarz, pomiędzy domkiem a głównym domem, ledwie parę kroków, zaczął padać mokry śnieg. A w środku było równie zimno, bo jeszcze nie rozpalono ognia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

By się rozgrzać zacząłem kursować pomiędzy domkiem a jadalnią,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

próbując wyciągnąć Seweryna z łóżka, aby zjeść szybko śniadanie i jak najszybciej wyjechać z andyjskich dolin na wybrzeże Pacyfiku, gdzie powinno być cieplej. Za którymś nawrotem wyszedłem przed hosterię

98l

i wtedy spostrzegłem, że las na górach jest pokryty śniegiem i paruje.

98n

Na dole zieleń z jesiennymi dodatkami i ledwo widoczna zawiesina parowania. Piękny kontrast przy tym chłodzie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na wielkim termometrze, połączonym z barometrem, widniało plus jeden.

98o 

Zrezygnowałem z przyspieszania Seweryna, bo gospodyni zaczęła rozpalać w piecu dopiero po dziewiątej, a śniadanie uszykowała w paręnaście minut później. Pozatem dzisiejszy dystans do pokonania był nieznaczny, około 150 kilometrów, choć po żwirówce. Siedząc w cieple zajrzałem do map i materiałów o miejscu w którym nocowaliśmy.

La Junta, znana także pod inną nazwą – Medio Palena, leży w rozległej dolinie zbiegu dwóch rzek: Rosselot i Paleny.

98p

Z Internetu

Stała się oficjalnie miastem w 1963 roku i mieszka tutaj 1280 osób. Miasteczko ma strategiczną lokalizację i stanowi centralny punkt dla niedalekich osad, szczególnie leżących w dorzeczu Paleny. Kiedy spojrzy się na mapę

98q

Mapka z Internetu

łatwo zauważyć, iż jest na skrzyżowaniu szlaków, z których wschodnio-zachodni wydaje się ważniejszy, bowiem jest stosunkowo blisko zarówno Pacyfiku (port Balmaceda), jak i Argentyny. Ku wschodowi Andy przechodzą w przedgórza, następnie obszary pampy, czyli sfalowanego stepu. Bliskość Argentyny wpłynęła na charakter La Junty. Do otwarcia Carratery Austral łącznośc z resztą Chile była bardzo ograniczona. Stąd mamy tu, jak zresztą w wielu miejscach regionu XI, mocne wpływy folkloru argentyńskiego i zwyczaj picia mate, słynnej herbaty, która jest rodzajem zioła – ostrokrzewu paragwajskiego, z zawartością kofeiny od 0.5 do 2 procent. Zainteresowanych tą niezwykłą rośliną, bowiem ma szereg właściwości leczniczych i zdrowotnych, odsyłam do strony w polskiej wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Yerba_mate

W dolinę Palenki przeważnie ściągnęli hodowcy bydła, owiec i świń, którzy są podstawą lokalnej ekonomii. Po łatwiejszym dostępie do reszty kraju rozwinął się handel drewnem, ściśle kontrolowany z racji wielu obszarów chronionych. Następną gałęzią rozwoju stała się turystyka: wiecznie zielone lasy, czysta woda, uzdrowiska – świetny teren dla wędkowania, sportów wodnych, jazdy konnej i pieszych wędrówek. Niebagatelne znaczenie ma dobry na ogół klimat okolicy. Mała La Junta jest dziś dobrze wyposażona w sieć niezbędnych usług – hotele, górskie schroniska, stacja paliw, restauracje, duże sklepy, małe lotnisko i telekomunikacja w postaci zasięgu telefonii komórkowej i internetu. W okresie letnim miasteczko jest pełne życia. Najaktywniejszy czas to styczeń i luty, kiedy odbywają się dwa duże festiwale folklorystyczne. Lecz generalnie miejscowość jest cicha i spokojna, można tu świetnie wypoczywać.

Nazwa La Junta kojarzy się z juntą i w czasach Pinocheta padła propozycja by utworzyć tutaj gminę Junta. Jednak miano na tyle rozsądku, by nie drażnić ludzi do końca i projekt upadł. Jedynym wspomnieniem z tamtych, ponurych czasów, jest nazwa jednej z osad na trasie siódemki – wioska Santa Lucia, nazwana tak na cześć żony generała Pinocheta. Zastanawiałem się czy dodatek “santa” (święta), był z powodu charakteru żony generała, czy też faktu, iż z nim wytrzymywała pod jednym dachem…

Brodząc po Internecie znalazłem dwie ciekawostki. Pierwsza dotyczyła Puyuhaupi, koło którego przejeżdżaliśmy wczoraj. Założyły ją cztery rodziny sudeckich Niemców. To pewnie ta kategoria ludzi, którzy wcześnie wyczuli czym był nazizm i woleli udać się jak najdalej od niego. Druga informacja dla znających angielski. Należy wyszukać stronę http://www.wwoofchile.cl/, potem kliknąć w List Preview, w niej następnie na Patagonię, a tam w region XI. Ukażą się bardzo interesujące anonse o pracy i spędzeniu czasu w tym przepięknym miejscu. Także jest to okazja do podszlifowania języka hiszpańskiego. Podaję tłumaczenie jednej propozycji:

” Palena River, Patagonia. Farma organiczna bez certyfikatu. Specjalizacja – warzywa. Dostepność mailowa, telefon via satelita. Okres pobytu – od listopada do marca. Rezerwat ekologiczny przed miastem Raul Marin Balmaceda. Zakwaterowanie w dużym domu, godzinę od miasta, gdzie mieszka dwójka dorosłych z dzieckiem i dwoma psami. Mamy zakwaterowanie dla dwóch-trzech osób we wspólnych pokojach.

Praca obejmuje: oporządzanie zwierząt (świnie, kury, owce), dbanie o ogród, włącznie z nawożeniem, renowacja domu, jak malowanie i reperacje płotów, cięcie drewna na opał i łowienie ryb, etc. Poszukujemy ludzi energicznych, którzy chcieliby prowadzić nasz styl życia, szanując otoczenie w tym odludnym i pięknym miejscu. Ochotnicy mogą także pomagać w ekologicznych badaniach morza i lądu”.

W czasie śniadania Seweryn przypomniał mi coś z wczorajszego przejazdu, czego nie zdążyłem zanotować. Jechaliśmy w rezerwacie Queulat stromym, rozmiękłym i karkołomnym zjazdem w parującym lesie. Poprosiłem go, abyśmy się zatrzymali, bo chciałem uwiecznić ten niesamowity krajobraz na zdjęciu. Na szerszym zakręcie przytuliliśmy się niemal do ściany krzaków, wysiadłem i wtedy usłyszałem dobiegający z dołu basowy ryk silnika ogromnej ciężarówki. W panującej wokół ciszy, która zalegała w leśnych dolinach i na stokach, ów dźwięk był rodem z filmu fantastycznego z horrorowatym podbarwieniem. Postanowiliśmy zaczekać, bo nie mieliśmy pewności jak zdołamy się z ciężarówką wyminąć, na tak krętej szosie. Ryk silnika narastał odbijając się zwielokrotnionym echem w dolinach. Co pewien czas jakby się krztusił i nabierał nowego oddechu. Wokół – można rzec – dzicz, a tu wdzierający się dźwięk cywilizacji. Potężny, gwałcący ciszę natury, groźny, acz zarazem pełen człowieczego triumfu, który pokonał bariery odległości i czasu. Ciężarówka, z ogromną naczepą pełną drewnianych pni, weszła w nasz zakręt i zwolniła. W środku drobny, w średnim wieku kierowca. Bardzo poważny. Pozdrowił nas skinieniem ręki i dodał gazu po górę. Naczepa powoli nas minęła. Potem długo jeszcze słyszeliśmy echo ryku silnika, rozchodzące się po górach i dolinach.

Droga przez biel

Nieco się rozleniwiliśmy przy gorącym piecu. Przed jedenastą wyjechaliśmy w drogę, pierwszy raz włączając grzanie w aucie i gdy mijaliśmy centrum miasteczka,

98s

z ośnieżonymi górami w tle,

98r

przeleciało nad nami stado powrzaskujących ibisów, widocznie zaszokowanych tym gwałtownym atakiem zimy.

98t

Na rogatkach zauważyliśmy dwójkę skulonych, młodych ludzi z plecakami. Odrazu decyzja – bierzemy nieboraków. Stephanie i Tim okazali się Niemcami z Lipska, od miesiąca włóczącymi się po Patagonii. Byli niezmiernie szczęśliwi, tkwili na drodze już od godziny.

Z początku wszystko wyglądało nieźle. Ciemnozielony las przy drodze i białawo-szary na górach.

98u

98w

Miejscami w dole intensywne parowanie.

98x

98y

Paręset metrów za miasteczkiem asfalt się skończył. Odcinek drogi pomiędzy La Junta i Chaiten jest aktualnie przebudowywany i przygotowywany do położenia asfaltu. Ludzie z okolic mają zatrudnienie w przedsiębiorstwach budowy dróg i pracowali nawet w niedzielę. Przejechaliśmy główne skrzyżowanie szlaków, z X-13 odchodzącą na wschód, do Lago Verde. Odrazu za nią most na rzece Rosselot,

98z

następny na rzece Palena, zjazd w dolinę

99

i zaczęła się makabra.

99a

Droga przypominała koryto rumowiska suchej rzeki. Wlekliśmy się kołysząc i podskakując, co chwila drewniane budki z opatulonymi strażnikami (bardzo często w tej roli młode kobiety), którzy kierują ruchem, ze względu na pracę maszyn i ludzi na drogach.

99b

Kawałek porządnego asfaltu akurat na naszym pasie ruchu.

99d

Długi podjazd

99c

i tam nie dość, że znów się zaczęło ripio, to zwaliła się na nas zima.

99e

99f

Gęsty śnieg padał coraz bardziej. Kiedy wjechaliśmy w las, należący do rezerwatu Corcovado, miałem wrażenie, iż zaczęło się Boże Narodzenie.

99g

Widok zielonych liści obsypanych śniegiem wyglądał niesamowicie.

99h

Śnieg walił dużymi płatkami, tworząc miejscami nieprzeniknioną zasłonę osiadającą dodatkowo na szybie.

99i

Słychać było mlaskające błoto pod kołami, co chwila nadziewaliśmy się na jakiś kamień lub gałąź.

99j

Seweryn, mając w pamięci dwie zepsute opony, jechał bardzo ostrożnie. Gdyby teraz coś się stało, bylibyśmy załatwieni na długi czas. Bo pomoc na pewno by nadeszła, choć ruch na szosie był nader mizereny. Najgorszy był ten lepki i ciężki śniego osiadający na szybach. Ledwo co było widać.

99k

Wyjechaliśmy z lasu zjeżdżając w dolinę rzeki Frio.

99l

99m

Za nią znów odcinek wyasfaltowany

99n

i na szczęście śnieg się skończył, lecz za chwilę zaczął lać deszcz i tak już było do końca. Kolejny most na rzece Yelcho,

99o

 przemknęliśmy koło wioski Puerto Cardenas i wpadliśmy na drogę prowadzącą do Chaiten.

99p

Chaiten

Miasto (jego nazwa, z indiańskiego narzecza, oznacza kosz wody), założone w 1933 roku, jest pięknie położone nad zatoką Corcovado,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

lecz w groźnym cieniu paru wulkanów dookoła – najbliższy Chaiten, nieco dalej na wschód Minchinmavida, na południu kształtny wulkan Corcovado. Pas wulkanów wzdłuż nacisku tektonicznej płyty pacyficznej ciągnie się do Puerto Montt i dalej.

99q

Mapka z Internetu

Powitał nas widok psa,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

wpatrującego się w dużego sępa przelatującego nisko nad ulicą. Sęp za chwilę już siedział na czubku lampy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W oddali za chmurami milczał Corcovado, z charakterystycznym, piramidalnym czubkiem, który ponoć ostatni raz wybuchł około siedmiu tysięcy lat temu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Natomiast leżący 10 kilometrów od miasta wulkan Chaiten (w łukowatym paśmie Cordon Chaiten) ocknął się po tysiącach lat i zdemolował okolice, wraz z miastem, w maju 2008 roku.

99w

Zdjęcie NASA z Internetu

Jego kaldera ma średnicę trzech kilometrów i wznosi się obecnie na 1100 m n.p.m., bowiem przed serią eksplozji miała 962 metry wysokości. Szary obsydian z kaldery był używany jako surowiec do ozdób przez kultury pre-kolumbijskie i znaleziono go na stanowiskach kultury Chan – Chan, nawet 400 km dalej na południe od wulkanu. Pierwszy wybuch nastąpił wieczorem 1 maja 2008; dwa dni później, pył unoszący się na parę kilometrów, zaczął opadać na miasto a wiatr znosił go w kierunku Argentyny. Po drodze pokrył dziesięciocentymetrową warstwą, leżące 75 km na płd-wchód, miasto Futaleufu. Ewakuacja 3,5 tysiąca osób, przy wydatnej pomocy wojska, rozpoczęła się już drugiego maja. Zginęła tylko jedna starsza osoba i nie bezpośrednio – zmarła na atak serca na pokładzie statku.

Szóstego maja miasto niemal opustoszało i wtedy wulkan eksplodował wyrzucając wielkie masy materiału piroklastycznego. Ogromna ilość popiołu wzniosła się kolumną na wysokość 30 km. Po stoku przemieszczały się chmury gorących gazów wulkanicznych i coraz więcej pyłu osiadało na okolicznych zboczach gór, także w samym mieście.

99x

Zdjęcie z Internetu

Ósmego maja rząd chciał zmusić pozostałych mieszkańców do ewakuacji, ale najbardziej uparci, poprzez adwokatów, odwołali się od tej decyzji i nawet Sąd Najwyższy nie potrafił rozwiązać zawikłanej sprawy. Ekipy ewakuacyjne powróciły w parę dni później by ratować domowe zwierzęta. Na szczęście zdążyli przed nowym problemem.

Intensywne deszcze doprowadziły do błotnych lawin zwanych lahar. Takie zjawiska są dość częste na Islandii i nazwa jest wzięta z islandzkiego języka. W czasie naszej podróży z Sewerynem po Islandii, w 2012 roku, napotykaliśmy na ślady laharów. Gorący popiół w parę godzin stapiał lodowiec i mieszanina błota spadała w doliny. Lahary weszły w lokalną rzekę Blanco, rozlały się na przeszło 200 metrów po obu jej brzegach blokując koryto. Rzeka zmieniła nurt i popłynęła wprost do miasta pokrywając wszystko metrową warstwą błota o strukturze cementu.

99y

Zdjęcie z Internetu

Aktywność wulkanu powoli zmniejszała się do końca czerwca, lecz trwała dalej w lipcu i sierpniu.

99z

Zdjęcie z Internetu

W sierpniu ekspedycja geologów wspięła sie na szczyt aby dokonać niezbędnych pomiarów, bowiem obawiano się, iż nowo powstała kopuła lawy może się zawalić. Nastąpiło to częściowo w lutym 2009 roku, lecz szczęśliwie material piroklastyczny, który spadł w dolinę innej rzeki, także o nazwie Chaiten, dotarł około pięciu kilometrów od miasta. Popiół ponownie zasypał Futaleufu i wdarł się do prowincji Chubut w Argentynie.

Ostrzeżono 160 osób, wciąż przebywających w Chaiten, by natychmiast opuściły miasto. Tym razem większość usłuchała i pozostało jeno 25 opornych.

Miasto Chaiten miało być stolicą prowincji Palena, tym bardziej, gdy doprowadzono do niego Carraterę Austral i stało się bazą wypadową dla turystów do pobliskich, obszernych i pięknych parków, w tym słynnego prywatnego parku Pumalin. Ma wciąż połączenie promowe z Chonchi i poprzez Carraterę do Caleto Gonzalo i dalej promem do Hornoprien, skąd można dojechać do końca drogi, do Puerto Montt. Pod koniec lutego 2009 rząd ogłosił, iż zamierza odbudować Chaiten 10 kilometrów dalej na wybrzeżu, w miejscu zwanym Santa Barbara. W marcu rozpoczęto tam wstępne prace. Ale mieszkańcy Chaiten, głównie ci którzy je budowali, mają w sobie pionierską upartość. Część z nich powróciła i mimo braku elektryczności i bieżącej wody zabrali się za oczyszczanie miasta. W rok później zmienił się rząd, z początkiem 2011 podłączono wodę i elektryczność i w kwietniu nowy prezydent Chile – Sebastian Piñera, wdrożył program odbudowy miasta. Obecnie mieszka tu około 900 osób, w większości starych mieszkańców.

Wybuch wulkanu i jego długotrwałe erupcje doprowadziły do zakłóceń w komunkacji lotniczej Chile, Argentyny a nawet Urugwaju, odległego przecież aż o 2 300 kilometrów. Starty materialne w mieście oszacowano na 12 milionów dolarów US. Zniszczeniu uległy spore obszary lasów i zginęlo wiele zwierząt. Stopniała część lodowców, rzeki zmieniły bieg. Zahamowaniu uległo rolnictwo, ale za parę lat popiół, który użyźnił glebę, umożliwi jego odnowienie.

Wysadziliśmy Niemców przed jakimś domem, bo od momentu wjechania do miasta stali się nieufni, szczególnie po naszej propozycji wspólnego poszukania noclegu. Było w nich skrępowanie i nawet spięcie, wywiedzione chyba z enerdowskiego klimatu. A przecież urodzili się w już zjednoczonych Niemczech. Jednym słowem, mieliśmy przed sobą namacalny dowód na tzw.Ossi. Seweryn tak się zauroczył cabañami, że ze wszystkich sił opierał się zanocowaniu w hotelu. Lecz zarazem grymasił w cenach, gnało go dalej, aby znaleźć coś tańszego. Zapomniał, że mieszkańcy są na ponownym dorobku i wszystko było tu nieco droższe.  Przejeżdżaliśmy przez ulicę natrafiając w wielu miejscach na ślady zniszczeń

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i nawet ostrzeżenie o tsunami było inne, bo odrazu z zamontowanym systemem głośników alarmowych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Najporządniejszy był dom marynarki wojennej Chile,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

nadbrzeże nad zatoką odnowione,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

biuro turystyczne zamknięte na cztery spusty. Na piasku leżały pochylone kutry rybackie, bo panował odpływ.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W końcu zadecydowaliśmy powrócić do jednego z pierwszych miejsc, które było całkiem ładne – Cabañas Brisas del Mar czyli “Nadmorska Bryza”. Od razu skojarzyło mi się z Sopotem. Przyjęła nas energiczna kobieta w średnim wieku i zaprowadziła do ładnych i dużych domków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Miały imponującą wysokość, co akurat nie było nam na rękę, bo mieliśmy jeden piecyk gazowy na ogrzanie dwóch pokoi plus sporej kuchni. Śniadanie zapowiadało się skromnie, jak to w Ameryce Południowej, i mieliśmy przyrządzić je sobie sami.

Pojechaliśmy poszukać restauracji. Miasteczko sprawiało wrażenie osowiałego i zapadłego w sobie. Puste ulice, jakieś psy chodzące bokami wyglądały na zestresowane. Domy w opłakanym stanie, choć widać już było nowe budowle. Uderzyła nas spora ilość kwietnych ogrodów. Znaleźliśmy knajpkę, w której zaległo paru lokalesów, ale siedzieli raczej w milczeniu, nad butelkami piwa. Na ścianie plakat z torreadorem. Młoda kelnerka wwiercała się w nas oczami i zapewne stanowiliśmy dla niej nie lada atrakcję – w takim miejscu, poza sezonem, dwóch siwych i starych gringos szeleszczących w dziwnym języku. Ale baranina i butelka wina, Santa Helena, typu cabernet suvignon, były wyborne. Mimo coraz większego mego zaziębienia.

Po wyjściu zobaczyliśmy, iż się przejaśniło. Ponad domami, w oddali, widać było góry, ze zdemolowanym stożkiem wulkanu Chaiten. I coś Seweryn wcale nie był skory do roztoczenia marzeń o przeżyciu jakiejś katastrofy.