Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

30 czerwca, 2017 Toronto – Montreal

 

Pakowanie, zapasowe klucze dla sąsiada Marco, który będzie doglądał mego mieszkania, sprzątanie jeno po wierzchu, pranie. Duszno i wilgotnie. Przeglądam ostatni raz trasę naszej podróży przez Maritimes (lub prowincje Maritime). Tej nazwy używa się w stosunku do trzech prowincji Kanady: Nowego Brunszwiku, Nowej Szkocji i Wyspy Księcia Edwarda (w sumie przeszło 1.8 miliona ludzi); dla uproszczenia dołączam do Maritimes Nową Fundlandię i Labrador. Gdy bierze się pod uwagę wszystkie cztery prowincje, używa się często określenia region Kanady Atlantyckiej.

Mieliśmy wyjechać przed południem, ale Seweryn gdzieś zaginął i dobił do domu dopiero koło 15-tej. Miał do załatwienia od rana trzy rzeczy: odebrać wynajęte przez nas auto, (Dodge Caravan – za 1500 CAD* na cały miesiąc), wysłać paczkę i załatwić kartę do komórki, żebyśmy mieli łączność w czasie podróży w każdym miejscu. Dojechał do mnie o 17-tej, zapakowanie auta i w trasę. Dzień wcześniej dokonaliśmy sporych zakupów w znanym polskim sklepie StarSky (nie tylko Polacy, ale też i inne narodowości zaczęły po pewnym czasie mówić „idę do Starskiego”), by zaoszczędzić na wydatkach i wpakowaliśmy wszystko do podręcznej chłodziarki, tzw. coolera.

Szczyt weekendowy i to przed długim weekendem. Dlatego cisnąłem, aby wyjechać jak najwcześniej. Ale to nie z Sewerynem, który ma całkowicie własny sens upływu czasu. Na autostradzie ślimacze tempo, co chwila zwalniamy, toczymy się…

W Pickering, gdzie jest jedyna elektrownia atomowa w Ontario, uwagę zwraca modernistyczne rozwiązanie dworca kolejowego (lokalna linia zwana GO Train), połączonego z przejściem nad autostradą.

Główna autostrada ontaryjska – 401 (jest częścia autostrady Transkanadyjskiej – Trans Canadian Highway – TCH, od Atlantyku do Pacyfiku przez cały kraj; 7821 kilometrów), parę lat temu została nazwana „Autostradą Bohaterów” (Highway of Heroes), na cześć żołnierzy kanadyjskich walczących w Afganistanie. Niestety do bazy militarnej w Trenton wracali często w trumnach i właśnie ci zasłużyli na tytuł bohatera.

Przy tej autostradzie można jeszcze napotkać dwa rodzaje anonsów – „Pamiętamy” (We remember) – na cześć żołnierzy poległych w wojnach, przede wszystkim w I wojnie światowej i „Zaadoptuj autostradę” (Adopt-a-Highway) co jest promocją akcji rządowej w USA i Kanadzie, by zachęcić ochotników z różnych organizacji do usuwania śmieci z autostrady na danym odcinku.

W zamian, na owym odcinku, może być zamieszczona nazwa organizacji. Niestety od tamtej pory (początki akcji są z końca lat 80-tych) zdołało wybuchnąć parę skandali, bo część autostrady zaadoptował na przykład Ku Klux Klan czy Amerykańska Partia Nazistowska. Decyzje sądu, bo w Ameryce same oburzenie opinii publicznej nie wystarcza, wszystko musi się odbywać w majestacie prawa, doprowadziły do zmiany nazwy opiekuna odcinka autostrady.

Za Kingston, przed 20-tą zrobiliśmy pierwszy postój (264 km przejechaliśmy w całkiem przyzwoitym czasie, lecz to mniej niż połowa drogi; przed nami jeszcze 288 kilometrów) – długo staliśmy w kolejce po kawę i coś do przekąszenia. Wszędzie tłum ludzi. Potem wciąż powoli w rzece aut.

O zmroku mijamy fermę, gdzie po podwórku łazi tłum białych gęsi, potem pastwisko z rozsypanymi owcami. Obok nich wielki, biały owczarek z nader dostojną miną.

Zmrok przechodzi w ciemność, odkładam aparat i próbuję pokonać znurzenie. Wariackie ostatnie dwa dni – finalne plombowanie u dentysty, poparte podwójną porcją antybiotyków branych jednocześnie, bo była infekcja i usunięcie nerwu. Dwa tygodnie temu ostateczne pożegnanie szkół: kanadyjskiej i polskiej. W tempie poprawa egzaminów w szkole kanadyjskiej i wystawianie stopni w obu, plus załatwianie wszelkich formalności związanych z emeryturą; formalności, które zawsze mnie zbijają z tropu, a czasem wręcz paraliżują (ten lęk to chyba efekt prześladowczych wspomnień z czasów komuny). Nie miałem ochoty odpowiadać na pytanie: jak się czuję na emeryturze, gdy upłynął na niej zaledwie tydzień. Musi minąć jakiś czas bym się zorientował w nowym rozkładzie jazdy przez życie i odczuł tego skutki. Wielu ludzi ma skłonność do zadawania przedziwnych pytań.

Teoretycznie mieliśmy dojechać do Montrealu za trzy i pół godziny. Lecz wciąż nie mogliśmy rozwinąć pełnej szybkości. Postanowiłem zadzwonić i potwierdzić nasze przybycie około północy do zamówionego hotelu. Wszystkie noclegi zarezerwowałem w połowie maja (czyli na ostatnią chwilę, bo faktycznie powinno się to załatwiać do końca marca) plus przepłynięcie promem, do i z Nowej Fundlandii. Wyjaśniłem sytuację i powiedzili, aby się nie martwić, będą pokój trzymać.

Minęła 22-ga, a my wciąż byliśmy daleko. Do Montrealu dobiliśmy około 2.45 i wpadliśmy w taką plątaninę ulic, rozkopów i napraw, że miotaliśmy się w tej sieci dojazdów i rozjazdów, przez następne dwie godziny. Jezdnie w opłakanym stanie, spękania i dziury, krzyżujące się betonowe estakady, zwodne objaśnienia zjazdów. Ze trzy razy zasięgaliśmy języka i za każdym razem robiliśmy pomyłkę, która kosztowała nas następne kilometry jazdy, bo z koryta autostrady nie ma jak uciec lub zawrócić.Ostatnie miejsce, gdzie zapytałem o dojazd do hotelu, było w sklepie przy stacji benzynowej. Pracował tam młody Polak i odrazu wyczuł mnie po akcencie. Pokazał na mapie jak najlepiej, czyli najszybciej, dojechać. Ulicą Newman dotarliśmy do ulicy Sherbrook i stamtąd do St. Hubert, gdzie jest nasz hotel “Guvermant Montreal.” Ostatecznie dobrnęliśmy doń o piątej rano.

Seweryn zaparkował na ulicy, włączając światła awaryjne, bo tutaj nie można było parkować – jedno z największych przekleństw współczesnych miast. Poszedłem do recepcji i dowiedziałem się od młodej panienki, że nie mamy pokoju. Pracownik nocnej zmiany komuś go oddał. Zebrałem się w sobie i mimo potwornego zmęczenia i mętliku w głowie ruszyłem do energicznego ataku. Zażądałem rozmowy z menadżerem, lecz go nie było. Za pół godziny miał się pojawić kierownik zmiany. Poprosiłem o wskazanie parkingu, bo Seweryn stał już długo w nielegalnym przecież miejscu. Panienka zaczęła mi zawile tłumaczyć, gdzie mamy wjechać i dodała, że parking jest płatny. I znów miotanie się, by znaleźć odpowiednie miejsce. Parking miał tak niski sufit, po którym dodatkowo biegła plątanina rur, iż czasem nie mogliśmy bezpiecznie przejechać. A tam gdzie się dało musiałem wykręcić antenę z auta, bo by uległa uszkodzeniu. Jedyne wolne miejsce też nie było dobre – wystawał nam tył Doży (zgodnie z mym obyczajem przerobiłem nazwę naszego auta na Dożę). Za to było sporo wolnych miejsc na drugim poziomie parkingu, ale z rezerwacją tylko dla Hydro Quebec i surowym zakazem parkowania dla innych.

Wróciłem do recepcji już niemal w stanie furii i natknąłem się na kierownika zmiany, bardzo miłego Portugalczyka, kóry przepraszał mnie za niedogodności i pozwolił zaparkować na miejscu Hydro Quebec. Nadto w ramach rekompensaty dał nam apartament biznesowy, na ostatnim piętrze. Pomyślałem – będzie luksusowe spanie i ładny widok z okna na miasto. Gdy tam dotarliśmy okazało się, że nie dość, iż dwupokojowy apartament miał ohydne, przyciężkawe meble, to jakiś idiota włączył ogrzewanie w pierwszym pokoju. Ogrzewanie w lipcu!! Sewerynowi, jako utrudzonemu kierowcy, odstąpiłem wielkie wyro w drugim pokoju, gdzie na szczęście działała klimatyzacja. W moim piekielnym pokoju miałem rozkładane łóżko. Natychmiast zadzwoniłem do recepcji, przyszedł jakiś zagubiony pracownik, ledwo mówiący po angielsku, coś tam pomajstrował i powiedział, że powinna spaść niedługo temperatura. Ale nie spadła!

Musiałem przemeblować pokój, odsuwając łóżo spod okna, gdzie był grzejnik, pod same drzwi. Oczywiście, jak to w porąbanej Ameryce, okna były zamknięte na stałe. Albo ogrzewanie, albo klimatyzacja, czyli zawsze sztuczne powietrze. Nic dziwnego, że Północni Amerykanie wyglądają i zachowują się często jak plastykowi ludzie, szczególnie gdy dodamy do tego ich zamiłowanie do tzw. junk food. Zasypiając w mini piekle dla biznesu (być może ten apartament był wolny właśnie z powodu awarii), przypominałem sobie stan ulic i autostrad i odniosłem wrażenie, iż Montreal się sypie. I pomyśleć – miasto tak wspaniałego artysty jak Leonard Cohen, do którego grobu miałem zamiar odbyć pielgrzymkę w powrotnej drodze. Może dlatego Cohen mieszkał często na greckiej wyspie, a potem w Kalifornii.

*CAD – określenie kanadyjskich dolarów