Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

30 lipca 2017 Montreal – Toronto

Rano była znów ta miła, młoda pani i stokrotnie mnie przepraszała. Seweryn obrażony przeszedł koło niej bez słowa, no bo „jak mogła nas wpakować w takie warunki”. Poszliśmy na śniadanie do pobliskiego bistro. Spakowanie się. Seweryn w milczeniu poczłapał po auto. I co? Wszystko było w całkowitym porządku. Poszedłem pożegnać się z panią, zdjęcie hotelu

i przed 10 odjazd.

Pilotowałem już pewniej, bo dwa ostatnie dni okresowego błądzenia zorientowały mnie w planie ulic, a także remontów drogowych. Dobiliśmy najpierw do Bulwaru St. Laurent. Za którymś razem stając na czerwonym świetle zoczyłem nazwę narożnej ulicy – Ontario.

Odczytałem to jako dobry znak na drogę powrotną. Na tym rogu budynek mieszczący centrum przyjaźni dla Indian w Montrealu (tzw. Urban Aboriginal; Aboriginal najlepiej tłumaczyć jako tubylcy), istniejący od 40 lat i pomagający im w wielu sprawach socjalnych.

Pod opieką mają trzy grupy – Indian quebeckich (The First Nations – narody Cree, Mikmak, Naskapi, Algonkin, Montagnais, Mohawk, Abenaki, Attikamekw, Malecite i Huroni), Inuitów (Eskimosów) i Metysów. Organizacja jest szczególnie pomocna dla tych, którzy przeprowadzili się z innych miast, a czasem z rezerwatów. Przejście z rezerwatu do dużego miasta związane jest nie tylko z szokiem kulturowym czy społecznym, lecz także fizyczno-duchowym. Bo w wielkich miastach anonimowość, hałas, pośpiech, zanieczyszczenia, często nikłe relacje sąsiedzkie i swoiste stosunki w pracy, wszystko to powoduje stres i trudności w przystosowaniu się do nowych okoliczności. Jest to także źródłem problemów z nadużywaniem alkoholu i sięganiem po narkotyki w indiańskich środowiskach, głównie wśród młodych ludzi. Bo niektórzy starsi, pogrążeni w alkoholu lub/i narkotykach, mają inną traumę za sobą – po katordze przymusowych szkół z internatami, tzw. residential school.

Skręciliśmy w długą aleję Sherbrooke, która na sporym odcinku biegnie u podnóża Królewskiej Góry i po przejechaniu skrzyżowania z ulicą R. Bourassa, minęliśmy jeden z budynków najsławniejszego uniwersytetu kanadyjskiego – McGill.

Otwarty w 1821 roku, posiada 11 fakultetów (w sumie zajmują w centrum miasta 32 hektary powierzchni), jest jednym z 26 czołowych uniwersytetów świata, z przeszło 40 tysiącami studentów i 1684 wykładowcami. Wśród jego absolwentów jest 12 Noblistów, pięciu kanadyjskich astronautów, trzech premierów Kanady, dziewięciu zwycięzców Oscarów, trzech posiadaczy nagrody Pulitzera i 28 medalistów olimpijskich różnych narodowości.

Od rogu z Bourassa aż do ulicy Bishop, do gmachu muzeum Sztuk Pięknych, po obu stronach Sherbrooke na specjalnych masztach łopoczą flagi prowincji Kanady

i różnych państw świata (200 państw, w tym jest Polska).

Stworzył to kanadyjski artysta Claude Cormier po wystawie Expo 67. Sherbrooke (kontynuacja drogi 138) to główna arteria Montrealu na osi wschód-zachód i mając 31 km długości jest drugą, najdłuższą ulicą w mieście. Po obu jej stronach jest wiele historycznych budynków, a z początkiem wieku XX zaczęła być rozbudowywana w kierunku wschodnim. Mieści się przy niej stadion i olimpijska wioska. Podczas przygotowań do Olimpiady 1976 roku, na długości ośmiu kilometrów utworzono na reprezentacyjnej ulicy wystawę sztuki. Wiąże się z nią przedziwna decyzja podjęta przez ówczesnego burmistrza Montrealu – Jean Drapeau, który na dwa dni przed zaczęciem Olimpiady, kazał wystawę rozmontować i usunąć. Jego decyzja stanie się może bardziej zrozumiała jeśli uświadomimy sobie, że w owym czasie Kanada właściwie uczyniła dopiero drugi krok do pełnego wejścia w wiek XX, podejmując się organizacji olimpiady.

Pierwszym krokiem było Expo w Montrealu w roku 1967, gdy Kanada zaistniała dla szerszego audytorium światowego, bowiem w wystawie udział wzięły 62 państwa. Była to zarazem setna rocznica utworzenia państwa. Pamiętam, z jakim zdumieniem i podziwem w sopockim kinie „Bałtyk” przy Monciaku, oglądało się w Polskiej Kronice Filmowej (telewizja w Polsce była dopiero w początkowym stadium rozwoju) zdjęcia z Expo, podziwiając przede wszystkim słynną “kulę” – Montreal Biosphere, będącą częścią pawilonu amerykańskiego (dziś służy jako centrum informacyjno-wystawowe na temat rzeki Św. Wawrzyńca) oraz nowoczesny kompleks budynków, zwany Habitat 67. Potem nastąpiła era Pierre Trudeau (1968- 1979) w czasie której nie tylko Olimpiada, ale też działania premiera, umieściły Kanadę na stałe na politycznej mapie świata. Natomiast w dziedzinie kultury i podejścia do niej było wciąż sporo zaległości. Właściwy napęd włączył się dopiero w latach 80-tych i dziś Kanada w różnych dziedzinach sztuki ma paru znakomitych twórców (literatura, film, muzyka).

I tym razem, akurat podczas naszego pobytu, poza festiwalem flag, na odcinku Sherbrooke przebiegającym w centrum miasta, od Montrealskiego Muzeum Sztuki do muzeum McCord, wystawiono 25 monumentalnych rzeźb znanych artystów kanadyjskich i międzynarodowych. Od maja do października 2017 Montrealskie Muzeum Sztuki zaaranżowało wystawę uświetniającą 375-lecie miasta, 50-lecie Expo 67 i 150-lecie Kanady. Na ulicach wystawiono w sumie 67 dzieł sztuki, które zawierają w sobie przesłanie pokoju i odzwierciedlają uniwersalne wartości humanizmu, tolerancji i otwartości, które zainspirowały Expo 67. Tym razem sztuka znów zagościła na zewnątrz, na ulicy, bez żadnych przeszkód.

Przypomniałem sobie mój pobyt tutaj w czerwcu 1985 roku. Jechaliśmy autem we czwórkę z Antigonish do Oshawy, gdzie mieszkał właściciel auta, bardzo miły, lecz nieco wycofany chłopak – Ian. Jeden z nas wysiadał w Quebecu, drugi mieszkał w Montrealu i nas zabrał do siebie, do domu. Chłopak z elitarnej rodziny montrealskiej, dom na wysokim poziomie, rodzice należący do miejscowej elity. Następnego dnia poszliśmy na wielką wystawę Picassa (pierwszy raz w życiu byłem na wystawie mistrza), zorganizowanej z kolekcji wdowy po nim, Jacqueline. W Oshawie był obiad w domu rodzinnym Iana i poznałem jego ojca, surowego i szorstkiego w obyciu i wtedy pojąłem dlaczego Ian jest nieśmiały i wycofany. Ojciec był katolikiem w stylu kalwinistów, autorytarny i paternalistyczny. Ian był tak miły, że odwiózł mnie do Toronto, do domu rodziców Steve’a, Węgrów, u których mieszkałem pierwszy miesiąc i to darmo.

Jadąc przez Sherbrooke spostrzegliśmy parę rzeźb na ulicy. Za głównym wejściem do uniwersytetu McGill (dwie monumentalne bramy zwane Roddick Gates), za żelaznym płotkiem widać 8 czerwonawych postaci siedzących w kucki. w wielkim kręgu.

To praca chińskiego rzeźbiarza Wang Shugang, który mieszkał 10 lat w Niemczech i w roku 2000 powrócił do Chin, gdzie partycypował w odnoszącym wielkie sukcesy ruchu, zwanym Cyniczny Realizm. Ów ruch naśmiewał się z socjalistycznego realizmu komunistycznej sztuki i absurdów Mao i jego prac. Ten krąg postaci, zatytułowany „Narada” był wcześniej wystawiany w Niemczech i w Vancouver.

Zdjęcie z Internetu

Artysta pomalował postacie na czerwono , bo jak sam powiedział: „ kolor czerwony ma wieloznaczne odniesienia w Chinach, historycznie reprezentuje szczęście, lecz w czasie Rewolucji Kulturalnej symbolizował terror. Dzisiaj czerwień widnieje na blaknących literach wychwalających Mao na sufitach fabryk, jest kolorem buddyjskich szat i elementem dekoracji weselnych”. W 1973 roku, zagłębiając się w chińskie sprawy pod wpływem obejrzenia w Londynie, przebogatej, retrospektywnej wystawy historii Chin (od czaszki człowieka pekińskiego do terakotowej armii, z końcowym natręctwem kultu Mao), znalazłem informację, iż w czasach starożytnych na czerwono malowano przestępców przed egzekucją.

Przed budynkiem muzeum sztuki nowoczesnej, wielka, czterometrowej wysokości rzeźba Davida Altmejda, Montrealczyka, od lat żyjącego i pracującego w Nowym Jorku. Rzeźba z brązu zatytułowana „Oko”.

Tym okiem jest spora dziura, na wylot, w torsie figury. Stworzona możliwość zajrzenia we wnętrze człowieka. Nieco przypomina Davida Michelangela, lecz przy bliższym oglądzie ujawnia dzisiejszą kondycję szczególnego człowieka. Człowieka zestresowanego, toczonego przez choroby i osaczonego przez brak prywatności. Skrzydła opadłe, nie ma jak się wznieść. Jedna ręka zżarta do kości. Głowa opleciona dziesiątkami palców, które blokują lub zakłócają wszystkie zmysły. Natrętne palce ludzi próbujące dokładnie odczytać osobowość, odedrzeć ją z intymności. Z tajemnicy. Takież same palce wystają z rozszarpanego w ciele otworu.

Zdjęcie z Internetu

Już dokonały swego dzieła, spenetrowały i rzuciły mediom na pożarcie. Plotom i pomówieniom. Sensacjom i skandalom. Nasz codzienny pokarm. Przeżuwany i wydalany. Jedźmy, nikt nie woła…

A jednak, parędziesiąt zaczerpnięć powietrza dalej, ktoś woła, ktoś przypomina. Zza szyby wiaty autobusowej wyłania się twarz Leonarda Cohena. Podpis – poeta, inspiracja Montrealczyków.

Teraz kojarzę, że od parunastu minut mijamy po prawej podnóże wzniesienia Mont Royal, gdzie jest grób Cohena. Kolejny budynek z rzeźbą od frontu. „Odrobienie zaległości” amerykańskiego artysty J. Seward Johnson’a, który stworzył serię rzeźb w cyklu „Człowiek na ulicy” – ludzi czytających książki i gazety. Tę rzeźbę ustawiono w 1985 roku pod numerem 4141 Sherbrooke przed budynkiem zwanym Globe, gdzie mieści się m.in. islandzki konsulat.

W roku 2011 trzech młodocianych wandali, około czwartej rano oderwało rzeźbę od postumentu i położyło na płask. Jeden wszystko filmował na komórce. Oto bohaterowie naszych czasów, młodociane kretyny-osiłki, których krzepa jest wiodącą wskazówką poprzez życie. Jest ich teraz tak wielu, w miejscach tzw. cywilizowanego świata, że włos się jeży. Przy wychylającej się wskazówce w prawo, najczęściej bezmyślne prawo, aby tylko przeciwko poprzedniemu wychyleniu w lewo, często równie bezmyślnemu.

Gdzieś niedaleko stąd musimy skręcić drogę nr 15 i dojechać do Trans Canada Highway, zjeżdżając w lewo, na kierunek zachodni. Na razie idyllicznie – sporo zieleni – parki i ulice wysadzane starymi drzewami, ceglane domy indywidualne i małe apartamentowce, na trzy-cztery piętra.

Jest zjazd w prawo. Wpadamy w betonowy tunel ulicy, co chwila mijając ponad naszą głową, wiadukty poprzecznych ulic. Obaj jednocześnie przypominamy sobie jazdę w takowym tunelu w Santiago de Chile i nasze nałogowe zaplątania w drodze powrotnej, do Asi i Claudia. Niemal za każdym razem wyrzucało nas gdzieś w nieznane okolice i błąkaliśmy się na potęgę.

Zaczynają się czerwonawe tablice, co prawda z nazwą Toronto i numerem 20, ale wygląda to na zmianę w ruchu drogowym. Jest! 20 na zachód do Toronto. Wpadamy w gęstwę rozjazdów, krzyżujące się wiadukty, las słupków drogowych,

jakieś gigantyczne roboty w dole, hałdy piachu, objazdy.

Obaj w napięciu, bo istny labirynt. Na szczęście co chwila ograniczenie szybkości do 40-30 km/godz, więc można się rozglądnąć. Przejazd górą nad całkowicie rozgrzebanym odcinkiem autostrady na dole,

potem długa jazda, na szczęście z oznakowaniem. Główna tablica na port lotniczy w Mirabel im. P.Trudeau i na Toronto. Po prawej wysoki betonowy ekran wytłumiający hałas autostrady.

Wielki i długi łuk w prawo, który jakby wynosi nas z powrotem w kierunku skąd przybyliśmy i ani się obejrzeliśmy jak autostrada zniknęła i znaleźliśmy się na podrzędnej ulicy. Lekka panika, ale jest znów czerwona tablica z niebieskim znaczkiem 20 Ouest, znaki objazdów, których posłusznie się trzymamy i… lądujemy na ślepym parkingu, koło wielkich magazynów. Ki diabeł. Zawrotka, odrazu w prawo i znów wrażenie jakbyśmy wracali do Montrealu. Na szczęście jest kolejny znak z napisem Detour – Objazd. Jedziemy podmiejską ulicą St. Jacques i ze zgrozą odkrywam, że jest równoległa do Sherbrooke, wiec mogliśmy jechać nią dalej nie skręcając w 15-tkę. By nie pogubić się kompletnie, postanowiłem uparcie trzymać się znaku objazdu. Lekki skręt w ulice Avon, długo nic, aż wreszcie jest kolejne potwierdzenie – prosto dalej i…i znów ta sama nazwa St. Jacques. Tylko spokojnie, tylko spokojnie, powtarzam w głowie bezgłośnie. W ostatnim momencie zauważam tablicę ze znakiem objazdu i niebieskim symbolem drogi 20, ze strzałką na wprost.

Pojawia się betonowe przęsło wiaduktu autostrady, strzałka w prawo, OK, potwierdzenie, jakaś 1st Avenue idąca równolegle do autostrady i wreszcie upragniony znak – koniec objazdu na 20-tkę. Sznur samochodów po lewej, na szczęście główny ruch powrotu z weekendu jeszcze sporo przed nami. Kolejny rozjazd, przemykamy pod wiaduktem, znak prawidłowy i jest solidna autostrada, która już doprowadzi nas do Toronto.

Tory kolejowe, za chwilę przemykamy przez Dorval i jest wyraźna tablica – Toronto, nr 20.

Potem znak 100 km/godz i Seweryn rusza z kopyta. 20-tka przybiera teraz dodatkową nazwę – Autoroute du Souvenir.

Zaczyna się płaska monotonność. Przy Sainte Anne de Belleuve dojeżdżamy do rzeki Św. Wawrzyńca, do której w tym miejscu uchodzą trzy inne rzeki: Prairies, de Mille Iles i Ottawa. Zbieg Ottawy i Wawrzyńca jest tak obszerny, że wielkie rozlewiska nazwano jeziorami: St. Louis i des Deux Montagnes. Kanał Ottawy prowadzący do Prairies, ma 42 kilometry długości i jest atrakcją turystyczną – Rivière des Mille Îles (Rzeka Tysiąca Wysp), w rzeczywistości zawierająca setki z nich. Ten cały obszar zbiegu trzech rzek i rozlewisk nazywany jest Archipelagiem Hochelaga

Zdjęcie z Internetu

To tutaj, gdzie rzeka Ottawa wpada do jeziora Dwóch Gór, jest miasteczko Oka, które było widownią otwartego buntu szczepu Mohawk w 1990 roku. Konflikt rozpoczął się wcześniej, gdy parę lat przedtem sąd odrzucił żądania Mohawków do przywrócenia im pewnego , historycznego według nich obszaru, gdzie nawet był podobno cmentarz ich przodków. Natomiast władze Oki zgodziły się w 1990 na wybudowanie tam prywatnego pola golfowego i rozszerzenia go o dodatkowe obszary przy paru luksusowych domach. Mohawkowie z pobliskiego ich osiedla, Kanesatake, wściekli się i zabarykadowali żwirową drogę prowadzącą do spornego miejsca. Konfrontacja pomiędzy Indianami a siłami specjalnymi policji z Quebec, a potem wojskowego oddziału, trwała 78 dni. Do Mohawków dołączyli ich rodacy i Indianie z innych plemion. Dodatkowo zagrodzili most Mercier, który prowadził do ich osiedli. W momencie największego napięcia oficer policji z Quebecu, Lemay, został zastrzelony. Mohawkowie w końcu odblokowali drogę i parunastu z nich zostało aresztowanych. Sprawę przejął w swoje ręce rząd federalny.

Ten kryzys otworzył mi oczy na sytuację Indian w Kanadzie, bowiem od dawna myślałem, że żyją w lepszych warunkach niż w USA. Jakże się myliłem! Przez parę tygodni byłem dosłownie przyklejony do telewizora, bowiem na żywo pokazywano konflikt, z wywiadami z obu stron. I co najważniejsze dziennikarze ruszyli do rezerwatów i okazało się, że w nich istnieje tzw. Trzeci Świat. W Kanadzie, jednym z najbogatszych krajów świata! Warunki sanitarne urągały wszelkiej przyzwoitości, bezrobocie sięgało 40%, alkoholizm i narkotyki, szmugiel papierosów i alkoholi z USA, wysoka liczba samobójstw. Za wieloma przypadkami kryły się traumatyczne przeżycia starszego pokolenia wcielonego przymusowo do specjalnych szkół, a następne, młodsze pokolenia, były spychane na margines, szczególnie w dużych miastach. Przez parę lat toczyła się ożywiona dyskusja w mediach i polityce, bardzo interesujące były listy od czytelników nadsyłane do gazet i innych czasopism, gdzie w 80% ujmowano się za Indianami i wzywano rząd do działania. Był to początek odnowienia godności Indian, powstały ich media, włącznie z ogólnokanadyjskim programem telewizyjnym. Zaczął się szeroki ruch w kulturze – film, teatr, literatura, a przede wszystkim muzyka, gdzie powstał res blues, blues z rezerwatów, świetnie grany i śpiewany. Blues – muzyka bólu, życiowych klęsk i porażek, tęsknot do lepszego życia, do pełniejszej miłości. Lepszego wyrazu ekspresji trudniej byłoby znaleźć.

I także od tego momentu rozpocząłem swe prywatne studia nad kulturą Indian, o których wiedza przedtem opierała się na „Winnetou”, a potem na buntowniczym kinie amerykańskim lat 60-tych i 70-tych, gdzie wreszcie zaczęto pokazywać Indian nie po hollywoodzku, ale takimi jakimi byli i są. Ukoronowaniem tego są według mnie dwa wybitne filmy – „Mały, wielki człowiek” i „Tańczący z wilkami”. Te studia zaprowadziły mnie do Indian, do mych przyjaciół, przede wszystkim do artysty i szamana Duke’a Redbird. Jeśli człowiek chce się czegoś nauczyć i dowiedzieć, zawsze należy sięgać do źródeł. Iść ku nim. A jak wygląda sprawa Oki dzisiaj? Śmierć kaprala Lemay nie została do końca wyjaśniona, a żądania zwrotu ziemi dla Mohawków sąd federalny obalił w styczniu 2017 roku. Teraz najważniejszą sprawą jest Komisja Pojednania i ogłoszenie ich raportu, którego fragmenty już były dla wielu wstrząsem. Bo nie będzie dalekie od prawdy stwierdzenie, że była to systematyczna, świadoma i celowa eksterminacja.

Oficjalne nazwanie Indian Pierwszym Narodem (The First Nation) czy Tubylcami (The Natives) to tylko gesty. Jest tyle zebranych materiałów i dowodów, tyle wciąż zamiecionych pod dywan konfliktów i krzywd, że tylko konkretne działania mogą być początkiem rzeczywistej zgody i pojednania. Przede wszystkim muszą ulec zmianie szkolne podręczniki historii, szczególnie na uniwersytetach, gdzie dalej hołduje się początkom tego kraju w sosie francuskim lub angielskim. Dalej wiodącym terminem jest Zachodnia Cywilizacja na podłożu chrześcijaństwa, która bez wątpienia miała swoje wielkie momenty w dziejach, ale jeszcze więcej łajdactw i niegodziwości rozlanych poprzez kolonializm i imperializm plus dwie wojny światowe, na cały świat. Wschodnia Cywilizacja, czyli głównie Rosja, także w stylu kolonialno-imperialnym, nawet jeszcze nie zaczęła rozliczania się z samą sobą, przesuwając akcenty na tzw.wojnę ojczyźnianą w obronie przed Niemcami, która ma usprawiedliwiać niemal wszystko przed i po tej wojnie. Dodatkowo rozpętano tam syndrom oblężonej twierdzy – twierdząc, że prawie nikt Rosji nie lubi i inni tylko czyhają na jej potknięcia. Szczególnie ci z Zachodniej Europy i oczywiście Polacy. Polacy niestety sami sobie zawdzięczają taką opinię, bo wytrwale od co najmniej dziesięciu lat oficjalnie – na szczeblu rządowym i nieoficjalnie – na poziomie obywatelskim, wybrzydzają na Rosję i Rosjan, przez co zamrozili kontakty.

Mamy kilometraż – do Toronto 505 km.

Przejeżdżamy most biegnący poprzez dużą wyspę Perrot , leżącą w rozlewisku rzek Ottawy i Wawrzyńca. Saint Zotique jest dla nas ostatnią nazwą francuskiego miasteczka, które mijamy w prowincji Quebec. Za parę minut już nie ma Autorroute du Souvenir, lecz zaczyna się Macdonald-Cartier Freeway, czyli Highway 401 i pierwsza angielska nazwa – miejscowość Bainsville. I znak wjazdu do prowincji Ontario.

Od tego momentu Seweryn zaczyna polowanie na miejscowość Lancaster, którą zgubił, kiedy jechaliśmy tędy miesiąc temu. Jest tam tańsza benzyna i zawsze tam tankuje, gdy jeździ ze swym magikiem- naturopatą Wiesławem J., na spotkania z pacjentami w Montrealu. Za paręnaście kilometrów wyłapuję nazwę Lancaster, ale milczę. Jedziemy dalej. „Czy wiesz – mówię pokazując na domy za oknem – że jesteśmy w Lancaster”. Ożywia się. „Taaak. Widzisz, znaleźliśmy”. Gdybym nic nie powiedział jechałby dalej, a potem klął, gdzie mu znów ten Lancaster zniknął. Cały Seweryn.

Tam zrobiliśmy popas, zatankowaliśmy do pełna i wyjedliśmy wszystko, co nam zostało z zapasów. Z pobliskiego baru wzięliśmy kawę i w cieniu pięknych drzew (a gorąc znów był niezły) zasiedliśmy przy drewnianych stołach

i zaczęliśmy rozmawiać o naszej podróży. Podziękowałem mu za wytrwałe i dzielne prowadzenie naszej ekspedycji nadatlantyckiej, a on podziękował mi za pilotowanie i opłatę noclegów. Taka była umowa, że za wszystkie noclegi płacę, a benzyna i jedzenie idą na połowę.

Minęliśmy Cornwall i tu rzeka pokryta wyspami, przez co sprawia wrażenie węższej. Pomiędzy wyspami przebiega granica Kanady z USA. Potem parędziesiąt kilometrów wzdłuż rzeki pozbawionej wysp, a za Selton znów setki z nich, tworzące Park Narodowy Tysiąca Wysp. To inna atrakcja niż ta w Quebec. Zawiera 1864 wyspy, które rozciągają się aż do Kingston (na około 80 kilometrach długości). Od wysepek, na których czasami pojedyncza rezydencja do wysp (niektóre mają po 100 km²) z małymi osiedlami. Na niektórych postawiono mini zamki lub mini pałace. Opracowano specjalną nomenklaturę dla wysp zaliczanych w skład archipelagu. Muszą mieć co najmniej 0.093 m² powierzchni, cały rok być powyżej poziomu wody i zawierać przynajmniej dwa żywe drzewa.

Zdjęcie z Internetu

Przeglądając mapę znalazłem niedaleko Cornwall nazwę Osnabruck (Osnabrück). To nie niemieccy osiedleńcy, ale angielscy tak nazwali osadę na cześć księcia Fryderyka, syna Jerzego III, który był wtedy księciem-biskupem w Osnabrück, w Dolnej Saksonii. Około 50 km na północ od niemieckiego Osnabrück, leży miasteczko Quakenbrück. Niektórzy to tłumaczą jako Kwaczący Most, ale bardziej pasuje Rechoczący Most, bowiem w malutkiej rzeczce Kleine Hasse i jej dopływach jest mnóstwo żab. W tym to miejscu się urodziłem, gdzie mój ojciec był vice komendantem miasteczka, z ramienia okupacyjnej armii brytyjskiej. Od lat się tam wybieram i jakoś wciąż nie mogę dojechać.

Przed Kingston zaczynają się wycięcia drogi w skałach, bo tu dochodzi krawędź Tarczy Kanadyjskiej.

Potem długie, płaskie odcinki, na szczęście przez las.

Po godzinie, gdy przecinamy drogę prowadzącą na Shannoville, robi się duszno i parno. Nadciąga burza.

Od pewnego czasu mamy włączoną klimatyzację, bo bez niej się nie wytrzyma, tym bardziej, że jedziemy na zachód i mamy słońce prosto w twarze. Z burzy nic, był tylko krótki, ulewny deszcz, który teraz przesuwa się po lewej, równolegle do nas.

Przy drodze szaleństwo wybujałej zieleni, która się ułożyła strefowo.

Kiedy przekraczamy rzekę Trenton i miejscowość o tej samej nazwie, gdzie jest wielka baza armii kanadyjskiej, zaczyna się nazwa Highway of Heroes, o czym już poprzednio pisałem, u początku naszej drogi.

I także znak adoptowania odcinka autostrady.

Przy Trenton niesamowite zagęszczenie aut, bo koniec weekendu.

Mijamy Port Hope, gdzie odbywają się okresowe zjazdy motocyklistów,

potem Oshawa. W wielu miejscach łopoczą wielkie, kanadyjskie flagi.

I już Pickering, z modernistyczną stacją pociągów GO i przejściem nad autostradą.

Scarborough, gdzie niegdyś mieszkałem i za Neilson Road widok na wieżowce.

Zjazd z 401, w jak zwykle zatłoczoną Don Valley,

którą przez dwa lata jeździłem autem moich kumpli (tzw. car pool), do pracy w Kanadyjskim Związku Motorowym. W pewnym miejscu, za ulicą Lawrence, nad jezdnią jest potrójny most, który przypomina mi jeden z moich ulubionych klocków. Miał takie same trzy, przysadziste przęsła i najbardziej mnie fascynował, bo wyobrażałem sobie biegnące pod nim drogi. I fantazje z dzieciństwa wypełniły się w Toronto.

Zza kolejnego zakrętu drogi, w dolinie rzeki Don, wynurzył się obraz kojarzony przeze mnie z widokiem Pałacu Kultury w Warszawie. Odpowiedni kąt i oświetlenie i …

To słynna wieża torontońska CN Tower, a na froncie nałożony na nią budynek. Gdy kąt się zmienia wyraźnie wyłaniają się poszczególne wieżowce i wieża.

Za chwilę wjazd na Bayview, prowadzący do ulicy Bloor,

z niej mały skręt w lewo i od razu w prawo, w moją ulicę Howard. Seweryn pomógł wypakować mi rzeczy, w mieszkaniu na szczęście nie tak gorąco i wilgotnie, pogoda całkiem przyzwoita. Odprowadziłem Seweryna do auta i umówiłem się z nim na jutro, na obiad w polskiej knajpie „Polonez”, na chłodnik, który latem mogę jeść codziennie.

A pojutrze przepakowanie i przygotowanie do wyjazdu do Polski.