Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

29 lipca Quebec – Trois Riveres – Montreal

Pomyłkowo zrobiłem pobudkę o 7 rano, bowiem zapomniałem w Pelagii zmienić czas. Zszedłem aby zobaczyć jaka sytuacja z autem. Stało na swoim miejscu. Wróciłem by poinformować mojego kompana, że wszystko w porządku. Był tak zaspany, że chyba do niego nie dotarło. Przygotowałem śniadanie, do którego zasiedliśmy o 8.30. W tym czasie zwolniło się miejsce blisko wyjścia, gdzie Seweryn podjechał i zapakowaliśmy swoje klamoty. Od rana ładna pogoda.

Dojeżdżając inną ulicą do Grand Allee natrafiliśmy na niej na ciekawą dekorację.

Wielka Aleja zanurzona w cieniu otuliła nas swoimi rozłożystymi drzewami.

Po dziewiątej ruch na niej był jeszcze mały i zrobiłem krótki filmik z przejazdu.

Dobiliśmy do rozjazdu prowadzącego ku 40-tce,

czyli TCH i jechaliśmy wzdłuż migającej, od czasu do czasu, rzeki Św. Wawrzyńca. Od rana gnębiły mnie jakieś problemy żołądkowe. Zaaplikowałem sobie głodówkę.

Zaczęły się płaskie, zalesione tereny,

co pewien czas pojawiał się znak 40 Zachód

i około 11-tej zaproponowałem zjazd do Trois Riviers. Przejechaliśmy most nad rzeką St. Maurice i potem psim swędem wyplątaliśmy się z autostrady, przecinając drogę nr 138, która nazywana jest Chemin du Roy (Trasa Królewska).

Droga miała łączyć Quebec z Montrealem przechodząc po 72 francuskich osadach wzdłuż rzeki Św. Wawrzyńca. Ukończono ją w roku 1737; była 7,4 metra szeroka i o długości 280 kilometrów, co sytuowało ją w tamtych czasach jako najdłuższą na północ od Meksyku. Wjechaliśmy wprost na główną drogę, w starej dzielnicy miasta – Rue de Forges. Zachowały się w nim nieliczne, stare budynki (większość zrujnował wielki pożar w XIX wieku)

i wychwyciłem na jednym z nich płaskorzeźbę ozdobnego aniołka. W dole, całkiem niedaleko i pod tymi jego skrzydełkami, pysznił się dużymi literami napis – sklep erotyczny.

Reszta stanowi typową mieszaninę podrabianych stylów klasycznych wieku XIX i początków XX, z dyndającymi nad ulicą drutami.

Lecz w obszarze starego miasta druty zniknęły

i znaleźliśmy przytulny ogródek

przed kawiarnią i nastrojowym barem „Mondo”.

Trois-Rivieres (Trzyrzecze) jest drugim miastem po Quebec’u, założonym w Nowej Francji (1634). Jego nazwa nawiązuje do zbiegu dwóch rzek – Saint-Maurice i Saint Lawrence, z tym, że pierwsza z nich wpada do drugiej dwoma ramionami, rozdzielonymi poprzez dwie małe wyspy. Ponieważ dodatkowo jest mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Quebec’iem a Montrealem, miasto stanowiło punkt strategiczny i odgrywało wielką rolę w handlu futrami ze szczepami indiańskimi. Po 1760 przechwycili je Brytyjczycy i w 16 lat później było widownią walki z Bostończykami, którzy próbowali je zająć w czasie amerykańskiej wojny o Niepodległość.

W 1816 roku, kapitan A.G. Douglas doprowadził do założenia szkoły wojskowej, co ciekawe dla chłopców z rodzin katolickich i protestanckich. Przede wszystkim edukowano tu synów oficerów, nauczano łaciny, angielskiego i francuskiego, historii, geografii, matematyki i rysunku. Szkoła Douglasa czasowo wyprzedziła Kanadyjską Królewską Szkołę Wojskową powołaną w 1876 roku. Trois-Riviers jest najstarszym miastem przemysłowym Kanady (pierwsze fabryki od 1783 roku produkujące żelazo i odlewy dla marynarki wojennej Francji); od lat 20-tych do 60-tych XX wieku, poczytywane było za światową stolicę w produkcji celulozy i papieru. Upadek tej gałęzi przemysłu nastąpił na skutek globalizacji i obniżenia nakładów gazet i czasopism. Zamknięcie fabryk wywołało efekt domina w innych gałęziach produkcji. Obecnie czynione są próby w ożywieniu produkcji przemysłowej, nieźle się rozwija uniwersytet (od 1969 roku ze specjalnościami pediatrii i chiropraktyki) i obroty portu. Ruszyła także produkcja turbin wiatrowych.

Ulica, przy której zalegliśmy w ogródku, gdzie trzymając się diety wypiłem tylko puszkę imbiru (ginger ale) i zieloną herbatę – i od razu poczułem się lepiej – prowadzi poprzez stare miasto i zapełniona jest restauracjami, kawiarniami, barami, a także klubami i sklepami. W cieplejszych miesiącach jest regularnie zamykana dla ruchu kołowego, bowiem odbywają się tutaj liczne festiwale i imprezy uliczne. Jeden z najważniejszych festiwali – muzyczny, ma miejsce latem i przez 10 dni gromadzi przeszło 300 tysięcy widzów. Miasto jest oficjalnie Stolicą Poezji prowincji Quebec ( w wielu miejscach w centrum miasta można odnaleźć zainstalowane tabliczki z poetyckimi wersami) i organizuje także coroczny Międzynarodowy Festiwal Poezji (w pierwszym tygodniu października).

Z ogródka wybraliśmy się tą samą ulicą wprost ku rzece. W jednym miejscu wisiał rozpięty transparent z nazwą „Kamień”, czyli przedstawieniem słynnego cyrku Cirque de Soleil, które odbyło się w tutejszym amfiteatrze 19 lipca. Widać miasto tak jest dumne z tego faktu, że transparentu jeszcze nie zdjęto.

Doszliśmy nad rzekę Św. Wawrzyńca, z widniejącym w dali mostem Laviolette i urządzeniami portowymi.

Nabrzeże jest ciekawie urządzone,

z mądrze pomyślanym parkingiem podziemnym, ukrytym częściowo w stoku.

Co więcej, tamtędy idą także tory kolejowe i droga dla aut, wychodzące po drugiej stronie, za parkingiem i wzgórzem.

Na nim długi, widokowy taras z kawiarniami i barami.

Całość nazywa się Le Parc Portuaire i sytuuje na trzech poziomach.

Jak na sobotni dzień nie było wielu spacerowiczów. Wciąż mocno przygrzewało słońce i sporo ludzi było na wodzie, pływając małymi jachtami

i różnego rodzaju motorówkami.

Przez pewien obszar, wzdłuż urządzonego nabrzeża, biegną tory kolejowe.

Przy przystani promowej mała latarnia morska

i słup ogłoszeniowy w starym stylu, w dodatku ze zgrabnie wkomponowanym automatem telefonicznym.

Po drugiej stronie rzeki dawna wioska Sainte-Angele-de-Laval, stanowiąca obecnie część miasta Becancour.

Przeszedłem spory kawałek nabrzeżem i z odległej perspektywy dobrze było widać jego pustkę.

Zachwyciło mnie urządzenie parku,

rzeźby w nim stojące

i wspaniale zaaranżowane kwietniki.

Soczyste barwy kwiatów,

o wielkiej różnorodności,

czasem samotne osobniki,

kępy krzaków

z przysiadającymi ptakami

i przepiękna lipą, mocno wyciągniętą w górę.

Wracamy do punktu wyjścia i nagle zaczepia mnie kobieta mówiąca szybko po francusku i powtarzająca „Batman, Batman”. Pomyślałem, że jak to zazwyczaj bywa, w każdym ludzkim skupisku są trącone osoby, przeto grzecznie jej potakiwałem, mówiąc „oui, oui, madame”, a ona pokazuje ręką za siebie i…Rzeczywiście na ulicy stoi auto Batmana

– wierna replika z ontaryjską rejestracją.

Mogę sobie tylko wyobrazić, ile to tego fanatyka kosztowało.

Wsiadamy do naszego Batmobile i powrót na 40. Rzeka przemienia się w wielkie jezioro Saint-Pierre i już mnie od tych świętych mdli. Straszliwie płasko i tylko las ożywia krajobraz.

Po pewnym czasie mam dość tej monotonii, oraz hałasu i smrodu autostrady. Namawiam Seweryna byśmy jak najszybciej uciekli na Drogę Królewską czyli 138, na co skwapliwie przytakuje. Tym bardziej, że powinna nas doprowadzić wprost do Montrealu i to niemal do ulicy St. Denis, gdzie mamy hotel. Znajduję zjazd koło miejscowości Place -Gervais Berthier – najpierw w 158 i w Berthierville jest zjazd na 138. W tej miejscowości zaznaczono na mapie muzeum słynnego kierowcy kanadyjskiego Gilles-Villenueve, który zmarł po tragicznym wypadku, na torze w Belgii w roku 1982. Tutaj mieszkał i tu jest jego grób. Muzeum otwarto 1988, potem w 1995 przeniesiono je do większego budynku. Corocznie zachodzi tutaj 20 tysięcy wizytujących, z przeszło 30 krajów świata.

Na Drodze Królewskiej mniejszy ruch i niemal sielankowo. Jedziemy wzdłuż Św. Wawrzyńca, który jest tutaj o wiele węższy. Potem znów się robi szerszy i w niektórych miejscowościach ma na brzegu małe, piaszczyste plaże. Spora miejscowość Repentigny zatłoczona samochodami. Na rzece pojawiają się mniejsze i większe wyspy. Zbieg dwóch rzek – L’Assomption wpada do Prairies, a ta do Św. Wawrzyńca. Na prawo pierwszy most kolejowy, potem drugi na rzece Prairies,

którą przejeżdżamy mostem drogowym przechodzącym przez wyspę Bourdon. Na wielkich połaciach wody trzech rzek motorówki i młodzi szalejący na wodnych skuterach.

Miasteczko za miasteczkiem, jeden nieprzerwany ciąg i za chwilę jesteśmy we Wschodnim Montrealu. Już stąd widać charakterystyczną wieże montrealskiego stadionu olimpijskiego.

Przecinamy TCH, którym jechaliśmy w pierwszą stronę, lewym brzegiem wielkiej rzeki. Seweryn się płoszy na widok nowego numeru drogi – 25. „Jedź cały czas prosto, nic nie kombinuj” mówię. Zaczyna się wielkie zagęszczenie ciężarówek. I miejskie światła, więc co pewien czas musimy stanąć.

Zbliżamy się do wioski olimpijskiej,

która w tamtym czasie szokowała swoją futurystyczną architekturą.

I już mamy stadion. Pierwsze, szybkie zdjęcie, przez zabrudzoną szybę auta. W dalszym ciągu coś tam przy tym nieszczęsnym stadionie dłubią.

Gdy byłem tam pierwszy raz, w 1985 roku, też trwały roboty. Wciąż robi wrażenie.

Po lewej charakterystyczna sylwetka mostu nad rzeką – metal wsparty na czterech kamiennych filarach – most Jacques Cartier’a. Droga 138 przybiera nazwę ulicy Sherbrooke i zaczyna się typowa architektura Montrealu. Stare domy,

nowoczesne,

jest skrzyżowanie z St. Denis. Skręcamy i ulica łudząco przypomina Grande Allee w Quebecu.

Multikino z prawej, za nim teatr z ludzkimi sylwetkami nad ulicą.

Jesteśmy w Quartier Latin Montrealu – centrum rozrywki i sztuki, obejmującym kilka ulic gminy Ville-Marie. Mijamy po prawej Instytut Sztuki,

a za chwilę, po lewej, długa ściana z cegły z wykuszami i wielkimi, półokrągłymi oknami – olbrzymi kompleks UQAM, czyli Université du Québec à Montréal. Ale gdzie ten nasz hotel o szpanerskiej nazwie „Celebrites”? Swoją drogą, jak to dobrze być skromnym żuczkiem, a nie jakimś napompowanym celebrytą. Wyłuskałem go w starej kamienicy, naprzeciw szpitala Saint Luc.

Tym razem znalezienie poszło całkiem gładko, dotarliśmy przed 15-tą, lecz większość ulic wokół hotelu zablokowana, bo trwa akurat w mieście parę wielkich imprez – festiwal kubański i Electronic Piknik. Odkrywamy, że można się przytulić na pół godzinny postój do ściany szpitala. Znakomicie, akurat by się zameldować i wnieść swoje rzeczy. W recepcji młoda pani wyglądająca na kobietę z Karaibów. Urodziwa i bardzo miła. Mówi, że mamy pokój na drugim piętrze, bez windy, bo stara kamienica. I tu Seweryn się zjeża i to podwójnie. Najpierw dramatycznym głosem oznajmia, że znów nie załatwiłem jak trzeba, a potem dodaje „i to u jakiś czarnych”. Na szczęście powiedział to po polsku. Przepraszam panienkę i rugam Seweryna po polsku nie przebierając w słowach. I każę mu się zamknąć i nie wtrącać. Wysuwam argument o niesprawności Seweryna i panienka daje nam pokój na parterze, który był zarezerwowany dla jakieś rodziny z dzieckiem. „Nie przejmuj się – dodaje – „jak przyjadą, biorę to na siebie”. Wyładowujemy tylko część rzeczy z auta, o co znów toczyłem potyczkę z rozhisteryzowanym przyjacielem. Ki diabeł, upał tak na niego wpłynął, duże miasto, czy jedno i drugie?

Przebieramy się i rozpoczynam pielgrzymkę do grobu Leonarda Cohena. Zaplanowałem ją już w maju, kiedy odnalazłem na jakim cmentarzu jest pochowany i specjalnie poszukałem hotelu stosunkowo niedaleko cmentarza, aby Leonardowi się pokłonić. Był ze mną od 1974 roku, gdy z jeszcze nie zabliźnioną raną w duszy, po rozpadzie mego wieloletniego związku z E., na przyjęciu w domu jednej z dziewczyn śpiewającej w chórku Maryli Rodowicz, usłyszałem album „Pieśni o miłości i nienawiści”, wydany trzy lata wcześniej. Nienawiści we mnie nie było, ani nawet gniewu. Głębokie zranienie i wciąż pulsująca miłość. I ten głupawy stan duszy i ciała popychający ku zapomnieniu, ku jakiemuś rozpaczliwemu szukaniu ukojenia. A tu Leonard swoim schrypniętym głosem śpieworecytuje wynurzenia o życiu i związkach mężczyzny z kobietą. „Ain’t no cure for love” (Nie ma leku na miłość)…, o czym zdołałem się przekonać jeszcze następne dwa razy w życiu.

W Toronto, w 1994 roku poszedłem na koncert Cohena. Akurat znów straszliwie obolały na duszy, bo czułem, że już ostatecznie tracę M., największą miłość mego życia. Najpierw uderzyła mnie rozpiętość wieku wśród publiczności – od starszych dzieci do bardzo starych ludzi. A potem zaczęło się misterium, tak emocjonalne, że ludzie wznosili okrzyki zachwytu. Nie wytrzymałem przy „Bird on the wire” i po słowach „to be free” wykrzyknąłem „yes”, a potem wręcz darłem się z innymi. I ku memu zaskoczeniu znalazłem owo wykonanie „Ptaka na drucie”na Internecie, gdzie po zakończeniu pieśni odkryłem swój gwizd na palcach. https://www.youtube.com/watch?v=4aH_Rqu5PiE

W pewnym momencie Cohen przed kolejną piosenką powiedział: „Dziękuje, ale to za duży aplauz dla mnie. Co się z wami dzieje?”. I ktoś krzyknął „We love you!”. Sala wybuchnęła oklaskami i okrzykami. Cohen wydał dwa lata wcześniej, doskonały, bardzo gorzki album „The Future”. Proroczy, bo już zrobiliśmy pierwszy krok w populistyczne, drapieżne i chamskie bagno, w którym bełtają nikczemne polityczne prostaki, przy rechocie równie chamskich tłumów. W tym albumie są dwie perełki – pierwsza, z której spłynęło na mnie ukojenie, gorzkie acz kojące – „Closing time” (Czas zamknięcia) i końcowy utwór „Tacoma trailer”, który Cohen podgrywał na fortepianie. Utwór wypełniony melancholijnym spokojem, nasycony powolnym przemieszczaniem się w rozległej przestrzeni, gdzie człowiek czuje się zaledwie mikroskopijnym ziarnkiem we Wszechświecie, a za nim poprzednie życie, i tęsknota, i niewiadoma losu… Posłuchajcie: https://www.youtube.com/watch?v=l475gwnuV9k

Kiedy opracowywałem swój tomik poetycki „Zbiór”, jako motto umieściłem fragment tekstu z „Closing time”. Moi wydawcy, Joasia i Jarek D., obawiali się go zamieścić bez zgody autora. Ale Cohen akurat wtedy, w roku 1999, zamknął się w klasztorze buddyjskim w Kalifornii, poszukując wewnętrznego spełnienia. Poprzez jego agencje praw autorskich – „Sony”, via Nashville (kobieta z którą rozmawiałem, nie mówiła – to była wręcz melodia, tak charakterystyczna dla południowych stanów USA), po pewnych perypetiach, dotarłem w końcu do partnerki Leonarda, Anjani i wyłuszczyłem sprawę. Wysłuchała, obiecała, że mu przekaże moją prośbę i poprosiła, abym zadzwonił za trzy dni. Gdy zadzwoniłem powiedziała krótko „Masz zgodę Leonarda, „Sony” przyśle odpowiedni list do twego wydawcy. Leonard cię pozdrawia”.

Jedziemy na cmentarz niemal w ciemno. Pamiętam tylko jego nazwę – Shaar Hashomayim i fakt, iż jest gdzieś na Wzgórzu Królewskim. Jedziemy po częściowo rozkopanej i przegrodzonej St. Denis, następnie bulwarem St. Laurent, który nas wprowadza do chińskiej dzielnicy.

Dość nerwowo przepatruję mapę, znajduję w lewo aleję Pine i odetchnąłem –  jest w oddali wzgórze. Skręcamy w główną, szeroką drogę Park Avenue, potem do Mont Royal i doprawdy sam nie wiem, jak bez zbytnich przeszkód dojechaliśmy do bramy cmentarza, przy alei ocienionej wielkimi drzewami. Może to magia Leonarda wciąż unosząca się w powietrzu…

Okolica przypominająca mieszaninę Górnego Sopotu i Wrzeszcza – wzniesienia, doliny, wszechwładna zieleń, tylko wille w ogrodach bardziej w stylu angielskim. Po lewej typowe nagrobki żydowskiego cmentarza. Parkujemy niedaleko bramy po przeciwnej stronie ulicy.

Proszę Seweryna by został w aucie, bo pójdę najpierw sprawdzić czy jesteśmy we właściwym miejscu. Ku memu zdumieniu jest to cmentarz Żydów hiszpańskich i portugalskich założony w 1768 roku,

lecz wchodzę do środka z bijącym sercem. Mnóstwo Cohenów, ale wciąż nie ten. Co za geografia nazwisk – polskie, niemieckie, hiszpańskie, portugalskie. Spotykam jakąś dziewczynę i pytam ją o grób Leonarda Cohena. „Przepraszam, kogo?” – pyta, co mnie już nie szokuje, bo zbyt często spotykałem się z taką reakcją sporej liczby Kanadyjczyków. Jeśli chodzi o zakupy (shopping), wyżerkę (food) i rozrywkę (entertaiment), wszystko koniecznie ze szczególną radością (have a fun) i jeszcze bardziej w miłej atmosferze (to be nice) – to generalnie bez problemów (no problems). To nie ci, którzy byli na koncercie Cohen’a w Toronto; zobaczyłem tam zupełnie innych Kanadyjczyków, spotkałem zupełnie inne twarze i sposób bycia. To się chyba nazywa elita, prawdziwa, soczysta elita, ów coraz bardziej szczątkowy organ w wielu społeczeństwach, tak znienawidzony przez prostaków i hołotę.

Grzecznie dziękuje panience i brnę dalej licznymi ścieżkami. Gdy zawracam wzdłuż płotu, znajduję ładny kamyk i wkładam go do kieszeni. Chcę, zgodnie z żydowskim obyczajem, położyć go na grobie Cohena. Lecz grobu Leonarda nie znalazłem. Wyszedłem na ulicę i zdążam do auta, po aparat, z postanowieniem ponownego spenetrowania cmentarza jeszcze raz. Z domu naprzeciw wyszedł jakiś mężczyzna w średnim wieku. Zaczepiłem go pytając o grób Leonarda. Pyta, skąd go znam i podaję mu maksymalnie zwięzłą historię kontaktu bez bezpośredniego kontaktu. „To nadzwyczajne” mówi i się uśmiecha. Okazuje się, że jest gotów zaprowadzić mnie do grobu. Nie natrafiłem po drodze na jakąkolwiek kwiaciarnię, tutaj jej tym bardziej nie ma. Obiecałem J., że złożę od niej różę na grobie. Jednak pytam mężczyznę o kwiaciarnię, a on zrywa biały kwiat sprzed frontu domu i mówi: „Nie musi być koniecznie róża. Położysz ten”.Po drodze opowiedział, jak to wyglądało niemal rok temu. Zauważyli z żoną tłum ludzi zmierzający na cmentarz i nie mieli pojęcia o kogo chodzi, bo decyzję pochówku w zasadzie rodzina ogłosiła już po. I dowiedział się następnego dnia z mediów, kogo tu chowano. Idziemy do bramy, którą poprzednio minęliśmy autem. I jest ta nazwa której szukałem.

O 16-tej stanąłem przed grobem Leonarda i gdyby nie ten człowiek, zapewne popełniłbym taką sama pomyłkę jak inni, składając dowody pamięci na jednym z grobów rodziny Cohenów.

Grób miał pusty nagrobek, bo nazwisko i imię, zgodnie z żydowską tradycją, pojawi się rok po śmierci, czyli 10 listopada tego roku.

Na grobie wiele kamieni,

także na szczycie nagrobka.

Długopisy, muszle, świeczki, flaga kanadyjska i malutki obrazeczek – na niebieskim tle „bird on the wire… to be free”.

Mężczyzna, który mi pomógł, pożegnał się dyskretnie zostawiając mnie w samotności. Seweryn także poszedł do auta. Ze wzruszenia i poruszenia zapomniałem wypisać na kamieniu moich inicjałów. Położyłem kwiat i kamień, zrobiłem zdjęcia i zapadłem się w siebie na chwil parę. Taśma przeszłości szybko się przewijała, echa wielu uniesień, rozkoszy i bóli, upadków i mozolnego, upartego wspinania się ponownie na powierzchnię. „Everybody knows…” A dziś 29 lipiec, jedna z moich magicznych liczb, obok 27, 13 , 19 i 7. Odchodząc obróciłem się i dopiero teraz do mnie dotarło, że grób Leonarda jest w cieniu pięknego, rozrośniętego drzewa

o dwóch, głównych pniach, wyrastających z jednego. Jak jedność jego ciała i duszy. I z tych pni rozrastają się dwa następne, jak ramiona jego kobiet. I gdzieś tam w przestworzach sączyło się czerwone wino, które tak lubił. Dziś nagrobek jest już wypełniony.

Zdjęcie z Internetu

Wszystko pozostawione jak było. Doszło nazwisko, daty, wiek i sentencja po hebrajsku „Niech jego dusza będzie związana z zawiązkiem życia”.

Objechaliśmy górę poprzez wielki cmentarz katolicki,

potem skalnym wąwozem

na punkt widokowy gdzie tłumu turystów.

Spędziliśmy tam paręnaście minut, zdejmując miasto leżące w dole,

okolice stadionu

i portu.

Ostatnie zdjęcia – mostu

i różnych świątyń;

na koniec krótki film.

Wracając postanowiliśmy nieco spenetrować miasto, które tym razem pokazywało się z ładnych stron. Ów makabryczny wjazd 30 czerwca nad ranem, po całodniowym upale i korkach, plątaninie dróg, z których większość była w remoncie lub przebudowie, wtedy miasto nam obrzydził. Wróciliśmy na aleję Parkową,

która w miarę zbliżania się do centrum coraz bardziej przypominała wąwóz. Minęliśmy błyszczącą, kolorową ścianę Centrum Kongresowego

i przed nami wyrósł hotel „Intercontinental”.

Następna, święta ulica – Antoniego, ale można skręcać tylko w lewo. Jedziemy, aby dotrzeć do naszego hotelu na St. Denis. Z lewej mignął mi fragment Chinatown, potem wyskoczyły spiczaste wieżyczki dawnego hotelu i zarazem stacji kolejowej Gare Viger, obecnie przeznaczonego na rezydencje i biura.

Przypomina mi się, że St. Denis jest teraz jednokierunkowa i musimy wjechać od drugiej strony.

Mijamy inną bramę do Chinatown,

za nią się gubię, tym bardziej, że liczne blokady, objazdy i inne przeszkody. Sam nie wiem jak znaleźliśmy się na bulwarze Rene-Levesque. Lecz błądzenie całkiem ciekawe, bo natrafiamy na smakowite kąski. Najpierw hotel „Place D’Armes”,

dalej mały park z posągiem pierwszego premiera Kanady – J.A. Macdonalda.

Ulica się zwęża, domy są starsze

i docieramy w okolice parku architektonicznego, gdzie stoi olbrzymia rzeźba M. Charney’a – Colonnes Allegoriques.

Jak w wielu współczesnych miastach, stare przytłaczane nowym, a to nowe wciąż jak klocki Lego.

Wtedy orientuję się, że jedziemy w złym kierunku, oddalając się od St. Denis. Nawrotka, Seweryn nawet spokojny, ten sam park, a za nim otwarty widok na bazylikę, Marii, Królowej Świata ( no to nasi mają przerąbane, bo mianowali ją tylko królową Polski)

i w jej tle najwyższy budynek w Montrealu – 1000 de La Gauchetiere. Wysokość budynku doszła do zezwolenia na maksymalne wywyższenie, które nie może przekraczać poziomu Królewskiej Góry (215 metrów).

Przed siódmą docieramy do hotelu, krótki odpoczynek i po dziewiętnastej, przy ciepłym wieczorze, wypad na stare miasto. Pojechaliśmy St, Denis prosto przed siebie. Podczas stania na czerwonym świetle zdołałem uchwycić Gare Viger niemal w całości.

Najpierw poszukiwania parkingu i znaleźliśmy go całkiem blisko. St. Denis przechodzi w Bonsecours, z kaplicą na końcu.

Dwa anioły patrzą na stary port,

który jest dwie ulice dalej. Niestety wcześniej nie było czasu, aby tam dotrzeć, a ponadto zaplanowałem pielgrzymkę do grobu Cohena. Niemal przy rogu oberża w starym domu

i już zaczęły się typowe fragmenty starych miast. Skręciliśmy w ulicę, oczywiście Św. Pawła, a tam – wypasiony jak by młodzi powiedzieli – obszerny budynek Targowisk Bonsecours.

Minęliśmy nieco pustawą St. Claude, gdzie aż oślepiały refleksy zachodzącego słońca, odbite w szybach aut.

Miałem wątpliwości, czy poszliśmy w dobrym kierunku, lecz za chwilę znaleźliśmy się w wielkim tłumie,

zmierzającym w kierunku ulicy i placu Cartiera.

Restauracje i bistra, kawiarnie i małe kafejki, oczywiście sklepy z pamiątkami i te ładne małe sklepiki, w których człowiek nie czuje się przytłoczony, jak w wielkich holach niektórych centrów handlowych. Niektórych, bo w innych mądry architekt tak zadziałał, że stworzył wrażenie przytulności, a nawet małej intymności. Na zewnątrz małe ogródki, pewne bary i kafejki wręcz malutkie, na paręnaście osób zaledwie. Pomyślałem – to ten świat, w którym w weekendy zanurzał się i buszował młody Leonard Cohen.

Na narożniku z St. Vincent zobaczyłem nad oknami restauracji flagę hiszpańską i Unii Europejskiej. Natychmiast napłynęły obrazy i smaki z Madrytu, Barcelony czy Sevilli – tapas, głównie wspaniały jamon (szynka) i różne oliwki. Spojrzałem jeszcze raz i odnalazłem flagi innych krajów, w tym amerykańską. Restauracja na rogu, „Le Solmar”, z szyldem – specjały portugalskie. Przy przelewającym się tłumie wolałem miejsce w głębi, nieco z dala od St. Paul. I okazało się, że do Portugalczyków przylega kolejna restauracja, w uliczce St. Vincent „Le Sauvagine”, z małym ogródkiem, zaledwie kilka stolików. Kiedy zobaczyłem w karcie dań dziczyznę postanowiłem już nie odpuścić, mimo że trzeba było czekać na wolne miejsca. Zagadnąłem ładną kelnerkę, okazało się Portugalkę, więc z punktu jej wypaliłem, że jestem nauczycielem w Toronto, w żeńskiej szkole, gdzie niemal połowa jest Portugalkami. Tak ją tym ująłem, że podeszła do dwóch dżentelmenów siedzących przy jednym ze stolików i załatwiła ich zgodę, abyśmy się przysiedli.

Krótkie „Hello” i studiowanie karty. Sewerynowi znów coś nie pasowało i jak zwykle czekał co ja zamówię, by od razu poprosić o to samo. Czasem doprowadzał mnie tym do sporej złości, tym brakiem swojej inicjatywy i decyzji wyboru. Zastosowałem fortel i gdy pojawił się kelner, nadzwyczaj elegancki i w lansadach, milczałem udając, że wciąż studiuję kartę. Ale z Sewerynem nie tak łatwo. Oznajmił, że jeszcze się zastanawia, więc kelner odszedł. Gdy spytałem przyjaciela czy już wybrał, z niezmąconym spokojem powiedział, że weźmie to co ja. Oznajmiłem mu, że wybrałem dziczyznę (on akurat za nią nie przepada), ale kiedy zoczył cenę zwątpił i został zmuszony do wyboru. Zjadłem kawałek jelenia wapiti w znakomitym sosie i jarzynach, podpędzając go wielkim kielichem czerwonego wina.

A wokół gwar, brzęk sztućców i szkła, śmiechy i charakterystyczne szuranie po bruku setek stóp. Na przeciwko mały bar „La Baraque”, niemiłosiernie zatłoczony. Za nami, przy ulicy Św. Pawła z trzypiętrowego budynku z wąskimi, łukowatymi oknami, dobiegała muzyk i gwar. To znany rockowy pub St. Paul z wyszynkiem, bilardem i często muzyką na żywo. Na parterze sklep z futrami, za nim w następnym budynku knajpa „Le Cage”. Jednym słowem w tej okolicy kombinat gastronomii i rozrywki.

Jeden z panów zapytał w jakim języku rozmawiamy i następne pół godziny potoczyła się z nimi konwersacja. Opowiadaliśmy o naszej podróży po Maritimes, ja wspominałem odwiedzenie uniwersytetu w Antigonish i dzisiejszą pielgrzymkę do Cohena. Potem było nieco o naszych podróżach po świecie, głównie o Patagonii. I tu Seweryn nie omieszkał oznajmić, że byliśmy także na Antarktydzie. Widać jest z tej podróży nader dumny, bo mówi o tym wszędzie. Nie wiem, czy gdy jest samemu, ale w moim towarzystwie niemal zawsze musi oznajmić, że byliśmy w krainie pingwinów. Gdy kupowałem kiedyś w jego towarzystwie kurtkę w Warszawie, nagle do dwóch rozchichranych panienek-sprzedawczyń wypalił: „a my byliśmy na Antarktydzie!”. I ku jego rozczarowaniu, panienki zareagowały tak, jakby powiedział, że byliśmy w Otwocku.

Przed 21-szą powróciliśmy na Plac Cartiera zapełniony ludźmi w innych ogródkach i barach, spacerujących lub siedzących na ławkach.

W głębi, na tle nieba, widać kolumnę Nelsona postawioną w 1809 roku, która jest najstarszym monumentem w Montrealu i najstarszym posągiem wojennym w Kanadzie.

Sprzeciwów nie było, bo w tamtym czasie, wśród francuskiej społeczności miasta nie była popularna Rewolucja Francuska, jak i Napoleon. Ów monument Nelsona jest jego drugim, najstarszym na świecie, po posągu w Glasgow. Był jeden, jeszcze starszy – z 1808 roku, w Dublinie, lecz został zniszczony w 1966 roku przez irlandzkich ekstremistów. W 1997 roku oryginalny posąg Nelsona wylądował w muzeum, a to co obecnie widzimy, jest repliką. I wzbudza kontrowersje. Echo nacjonalistyczne powróciło pod koniec XIX wieku i w 1890 jedna z frakcji quebeckich nacjonalistów walczących o suwerenność, chciała posąg wysadzić w powietrze. Potem, w 1930 roku, dla równowagi postawiono posąg francuskiego oficera marynarki, Jean Vauquelin’a. Posąg Nelsona kłuje w oczy niektórych do dzisiaj, ale.. W 1997 roku władze miasta zaproponowały przesunięcie posągu do angielskiej dzielnicy, lecz rozsądek wziął górę i opinia publiczna mocno zaprotestowała. Kiedy tak przyglądam się z boku temu wydarzeniu i wielu innym, zastanawiam się jak dalece może zaczadzić ludzi historia, kult wojowników, państwa i związanych z tym atrybutów – flagi, hymnu, tak jakby zwykła tożsamość narodowa nie wystarczała, kultura (a co za tym idzie i język) także. W to miejsce wchodzą przekonania i emocje niemal religijne, kultowe, które na przestrzeni dziejów bardzo często nie prowadziły do dobrych rzeczy, a wręcz przeciwnie – do rzezi, masowych eksterminacji, wszelakich ludzkich zwyrodnień. Widać nader kruche jest utrzymywanie równowagi pomiędzy patriotyzmem a nacjonalizmem, plemiennością a narodowością, egoizmem a altruizmem, a przede wszystkim nad zachowaniem człowieczeństwa.

Poszliśmy w górę placu. Część budynków ładnie podświetlona, szczególnie okazały XIX wieczny kompleks gmachów,

gdzie mieści się ratusz miejski

i montrealskie Archiwum. Niemal naprzeciw niski pałacyk – Château Ramezay, zbudowany dla gubernatora Ramezay w 1705 roku. Jest pierwszym budynkiem uznanym za historyczny monument w Quebecu i najstarszym, prywatnym muzeum prowincji. W 1894 roku montrealskie Towarzystwo Antykwariuszy i Numizmatyków kupiło budynek i stworzyło muzeum, którego okna z podświetlonymi zasłonami w starym stylu, bardzo mi się spodobały.

Gdy doszliśmy do auta spostrzegłem na bezchmurnym i wciąż niebieskawym niebie, nałożenie starego z nowym – szczyt kaplicy, a za nim “diabelskie koło”.

Wracaliśmy na zachód i ulica St. Denis była już w powodzi świateł.

Zaczęliśmy szukać parkingu na noc i gdy go znalazłem, parę ulic od naszego hotelu, Seweryn znów popadał w paranoję. Paręnaście razy czytał tablicę informacyjną, na której wyraźnie wypisane są godziny parkingu w okresie weekendu. Nie dowierzał, roztrząsał, chciał szukać innego, a przecież w centrum była kompletna “bryndza” z parkingami. Zaczął się trząść, wątpić, jednym słowem kłębek nerwów i pomieszania. Straszna, wręcz chorobliwa bezradność i jakiś oporny sposób myślenia. Kiedy już odpadły argumenty zholowania, zapłacenia kary, ukradzenia auta, włamania, “bo przecież ja za auto wynajęte u kolegi odpowiadam“ (tak jakbyśmy nie płacili tego po połowie, z odpowiedzialnością wspólną za wszystko, co miałoby się stać), zaczyna pojękiwać “ Jak my się jutro zapakujemy?” “Normalnie – odpowiadam – pójdziesz rano po auto, podjedziesz pod hotel i zapakujemy”.

Sądzę, że na mego przyjaciela, poza jego nieregularnym, wręcz wariackim trybem życia (nałogowe od lat zarywanie nocy), nachodzą czasami depresyjne stany, które objawiają się w różny sposób. W podróżach z nim wciąż trzeba być uważnym, bo jak wpadnie w ten stan, nawet nie zdając sobie w pełni sprawy z tego, staje się niegrzeczny w stosunku do ludzi, coś tam burczy pod nosem, powtarza jakieś wyrazy, co w sumie nie raz wzbudza w ludziach podejrzliwość, a czasem niesmak. Mogłem to wiele razy zaobserwować. A z drugiej strony jest tak poczciwym, miłym i uczynnym człowiekiem. Oczywiście się obraził, jeszcze bardziej, gdy go zagnałem do jego pokoju w głębi pomieszczenia, grożąc wielkimi konsekwencjami (obaj dobrze wiemy, że i tak się rozejdzie wszystko po kościach i tylko go najwyżej zrugam), jeśli będzie w nocy “dzięciolił” po komputerze. Czeka nas długa jazda do Toronto i ostatni dzień wspólnej podróży.

W moim pokoju przygoda – nagle z sufitu pociekła woda i w ostatniej chwili zdołałem przesunąć ciężkie łóżko. Wpadam do portierni, jest już inna pani i pędzi na górę sprawdzić co się stało. Okazuje się, że ludzie brali prysznic i za każdym razem u mnie woda ściekała z sufitu. Musiała pęknąć rura i pani bezradnie rozkładała ręce, bo weekend i nikt nie może teraz awarii zlikwidować. Wstawiliśmy dwie miednice, w których położyłem ręczniki, bo dźwięk kapiącej wody, szczególnie w nocy, jest dla mnie torturą. Wracam i nieco przemeblowuję pokój. Zszedłem z linii rażenia i spałem bez problemów.