Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

3 lipca Oromocto – Cornwall

Nowy Brunszwik w pigułce

      1. Geografia – powierzchnia 72.907 km² (nieco większa od Irlandii). Większość skał na północy i zachodzie to opoka (bedrock), która jest oceanicznym depozytem z ery Paleozoicznej, potem sfałdowanym w tzw. orogenie Akadyjskiej (350 mln lat temu). Obszar centralny i wschodni nabudowały osady rzeczne, na bagnach i w płytkich dolinach. Stąd czerwone, zielone i szare piaskowce z wkładkami węglowymi, gipsem, solą i pokładami roponośnymi. W Triasie, kiedy nastąpił ruch płyt tektonicznych, uformowała się dolina ryftowa, zajęta dziś przez wody zatoki Fundy. Prowincja leży w obrębie niskich Appalachów.

        Na północy wyżyny (do 820 m n.p.m.), ciągi wzgórz w centrum i na wschodzie prowincji. Na południu strome wzgórza opadają wprost do zatoki, a na płd-wschodzie rozciągają się niziny. Wszystkie rzeki uchodzą do zatok: Św. Wawrzyńca lub Fundy. Zlodowacenia pozostawiły cienką i zakwaszoną warstwę gleby, która jest zajęta przez wielkie kompleksy leśne. Gdy przybyli tu Europejczycy całość Maritime była pokryta lasem, z wielką ilością bardzo wysokich drzew (tzw. Acadian forest). Dziś pozostało z niego mniej niż jeden procent i jest na liście WWF obszarów zagrożonych. W miejsce pierwotnego lasu wchodzi nowy typ – las borealny (sosny, jodły, świerki, brzozy i topole). W lesie żyją rysie, czarne niedźwiedzie, łosie i biało-ogoniaste jelenie. Spore połacie moczarów są zagrożone przywleczonym tutaj gatunkiem krwawnicy. Klimat wilgotny kontynentalny, najsurowszy w obszarach nad atlantyckich, część północna nawet subarktyczna.Wyraźne zmiany klimatyczne w ostatnich latach – lżejsze zimy, więcej opadów. Poziom morza jest około 30 cm wyższy niż 100 lat temu.

      2. Ludność – ponad 754 tysięcy, stolica Fredericton, około 86 tys. mieszkańców. Dwa inne większe ośrodki miejskie – Moncton (126 tys.) z frankofońskim uniwersytetem Université de Moncton; Saint John (122 tys.) jeden z najbardziej aktywnych portów kanadyjskich, z największą rafinerią w Kanadzie, terminalem płynnego gazu i suchym dokiem. Tutaj jest także najstarszy, prywatny browar w Kanadzie – Moosehead (nie tak fatalne piwo jak Molson, ale gdzie mu tam do małych warzelni kanadyjskich czy piw europejskich lub płd.amerykańskich) i główna siedziba Irving Oil, ale o tym opowiem później. Brytyjczycy i Irlandczycy – 60% populacji, Frankofonie (Akadyjczycy) – 31%, Indianie – 3%, Azjaci – 2%.

        Jedyna oficjalnie dwujęzyczna prowincja Kanady (angielski i francuski).

      3. Historia – tubylcy: zamieszkali tu od 8-6 tysięcy lat, trzy główne grupy: Maliseet (dolina rzeki St. John i tereny płn-zach.), Passamaquoddy (wzdłuż zatoki Fundy – wysiedleni przed europejskich osadników i zatoki Maine w USA – tam zepchnięci do rezerwatów) nie mający statusu prawnego w Kanadzie jako Pierwszy Naród (The First Nation) i Mikmakowie (przeważnie we wschodniej części prowincji). Pierwsze dwie grupy wiosną poruszały się ku ujściu, a jesienią w górę rzek, gdzie zimowały zajmując się polowaniem. Na początku lata koncentrowali się w dużych grupach nad oceanem i prowadzili rolniczy tryb życia sadząc kukurydzę, fasolę i squash, a także zbierali owoce morza i polowali na morświny. Mikmakowie wraz z sąsiadami z grupy Algonkinów – Abenaki, uformowali związek siedmiu narodów zwany Konfederacją Wabanaki. W 1749 roku, po zawarciu ceremonialnego układu, przyjęli do Konfederacji, jako ósmy naród, Brytyjczyków. Podczas kontaktów z Francuzami, którym pozwolili osiedlać się na swoich trenach, od późnego wieku XVI weszli na tereny opuszczane przez Mohawków (półwysep Gaspe).

        Kiedy Akadyjczycy zostali wygnani przez wojska angielskie, ruszyła wielka kolonizacja Anglików, Szkotów, Irlandczyków i Walijczyków, którzy przejęli ziemie osadników francuskich, a także rugowali Indian. Generalnie historia prowincji dzieli się na cztery okresy: kontakty przed europejskie, kolonizacja francuska, kolonizacja brytyjska i uczestnictwo w Konfederacji kanadyjskiej.

        Należy także wspomnieć o penetracji tego terenu w latach 1000-1001 przez Wikingów, lecz wciąż nie ma stuprocentowych dowodów na ich letnie obozy koło rzeki Miramichi.

      4. Kolonizacja

        a. francuska – 1604 – Sieur de Monts i Samuel Champlain rozbijają obóz zimowy na wyspie St. Croix, po zimie przenoszą się do zatoki Fundy, gdzie zakładają Port-Royal w dzisiejszej Nowej Szkocji. Potem powstają osady francuskie wzdłuż rzeki St. John i w zatoce Fundy. Po paru latach cały region Nowego Brunszwiku plus Nowej Szkocji i Wyspy Księcia Edwarda (PEI) oraz część dzisiejszego stanu Maine w USA, stają się francuską kolonią Akadią. Relacje z Indianami są przyjazne i z obopólnymi korzyściami (m.in. handel futrami na uczciwych zasadach).

        Brytyjczycy w 1621 zgłaszają żądania do tych terytoriów nazywając je Nową Szkocją. W latach 1640-45 w Akadii trwała wojna domowa. Podczas paru wojen wieku XVIII, Francja traci kontrolę nad Akadią na rzecz Anglików. W 1713 roku Traktat w Utrechcie przyznaje ją Anglii, lecz zagarnianie terenu następuje powoli

        b. brytyjska – przez 45 lat Akadyjczycy odrzucają bezwarunkową przysięgę na wierność koronie brytyjskiej. W latach 1756 do 1763 trwała wojna Francuzów i sprzymierzonych z nimi Indian przeciwko Brytyjczykom. Wtedy nastąpiła pierwsza deportacja Akadyjczyków, a następnie ich wygnanie po roku 1758. Po pokoju paryskim Francja została wykorzeniona z Ameryki

        c. w czasie walki o amerykańską niepodległość, rząd brytyjski przekonał tzw. Lojalistów do osiedlenia się w Nowym Brunszwiku. Nowi przybysze zaczęli podważać i kwestionować rolę Halifax’u i Nowej Szkocji, jako kolonii lojalnej wobec władz w Anglii. W czerwcu 1784 roku brytyjska administracja zdecydowała o odłączeniu Nowej Szkocji i oficjalnie stworzono nową jednostkę terytorialną – New Brunswick. Skąd ta nazwa? Na cześć monarchy angielskiego Jerzego III, który pochodził z niemieckiej rodziny Domu Brunszwickiego (Braunschweig); z kolei stolica Fredericton nazwana jest po jego drugim synu, księciu Frederykowi. Fakt nie uczynienia stolicą jednej z najliczniejszych społeczności w brytyjskiej Ameryce Północnej – Saint John, był szokiem dla jego mieszkańców. Początkowo proponowano nazwanie kolonii Nową Irlandią

        d. St. John był często nazywany irlandzkim miastem Kanady, bowiem w latach 1815 – 1867 przybyło tu wprost z Irlandii ponad 150 tysięcy emigrantów. Najliczniejsza fala dotarła po Ziemniaczanym Głodzie (1845-1852), w czasie którego, brytyjska Korona celowo pozbawiała Irlandczyków pomocy. Wielka emigracja była na rękę, przede wszystkim protestanckim Anglikom i Szkotom. Irlandczycy zawierali między sobą związki małżeńskie, lecz także z innymi, głównie z lokalnymi katolikami szkockimi i trochę z akadyjskimi. Język irlandzki przetrwał tutaj do wieku XX. Nie obyło się bez konfliktów z lokalnymi Protestantami (Oranżyści), czego kulminacją były zamieszki w 1849 roku w których zabito 12 osób

        e. częściowy powrót Akadyjczyków w końcu wieku XVIII i w początkach wieku XIX. Osiedlali się głównie na wschodnich i północnych wybrzeżach kolonii, żyjąc w izolacji, przez co do dzisiaj przetrwał ich język i tradycje. W roku 1871 stanowili 16 % populacji; w 1931 – 34%. W nadchodzących dziesięcioleciach wciąż byli pozbawieni możliwości porozumiewania się w języku francuskim i generalnie byli o wiele biedniejsi.

      1. Konfederacja – 1 lipca 1867 roku Nowy Brunszwik, wraz z Nową Szkocją, Quebeckiem i Ontario, stworzyli Konfederację Kanadyjską. Rozwój budownictwa okrętowego został przerwany wielkim pożarem stoczni w Saint John, w 1877 roku. Potem nastąpiła globalna recesja 1893 roku, która zmusiła wielu ludzi do reemigracji do innych prowincji i USA. Z początkiem wieku XX odnowienie gospodarki (przemysł tekstylny, cukrownie, huty i przemysł drzewny- celuloza i papier) i przede wszystkim narzucenie systemu ceł i rozwój kolejnictwa. Kolej Inter-kolonialną (1872) połączono z nowoszkocką, tudzież z systemem kolei amerykańskich (zwróćmy uwagę na jej nazwę – European and North American Railway) oraz ze słynnym Grand Trunk Railway.

        Kolej Inter-kolonialna zmieniła potem nazwę na Via Rail’s Ocean (w skrócie Via Rail), która jest najstarszą, wciąż działającą linią pasażerską (od 1904 roku) pomiędzy Montrealem a Halifax’em – 22 godziny jazdy.

        Potem nadszedł następny kryzys (Wielka Depresja), który spowodował, że poziom życia w prowincji znalazł się poniżej średniej kanadyjskiej. Zmiany zaczęły się od 1957 roku, gdy ustanowiono zasadę równych płac. W 1960 roku do władzy doszedł premier Louis Robichaud, który stworzył program Równych Szans (Equal Opportunity) – oświata (nauczyciele niezależnie od naboru otrzymali te same pensje), opieka zdrowotna, utrzymanie dróg przeszły całkowicie pod zarząd prowincji. Kolejny krok nastąpił w 1969 roku – zrównano oba języki: angielski i francuski i po pewnych protestach i obstrukcjach z obu stron, w latach 90-tych XX wieku, sytuacja całkowicie się uspokoiła. 

        Dzisiaj parę gałęzi produkcji przynosi największe dochody – około 2 miliardów CAD z połowów: przede wszystkim homary, kraby, łososie i śledzie; w rolnictwie wpływy z ziemniaków, około 100 milionów CAD rocznie (głównie eksport); przemysł drzewny, od lat 60-tych bardziej rozsądnie prowadzony, bo powiązany z zalesianiem; zatrudnia niemal 12 tysięcy ludzi i przynosi dochód rzędu 440 milionów CAD. Przemysł drzewny, i nie tylko on, jest kontrolowany przez Grupę Irvinga, a produkcja ziemniaków przez Grupę McCains (ich mrożone frytki znane są w całej Kandzie).

        Oba biznesy są rodzinne i wypłynęły na fali kryzysu Wielkiej Depresji, monopolizując ekonomię prowincji poprzez modernizację i tworzenie wertykalnych powiązań biznesowych. Na pierwszy, a nawet na drugi rzut oka, wygląda to na rozsądne działanie i zapewnienie ludziom pracy. Jak to po prawdzie działa omówię poniżej.

      1.  Kultura

        a. odnowienie kulturalne i społeczne wśród Akadyjczyków zaczęło się pod koniec XIX wieku. Obecnie mają uniwersytet w Moncton, gdzie prowadzi się wykłady w języku francuskim, nakierowane na historię i kulturę Akadii. Od 1994 roku istnieje organizacja (Le Congres Mondial Acadien),skupiająca ich społeczności z Kanady i USA ; dzień 15 sierpnia jest świętem narodowym, mają swój hymn i flagę. W roku 2003, na żądanie reprezentacji Akadyjczyków, królowa Elżbieta II opublikowała manifest, uznający dzień 28 lipca jako Dzień Pamięci Deportacji (pierwsze obchody owego dnia zaczęły się w roku 2005)

        b. z Nowego Brunszwiku pochodzi pierwszy, znany na świecie pisarz kanadyjski – Sir Charles G.D. Roberts, zmarły w 1943 roku. Główna biblioteka Uniwersytetu Torontońskiego nosi jego imię. Antonine Maillet był pierwszym, nieeuropejskim zwycięzcą nagrody Goncourt’ów. Magazyn literacki “The Fiddlehead” jest najstarszym tego typu w Kanadzie (założony w 1945 roku).

      2. Ciekawostki

        a. najwyższe i najgwałtowniejsze przypływy oceaniczne na świecie w zatoce Fundy

        b. obszar gromadzenia się wielu gatunków wielorybów

        c. wyspa Michias Seal w zatoce Fundy posiada 900 par Atlantyckich maskonurów (puffins)

        d. rzeka Maramichi jest wprost legendarnym miejscem wędkowania na łososia

        e. trasy narciarskie dla biegówek – ponad 900 km i 6 tysięcy km tras dla skuterów śnieżnych (snowmobile)

        f. drugie miejsce na świecie w eksporcie torfu

        g. Kanadyjska militarna służba wywiadowcza i Królewska Policja Konna (RCMP) wykryli w 1943 roku przygotowywaną przez niemieckich oficerów marynarki, ucieczkę z obozu internowania w Bowmanville, w Ontario. Po wykopaniu tunelu mieli na fałszywych dokumentach przejechać wschodnie Ontario i Quebec i dotrzeć do latarni morskiej na północno-zachodnim cyplu Nowego Brunszwiku, gdzie miał oczekiwać na nich U-boot. W odpowiednim momencie wszystkich aresztowano podczas próby ucieczki, a jednemu pozwolono uciec, po cichu za nim podążając. Aresztowano go na plaży koło latarni, ale U-boot zdołał się szybko zanurzyć i uciec marynarce kanadyjskiej na zatokę Św. Wawrzyńca.

Nowy Brunszwik czyli prywatny folwark i pole treningowe rodziny Irving’ów.

Pierwszy raz usłyszałem o nich od prof. Pluty, gdy pojechaliśmy parędziesiąt kilometrów w głąb nowoszkockiego lasu. W czasie spaceru poczułem nagle dobiegający przykry zapach. „Co to jest, co tak śmierdzi?” spytałem profesora, a on, znany ze swego poczucia humoru, odpowiedział „To Irving tak śmierdzi”. Profesor oceniał całą rodzinę jako typowych, zachłannych biznesmenów, niezbyt liczących się z opinią publiczną. Tak jak z zanieczyszczeniami, powodowanymi używaniem chemikaliów w fabrykach celulozy, nieraz usytuowanych głęboko w lasach. Lasy wokół tych fabryk umierały w szybkim tempie.

Odszukałem wiele różnych artykułów o Irving’ach z prasy kanadyjskiej i wtedy wpadłem na myśl, że przedstawienie dziejów ich rodziny i działań, będzie dobrym przykładem pewnych mechanizmów rządzących biznesem w Ameryce Północnej, a od czasu multinarodowych korporacji, na całym świecie. I tych, ze swobodnym wdziękiem uprawianych na oczach publiczności, zabiegów ku pomnażaniu “dobra wspólnego”, poprzez przenikanie wzajemne interesów politycznych z finansowymi. Tym bardziej, że McCains skupił się tylko na mrożonkach, a Irvingowie rozbudowali wielobranżowe imperium.

Historia budowania fortuny rodzinnej, a także kariery jednego z wiodących przemysłowców świata wieku XX, zaczyna się na dobre od Kennettha Colina Irving’a (1899 – 1992), szkockiego prezbiterianina, zwanego skrótowo K.C. Irving. W 1989 roku otrzymał Order Kanady i w wieku 90 lat, pod względem bogactwa uplasował się na 11 miejscu na świecie, z fortuną liczącą około 10 miliardów CAD.

Urodził się w miasteczku Bouctouche, leżącym nad cieśniną Northumberland, oddzielającą Nowy Brunszwik od Wyspy Księcia Edwarda. Jego ojciec był znanym i wpływowym lokalnym biznesmenem, przeto z punktu odpada mit amerykańskiego pucybuta, który własnymi siłami i przedsiębiorczością doszedł …. itd, itp. W miejsce pucybuta częściej wkracza, w ostatnich latach, mit amerykańskiego buca, który nawet potrafi doleźć na stanowisko prezydenta.

Wspomnienia kolegów szkolnych K.C. są w miarę zgodne – był zarozumiały, szorstki i nader skłonny do bójek na szkolnym podwórku. Już jako nastolatek wykazywał smykałkę do interesów, których początki przerwała I wojna światowa. Irving wraz z paroma kolegami pragnął zaciągnąć się do armii, lecz storpedował to jego ojciec, kierując go na uniwersytet Akadyjski. Kenneth zrezygnował przed finalnymi egzaminami i odbył włóczęgę poprzez Kanadę, docierając do Brytyjskiej Kolumbii. Potem wrócił do rodzinnego miasteczka i ponownie starał się o przyjęcie do armii, tym razem bez opozycji ze strony ojca. Chciał zostać pilotem, ale wojna wkrótce się skończyła i prochu nie powąchał.

Po wojnie zabrał się znów energicznie do biznesu. W wieku 22 lat zaczął jako sprzedawca samochodów Forda w swoim mieście i po dwóch latach obsługiwał już cały powiat. W 1924 roku wziął w ajencję stację benzynową Imperial Oil, z której go bezceremonialnie po roku usunięto, gdy odkryto, że próbował kupować zaopatrzenie u konkurencji. Niezrażony, w rok później, otworzył drugą stację, tym razem skumulowaną z serwisem. Poprzez ciężką i upartą pracę, po trzech latach zdołał utworzyć trzy tysiące punktów ajencyjnych w wielu miejscach Maritimes, nie tylko w Nowym Brunszwiku. I powstała firma o nazwie Irving Oil.

Zdjęcie z Internetu

Gdy miał 26 lat przedstawiciele Forda zaproponowali mu przejęcie swoich ajencji na całym terenie miasta Saint John, które od tamtego czasu, przez 45 lat, stało się miejscem jego zamieszkania.

Już u początków swej działalności zaczął wprowadzać w życie dwa modele przedsiębiorczości – pierwszy, zasadzony na prezbiteriańskiej etyce pracy (modelowy przykład teorii Maxa Webera, że protestantyzm stał u zarania powstawania kapitalizmu); drugi – utworzenie takiej sieci powiązań, która będzie wzajemnie napędzała różne gałęzie biznesu i pozwalała na kumulowanie dochodów (vertical integration). W jego przypadku wyglądało to tak: najpierw sprzedaż aut i benzyny, prowadząca do założenia rafinerii, ta z kolei wymaga produkcji ciężkiego sprzętu zaopatrującego rafinerię. A potem, przede wszystkim po zakończeniu II wojny światowej, nastąpiły kolejne dodatki: tartaki i fabryki celulozy i papieru (zapoczątkowane przejęciem biznesu jego ojca – James Dergavel Irving’a, który to biznes dziś funkcjonuje pod nazwą J.D. Irving Limited; będzie o nim więcej w dalszej części sagi rodowo-biznesowej), linie kolejowe, stocznie, przemysł spożywczy, przedsiębiorstwa budowlane i transportowe, zakup wielkich połaci ziemi i na szczycie wypasionego tortu wylądowały dwie bardzo ważne wisienki: własne, monopolizujące prowincję media (gazety, radiostacje) oraz układy lobbystyczne z rządem prowincjonalnym, a przede wszystkim federalnym. I bezwzględne wykańczanie konkurencji, lub poprzez układy polityczne nie dopuszczanie do ich powstawania. Jednym słowem “ośmiornica”, z wciąż wyrastającymi, nowymi ramionami, oplatającymi już nie tylko rodową siedzibę – Nowy Brunszwik, ale prowincje sąsiednie i północno-wschodnie USA.

Zaciętość, częste napięcia podyktowane wzmożoną czujnością, przypływy obaw i złości, że nie idzie coś całkowicie po jego myśli i według jego chęci, doprowadziły K.C. do poważnej choroby wrzodów żołądka, które całkowicie wyleczył w bostońskim szpitalu, w 1941 roku. Twórca imperium rozpoczął także parę zimno wykalkulowanych posunięć, kontynuowanych i wzmacnianych przez jego spadkobierców:

1. tworzenie biznesu rodzinnego – synowie, córki, potem następne pokolenia, włącznie z odgałęzieniami, czyli krewni i przyjaciele królika. Wszystkie ważne decyzje biznesowe są podejmowane w kręgu rodzinnym.

2. prywatnie zarządzane imperium – ze starannie skrywaną sytuacją finansową i to tak ściśle, że obserwatorzy, a także kontrolerzy finansowi, są jedynie zdolni podać orientacyjną sumę całego majątku rodzinnego (stan posiadanych nieruchomości plus aktywa przemysłowe, bez możliwości oszacowania dochodów rezerw finansowych, obligacji czy niespłaconych długów). Sześć lat temu, według listy dochodów netto w Kanadzie, całkowity majątek rodziny Irving’ów plasował ich na trzecim miejscu, z sumą około 7 miliardów dolarów.

Nieraz takie rodzinne układy nie były i nie są zbyt sprzyjające dla rozwoju biznesu, lecz w ich wypadku trzeba przyznać, że członkowie rodziny mają po “starym” smykałkę do interesów i potrafią elastycznie i szybciej od innych reagować na potrzeby i zmiany rynku. Jako przykład może posłużyć unowocześnienie rafinerii w latach 90-tych, włącznie z produkcją benzyny o niskiej zawartości siarczanów, czym o pełną dekadę wyprzedzili wszystkie inne koncerny naftowe w Ameryce Północnej i uzyskali znaczne dochody ze sprzedaży paliwa o niskim stopniu emisji w Kalifornii i innych stanach USA, w dodatku dostarczając ową benzynę swoimi statkami.

3. podejmowanie niezależnych, a co ważniejsze, szybkich decyzji – co często zaskakuje innych graczy biznesowych na kanadyjskim rynku. Na przykład aktywnie poparli ratyfikację Protokółu Kioto przez rząd Kanady, od razu inwestując spore pieniądze w kontrolę środowiska i uruchomienie alternatywnych źródeł energii. Ich zakłady przemysłu spożywczego na PEI (Prince Edward Island – Wyspa Księcia Edwarda) zbudowały największą farmę wiatrową w tej prowincji. Tartaki i fabryki Irving’ów w północno-wschodniej części Ameryki, pospiesznie adaptują i wdrażają nowe technologie typu biopaliwa, panele wiatrowe i słoneczne. Gdy rozregulowano rynek usług komunalnych, wpadli na pomysł zbudowania stacji energetycznej zasilanej naturalnym gazem i zbudowania terminalu płynnego gazu, niedaleko swojej rafinerii w St. John.

W parę lat po śmierci K.C., zrodziły się jednak niesnaski i nieporozumienia w rodzinie na tle jego testamentu. Zaczęło się wyszarpywanie dywanika dla potomków synów K.C., zabiegi o pomnażanie własnego dochodu i zakładania trustów, co znalazło finał w sprawach sądowych na Bermudach. Nader mnie rozbawiły oświadczenia Głównego Sędziego tamtejszego Sądu Najwyższego. Arthur Irving, chciał swoją odziedziczoną 1/3 wszystkich posiadłości K.C., wydzielić jako osobny trust, używając aktywów z Irving Oil i dodatkowo podzielić równo zasoby owego trustu pomiędzy piątkę swoich dzieci. Sędzia oznajmił, że brat Arthura, Kenneth spodziewał się, z racji swej wieloletniej pracy w Irving Oil, większego udziału w zyskach zapewnionych w przyszłym testamencie jego ojca. I teraz cytat z sędziowskiego uzasadnienia: „ kiedy odkrył, że ojciec ma zamiar traktować jego i pozostałe rodzeństwo jednakowo, zerwał z ojcem stosunki”. I dalej: „ przeżył psychiczne załamanie i jego relacje, zarówno z Kompanią, jak i rodziną były zrujnowane”. Prawda, że można się głęboko wzruszyć? Ale nie przejmujmy się za bardzo, bo w parę miesięcy później rzecznik prasowy imperium oznajmił, że „businnes as usual”, i Alleluja, i do przodu. W rzeczywistości animozje pomiędzy trzema braćmi zachwiały nieco biznesem, a głównie stosunkami rodzinnymi na różnych piętrach. Młode wilczki i wilczyce, z najnowszej generacji Irvingów, też już szczerzyły ząbki. I tak się złożyło, że akurat po decyzji Kenneth’a o odejściu z kompanii swego ojca (lipiec 2010), zmarł jego najmłodszy brat – John, nazywany często Jack’iem. Reszta rodziny nie tylko nie pozwoliła mu odwiedzić w szpitalu umierającego brata, ale też odseparowała go od rodziny na pogrzebie. Trzeba także pamiętać, że na stosunkach rodzinnych zaważyło postępowanie K.C. – surowego, bezwzględnego i nie znoszącego sprzeciwu, przede wszystkim w wizji tworzenia biznesowego imperium rodzinnego, ściśle ze sobą współpracującego.

4. obrażanie się na rząd – prowincjonalny i federalny oraz szantażowanie różnych władz. Z powodu podatków (wieść niosła, że po licznych zwodach i matactwach K.C., rząd chciał mu przywalić 80% podatek) i prób ograniczania monopolu, włącznie z przeciwstawianiem się związkom zawodowym, w 1971 roku K.C. ostentacyjnie opuszcza Kanadę i osiedla się na Bermudach. Różne gałęzie imperium zaczęli kontrolować jego synowie (przedstawię ich później), a on zachował pozycję głównego udziałowca.

W rok później, Irving przeniósł własność swoich biznesów do stworzonego trustu na Bermudach, wykorzystując raj podatkowy na wyspie (unikając płatności podatków od zysków kapitałowych). Tam wybudował rezydencję w której przebywał ze swoją pierwszą żoną, z którą miał trzech synów, a po jej śmierci z drugą, która zmarła w maju 2018 roku. Co roku lato spędzał w Nowym Brunszwiku. Irvingowie byli jedną z pierwszych na świecie korporacji wykorzystujących raje podatkowe, podsyłając pieniądze na konta do banków zagranicznych. Do dzisiaj kontrolują swoje akcje poprzez Bermudy, gdzie posiadają 11 różnych trustów, akcji i zarejestrowanych biznesów. Rząd federalny próbował ich dopaść drogą sądową, ale przegrywał lub odpuszczał procesy. Ilość pieniędzy wyprowadzanych z Kanady może przyprawić o zawrót głowy.

Po śmierci K.C. w 1992 roku, oszacowano jego majątek na od 7 do 16 miliardów CAD. W roku 2009, w papierach sądowych trust wykazał tylko 3 miliardy dolarów aktywów i podejrzewa się, że resztę pieniędzy gdzieś cichcem wyprowadzono. „Stary” był tak zawzięty, że w testamencie nakazał utrzymać trust poza Kanadą, kontrolowany przez wdowę i dwóch prawników. Jego synowie nie mają prawa do kontroli dopóki nie zrezygnują z zamieszkania w Kanadzie. Lecz póki co, również kontynuują wymykanie się od podatków. Jeden z badaczy dziejów Irvingów stwierdził, że K.C. miał wręcz „religijne podejście do raju podatkowego i zapowiedział, że jego dzieci nie dostaną ani grosza, dopóki nie złożą przysięgi wierności w raju podatkowym”.

Dobrym przykładem podejścia Irving’ów do podatków, i nie tylko, jest sprawa wybudowania przez hiszpańską firmę energetyczną Repsol, terminalu przeładunku płynnego gazu w St. John skąd, po przetransportowaniu przez ocean, dostarczają go dalej do USA. Lecz właścicielem owego terenu jest Irving Oil i dlatego stworzył z Hiszpanami spółkę z mieszanym kapitałem (joint venture) i wydzierżawił teren na 25 lat. Przed sfinalizowaniem sprawy, szef Irving Oil, Kennetth Irving (najstarszy syn Arthura Irving’a) spotkał się z burmistrzem miasta i zażądał od niego znaczącego obniżenia podatku gruntowego za wydzierżawiony teren. W tamtym czasie wyceniano go w podatku na osiem milionów dolarów rocznie. Kenneth oznajmił burmistrzowi że jeśli nie będzie takiej koncesji terminal nie powstanie. Potem okazało się, że Repsol nie miał o tym żadnego pojęcia, a dochody z terminalu dostarczały Irving Oil 20 milionów dolarów US, bez względu na to jak będzie wydajny. Burmistrz przekonał radę miejską do obniżenia podatku, co zatwierdził rząd prowincjonalny. I tym sposobem, przez następne 25 lat, miasto straciło 200 milionów dochodu w podatkach. Wybuchł skandal, bo dodatkowo okazało się, że terminal dał zatrudnienie raptem setce mieszkańców miasta, któremu brakuje 76 milionów do wypłaty emerytom zatrudnionym w miejskich służbach, jak policjanci czy strażacy. Irving Oil płaci miastu i prowincji 5 milionów rocznie podatku, podczas gdy podobne rafinerie wpłacają sumy trzykrotnie wyższe. Lecz uprawomocnione przekręty zachodziły nie tylko w surowcach związanych z ropą.

Wyszło na jaw, że w dziedzinie leśnictwa, rząd prowincjonalny ściąga od nich minimalne sumy za wydzierżawioną ziemię (tzw. Crown land, z czego 32%, około miliona hektarów, jest pod kontrolą J.D. Irving). W roku 2010, po opłaceniu utrzymywania lasów, wraz z ochroną dzikiej zwierzyny i regionalnym zarządzaniem, prowincja straciła 32 miliony dolarów. W dwa lata później audytor wyliczył, że z wyrębu drewna Irvingo’wie uzyskiwali rocznie 65 milionów, gdy tymczasem budżet Departamentu Surowców Naturalnych wyniósł 75 milionów. Dług prowincji wynosi 13 miliardów, z czego roczne odsetki 685 milionów. Deficyt ciągnie się przez ostatnie 10 lat, przeto zwalnia się coraz więcej urzędników, na całą prowincję jest jedynie dwóch pracowników odpowiadających za forsowanie ochrony środowiska. Rząd federalny pompuje około 31% pieniędzy dla podtrzymania budżetu prowincji – drugi, najwyższy procent pośród wszystkich prowincji (na pierwszym miejscu jest PEI).

Nie bez powodu wiele biznesów i korporacji zaliczam do lokalnych „terrorystów”, którzy próbują unikać opodatkowania domagając się jego zmniejszania, co już zyskało nazwę korporacyjnych zasiłków (corporate welfare). Znany jest przypadek słynnej firmy z Quebecu – Bombardier Inc., której gałąź produkcji samolotów, ratował przed plajtą rząd Quebec’u i federalny, wpompowując sporą sumę pieniędzy. Pomiędzy latami 1961 – 2013 Ministerstwo Przemysłu zasiliło różne biznesy sumą 22.4 miliardy dolarów. Lista dalszych zabiegów, wybiegów i pospolitych szantaży nie ma końca. Kiedy władze miasta St. John już były przekonane, że uda się odwołać niekorzystne dla niego decyzje o zwolnieniu Irving Oil od podatku, rząd prowincji, bez zawiadomienia władz miejskich, zatrudnił firmę z amerykańskiego stanu New Jersey – Nationwide Consulting Company Inc., znaną z pomagania wielkim kompaniom naftowym (Exxon Mobil, BP, Chevron Texaco czy Shell) dla obniżenia płatności podatków. Mieli dokonać nowej wyceny terminalu gazowego, którego wartość przez lata była oceniana na 300 milionów dolarów. Cwaniaczki z USA oznajmiły, że jest wart najwyżej 98 milionów. I teraz zamiast otrzymywać 8.1 miliona dolarów, miasto z podatku gruntowego ma 2.6 miliona rocznie.

Jak rząd, powiedzmy, planuje rozszerzenie ochrony terenów leśnych, Irving od razu ripostuje, że zamknie tartaki i fabryki i wielu ludzi straci pracę. Niejako przy okazji, naciskają natychmiast na większe ulgi szantażując, że nie będą rozwijać i unowocześniać pewnych gałęzi produkcji, jeśli tych ulg nie otrzymają.

Cztery lata temu wykryto kolejną ulgę. Od 1999 roku płacone jest 88 tysięcy dolarów z podatków na rzecz drużyny hokejowej Moncton Wildcats, której właścicielem jest Robert Irving. Miało to dodatkowo przyciągnąć biznes Irving’ów do miasta, którzy otrzymali na to pożyczkę 35 milionów dolarów od rządu prowincjonalnego i także tutaj płacą podatki o wiele niższe od faktycznej wartości posiadanych terenów.

Imperium Irving’ów otrzymuje wielkie sumy od podatników czego, z powodu ich całkowicie prywatnej własności, nie da się skontrolować. Nie mają żadnego obowiązku podawania informacji o swych finansach do wiadomości publicznej, włączając w to sumy jakie otrzymują od rządu, jakie mają dochody, ile płacą podatku i ile inwestują. Dodatkowo nie płacą dywidendów dla udziałowców, bo tylko członkowie rodziny dzielą się bogactwem.

Aaron Wudrick, federalny dyrektor Organizacji Kanadyjskich Podatników ujął to dosadnie: „ Jeśli Irving jest prywatny, nie mamy pojęcia co tam się dzieje, nie ma żadnej publicznej kontroli, co optycznie jest nawet gorsze dla rządu. Mamy do czynienia z bogatą, potężną rodziną, która czerpie zyski z podatków przeciętnych ludzi. Sądzę, że to jest wielki skandal. Dodatkowo potęguje cyniczne komentarze na temat układów pomiędzy rządem a korporacjami – i to jest właśnie wielkie zło”.

Za Irving’ów wzięli się także Amerykanie, przypatrując się pewnym subsydiom i odpisom z podatków w ich działalności związanej z leśnictwem, stoczniami, transportem i mediami. Uważali to, i słusznie, za nieuczciwą konkurencję i przy okazji wyszło na jaw szereg innych ulg i odpisów, które otrzymywali w Kanadzie. W późnych latach 90-tych, sieć stacji benzynowych w stanie Maine wystapiła przeciw Irving Oil, bowiem dostarczali benzynę tylko ze swoich rafinerii, po zaniżonej cenie, nieuczciwie próbując wyeliminować konkurencję. Skarga została w sądzie oddalona.

J.D. Irving jest kontrolowane przez J.K. Irving’a, którego majątek wycenia się na 7.1 miliarda dolarów US. Ekonomista z uniwersytetu w St. John, Rob Moir, oświadczył dwa lata temu „ Zapytuję, czemu do diabła płacę takie podatki, kiedy wszystko jest przekazywane ode mnie do nich. Mamy do czynienia z jedną z najbogatszych korporacji w Kanadzie, w jednej z najbiedniejszych prowincji i wciąż im przekazujemy bogactwo poprzez nasze podatki, które ich subsydiują”.

Nikt nie ma pojęcia czy te wszystkie ulgi rzeczywiście kreują więcej miejsc pracy i lepszą pomyślność dla prowincji. Ekonomista dodaje: „Jeśli mają tak wielkie profity i potrafią robić tak wielkie pieniądze, czemu potrzebują dodatkowych, od rządu i podatników? A może oni tracą pieniądze, lecz powstaje w takim razie pytanie co czyni ich korporacją specjalnego traktowania? Czemu do lat otrzymują pieniądze, gdy inni ich nie dostają?”.

I tu dochodzimy do kolejnego ogniwa – układów z rządem.

5. Lobby na różnych szczeblach rządowych, czyli wtrącanie się w politykę – polega to nie tylko na zyskiwaniu intratnych kontraktów poprzez układy polityczne na szczeblu federalnym. Na przykład, na budowę naftowego Rurociągu Wschodniego, z Alberty do St.John (4500 km długości, najdłuższy rurociąg w Płn. Ameryce). Kiedy dziennikarze zapytali ile pieniędzy będzie przeznaczonych na owo przedsięwzięcie z podatków i ile stworzy to miejsc pracy, spółka Repsol – Irving odmówiła informacji.

W Nowej Szkocji rząd prowincji w roku 2012 subsydiował rozbudowę stoczni Irving’ów w Halifaxie (umorzona pożyczka wysokości 260 milionów dolarów na specyficznych warunkach), co pomogło im w rozpoczęciu kontraktu z rządem federalnym na budowę nowej floty okrętów (wartość tego kontraktu – 26 miliardów dolarów). Czyli zasilono ich podwójnie, a po pewnym czasie wyszło na jaw, że ówczesny rząd Nowej Szkocji ( z partii NDP), zaoferował im dodatkowe 200 milionów. Byli przedstawiciele rządu także nie odpowiedzieli na zapytania dziennikarzy. A teraz najlepszy kąsek. Zamiast dotychczasowych robotników kanadyjskich stocznia zatrudniła robotników kontraktowych z Hiszpanii i Polski i rozglądała się za dodatkową rekrutacją robotników z innych krajów.Obecnie rząd federalny zaczął ponownie rozpatrywać ten kontrakt, bowiem jego pewne punkty są wręcz ukrywane i przekroczono koszty. Już wybudowane, małe jednostki patrolowe dla Kanadyjskiej Straży Przybrzeżnej, mają szereg usterek, o czym poinformowano w programie głównej stacji telewizyjnej w Kanadzie – CBC. Odpowiedź J.D. Irving’a – okręty są bez zarzutu, stację wprowadzono w błąd.

Reszta lobbowania to specyficzne układy towarzyskie połączone z wywieraniem presji na władze municypalne, prowincjonalne i federalne. Służy ku temu także koncern mediowy Irving’ów (będzie o nim osobny podrozdział), a jak jest silny wystarczy podać, że poprzez prasową nagonkę potrafili utrącić ponowny wybór słynnego premiera Louisa Robichaud. Familii nie podobały się jego projekty reform w prowincji ograniczające ich monopol. Od tego czasu, kolejni premierzy unikają konfliktu z Irving’ami, godząc się na ich dyktanda lub udając, że nie widzą co rodzina wyprawia.

Stałym argumentem jest nieustanne powtarzanie przez Irving’ów, że łożą na różne cele (co jest prawdą, ale pozwala to robić odpisy od podatku). Charakterystyczna jest wypowiedź prawników imperium: „ta prowincja jest domem Irving’ów od przeszło 130 lat i nie mamy za co przepraszać, bowiem dbamy o prosperowanie ekonomii i ciężko pracujemy, aby utrzymać i zwiększać ilość miejsc pracy w Nowym Brunszwiku, poprzez konkurencyjne działania”. Wspomniany Rob Moir mówi, że część osób twierdzi, iż w relacjach z rządem prowincjonalnym odbija się tzw. sztokholmski syndrom, inni dodają, że jest to zagarnięte państewko, a jeszcze inni nazywają wprost feudalnym księstwem.

Najdziwniejsza jest sprawa z unikaniem podatków na wielką skalę. Kanadyjska Agencja Podatkowa przeprowadziła śledztwo i wyliczyła, że poprzez umieszczenie filii na Bermudach, Irving Oil potrafił obniżyć podatek o 142 miliony dolarów. Na wyspie jest zarejestrowanych około 12 ich biznesów, a w różnorakich trustach spoczywa najmniej trzy miliardy dolarów. W odniesieniu do władz nadatlantyckich prowincji, znanych z chronicznego bezrobocia i biedy, używa się prostego argumentu popartego nie raz uderzeniem pięści w stół – nie zrobicie tak jak proponujemy (czyli żądamy), nie będzie miejsc pracy.

Dzisiaj imperium Irving’ów posiada wiele gałęzi produkcji, głównie naftowych (w tym największa rafineria w Kanadzie z największym terminalem kolejowym i 900 stacji benzynowych) i przemysłu leśnego (posiadają lub dzierżawią w sumie 5.7 milionów akrów ziemi). Ponadto sieć transportu ciężarówek i autobusów, koleje, handel domami, roboty budowlane, fabryki przetwórstwa rolniczego i nawet kompania ubezpieczeniowa. Kiedyś posiadali także małą flotę. Weszli na terytorium USA stając się jednym z pięciu wielkich właścicieli ziemi na kontynencie. Dla Bostonu i okolic zapewniają 60% produktów naftowych i wpływają na polityczny system stanu Maine. Są przemysłowymi oligarchami w Nowym Brunszwiku, posiadając około 250 kompanii wartych ponad 10 miliardów dolarów. Zatrudniają jedną osobę z każdych 12 dorosłych mieszkających w prowincji, zawiadują więcej niż połową jej eksportu. Ale od razu mają na wszystko odpowiedź, np. że w dziedzinie wytwarzania papieru produkują tylko 420 tysiecy ton rocznie, gdy globalny lider – UPM, produkuje 11.5 miliona ton.

Ich dominacja spowodowana jest właściwie bezradnością wobec nich wszystkich szczebli rządowych. Dominacja ekonomiczna poparta jest dominacją ich mediów monopolizujących prowincję, co już trzykrotnie było skrytykowane przez rząd federalny. Lecz nigdy nie przedsięwzięto żadnej prawnej akcji dla złamania ich monopolu

6. Media w rękach imperium – 3 angielskie gazety codzienne, 18 tygodników z 25 angielskich i francuskich w całej prowincji, trzy stacje radiowe; kompletny monopol na druk wszystkich gazet i czasopism w prowincji. W latach 70-tych byli pionierami zdominowania opinii publicznej, teraz się to już zdarza w całej Kanadzie. Bo bogaty właściciel dyktuje co może się ukazać, a co nie. Z początku Irvingowie ostentacyjnie zezwalali na pewną wolność wypowiedzi, za wyjątkiem ich rodzinnych finansów. W latach 80-tych mieli dodatkowe stacje radiowe i rozpoczęli niezależną telewizję, którą odprzedali w 1994 roku.

W zgodzie z ich nader ekspansjonistycznym charakterem, bezwzględnie eliminowali konkurencję w mediach, co doprowadziło do wymienienia ich, w roku 2006, w raporcie kanadyjskiego Senatu na temat kontroli mediów. Konkluzja brzmiała „Nigdzie więcej w rozwiniętym świecie, nie znaleźliśmy takiej sytuacji jak w Nowym Brunszwiku”. Riposta imperium nadeszła szybko: „nasi dziennikarze i redaktorzy mają wolną rękę i zdobyli parę ważnych nagród prasowych. Mamy też rzecznika praw obywatelskich (ombudsman), który jest niezależny do kierownictwa koncernu mediów.” Ich dzienniki wychodzą jako jedyne w trzech największych miastach prowincji: St. John, Moncton i Fredericton oraz w parunastu pomniejszych ośrodkach, jako tygodniki. Czas przedstawić galerię rodzinną tych przedsiębiorczych, bezwzględnych i drapieżnych ludzi. Potem ukażemy jak się żyje innym w Nowym Brunszwiku i na co można tam się natknąć z powodu działalności imperium Irving’ów.

Rodzina

K.C. Irving, motor napędowy biznesu rodzinnego, surowy patriarcha, odszedł z tego świata w swym domu w Saint John, w roku 1992. Pochowano go przy pierwszej żonie, Harriet, na Bermudach. Potem rodzina ich ekshumowała i leżą na lokalnym cmentarzu w Bouctouche. Na ich grobie widnieją dwa słowa – “Babcia i Dziadek”. Druga żona – Winnifred, żyła przez lata na Bermudach i zmarła tam w wieku 101 lat.

K.C. z pierwszego małżeństwa miał trzech synów: James Kenneth’a, Arthura Lee i Johna (Jacka). Wszyscy synowie uzyskali wykształcenie.

* James Kenneth (rocznik 1928) – wraz z synami Jim Jr. i Robertem, zarządzają biznesem przemysłu drzewnego – J. D. Irving. W latach 1960 – 2000 największy koncern leśny w Maritimes i północnym Maine (tartaki, fabryki, leśne plantacje). Dodatkowo zajmują się produkcją betonowych prefabrykatów, holowników i pogłębiarek, mrożonek, nawozów sztucznych; posiadają linię kolejową Południowy Brunszwik, przedsiębiorstwo przewozowe ciężarówek, największe stocznie w Kanadzie w czterech miejscowościach (Halifax, Liverpool, Shelburne i Georgetown). Największy prywatny posiadacz ziemski w Nowym Brunszwiku, Nowej Szkocji i Maine, jest na czwartym miejscu w USA .

Dwie córki J.K. – Judy, specjalistka od marketingu i Mary Jean, właścicielka wielkich pól ziemniaczanych na PEI i biznesu opakowań w Moncton. Obie współpracują ściśle z bratem Robertem.

I kolejna generacja z linii J.K. – Jamie, syn Jima zawiadujący dziennikiem Saint John Telegraph Journal i ku zdumieniu wielu, nie wtrącający się zbytnio do pracy podległych mu dziennikarzy. Kate, córka Jima pracuje od paru lat u wuja Roberta w Moncton.

* Arthur Lee (rocznik 1930) – zarządza Irving Oil wraz z dwoma synami: dynamicznym Kenneth’em i Arthurem Leigh zajmującym się marketingiem. Trzy córki: Jennifer, Emily i Sarah, całkowicie nie związane z biznesem rodzinnym.

* John (Jack) rocznik 1932, zmarły w 2010 roku. Był odpowiedzialny za konstrukcje budowlane, roboty inżynieryjne i stacje radiowo-telewizyjne. Jego syn – John Jr., absolwent Harvardu, zajął się intensywnie handlem nieruchomościami. Dwójka innych dzieci Jacka: Anne i Colin nie są związani z biznesem ojca.

Większość wnuków jest jeszcze młodziutka, ale miejsca dla nich są już szykowane.

Życie innych – mieszkańcy prowincji płacą jeden z najwyższych podatków w Kanadzie (15%). Ceny energii wzrosły w ostatnich dwóch latach o cztery procenty. Właściciele małych biznesów i rodziny płacą niesprawiedliwe podatki. Dwa lata temu deficyt prowincji sięgnął 260 milionów dolarów; dług w sumie doszedł do 14 miliardów. Ministerstwo Finansów prowincji nie odpowiedziało na pytania dziennikarzy jakie subsydia otrzymują Irving’owie. Politycy prowincji nie śmią stawiać czoła imperium i za wszelką cenę unikają konfrontacji. I powtarzają wraz z wieloma innymi, że Bogu dzięki, iż mamy Irving’ów, bo rozbudowali przemysł i stworzyli miejsca pracy, w tym nierozwiniętym zakątku Kanady. Oczywiście najczęściej powtarzają to sami Irvingowie, jak mantrę na wszelkie inne argumenty i spostrzeżenia, jak naprawdę wygląda sytuacja w prowincji.

Przytoczymy pewne dane – średni zarobek jest najniższy w całej Kanadzie (67.340 dol. w roku 2013; kanadyjska średnia – 76.550). Trzecie miejsce w kraju pod względem bezrobocia – 9.3 % (gorsze są tylko PEI i Nowa Fundlandia). W roku 2014 na konferencji ekonomicznej Kanady prowincja otrzymała kategorię „D” – najniższą w kraju. Z powodu wolnego wzrostu zatrudnienia, od roku 2005 z prowincji migrowało 21 tysięcy osób. Wtórny analfabetyzm objął 53 procent ludności.

Poziom biedy jest także jednym z najwyższych w kraju – 19% ludności i 31% dzieci żyje w biedzie, przy czym sporo w tak wielkim ośrodku miejskim jak St. John., stolicy imperium Irving’ów. Pewne osoby twierdzą, że nawet może dojść do bankructwa prowincji, bowiem niewielu polityków przejmuje się tą sytuacją. Gdyby to się stało, wytworzy się syndrom Detroit – zardzewiałego, zrujnowanego miasta (ponoć, od 2016, zaczęło się powoli odnawiać, choć wciąż straszą wymarłe ulice ze zrujnowanymi domami). Aktywiści społeczni są przekonani, że Irving’owie ponoszą sporą odpowiedzialność za tę sytuację, która pozwala im zatrudniać i wyrzucać pracowników według ich uznania i płacić im niskie stawki.

Odpowiedź imperium na te dane: „ jesteśmy dumni z naszych osiągnięć w kreowaniu wielu tysięcy miejsc pracy, bezpośrednio i pośrednio dla Nowego Brunszwiku, ale też dla rodzin w całej Kanadzie. Te miejsca pracy generują setki milionów dolarów dochodu, a nasze wynagrodzenie znacząco przekracza średnie zarobki roczne w prowincji”. I dodatkowo podkreślają, że udzielają największego poparcia dla edukacji, pomagając uczniom z nisko zarabiających rodzin, inicjując działania przeciw biedzie i popierając szereg innych inicjatyw społecznych.

A tu tymczasem Gordon Dalzell, który był przez pewien czas pracownikiem imperium, a obecnie jako emeryt stoi na czele Koalicji ds. Czystego Powietrza w St. John, mówi reporterowi: „Pamiętaj, że w Saint John nikt nie krytykuje Irving’ów. Bo tak wiele rodzin, sąsiadów i kuzynów jest zaplątanych w ich organizację, że nie chcą być ukarani. Pamiętaj, że masz tu zasadniczo do czynienia z oligarchami – jak w Rosji”. Don Bowser, znany na całym świecie antykorupcyjny doradca, dodaje: „ ta prowincja jest własnością jednej kompanii, jest zdominowana przez bardzo bogatą i potężną rodzinę. Korporacja zagarnęła całą prowincję, co jest całkowicie w stylu krajów Trzeciego Świata”. I podsumowuje to tak:„ Cała prowincja żyje w obawie przed nimi, co jest absolutnie pokręcone. Nikt nie wyobrażał sobie, że coś takiego może zaistnieć w Kanadzie”.

Skutki działalności imperium: systematyczne i przypadkowe – przemysłowo-portowy St. John jest znany ze swego smrodliwego powietrza spowodowanego rafinerią Irving’ów, gdzie przerabia się 320 tysięcy beczek paliwa dziennie.

Zdjęcie z Internetu

Dodatkowo, w samym środku miasta, tkwi ich wielka fabryka celulozy i papieru, regularnie wypluwająca obłoki siarkowego dymu. Razem, oba zakłady emitują mieszaninę związków karcynogennych, włącznie z benzenem i ołowiem. W 2009 roku opublikowano dane dotyczące raka płuc – w St. John jest go o niemal 50 % więcej niż w Moncton i Fredericton. W gazetach należących do Irving’ów nic się oczywiście o tym nie pisze. Dalzell przekazuje te wiadomości do prasy amerykańskiej i agencji Reutera, czym oczywiście wywołał wściekłość imperium i został w 2014 roku odsunięty od publicznego komitetu, składającego się z przedstawicieli społeczności miejskiej, rządu prowincjonalnego i pracowników Irving’a. Zarzucono mu wynoszenie zastrzeżonych wiadomości na zewnątrz. To także typowe – lipne konsultacje z ludnością, niby-komitety społeczne chytrze kontrolowane przez głównych graczy i rozpowszechniona korupcja układów, w postaci wzajemnych uprzejmości, popartych nieraz intratnymi kontraktami (na które rozpisuje się często lipne konkursy) i bezpośrednim „smarowaniem”, w kopertach lub nie. Korupcja to jeden z nowotworów toczących współczesny świat, obok natrętnej propagandy i reklamy i wręcz ordynarnych, pospolitych kłamstw.

Zakłady Irving’ów mają jeszcze parę innych rzeczy na sumieniu, choć słowo ”sumienie” zdaje się, że w ogóle do nich nie pasuje. W 2007 roku zakłady celulozowe pomyłkowo uwolniły do rzeki Saint John 680 tysięcy litrów zielonego płynu chemicznego – zapłacili karę w wysokości 50 tysięcy dolarów.

Zdjęcie z Internetu

W rok później, w zatoce St. John, zatonęła ich barka przewożąca dwie wielkie turbiny wyprodukowane przez Siemensa. W tym samym roku, w listopadzie barka ciągnięta przez holownik w drodze z St. John do Halifaxu zatonęła w sztormowej pogodzie. Próbowano ją ponownie wziąć na hol, ale 83 km na południe od Yarmouth ostatecznie zatonęła na głębokości 150 metrów. Przewoziła 70 tysięcy litrów diesla, 5 tysięcy odpadów olejowych i tysiąc litrów płynu hydraulicznego. No cóż, wypadki się zdarzają…

Nasz hotel całkiem przyjemny, szkoda że mieliśmy pokój od strony autostrady, ale dało się spać. Wszędzie wyłączamy klimatyzację, bo nie dość że okrutnie ziębi, to jeszcze hałasuje. Wyjechaliśmy koło 10-tej, powrót na TCH, (droga oznakowana numerem 2, świetnie utrzymana), zjazd w kierunku Tim Hortons’a na wzgórku, postój, nieśmiertelna zupka rosołowa z kanapką, antybiotyki.

Seweryn panikuje na rozjazdach, o mało nie wjeżdża pod prąd, nie zauważając znaku „Wrong Way”, ochrzaniam go, żeby się wreszcie ocknął i uważał na drogę. Odburkuje, że to ja pilotuję, więc go niemal zmuszam by zawrócił w miejscu, a potem wbrew jego protestom, przymuszam do jazdy w prawidłowym kierunku. I nie pomyliłem się, jesteśmy z powrotem na 2, dojeżdżamy do zjazdu na drogę nr 7, prowadzącą do St. John w Nowym Brunszwiku.

Zaczynają się znajome widoki z autostrady transkanadyjskiej – droga dziesiątkami kilometrów zanurzona w zieleni.

Podczepiamy się do aut i prujemy 120-140 km na godzinę, czujnie się rozglądając, nie tylko ze względu na patrole policji, ale znaki z dostojnym łosiem i napisem “Uważaj”. Bądź co bądź, tłumacząc dosłownie nazwę naszego auta, to “Wymykający się karawan” (Dodge caravan) bynajmniej – nomen omen – nie pogrzebowy. Jest dalej ciepło i słonecznie, od czasu do czasu włączamy klimatyzację. Czasem otwieramy okna, ale hałas autostrady i wizg naszych opon, staje się po pewnym czasie dokuczliwy. Wspominamy drogę w 2015, poprzez Jukon i południową Alaskę, gdy na poboczach kroczyły dostojnie wielkie bizony.

Posuwamy się cały czas na południe, monotonne połykanie kilometrów. O wiele gorszy jest odcinek płaskiej prerii, przez prowincję Saskatchewan, tam droga dosłownie usypia. Autostrada po obu stronach ma solidne, druciane płoty, nieco powyżej dwóch metrów wysokości. Pomiędzy majem a październikiem, w godzinach przed świtem i o zmierzchu, notuje się rocznie w Nowym Brunszwiku, przeciętnie około 300 kolizji z łosiami. Weźmy pod uwagę, że dorosły byk waży od 360 do 450 kilogramów. Dla ilustracji, jakie to wielkie zwierzę, krótkie video z Nowej Szkocji https://www.youtube.com/watch?v=SIiNVjSRzsk

Mam wrażenie jakbyśmy jechali po niewysokim, rozległym płaskowyżu. Czasem, zza horyzontu wyłaniają się w dalekiej perspektywie pasma wzniesień. Słońce nagrzewa nam przednią szybę i mamy w aucie efekt cieplarniany. Mam dobre okulary przeciwsłoneczne, ale i tak czasami opuszczam zasłonę na przednią szybę. Dojeżdżamy do przedziwnego rozjazdu autostrady; lewa nitka prosta, a nasza skręt łukiem w prawo dołączając do lewej na szczycie wzgórza i znów są idealnie równoległe. Długi podjazd, z prawej pojawiają się ociosania skał.

Długi zjazd i znów lekko pod górę. Do Saint John 42 km. Autostrada ma teraz solidną, betonową medianę rozdzielającą ją na cztery pasy. Po lewej ciąg bagien porośniętych częściowo uschłymi drzewami.

Przed Welsford mała plątanina rozjazdów, wspinamy się na jedno z dobiegających z boku pasm. Na szczycie wzniesienia autostrada wycięta w skałach z żyłami różnych kolorów czyli szaleństwa metamorficzne. Te niskie dziś góry są resztką najstarszych gór w Ameryce Płn. – Appalachów, które setki milionów lat temu tworzyły jeden system z dzisiejszymi górami Atlas w Afryce i Kaledońskimi w Szkocji. Daleko na horyzoncie ukazuje się meandrująca rzeka Nerepis, która nam towarzyszyła już od wielu kilometrów, schowana za wzgórzami.

Ta rzeka, w latach 1966/67, została zanieczyszczona na skutek sekretnych doświadczeń w militarnej bazie, z tzw. Agent Orange and Purple (defolianty, herbicydy czyli broń chemiczna, używana podczas wojny wietnamskiej). Raport z roku 2006 wykazał, że rzeka jest już o wiele czystsza i wędkarstwo znów dozwolone. Przy jej ujściu do wielkiej rzeki St. John ( 673 km długości – na 43 miejscu w Kanadzie, stanowi część granicy z USA), z racji swej piękności nazywanej “Renem Północnej Ameryki”, rozciągają się moczary Nerepis.

Przed zjazdem na Grand Bay na środku tkwi kawał skały.

Za paręnaście minut tablica na bramie nad drogą – Saint John West, potem następna i do miasta w lewo, w autostradę nr 1 z literami NB. Zjeżdżamy wielkimi łukami i za rozległą łąką ukazuje się bladoniebieski pasek zatoki Fundy

Pojawia się wieża ciśnień na wzgórzu z napisem Saint John. Następny długi i łagodny łuk, jakieś małe jeziorko, teraz łuk w prawo i widzimy ogromne centrum handlowe – Staples, Canadian Tire, Sobeys i szereg innych obszernych, piętrowych budynków. Znak do centrum miasta. Na razie wciąż przedmieścia z biznesami i nieliczne domy mieszkalne. Po prawej zjazd do promu płynącego do Digby w Nowej Szkocji, dwa razy dziennie przez cały tydzień (w sezonie trzy razy dziennie). Płynie 2 godz. 45 min., cena za auto z dwoma osobami, w szczycie sezonu 219 CAD; pasażer w zależności od wieku, płaci pomiędzy 37 a 47 dolarów w jedną stronę.

Za wiaduktem wyłania się miasto.

Most przez rzekę, dymiący zakład przemysłowy – pierwsze znamię Irvingów,

brama z napisem Centrum, byleby się teraz nie pogubić, bo po wielu kilometrach prostej drogi zaczyna się miejskie skomplikowanie. Wjeżdżamy na szeroki betonowy most na drogę St. John Throughway.

Nad brzegiem rzeki szeregi jednakowych, standardowych domków, za nimi wzgórze i znów dymiący przemysł. Port z przystanią promową, za nim w głębi gęsta zabudowa starego centrum.

I tum się machnął, wybrałem zły zjazd. Prowadził jakby do miasta, a okazało się, że skręca łukiem w lewo. Właściwy zjazd był pod nim. Pojechaliśmy dalej, wyrzuciło nas na drugą stronę rzeki i zdecydowałem, że na najbliższym skrzyżowaniu skręcamy, bo przecież musi być jakiś dojazd do centrum. Skręt, minęliśmy kościół, za nim coś co obaj nie znosimy – McDonald’s i z ulgą zoczyliśmy Hortonsa, bo obaj chcieliśmy napić się kawy i coś zjeść.

Wracamy tą samą drogą, jest strzałka na lewo, na wiadukt do centrum i drogi nr 1. Niestety z tego wiaduktu żadnego zjazdu, jedziemy i jedziemy, a centrum sobie wesoło odjeżdża i… jasny gwint, wbija nas z powrotem na most. Seweryn klnie, ja też, szukamy rozpaczliwie jakiegoś zjazdu na przeciwległą nitkę autostrady i mostu. Jest rozjazd – prosto na 100 z napisem, że tylko zjazd, a na prawo z numerem 120 – na prom. Seweryn przyhamowuje i nie wie gdzie wjechać. Włącza się mój zmysł kierunku i intuicja, “wal w prawo” krzyczę, bo już za nami trąbią, “coś ty, będzie to przecież na prom” odpowiada Seweryn, podnoszę głos “w prawo powiedziałem”. Wjeżdżamy na wielki ślimak, Seweryn narzeka “zaraz będziemy znów na autostradzie”, “Jedź – mówię – i nie marudź!”. Pojawia się znak Market Place, z wyższego poziomu ulicy widzę, że po lewej jest nasza autostrada i w oddali budynki centrum. Brama nad drogą, na wprost, na prom, “skręcamy w lewo” mówię, a tu magazyny, budka strażnika i ślepa ulica. Seweryn triumfuje. Proszę go, aby zawrócił na dużym placu i od razu skręcił w prawo. Uff, jest wjazd na most. Seweryn jest zdumiony “Skąd wiedziałeś?” – pyta i pokornieje.

Trzeci raz przemierzamy most. Widok nadbrzeżnych części miasta znam już na pamięć. Mijamy zjazd, gdzie źle pokierowałem i jakże piękny znak nad głowami – zjazd do Centrum za 300 metrów. Za chwilę pojawiają się ceglane magazyny z przełomu XIX/XX wieku. Wjeżdżamy na nieśmiertelne, płn-amerykańskie Main Street – Ulicę Główną. Skrzyżowanie, za nim mijamy muzeum miejskie, zjazd w wąwóz ulicy ze szklanym przejściem na wysokości pierwszego piętra, nad całą szerokością ulicy. Jesteśmy na Water Front, lecz centrum znowu nam się oddaliło. Decyduję aby zawrócić, Seweryn bez protestu zawraca. “Wykręć w prawo i od razu na lewo” mówię. Stajemy na czerwonym świetle i klnę pod nosem – tam gdzie chciałem wjechać zakaz ruchu. Skręcamy przeto w w prawo i szukamy parkingu. Niech to diabli! – zakaz skrętu w lewo. Decyduję na prawo, w ulice Union, na jakimś placyku wykręcenie na przeciwległy pas i powrót do skrzyżowania. Dobra nasza – jest możliwość na wprost. Zielone, naprzód, w lewo, jest parking dla inwalidy, co prawda na 30 minut, ale dłużej nie zabawimy. Jest już po jedenastej, a przed nami jeszcze skały Rockwell nad zatoką Fundy, miasto Moncton z Magnetycznym Wzgórzem i finalnie wjazd, poprzez fantastyczny most, na Wyspę Księcia Edwarda i dotarcie do noclegu w Cornwall. Dzień będzie pełen wrażeń.

Spacer po nabrzeżu, dwie stylizowane latarnie morskie,

w głębi wyjście z portu.

Wzgórze zwieńczone spiczastymi wieżami dwóch kościołów,

za plecami kompleks ceglanych budynków zwany Skwerem Targowym.

Ładne, ozdobne latarnie, klomby, skwerki, czyściutko. Nie czuć żadnego smrodu, choć na horyzoncie dymiące zakłady Irving’a.

Może wiatr jest akurat z przeciwnej strony. Wąski kanał kończy się nasypem z kamieni, które są zielonkawo-brunatne od glonów, podobnie jak ściana kanału z wyraźną granicą przypływów.

Sporo restauracji z ogródkami, ceny umiarkowane, miałem ochotę na piwo, ale zraził mnie repertuar – same kanadyjskie i akurat takie jakich nie lubię. Na planszach stare zdjęcia miasta zaświadczające o jego historii. Jedno mnie rozbawiło – trzech, zadowolonych facetów, a przed nimi dziewięć pękatych butelek piwa Moosehead.

Spacer po drewnianym nabrzeżu, wzdłuż ładnych domów na froncie portu,

z widokiem na przeciwległy brzeg, z wysoko wznoszącym się kopcem fortu Howe, a poniżej, na stoku, duży napis – St. John.

Do auta, wjazd w Główną i teraz intensywnie wypatruję znaku autostrady 1, na wschód. Odkładam aparat i skupiam się nad drogą. Jest znak, zjazd na prawo pod kamiennym murem z przaśnym muralem anonsującym PEER 126 – ośrodek pomocy psychologicznej i zawodowej dla narkomanów i innych, młodych ludzi, cierpiących na problemy psychiczne. Przejeżdżamy pod kolejnym szklanym pomostem nad jezdnią. Żadnego znaku potwierdzającego, że dojedziemy tą drogą do 1. Oznakowanie w Kanadzie jest w wielu miejscach fatalne. A najgorsze oznakowanie ulic, bo małe litery, często brak nazw na skrzyżowaniach i niewidoczne numery domów. Ponurzy żartownisie twierdzą, że to zabezpieczenia przed gangsterami, gdy mają kogoś dopaść.

Jest skręt na Jedynkę, tylko zapomnieli podać kierunek – na wschód czy zachód? Zamiast tego jest napis miejscowości Sussex. Czy kierowca ma obowiązek wiedzieć gdzie jest Sussex? Skręcamy w lewo i na szczęście po przejeździe wiaduktem mamy rozjazd z zaznaczonym kierunkiem Jedynki na wschód, właśnie na Sussex. Droga znów się nazywa St. John Throughway, osiedla domków nanizanych na wzgórek, skalny korytarz, następne pagórki, usiane osiedlami jednakowych domów. Cementownia przy szosie. Jak w Chile, jak w wielu miejscach świata. Dobrze, że w pewnej odległości od miasta. Musimy dopaść drogę 114, pojechać nią na południe, do narodowego parku Fundy, dalej na wybrzeże zatoki Fundy i wzdłuż niego, aż osiągniemy park Hopewell Rock.

Co chwila wycięcia w skałach, sporo drzew iglastych, nie ma płotów i znaków ostrzegających o łosiach. Gnamy 130, cały czas podczepiając się pod karawanę. Teoretycznie najwięcej ryzykuje ten który ją prowadzi. Dozwolona szybkość 110 km/godz. Potwierdzający znak Jedynki z podpisem East. Zaraz potem duża, niebieska tablica – Fundy Trail, zjazd 137 A, lecz jedziemy dalej, by autostradą nadrobić czas. Szlaki spacerowe w Narodowym Parku Fundy, są kombinacją siedmiu różnych tras, mających w sumie 48 kilometrów. Przemierza się je w ciągu trzech do pięciu dni. Prowadzą poprzez leśne obszary, nad wietrznymi brzegami zatoki i są otwarte od późnego kwietnia do października. Płaci się (wstęp, nocleg, wyżywienie) około 120 CAD za trzy dni i około 200 za dni pięć. Wciąż bardzo ciepło. Zjazd do lotniska St. John. Bardzo odległe od miasta. Betonowe wstęgi wijące się, wznoszące i opadające w obramowaniu skał, drzew i nieba. Małe osiedle przy samej autostradzie, długie domy jak wigwamy Irokezów. Część na podmurówkach. I rzeczywiście indiańskie nazwy – Qispamsis i Nauwigewauk. Zaliczane do przedmieść St. John!

Piękny zjazd i na horyzoncie zalesiona góra.

Most nad rzeką Hammond przy wsi Francuskiej. Widać z niego stary, drewniany most kryty, pod którym tkwiło rusztowanie. Pewnie go reperują.*

Nowy Brunszwik jest znany ze swoich krytych mostów i innych oryginalnych, drewnianych konstrukcji.

Zdjęcie z Internetu

Teraz autostrada się zróżnicowała poziomami, my jesteśmy o parę metrów poniżej, w stosunku do przeciwległego kierunku. Do Sussex 35 km.

Seweryn ciśnie i czasem dochodzi do 150 km/godz. Udaję, że tego nie widzę, bo wiem że rozpoczęliśmy walkę z czasem. Przemykamy ponad potokiem Moosehorn, po lewej mamy cały czas zasłoniętą rzekę Kennebecasis, która ma meandrujący kształt z licznymi starorzeczami o fantazyjnych kształtach. Za nią długie pasmo wzgórz Bloomfield. Reklama zajazdu Amsterdam. A pół godziny temu mijaliśmy drogowskaz na Damaszek. Oto cała Kanada. Coraz częściej reklamy, a więc jesteśmy blisko większego miasta. Na razie wielkie “s” ciągnące się pod górę. Na horyzoncie pasmo wysokich wzgórz zdaje się przecinać szosę.

Pierwszy przejazd ponad rzeką Kennebecasis, widok po prawej jak z holenderskiego XVII wiecznego sztychu – na pierwszym planie połyskliwa woda rzeki, kępy zieleni, dalej drzewa i spomiędzy nich strzela w niebo wysoka wieża kościoła. Do Sussex 2 kilometry. Drugi most nad tą samą rzeką. Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, ale przejechać ją można…

Mam wrażenie jakbyśmy nieustannie jechali w prawo. Góry wyglądają jak Beskid Niski. I jedziemy ich szerokimi dolinami. Mijamy osiedla miasteczka Sussex. Patrzę na mapę i oczom nie wierzę – Kennebecasis wyczynia dzikie meandry, pozostawiając po obu stronach wiele dawnych odcinków koryta, tworzących teraz małe jeziorka, zwane starorzeczami (ox bow).

Pojawia się niebieska tablica ze zjazdem 211 do parku Hopewell, lecz potrzebujemy 114, by przejechać przez miejscowość Alma. I jest – za dwa kilometry zjazd na Almę, w prawo i wjechaliśmy na przepiękną dwupasmówkę biegnąca wśród gęstego lasu. Do Almy 42 km.

Nagle po lewej rozległa łąka, za nią las, potem niespodziewanie kawał totalnie wyrąbanego stoku, jakby przeszedł huragan. Widać pracujące maszyny tnące pnie już bez gałęzi.

Irving rżnie las, potem by się wykazać, że chroni środowisko, sadzi w równych rządkach drzewa jednakowego gatunku. Gdy nastąpi pożar las płonie z wielką szybkością. Gdy przyjdzie zaraza, przenosi się błyskawicznie pośród drzew tego samego gatunku. Niestety nie można zmusić drzew do szybszego wzrostu. Nie da rady wstrzyknąć im hormonów, jak krowom, by przybierały szybciej na wadze. Ta cywilizacja jest w kleszczach szybkości. Wszystko ma być szybciej i szybciej. Szybkość jest znakiem firmowym postępu. Szybkość odmierza czas, niezliczona ilość zegarów. Inne podejście, inna kultura, inna mentalność i duchowość w ogóle się nie liczą. Ujednolicenie, standard, kompatybilność. Za szybkością zostają maruderzy (narody, plemiona, państwa całe) – odepchnięci, wypluci, przerobieni i porzuceni, wobec których nie ma litości. Odpadają z wyścigu. Tylko, że, dokąd?

Pojedyncze domy raz z lewej, raz z prawej, na szczęście nieduży ruch, dalej bardzo gorąco. Jedziemy przy uchylonych oknach. Nagle z boku pojawia się mała sarenka, tak szybko, że zanim sięgnąłem po aparat, już czmychnęła w gęste zarośla. Wjeżdżamy w gęsty, wysokopienny las i droga łagodnie wznosi się i opada na przemian. Słuchamy muzyki i nagle przy “Wuthering heights” Kate Bush, olśniewa mnie, że trzeba nakręcić filmik, bo nastrój piosenki pasuje do krajobrazu. Niestety Seweryn znów się popisał i uległ demonowi szybkości. Co pewien czas przyspieszał i wyjący silnik zmarnował cały efekt. Prosiłem go o spowolnienie, odpowiedział bardzo niegrzecznie, czym doprowadził mnie do wściekłości i go zrugałem (i musiałem zmienić ścieżkę dźwiękową ze względów cenzuralnych).

A gdy oznajmił, że chciał mi dostarczyć specjalnych efektów na nagraniu, wpadłem tym razem w furię. Starcie było ostre. Seweryn zatrzymał auto i obrażony poszedł na spacer. Znalazłem koło drogi pole dorodnych poziomek. Ich zbieranie i cudowny, nasycony słońcem smak, ukoił mnie i wyciszył. Ruszyliśmy dalej, lecz musiałem mu powiedzieć, że jak będę potrzebował w czymś jego pomocy, to mu powiem. Jeśli nie, niech nic sam nie kombinuje, bo wszystko zepsuł. Jechaliśmy dalej w ponurym milczeniu. Coś ten dzień Sewerynowi nie wychodził, był właściwie nieznośny od samego rana.

Zaczęło nas mijać sporo aut z naprzeciwka i się tym zaniepokoiłem. Potem okazało się, że wracali po obserwacji wysokiego przypływu. My mieliśmy trafić na odpływ, co mnie rajcowało, bowiem pragnąłem pochodzić po przybrzeżnym dnie wśród niesamowitych w kształcie skał, porośniętych na szczycie drzewami. Póki co przebijaliśmy się przez lity las. Droga się nieco pogorszyła, ale w porównaniu z przebytymi patagońskimi ripio, to była autostrada. Jechaliśmy łagodnie pofalowanym terenem, od czasu do czasu natrafiając na wyrąbane połacie lasu, bowiem istnieje tu intensywny przemysł drzewny Stąd spękania a czasem dziury w jezdni, bo porusza się nią ciężki sprzęt i wielkie ciężarówki. Po prawej znajomy znak parków narodowych Kanady i napis – Fundy National Park, bez opłaty w tym roku, z okazji 150-lecia powstania państwa.

Ograniczenie szybkości do 60 i za nami już spora kawalkada aut, bowiem nie ma wyprzedzania na stosunkowo wąskiej szosie. Brama wjazdowa, do Almy 21 km, budka opłat pusta.Trzymamy się głównej drogi – 114, pojawiają się znaki ostrzegające przed zwierzętami i informacja – łosie przez następne 12 km. Bardzo długi podjazd, daleko przed nami wzgórza, wszystko zanurzone w istnym szaleństwie zieleni. Przed jeziorem Bennet zaczynamy pędzić w dół, ukazuje się przy nim wypożyczalnia kajaków. Znów podjazd, parking i od niego plątanina ścieżek spacerowych. Teraz po obu stronach kolumny pni, przeważnie wysokich jodeł i osik. Małe, wodne uroczysko i kolejna wspinaczka. Potok, spora łąka i ostrzeżenie przed ostrym spadkiem z zakrętami, przez cztery kilometry.

Wspinaczka i nagle rozległy widok ze szczytu.

Bochniaste wzgórze, za nim dwa czy trzy zamglone pasma i opalizująca na szaro woda. Z prawej punkt widokowy z charakterystycznymi, kolorowymi drewnianymi fotelami i platformą obserwacyjną. Na ostrzegawczym znaku jeleń, teraz ciągle w dół, zakręty, rzeka uchodząca do zatoki,

łagodnie w prawo i koniec zakrętów. Wielkie trawniki przed kwaterą główną administracji parku. Do Almy dalej w lewo i w dół. Wyłania się zatoka, z wysokim klifem. Odpływ, ludzie spacerują po dnie, daleko od brzegu. Coś oglądają, zbierają, pokazują sobie.

Mimo bliskości zatoki oceanicznej nadal ciepło i wilgotnie i nie ma przewiewu.

W Karbonie, około 340 milionów lat temu, dzisiejszy Nowy Brunszwik był wielkim basenem leżącym niedaleko równika, z odkładającymi się osadami, niesionymi przez rzeki z otaczających basen wzgórz. Potem osady uległy kompresji, między innymi wytwarzając w południowej części prowincji małe, roponośne pokłady. Następnie basen został zalany pierwotnym oceanem (Pantallasowym) formując wielkie morze, zwane Morzem Windsor. Tym razem zaczęły się formować nowe osady piaskowca, łupków i zlepieńców. Ich rdzawy kolor powodowany jest oksydacją żelaza, które tworzyło się w ławicach pomiędzy suchymi i wilgotnymi okresami. Nieustanny ruch wody nad błotnistymi równinami miesza ił i dlatego woda w zatoce zabarwiona jest na jasno-czekoladowy kolor.

Zatoka Fundy ma długość 258 km, głębokość do 214 m, a wejście do niej jest o szerokości ok. 100 km. Wysokość pływów (pół dobowych) dochodzi do 16 m (przy Minas Basin), co jest światowym rekordem.

Zmiany poziomu wód osiągają czasem w Saint John oraz Moncton rekordową wysokość 20 metrów https://www.youtube.com/watch?v=OP0cpXpw8yk . Na drugim miejscu w świecie jest przypływ w Argentynie, koło miejscowości Rio Gallegos, przez którą przejeżdżaliśmy trzy lata temu, lecz nie zaglądaliśmy do jej części nadbrzeżnej, nad Atlantykiem.

I także tutaj, w zatoce Passamaquoddy, jest drugi na świecie wir pod względem wielkości, po norweskim Maelstrom, zwany “Old Sow” (sow oznacza ssący dźwięk) – 76 metrów średnicy. By go zobaczyć trzeba udać się promem na wyspę Jelenią i dojechać na sam jej koniec, przy latarni morskiej. Stamtąd widać wir w wąskim przejściu pomiędzy wyspą a półwyspem po stronie amerykańskiej (od niej dojazd o wiele łatwiejszy, choć widok z większej odległości) https://www.youtube.com/watch?v=ArZEhHB_XPA

W czerwcu 1984 roku prof. Pluta zabrał mnie na wycieczkę do Halifax. Parę minut po południu profesor zatrzymał auto przed jakimś mostem mówiąc, że mi pokaże coś ciekawego. Wysiedliśmy i przeszliśmy piechotą na most nad rzeką Łososiową. Rzeka w tym miejscu była wąska, z wodą o znacznej przezroczystości, tak znacznej, że widziałem kamieniste dno zasłane miejscami różnej wielkości otoczakami. Nie miałem pojęcia cóż takiego profesor chciał mi tu pokazać. Oba brzegi rzeki pokryte są gęstą roślinnością, kępami wysokich krzaków i małymi skupiskami wysokich świerków. “Trochę cierpliwości – powiedział profesor – niech pan patrzy uważnie na rzekę”. Przechyliłem się przez barierkę, ale nic specjalnego się nie działo. Lecz nagle rzeka płynąca w kierunku ode mnie zatrzymała się. A za parę chwil woda ruszyła w przeciwnym kierunku, pod prąd i to ze znaczną szybkością. “Co się stało?” spytałem. “Wysoki przypływ”. “Tutaj? Przecież tu nie ma oceanu!”. “Jest – odrzekł profesor – około 25 km stąd, a przypływ wpycha wodę w górę rzeki”.

Rzeki czasem cofają się nawet 30 km od ujścia do zatoki, a przybrzeżne łąki są zalewane regularnie przy przypływie.

Za Almą jechaliśmy jeszcze około pół godziny 114-tką, pokonując wzgórze Hopewell , potem w dół do Lower Cape, za którym zjazd w boczną drogę Discovery Road i zajechaliśmy na parking. A tu tłum ludzi, bo koniec długiego weekendu i wakacje. Wokół wszystko ładnie urządzone i starannie utrzymywane – parkingi, klomby, małe parki i drewniano-szklana brama do parku z kasą i materiałami na temat tego miejsca. Ponieważ jest to park prowincjonalny Hopewell Rocks, płacę wstęp dla seniorów – osiem dolarów od łebka. Seweryn zaskoczony „Jak to płatny wstęp? Miało być darmo z okazji 150-lecia”. Tłumaczę mu, że tylko do parków narodowych, prowincjonalnych to nie obejmuje.

Park utworzono w 1958 roku i ma powierzchnię 120 hektarów. Jest miejscem postoju tysięcy migrujących ptaków, szczególnie brodźca. Przebywają tu w sierpniu żywiąc się skorupiakami i we wrześniu odlatują na południe. Park porośnięty jest w wielu miejscach świerkami, białymi brzozami, jodłami i choiną kanadyjską. Według legendy Indian Mikmak ludzie, którzy tu kiedyś żyli, zostali wzięci w niewolę przez wielkiego wieloryba. Kiedy próbowali uciec, uczynili to zbyt wolno i wściekły wieloryb zamienił ich w kamienie tworzące dzisiejsze skały. To co teraz widzimy jest rezultatem procesów wymywania przez topniejące lodowce. Kiedy około 10 tysięcy lat temu lodowiec się wycofał, pozostawił owe skalne formacje u podnóża klifu, które dalej erodują silne przypływy. Dlatego w wielu miejscach erozja jest szybsza u podstawy, przez co skały mają charakterystyczny wygląd, tym bardziej, że na szczycie pokryte są roślinnością i kępami drzew.

Te zniszczone zakrywa już woda zatoki. W marcu 2016 roku jedna ze skał, zwana Słoniową, runęła. Na plażę spadło około 200 ton kruszywa blokując sporo turystycznych ścieżek. Kiedy następuje przypływ trzeba się szybko stamtąd wycofać. Zdarzały się przypadki uwięzienia i akcje ratownicze wobec nierozsądnych turystów. Ludzie eksploruję ten teren także od strony wody, przy pomocy morskich kajaków.

Park dzieli się na dwie części – Górną i Dolną. Z Górnej ruszyliśmy drogą, u której początku jest obszerna kawiarnia (restauracja), sklep z pamiątkami, centrum informacyjne i sanitariaty. Potem dochodzi się do drogi prowadzącej przez las, którą można również przebyć małymi busikami, by po półtora kilometra osiągnąć część Dolną, gdzie jest inna kawiarnia, sanitariaty i metalowe schody, prowadzące na plażę.

W wilgotnym upale przeszliśmy przez las dochodząc do schodów. Tu Seweryn, z powodu swoich problemów i trudności z chodzeniem, poddał się i powiedział, że na mnie zaczeka. Poszedłem dalej sam.

Podziwiałem niesamowitą przyczepność drzew rosnących na skałach.

Niektóre z nich sterczały na krawędzi.

Brodząc wśród śliskich kamieni, pokrytych szlamem wodorostów, trzeba było bardzo uważać, tym bardziej, że w wielu miejscach tylko one nadawały się do bezpiecznego poruszania, stanowiąc solidniejszy grunt. Reszta to zdradliwa, czekoladowa maź i od czasu do czasu małe stawy i cieknące strumienie.

Napotkałem patrolującego plażę strażnika parku, pana w średnim wieku i pogadaliśmy sobie o cudach tego miejsca. Zdziwił się, że jestem tu pierwszy raz, a tak dużo wiem o różnych procesach geologicznych. Gdy mu powiedziałem, że jestem geografem, uśmiechnął się i powiedział „Teraz już rozumiem”. Wskazał mi na jednej ze skał średnią granicę przypływów, wyznaczonych przez zwisające brody wodorostów. A powyżej nich, pod zielonymi nalotami, jest granica pływów maksymalnych.

Skręciłem krótki film

i wdrapałem się po schodach rozglądając się za Sewerynem. Kolejne ujęcie z góry, potem marsz w kierunku kawiarni, gdzie Seweryna spostrzegłem siedzącego na ławce. Okazało się, że jednak zdecydował się zejść po schodach, ale to co zobaczył na dole zniechęciło go do dalszego marszu. Rzeczywiście dla niego nie był to bezpieczny teren. Zawróciłem na chwilę, by zrobić ostatnie ujęcie z góry

i rozpoczęliśmy wspinaczkę leśną drogą. Po pewnym czasie podjechał za nami odkryty pojazd elektryczny typu Melex, na osób siedem i nieco wykończony panującym upałem, skorzystałem z podwiezienia, jako osoba towarzysząca inwalidzie. Zyskany czas skłonił mnie do pójścia na inną ścieżkę, z której w pewnym miejscu roztoczył się niesamowity widok na zatokę

i błotne pustkowia.

Musieliśmy stanąć w długiej kolejce po kawę i porcję lodów, bo kawiarnia była napchana ludźmi. Spożyliśmy wszystko na zewnątrz, na jednej z ławek. Wtedy pojawił się wścibski gość liczący zapewne na jakieś okruszyny.

Ponieważ warto ogarnąć owe miejsce z innej perspektywy, zamieszczam dwa linki do YouTube; jeden z ogólną informacją o zatoce Fundy https://www.youtube.com/watch?v=qfhNjpu_IU4 i drugi, pokazujący ramy przypływów https://www.youtube.com/watch?v=EnDJ6_XpGfo

Była już niemal szesnasta, przeto szybko się zwinęliśmy i 114-tką pojechaliśmy wzdłuż brzegu rzeki Petitcodiac do Moncton,

aby przeżyć na własnej skórze doświadczenie wzgórza zwanego Magnetic Hill. Znowu niekompletne oznakowanie i objechaliśmy wzgórze nie przejeżdżając po nim.

Ponieważ będziemy tu w drodze powrotnej zdecydowaliśmy, by już się tutaj nie miotać i pędzić dalej do PEI. Zawróciliśmy na TCH, którym mieliśmy dotrzeć do 16-tki, prowadzącej na wyspę. Co za ilość zielonych terenów! Jak ta zieleń koi oczy i smaruje duszę! Na szczęście Kanada ma lasów wciąż pod dostatkiem.

Za Sackville lasy zanikają na rzecz rozległych, płaskich pól. Gawędząc, bo już między nami, jak zwykle po krótkich burzach, zapanowała zgoda, przejeżdżamy szerokie rozlewiska rzeki Sackville wpadającej do zatoki Fundy. Na długim zakręcie pojawia się w oddali las turbin wiatrowych,

zagadani jedziemy dalej i nagle pojawia się znak, że wjechaliśmy do Nowej Szkocji, gdzie wylądowałem w 1984 roku, czyli 33 lata temu. Rozmyślam nad tym, że w przyszłym roku zrówna mi się ilość lat przeżytych w Polsce z tymi w Kanadzie. Gapię się na panią w żakiecie, która stanęła pod znakiem, z jakąś teczką w ręku i wygląda jak odpalona urzędniczka

i nagle błysk… „Zwolnij – mówię – pojechaliśmy za daleko”. Całe szczęście jest akurat rozjazd, prosto, hop przez mostek nad autostradą i powrót na nią. Za chwilę odnaleźliśmy właściwy zjazd na 16-tkę i poprzez zieloność pagórkowatą dotarliśmy do znaku prowadzącego na PEI.

Przed nami auto z malowniczą tablicą rejestracyjną

i parę minut po dziewiętnastej wyłania się niesamowity most Konfederacji.

Niesamowity, nie tyle ze względu na długość (13 kilometrów), ale kształt. Jest zaliczany do jednej z najciekawszych i najbardziej udanych konstrukcji inżynieryjnych na świecie. Z pomysłem zbudowania mostu lub podwodnego tunelu noszono się już w końcu XIX wieku, gdy konstruowano sieć kolejową na wyspie. Po długiej przerwie powrócono do pomysłu w latach 50-tych i 60-tych, ale dopiero w latach 80-tych zdecydowano się na budowę mostu przez cieśninę Northumberland. Do momentu otwarcia mostu łączność z kontynentem zapewniały połączenia promowe do dwóch portów – w Nowym Brunszwiku i w Nowej Szkocji. Najkrótsza droga prowadzi przez Przejście Abegweit (koło 13 kilometrów), ale z powodu zalodzeń do przeprawy promu (działającego od 1910 roku) musiano używać lodołamaczy. Zamówiono w Anglii specjalny, wzmocniony prom (był niemal jak lodołamacz) mogący przewozić wagony kolejowe, wybudowano dwa nowe porty połączone z koleją i w 1915 roku rozpoczęto regularną żeglugę. W 1938 roku dodano prom samochodowy. Od 1986 roku utworzona spółka państwowa, Marine Atlantic, przejęła wszystkie dotychczasowe usługi przewoźnicze w atlantyckiej Kanadzie.

W 1957 roku, wzorując się na otwartej dwa lata wcześniej grobli Canso Causeway – łączącej wyspę Cape Breton z Nową Szkocją, zaproponowano podobne rozwiązanie w tutejszej cieśninie, łączące most z podwodnym tunelem. Ów plan zdecydowanie odrzucono, bo spowodowałby utrudnienia w żegludze. W tamtym czasie zbytnio się nie przejmowano ewentualnymi zakłóceniami w środowisku i dlatego ponownie rozpatrywano ten wariant w roku 1962 i 1965. Więcej, rząd federalny szparko ruszył z pracami, konstruując drogi dojazdowe i linie kolejowe, ale w 1969, na skutek zdecydowanych protestów naukowców, projekt zastopowano. Wszystko z powodu specyficznego przebiegu przypływów dzienno-nocnych w tym miejscu, bowiem jakakolwiek próba, nawet częściowego zamknięcia przejścia Abegweit, jest niemożliwa z racji przeciwnego kierunku przepływu wody. Hydrografowie obliczyli, że w miejscu zwężenia prąd przypływu osiągnąłby szybkość powyżej 33 km/godz., co nie tylko skutecznie zakłóciłoby żeglugę, lecz potrafiłoby przemieszczać bloki skalne wielkości domu. I tu wyłaniał się drugi problem – zalodzenie w cieśninie i potem gwałtowne topnienie, niosące ze sobą wielkie bloki kry.

W latach 80-tych, przy wciąż rosnących kosztach utrzymywania żeglugi promowej i deficycie linii kolejowych na PEI, rząd federalny zaczął rozglądać się za innym projektem, proponując jego częściowe subsydiowanie, zarówno dla budowy, jaki i późniejszego utrzymywania konstrukcji. Nowy rząd Progresywnych Konserwatystów Briana Mulroney’a miał ideę tzw. mega projektów stymulujących regionalny rozwój i w 1987 roku rząd otrzymał trzy projekty rozwiązań – podmorski tunel, most i trzeci, łączący tunel z mostem. Projekty wzbudziły tak wielką i gorączkową dyskusję na wyspie, że ówczesny premier Joe Ghiz zarządził w styczniu 1988 publiczny plebiscyt. W czasie debaty ujawniły się dwa ugrupowania, pierwsze przeciwne – Przyjaciele Wyspy, drugie za – Wyspiarze za Lepszym Jutrem. Pierwsi uważali, że spowoduje to katastrofę ekologiczną, wpłynie negatywnie na styl życia na wyspie i punktowali, że mega projekty nie udały się w wielu miejscach świata. Nadto górują tutaj zapędy rządu federalnego, który zrzuca z siebie odpowiedzialność za serwis promowy i połączenie przysłuży się głównie turystom i biznesom spoza wyspy. Natomiast druga grupa twierdziła, że przy zachowaniu standardów ekologicznych, poprawi się zarówno bilans eksportu z wyspy (znana jest w Kanadzie i USA z uprawy świetnej jakości czerwonych ziemniaków), jak i dochody z turystyki. Druga opcja zwyciężyła uzyskując 59.4% poparcia.

Konstrukcja mostu (wybrano tylko te opcję) stała się wspólnym przedsięwzięciem paru biznesów budowlanych i rozpoczęła jesienią 1993 roku. W trzy lata później most był gotowy. Drogi dojazdowe, parkingi, bramki opłat, nowe centra handlowe i turystyczne ukończono wiosną 1997 roku. Konstrukcja spowodowała krótki boom ekonomiczny na wyspie, bowiem wymagała zatrudnienia robotników, inżynierów i menadżerów, w sumie w ilości pięciu tysięcy pracowników.

Wszystkie części mostu zbudowano na lądzie, po obu stronach przejścia, używając specjalnie wzmocnionego cementu z elementami stalowymi, tak by przetrwały co najmniej ponad sto lat. Potem owe części konstrukcji przewieziono, na zbudowanym w Holandii specjalnym wielkim dźwigu-katamaranie „HLV Svanen”, który brał udział w budowie, na początku lat 90-tych, słynnego mostu duńskiego Great Belt Bridge. Po powrocie do Danii uczestniczył w budowie kolejnego, wielkiego mostu przez cieśninę Øresund. Filary mostu Confederation mają na poziomie wody specjalny kształt rombowy, dzięki czemu zmniejszają napór kry i je rozsuwają na boki. Ponadto most nie biegnie prosto, bo wygląda jak odkształcone “s”, co także zmniejsza siły naporu wody podczas sztormów, przypływów i topnieniu lodów.

Zdjęcie z Internetu

Jego 62 filary (w tym 44 umiejscowione w odległości 250 metrów od siebie) są 40 metrów nad poziomem wody, a w jednym miejscu 60 metrów, by ułatwić żeglugę. Most ma szerokość 11 metrów, z ograniczeniem szybkości do 80 km/godz., co ulega zmianie zgodnie z przebiegiem pogody i wiatrów. Przejeżdża się go przez 12 do 15 minut.

Koszt budowy mostu wyniósł około jednego miliarda CAD i po dziesięciu latach podano, że przekroczył tę sumę o 330 milionów. Dla powstałego konsorcjum – Strait Crossing Develeopment Inc., które zbudowało całą strukturę, rząd Kanady zobowiązał się do wypłacania przez 33 lata corocznej kwoty około 44 milionów CAD, uzyskanych po zlikwidowaniu żeglugi promowej. Mostem zawiaduje prywatna firma, Strait Crossing Bridge Ltd (SCBL), odpowiadająca za operowanie, reperacje i utrzymanie do roku 2032, gdy most zostanie przekazany na własność kanadyjskiemu rządowi. SCBL pobiera opłaty za przejazd, lecz tylko z wyspy na ląd stały. Koszt jest indeksowany w zgodzie z inflacją i regulowany przez rząd federalny. Okazało się, że koszt utrzymania mostu jest znaczny, przede wszystkim głównej nawierzchni, niszczonej przez zmiany pogody i ciężarówki.

Dodatkowo, po pierwszej fali wzrostu turystów, nastąpiło przyhamowanie i dochody z opłat za przekroczenia mostu spadły o 30% (25 do 30 milionów CAD rocznie); po roku 2003 konsorcjum otrzymało 2.6 miliona CAD dywidend. Opłata od stycznia 2018 ma wynosić 47 CAD za dwuosiowe auto, dla motocykli 18.50. Rowerzyści i piesi nie mogą używać mostu, mając do dyspozycji transport wahadłowy, który do 2006 był bez opłat; od 1 stycznia 2015 wynosi 4.25 dla pieszego i 8.75 dla rowerzysty, także przy opuszczeniu wyspy. Utrzymany jest serwis jednego promu z wyspy do Nowej Szkocji za opłatą 87 CAD za samochód , 40 za motocykl, 20 za rower i dla pieszych, także płatne przy opuszczeniu wyspy.

Oficjalne otwarcie nastąpiło 31 maja 1997 roku, transmitowane na żywo w telewizji. Pod mostem przepłynął słynny szkuner Bluenose II i parę jednostek Kanadyjskiej Straży Przybrzeżnej, przeleciał nad nim klucz nie mniej słynnych pilotów-akrobatów “Snowbirds”, zanim otworzono most dla pieszych. Były oficjalne Marsz i Bieg przez Most, w których wzięło w sumie udział 75 tysięcy ludzi. Było emocjonalne pożegnanie promów, a latem 1997 zakończono demontaż ich przystani. O godzinie 17-tej rozpoczęto pierwszy przejazd samochodów. Mieszkańcy PEI przezwali most Stałe Połączenie (Fixed Link), a wizytująca go w 1998 roku prezydent Irlandii, McAleese nazwała go Przęsłem Zielonych Wzgórz, odnosząc się do słynnej książki „Ania z Zielonego Wzgórza”.

Ilość turystów po otwarciu mostu najpierw gwałtownie wzrosła – z 740 tysięcy do miliona dwustu tysięcy w 1997 roku, a potem ustabilizowała się na poziomie 900 tysięcy rocznie. Natomiast zmniejszyła się liczba ludzi w hotelach, bowiem zaczęto preferować dzienny objazd wyspy i powrót na ląd stały. Natomiast wyraźnie poprawił się eksport żywności z PEI; produkcja ziemniaków wzrosła wręcz dramatycznie powodując otwarcie nowych zakładów przetwórstwa, głównie frytek i czipsów. Nastąpił także wzrost produkcji i wysyłki świeżych owoców morza. Prawdziwą rewolucją było utworzenie wielkich centrów handlowych, połączone z równoczesną eliminacją podatku prowincjonalnego na ubrania i buty. Niestety, jak w wielu innych miejscach, wielcy gracze wykończyli niejako przy okazji małe sklepy, dawniej bardzo popularne na wyspie. Rząd zorganizował też specjalną promocję mostu umieszczając jego sylwetkę, w latach 1997 do 2006, na tablicach rejestracyjnych samochodów.

Przejazd przez most przy dobrej pogodzie był bardzo malowniczy.

Skręciłem także krótki film

i zrobiłem z mostu ujęcie początków zachodu słońca.

Niestety planowaliśmy tutaj krótki pobyt, bo następnego dnia chcieliśmy pojechać do Cavendish, do Ani z Zielonego Wzgórza, a potem już wprost do Nowej Szkocji. Patrząc na zdjęcie z Internetu, mogę sobie tylko wyobrazić, jakie tam są widoki podczas zachodu słońca.

Zdjęcie z Internetu

Po przejeździe mostu jedziemy pośród zieleni łąk i lasów w rustykalnym krajobrazie

oraz charakterystycznej czerwieni pól ziemniaczanych. Gleba ma ów czerwonawy kolor na skutek dużej zawartości z oksydowanego żelaza. Dobiliśmy do Cornwall do hotelu „Dutch Inn”, całkiem przyjemnego i prowadzonego przez … Chińczyków. Rozładowanie gratów, czyszczenie coolera, kolacja, wiadomości w TV, przerzucanie zdjęć. Omawiamy dzień ze szczególnym uwzględnieniem punktów konfliktowych, tym razem w przyjaznej atmosferze. Seweryn jeździ już spokojniej, ale czasem szarpie ruszając z kopyta lub hamując gwałtownie. I ten nałóg komórki! Co pewien czas po niej dziobie w trakcie prowadzenia auta i opowiada znajomym w Polsce i w Kanadzie, gdzie jest i co widzi. I tradycyjnie nie działa już jego aparat fotograficzny, a gdy się czasowo odetka, mnóstwo rzeczy mu umyka, bo zanurza się w odmętach chaosu.

* niestety, to był początek burzenia. Most nr 2 tego typu, na rzece Hammond, został zniesiony 9 sierpnia 2017, miesiąc po naszym przejeździe z powodu nieusuwalnych odkształceń drewna. Rząd prowincji obiecał do stycznia 2018 otworzyć nowy most modularny