Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

28 lipca Quebec

 

Wstałem o ósmej i przygotowałem śniadanie. Zaczyna się piękny dzień, ma być maksymalnie plus 23 i już można odczuć chłodny wiatr od rzeki. Ponieważ „śpiący rycerz” w totalnym rozgrzebaniu, wyszedłem na zewnątrz hotelu, zwanego oberżą, by się nieco rozruszać.

Niestety nie opanowałem umiejętności zdjęć architektury. Z oddali pół biedy, ale z bliska domy zaczynają się kłaść i szkopuł co tu zachować na zdjęciu w pionie, zgodnie z jego linią, a co poświęcić. Dowód w zdjęciu naszego hotelu.

Po powrocie udało mi się wyekspediować Seweryna przed 10-tą. Zanim odjechaliśmy, sfotografowałem wreszcie wnętrze Doży upakowanego naszymi rzeczami.

Hotel „Michel Doyon”, przy ulicy Sainte Foy, położony jest na wzgórzu, z dobrą lokalizacją blisko centrum i starego miasta.

Zanim tam się dotrze, jedzie się poprzez bardzo ładne ulice, na których stare

wdzięcznie miesza się z nowym,

bo tzw. plomby imitują dawny styl.

Miejscami trafia się na widoki żywcem z Paryża.

Postanowiłem jechać dokąd nas oczy i koła, a także nasze nogi poniosą. Miasto jeszcze było opustoszałe, minęliśmy budynek quebeckiego parlamentu

i znów dojechaliśmy do Równin Abrahama. Tam zaparkowaliśmy i obejrzeliśmy mapę centrum, by wiedzieć co warto zobaczyć.

Obszar nie za duży, ale nieco uciążliwy do chodzenia, bowiem górki i doliny. Zapragnąłem pójść pomostem pod cytadelą, a zarazem nad rzeką i potem dojść do słynnego zamku Frontenac i górą zawrócić do parkingu. Niestety Seweryn po paru minutach zrezygnował i oznajmił, że wraca do auta i posiedzi gdzieś tu na ławce i na mnie zaczeka. Zmartwił mnie tą decyzją, bo odpuszcza coraz bardziej chodzenie, co tylko pogłębia jego problemy. Lecz nie naciskałem i poszedłem dalej sam.

Najpierw natknąłem się na resztki fundamentów bunkra cytadeli z końca XVIII wieku, który według archeologicznych odkryć był zamieszkały przez oficerów. Zbudowano go w 1782 roku, zgodnie z europejskimi trendami owego czasu. Bunkry nie wymagały zbyt skomplikowanych robót, mogły być postawione szybko i były efektywne w działaniach wojennych. Natomiast prowizoryczną cytadelę zaczęto w 1779, a ukończono w 1783 roku, bowiem Anglicy obawiali się amerykańskiej inwazji. Trwała cytadela, zachowana w tamtym kształcie do dzisiaj, została ukończona w 1832 roku i nazywano ją Gibraltarem obu Ameryk. Później małe budynki (powierzchnia 7 na 5 metrów), których 60% struktury leżała w głębi skał cypla Diamant, zostały zniszczone przez pożar, najprawdopodobniej pomiędzy rokiem 1812 a 1814 i opuszczone.

Na zewnątrz stała wielka armata i ku memu zdziwieniu objaśnienie było tylko po francusku. Tekst przetłumaczyłem i okazało się, że z tego działa oddano salut w październiku 1971 roku, aby uhonorować stulecie uformowania 5 pułku Artylerii Lekkiej.

Na dolnym podeście stoi inne działo, wycelowane w kierunku doliny rzeki i jakiś starszy pan zatopiony był w odczytywaniu tablicy objaśniającej.

Poszedłem nieco w lewo, kierując się na mały wzgórek z którego miałem wczorajszą panoramę pod nieco innym kątem,

włącznie z betonową bryłą hotelu Le Concorde.

Doszedłem do krawędzi parku z widokiem na przeciwległy brzeg rzeki – na wysmukły kościół,

domy pogrążone w zieleni

i urządzenia portu

na przedpolu rafinerii.

Miałem teraz lepszy kąt widzenia na urządzenia małego portu, usytuowanego w miejscu porannego lądowania armii brytyjskiej.

Na szczycie łagodnego wzniesienia widać mury cytadeli

i od nich skierowałem się, do pomostów ze schodami na różnych poziomach (są także dwie kolejki szynowe – tzw. funicular),

pomostów prowadzących wzdłuż urwistego brzegu rzeki, zwanych Promenadą Gubernatorów. Promenadę otworzył 9 września 1960 roku, ówczesny premier Kanady, nieszczęsny John Diefenbaker. Nieszczęsny, bo on to bowiem zarządził zlikwidowanie zakładów produkujących wspaniały samolot bojowy Avro-Arrow (oblatywali go dwaj Polacy – Władysław Potocki i Janusz Żurakowski; Żurakowski był pierwszym pilotem w Kanadzie, który przekroczył barierę dźwięku), a także nakazał jego całkowite zniszczenie.

Przejście tymi pomostami związane jest z fantastycznymi widokami. Z lewej wznoszą się mury przyczółków cytadeli

ze sterczącymi paszczami armat.

Stok pokryty jest bujną roślinnością, czasem z przedziwnym kwiatostanem.

Zaś po prawej, gdy się schodzi na kolejny poziom, widok na potężną rzekę Św. Wawrzyńca, na której jachty

i przedziwne wiry,

przycumowane statki

i rozległa panorama rzeki.

Na głównej przystani pasażerskiej spory prom

i koło niego przedziwny, okrągły statek, przypominający dawne stateczki z delty Missisipi.

Za nimi, w głębi na lewo rozciągają się tereny starego portu. W oddali most prowadzący na wyspę d’Orleans.

Prom zdąża na drugą stronę rzeki,

skąd właśnie inny odpłynął.

Z tego poziomu można dojść wprost do dawnych umocnień fortów i zamków Św. Ludwika, które leżą poniżej poziomu promenady zwanej Tarasami Dufferin’a (433 metry długości i są częścią spacerowej drogi, mającej w sumie przeszło cztery kilometry), na cześć byłego gubernatora generalnego Kanady. Powyżej nich widać mały hotel zbudowany w 1830 roku i dopasowany stylem do innych budynków starego miasta.

Chateau St. Louis był oficjalną rezydencją gubernatora Nowej Francji, potem brytyjskiego gubernatora Quebecu i później Generalnego Gubernatora brytyjskiej Ameryki Północnej. Ta mania tytułów, nieco pompatycznych, ciągnie się wśród synów Albionu do dzisiaj, bowiem pewni członkowie Izby Lordów wciąż na przykład są lordami Nowej Szkocji, co odziedziczyli po swych przodkach z wieku XVII. Zdecydowana większość owych przodków nigdy nie stanęła na nowoszkockiej ziemi i niczego tam nie posiadali, poza dumnie brzmiącym i nobilitującym tytułem. Przypomina mi to snobizm klas biednych z Anglii, które po dorobieniu się pewnego majątku w Toronto, na przodzie swych domów, zdobnych czasem w neoklasycystyczne kolumienki, wystawili na przedprożach posągi brytyjskich lwów, jak u wejścia do zamku lub dworu dawnego pana.

Pierwszy, drewniany fort na szczycie cypla Diamant, który stanowił świetny i naturalny punkt obronny, wybudował w 1620 roku Samuel de Champlain. Potem on, jak i jego następcy, dobudowywali kolejne kamienne budynki, zamki oraz mury powstającego fortu. Reduta na cyplu Diamant jest najstarszą struktura militarną w Kanadzie i integralna częścią cytadeli. Po zniszczeniach wojennych z XVIII wieku i późniejszych pożarach, wiele budynków uległo zrujnowaniu i ich resztki leżą dziś poniżej poziomu promenady. Cypel Diamant nie jest zbyt bezpiecznym miejscem, ponieważ na skutek skomplikowanej budowy geologicznej zdarzają się obsuwiska (w wieku XIX zginęło tu w sumie 85 osób). W roku 2001 owo miejsce dawnych zamków i umocnień fortu uznano za Historyczne Miejsce Narodowe (miejscem Światowego Dziedzictwa UNESCO zostało w roku 1985) i w latach 2005 – 2007 przeprowadzono prace archeologiczne odsłaniając część starych fundamentów, ścian i murów, udostępnionych dla zwiedzania, na 400-lecie miasta, w roku 2008. Po pożarze, który niemal całkowicie zniszczył zamek Św. Ludwika w 1834 roku, w cztery lata później wybudowano pierwsze tarasy, nazwane Tarasami Durham’a. Paradoksalnie, ochroniły one archeologiczne ruiny czterech fortów i dwóch zamków, tym bardziej, że tarasy w latach 1870- tych zostały rozbudowane do dzisiejszej postaci i zyskały odmienną nazwę – Terrace Dufferin. Były nawet plany odbudowy dawnego zamku, ale zamiast tego postawiono w wieku XIX wielki hotel.

Quebec jest jedynym miastem w Ameryce Północnej, które zachowało większą część swego systemu obronnego. Co więcej stare miasto i przyległe dzielnice posiadają klasyczny styl ufortyfikowanych miast, budowanych pomiędzy XVII a XIX wiekiem. Ta dominująca obecność militarnych komponentów miasta odczuwalna jest do dzisiaj. Nie tylko cytadela i mury z bramami, ale stanowiska artyleryjskie, baraki i magazyny amunicji, place ćwiczeń i paradnych marszów. Dzięki temu, że ostatni konflikt zbrojny na tym kontynencie zakończył się w 1814 roku, miasto pozostało nienaruszone.

Przede mną ukazał się jeden z najczęściej fotografowanych hoteli na świecie – Chateau Frontenac.

Louis de Baude, Comte de Frontenac był gubernatorem Nowej Francji, przedtem założył szereg fortów francuskich nad Wielkimi Jeziorami, w tym Fort Frontenac, który dziś jest miastem Kingston, leżącym w prowincji Ontario, w miejscu skąd z jeziora Ontario wypływa rzeka Św. Wawrzyńca. Frontenac był niezłym awanturnikiem, czym się wykazał wcześniej w Europie, a potem za oceanem. Miał autorytarne zapędy i był zwolennikiem wykańczania Indian, głównie bitnych Irokezów, przy pomocy sprzedaży alkoholu. Doszło aż do jego dowołania, lecz kiedy wybuchł nowy konflikt, tzw. wojna Dziewięcioletnia, powrócił i od razu zaczął działania zbrojne. Do dziś znana jest jego bezczelna odpowiedź na propozycję ze strony angielskiego gubernatora Massachusetts, który wysłał oficera do fortu Frontenac z żądaniem poddania się – „ Nie ma innej odpowiedzi na propozycje twego generała, jak tylko z ust moich muszkietów i dział”.

Przedsiębiorstwo kolejowe Canadian Pacific Railway, które podjęło się budowy połączenia Montrealu – Vancouver, które trzęsło kanadyjską polityką i posiadało wielkie zasoby finansowe, wydało zlecenie na budowę luksusowego hotelu imitującego zamek. Zaprojektował go Bruce Prince w stylu neogotyku zmieszanego z neorenesansem i otwarcie nastąpiło w 1893 roku. W wieku XX dorobiono kolejne elementy, przede wszystkim w 1926 roku dobudowano wieżę. Na jego froncie, przy promenadzie stoi rząd dział i to akurat w miejscu, gdzie niegdyś były fortyfikacje. Przechodząc wpadła mi w oko rodzajowa scenka. Przed działami starszy pan grał na gitarze i śpiewał, a obok przechodziły dwa ufne maluchy, wprowadzające w ten krajobraz ech wojennych dziecięcą pogodność.

Parędziesiąt metrów za zamkiem, mając na uwadze czas i oczekującego Seweryna, zawróciłem i wspiąłem się po schodkach na tarasy de Saint Denis, mijając wpierw położoną w dole dzielnicę Petit Champlain, gdzie masowo osiedlali się Irlandczycy. W XIX wieku wylądowało ich tak wielu, że stanowili w tym rejonie miasta 72% populacji. Znajdywali zatrudnienie w porcie, stoczni i stacjach przeładunkowych drewna. Potem ukazała się inna część starego miasta z dobrze utrzymanymi budynkami.

W Quebecu mieszka przeszło pół miliona ludzi i zachwyciło mnie nie tylko staranne utrzymywanie starej architektury, wraz z zachowywaniem fasonu i stylu, lecz także dbałość o zieleń i generalną czystość.

Dotarłem na pobliskie wzniesienie z parkiem Bastion -de-la-Reine. Chodnik, balustrada, trawniki i pobliskie domy dosłownie wyglądają jak spod igły.

Gdy wskrobałem się do podnóża cytadeli roztoczył się widok na promenadę i rzekę w dole, wraz z okazałą bryłą hotelu-zamku.

Zauważyłem także postument z czyimś popiersiem i poszedłem zobaczyć kto zacz. Okazało się, że jest to replika popiersia, które już widziałem w Annapolis Royal – Sieur de Monts, lub Pierre Dugua de Mons, jeden z pierwszych kolonizatorów Akadii. Jego popiersie ustawiono tutaj w roku 2007.

Jeszcze jedno ujęcie hotelu Frontenac na tle rzeki i dalekich gór Laurentyjskich.

Przesunąłem się na skos w lewo, maszerując po trawniku. Bo tutaj, jak w wielu innych miejscach Kanady chodzi się po trawie bez przeszkód, a niekiedy nawet o to proszą, stawiając specjalne tabliczki. Spostrzegłem młodą kobietę, która zaintrygowała mnie swą całkowitą nieruchomością. Przykuta do jednego miejsca, bez ruchu wpatrywała się w rozciągający się przed nią widok, jakby go chciała zatrzymać w sobie na zawsze.

Idąc wzdłuż stoku wąską aleją prowadzącą ku fortyfikacjom, natknąłem się na kolejny, wypieszczony fragment starego miasta.

Następne schody i u ich szczytu mijam narożną basztę cytadeli,

dochodząc do głębokiej fosy,

gdzie trwają roboty budowlane.

Nie tylko z powodu starości konstrukcji, lecz niestabilności skał i gruntu. Stąd czasami wielkie metalowe bolce wbite w skały i zabezpieczone w wielu miejscach siatkami. Część fosy została wydzielona na parking dla zwiedzających cytadelę.

Jest już po jedenastej i zwiedzających przybywa,

przy czym największą popularnością cieszy się strzelenie sobie fotki z z młodym człowiekiem wdzianym w typowy mundur armii angielskiej z wieku XVIII.

To dlatego Irokezi i inni Indianie nazywali ich “czerwonymi kurtkami”. Później szukałem na Internecie zdjęcia, które by jak najlepiej oddało wygląd cytadeli i takowe znalazłem.

Zdjęcie z Internetu

Poczułem się nieco rozdarty pomiędzy ciekawością obejrzenia innych zakamarków Quebecu, a oczekującym mnie Sewerynem. Postanowiłem namówić go na podjechanie w obszar starego miasta, zaparkowanie i dłuższy spacer.

Dwa ujęcia na pobliskie miasta satelickie Quebecu,

minąłem pękaty moździerz,

potem wąska ścieżka doprowadziła mnie do metalowego mostku przerzuconego nad fosą i za chwilę wyłonił się znajomy widok, lecz znów ujęty z odmiennego kąta.

W oddali początek Równiny Abrahama

i czuję jak znowu rośnie temperatura. Seweryna znajduje w cieniu pod wielkim drzewem, gdzie czyta książkę z tableta. Ku mej uldze zgadza się w miarę ochoczo na mój pomysł powrotu na stare miasto i argument, że to jedyna okazja, aby coś tutaj zobaczył, przyjmuje do wiadomości. Mijamy dziwną strukturę ze stojącą nieopodal rzeźbą,

wjazd w zadrzewioną aleję

i docieramy do Grand Allée. Domy z dachami ze spatynowanej miedzi,

bajkowa wieża kościoła,

skręcamy w lewo przy Placu Montcalm’a z jego posągiem, na który sfruwa bogini z wieńcem laurowym (te zapędy artystów do patriotycznego zadęcia na podłożu kultury klasycznej są nieraz na granicy kiczu).

Docieramy do ciągu restauracji, kawiarni i pubów,

zatrzymuje nas uliczny korek i wtedy spostrzegam rozmawiające kelnerki i od razu odzywa się we mnie owa hrabalowska, “słowiańska wrażliwość” i trzask – jest zdjęcie.

Za moment jesteśmy w obrębie starego miasta,

jedziemy kawałek w dół

przeciskając się wąską ulicą Saint Louis

do Placu Broni, naprzeciw którego budynek muzeum Fortu.

Przy jednym z rogów Chateau Frontenac stoi rzeźba słonia.

Potem sprawdzimy skąd się tu wzięła, bo teraz najważniejszą sprawą jest znalezienie miejsce do parkowania. I następuje cud, na dobitkę przy budynku Seminarium Quebec– jest wolne miejsce.

Seweryn, mający wciąż w pamięci porażkę w Halifax’ie, wysyła mnie na przepytanie kogoś, czy rzeczywiście można tu parkować z plakietką inwalidzką, czyli za darmochę. Po wejściu kawałek w głąb podwórka, natykam się na strażnika, który solennie zapewnia, że miejsce jest bezpieczne. Nawet wychodzi na zewnątrz, aby się upewnić. Wielki sukces, możemy udać się na swobodną i długą włóczęgę.

Naprzeciwko mamy mały park Montmorency, leżący pomiędzy ulicami Cotê de la Montagne a Notre Dame. Côte de la Montagne zbudował Champlain w 1620 roku jako pierwsze, oficjalne połączenie dwóch poziomów miasta – Dolnego, gdzie żyli kupcy, rzemieślnicy i pracownicy, i Górnego – gdzie mieszkali politycy, wojskowi i elita religijna. Ostatnie budynki na tym terenie zostały zburzone w 1894 roku i utworzono park imienia Frontenac’a. Posadzono sporo drzew, umieszczono paręnaście armat

i postawiono tam pomniki – George-Etienne Cartier’a, jednego z ojców Konfederacji Kanadyjskiej, który był równoległym premierem obok Johna A. Macdonalda, pierwszego premiera Zjednoczonych Prowincji Kanady;

oraz pierwszych osadników – farmerów Nowej Francji: Louis Hebert’a z żoną Marie Rollet i Guillaume Couillard’a. Herbert jest uznawany za pierwszego aptekarza i pierwszego Europejczyka, który prowadził farmę rolną w Kanadzie (najpierw pobyt w Akadii w 1606 roku, a od 1617, wraz z żoną i trójką dzieci na stałe w mieście Quebec). Couillard był cieślą i wyemigrował z Francji w roku 1613. Po przybyciu do Quebecu ożenił się z córką Herbert’a (z tego powodu na jednym pomniku są te trzy postacie).

W późniejszym czasie, w uznaniu zasług otrzymał od króla tytuł szlachecki, nadany później także jego dwóm synom (miał w sumie dziesięcioro dzieci). Wielu potomków tej rozgałęzionej rodziny żyje do dzisiaj w Ameryce Północnej, m.in. obecny szef Partii Liberalnej Quebecu i premier prowincji Quebec – Philippe Couillard. Pomnik nieco mnie zaskoczył, bowiem na samej górze jest Herbert i to bardzo wysoko, a w dole jego małżonka z trójką małych dzieci i zięć.

Ale w tamtym czasie model paternalistyczny był szeroko rozpowszechniony i bezdyskusyjny. Można tam także odnaleźć tablice z nazwiskami pierwszy osadników w Quebecu (47 par).

Po wyjściu z parku poszliśmy w kierunku promenady, bowiem obchodząc ją wcześniej, służyłem teraz Sewerynowi za przewodnika, a przy okazji chciałem przyjrzeć się bliżej pewnym miejscom.

Poszliśmy w dół ulicy za Muzeum Fortu

i tam natrafiliśmy na schody prowadzące na pomost nad dawnym szczytem bramy Prescott (generał o tym nazwisku nakazał wybudowanie jej dla lepszej kontroli Górnego Miasta). Jest to jedna z pięciu bram prowadzących do tej części miasta, obok St. Louis, St. Jean, Hope i Du Palais. Dawne bramy były o wiele węższe, a brama Prescott’a została zburzona i w jej miejsce zrobiono most dla pieszych. Z ostatniego podestu ukazuje się znów bryła hotelu Frontenac.

Strome schody, po których się wdrapywaliśmy i które dały się szczególnie we znaki Sewerynowi,

w końcu XIX wieku amerykańscy turyści nazywali Stopniami na Złamanie Karku (The Break-Neck Steps), co już przyjęło się na stałe. Nam się udało bez poważniejszych przeszkód dostać na wyższy poziom i z mostu sfotografowałem obie strony biegnącej dołem ulicy.

Sewerynowi bardzo spodobał się hotel Frontenac, przeto powlekliśmy się w tamtą stronę, bo palące słońce dawało się mocno we znaki.

Miasto było pełne turystów,

a na widok tarasu oblepionego przez ludzi raczących się jakimiś smakołykami,

obaj poczuliśmy głód. Jednakże najpierw dotarliśmy w pobliże pomników, które chciałem zobaczyć z bliska. Pierwszy jest okazałym monumentem pamięci Samuela Champlain’a.

I znów u podstawy pomnika fruwa jakiś anioł grający na trąbie.

Postawiono go dokładnie w tym miejscu, gdzie Champlain wybudował pierwszy fort Louis. Posąg wyrzeźbiono w 1898 roku, z tego samego rodzaju wapienia, jaki został użyty do budowy łuku Triumfalnego i Bazyliki Montmartre w Paryżu. Przed obchodami 400-lecia Quebecu dokonano renowacji pomnika, bowiem nadwyrężyły go zmiany pogody i częste, ostre zimy. Twarz Champlain’a była nieznana, bowiem nie zachował się żaden jego portret. Oficjalny i jedyny portret z 1654 roku, ma twarz znanego z chciwości i bezwzględności, inspektora finansów Michela Particelli. Twórca pomnika, rzeźbiarz Paul Chevré, ocalał z katastrofy „Tytanika” w 1912 roku. W lipcu 1908 roku pod pomnikiem Champlain’a celebrowano 300 rocznicę założenia miasta.

Zaraz obok tkwi fikuśny pomnik Salvadora Dali zatytułowany „Przestrzenny słoń”.

Osiem jego egzemplarzy, 70-letni artysta odlał w brązie w roku 1980. Jest wierną kopią słonika namalowanego na obrazie Dale’go z 1944 roku – „Marzenie spowodowane przelotem pszczoły”. U podstawy widnieje na tabliczce cena sprzedaży – 3.6 mln CAD; właścicielem tej kopii jest szwajcarski kolekcjoner. Słonia ustawiono dwa miesiące przed naszym przyjazdem do Quebecu (aktualnie jest przeniesiony do Montrealu, gdzie będzie do końca 2019 roku, o ile nie zostanie wcześniej sprzedany). Małe modele tego dzieła są w szerokiej sprzedaży. Zdążając do następnego punktu – Parku Gubernatorów, z ogromną ulgą zasiedliśmy wpierw do wielkiej porcji lodów, sprzedawanych w małej kawiarni, na parterze hotelu Frontenac. Malutki ogródek, nieco chłodniej w cieniu hotelu i widok na przelewające się tłumy.

Po lodach obejrzeliśmy obelisk z 1828 roku postawiony ku czci dwóch generałów – Wolfe’a i Montcalm’a. Jest to najstarszy pomnik w mieście, na którego schodkową podstawę, bez żadnego skrępowania wspinają się dzieciaki.

Bardzo często za zachętą rodziców, którzy sami to nie raz robią. Szczególnie kusząca jest sytuacja pustego cokołu, gdy się na takowy natrafi. A jakie pozy wtedy ludzie przybierają! Taka już ludzka natura.

Namówiłem Seweryna, żeby przed lunchem podszedł ze mną na Tarasy Dufferin

i zobaczył panoramę rzeki w tym miejscu, gdzie wydaje się być najatrakcyjniejsza.

Uzmysłowiłem sobie, że obchodząc parokrotnie hotel dookoła nie zaglądnąłem weń bliżej. Podeszliśmy do jednego z głównych wjazdów,

od strony południowo wschodniej, który od ulicy des Carrières, poprzez  wewnętrzny podwórzec hotelu,

prowadzi do innego wjazdu, północno-zachodniego, od ulicy Saint Louis. Francuskie słowo ‚carriere’, można tłumaczyć jako kariera, ale też kamieniołom. Jest w tym zawarta swoista przewrotność losu pewnych osób, takich, które najpierw robią oszałamiającą karierę, a potem czasem lądują w kamieniołomach. Weszliśmy do wewnętrznego, obszernego dziedzińca,

gdzie znalazłem trzy tablice z informacjami.

Pierwsza zaświadcza, że tutaj obradowali alianci (Roosevelt, Churchill i kanadyjski premier W.L. Mackenzie King) w sierpniu 1943 i we wrześniu 1944 roku, omawiając strategie mające prowadzić do zwycięstwa. Druga tablica podaje, że w tym miejscu 16 października 1945 roku przedstawiciele 44 państw powołali agendę ONZ-u FAO, czyli Organizację ds. Wyżywienia i Rolnictwa. Na końcu umieszczono łacińską sentencję – „Fiat panis” (Niech będzie chleb), która figuruje w emblemacie tej organizacji. Trzecia informacja dotyczy krzyża maltańskiego (uwaga zwolennicy spiskowych teorii!!), umieszczonego od wewnętrznej strony drugiej bramy wjazdowej, W roku 1647 pierwszy gubernator Nowej Francji, a zarazem rycerz maltański, Charles Huault de Montmagny, umieścił ów kamienny krzyż w zamku Św. Ludwika. W 1892 roku podczas budowania hotelu został wmurowany ponad bramą dla pieszych, a gdy zdecydowano w 1920 roku dobudować wieżę, zainstalowano go w dzisiejszym miejscu.

Pierwotny projekt hotelu, w stylu zamku, sporządził w 1890 roku ten sam architekt, który zaplanował budynek Zgromadzenia Narodowego (Parlamentu) w Quebecu – Eugene Taché. Amerykanin Bruce Price został wybrany na architekta dozorującego budowę, która odbywała się etapami. Pierwsze pomieszczenia otwarto w 1893 roku, w sześć lat później dobudowano skrzydło zwane Cytadelą; po 1909 doszło skrzydło Mont-Carmel i ostatecznie w latach 1920-1924, dwaj wybitni architekci, bracia Sutherland Maxwell, uzupełnili bryłę budynku skrzydłem Saint-Louis i wznieśli Główną Basztę. Od początku hotel stał się wielką atrakcją, a po II wojnie wręcz pokazową wizytówką Quebecu. W 1981 roku wpisano go na listę Narodowych Miejsc Historycznych Kanady, w 1993 dobudowano ostatnie skrzydło – Claude Pratte, gdzie mieści się basen, centrum fitness i taras widokowy. Mogę się zgodzić z Sewerynem, że hotel jest tak odpicowany, jakby go niedawno ukończono, ale nawet nie trzeba być Krezusem, aby w jednym z 618 pokoi, spędzić chociaż jedną noc (od 430 CAD na dwie osoby) z fantastycznym widokiem na stare miasto i majestatyczne okolice doliny rzeki Św. Wawrzyńca.

Powyżej głównej bramy jest kolejna, którą można przejechać ulicą du Tresor na drugą stronę, do ulicy Saint Louis. Widnieją nad nią dwa, typowe brytyjskie lwy trzymające tarcze.

Na jednej widnieje litera E, czyli zapewne English, a poniżej na filarze, przy odpowiednim nakierowaniu wyobraźni, da się zauważyć rycerski hełm wyglądający jak pysk żaby z wybałuszonymi oczami. Przy zmianie kąta widzenia wyłania się łeb kaczki. Na przeciwległej stronie, na tarczy jest litera F, czyli zapewne French, a poniżej taka sama płaskorzeźba, lecz nie przypominająca żaby. Natomiast przy uruchomieniu tych samych pokładów wyobraźni i zmianie kąta widzenia, wyłania się sympatycznie uśmiechnięta morda polarnego misia. Może to wszystko za przyczyną figlarnego amerykańskiego architekta, który miał odpowiedni dystans do zawikłanych relacji francusko-angielskich w Quebecu i nie tylko. Lecz jest tu także inny przekaz, nasuwający się po uważnym przeglądzie lwich głów, szczególnie ich rozwartych paszcz. Otóż mają one powyłamywane niektóre zęby, a kły wcale nie takie ostre. W tym obrazie i wyrazie zawiera się symboliczny skrót historyczny zmian na przestrzeni ostatnich 400 lat.

Przeszliśmy przez podwórzec hotelowy do ulicy Św. Ludwika, a tam dziki tłum, spacerujący i siedzący w kafejkach przy budynku z soczyście czerwonym dachem.

Poszliśmy w lewo i ulicą des Jardins doszliśmy pod budynek ratusza,

przechodząc przed jego frontem.

Potem w dół ulicą Cote de la Fabrique,

zostawiając za naszymi plecami bazylikę Notre Dame de Quebec,

którą postanowiliśmy obejrzeć później. Zagłębiliśmy się w gwarną i tłoczną ulicę,

gdzie przy jej rogu z uliczką Garneau,

zoczyłem bistro i restaurację zarazem – „Chez Livernois”. Po prawdzie to najpierw poczułem smakowity zapach potraw serwowanych w maleńkim ogródku i tu wreszcie zalegliśmy na dłużej, by zjeść lunch i nieco odsapnąć. Zaraz obok jest spory pub irlandzki, z nieśmiertelną nazwą „St. Patrick”.

W oczekiwaniu na jadło rozglądałem się po okolicy, gdzie znów spiętrzenie różnych poziomów dachów, przypominało pewne dzielnice Paryża.

Zjadłem świetnie przyrządzoną kaczkę z opiekanymi ziemniakami i warzywami, którą popchnąłem równie dobrym piwem „Trembly”. A potem małe macchiato i przyglądanie się ludziom.

W Ameryce Północnej uderza człowieka spora ilość otyłych osób, ale od pewnego czasu da się to także zauważyć w Europie. Przyczynami jest wyżerka, którą na dobitkę ilustruje się fotkami robionymi z komórek. Kapuściński miał rację – w tym społeczeństwie nadmiaru, jedzenie stało się jednym z głównych tematów rozmów i przechwalań, obecnie popartych zdjęciami. Je się i bardzo często jednocześnie opowiada innym co się jadło przedwczoraj, lub tydzień temu, jaka świetna była restauracja w zeszłym roku w Toronto, a na przyszłe wakacje powinniśmy zajrzeć do Sevilli, bo czytałem, że tam podają… I tak to się ciągnie. Druga przyczyna, a może pierwsza?, to zanieczyszczenia i nasycenie jedzenia chemią (utwardzacze, antybiotyki, hormony), trzecią brak ruchu, przyklejenie do telewizora lub/i komputera. Ja mam przynajmniej usprawiedliwienie, bo na komputerze opisuję swoje podróże, więc jest to moje podstawowe narzędzie pracy. Jak pomnę, najpierw było ręcznie i czasem, gdy myśli płynęły wartką strugą, pisałem aż do bólu palców i nadgarstka. Potem niemieckiej produkcji maszyna do pisania (jak ona się nazywała? Chyba „Olimpia”), którą tak lubiłem, że jak w końcu odmówiła posłuszeństwa, przerobiłem jej części na rzeźbę abstrakcyjną, która do dziś stoi na biurku, w mym mieszkaniu w Toronto. I nieraz napełnia mnie czułością i przeróżnymi wspomnieniami – od złych do bardzo dobrych. Teraz komputer, bez którego nie wyobrażam sobie procesu pisania, szczególnie wraz z umieszczaniem swoich zdjęć w tekście. Uważam, że piszę i konstruuję zarazem elektroniczną książkę.

Potem zaobserwowałem matkę z córką, której robiła szereg zdjęć w pozycjach modelowych, w owej wąskiej uliczce Garneau. Wyglądało to tak, jakby przygotowywały zestaw zdjęć dla agencji modowej czy reklamowej. Córcia mogła mieć pomiędzy 16 a 18 lat maksimum. Przybierała pozy i wyrazy twarzy rodem z telewizji i podpatrzonych pokazów. Jeden, wielki schemat, który odbierał jej wdzięk młodości. Nic dziwnego, że na wybieg wychodzą potem podobne lale. Może w wypadku Victoria Secret jest nieco inaczej, bo dodatkowa scenografia i fantazyjne dodatki do strojów, że o urodzie tych panienek nie wspomnę i ich właściwych proporcjach, bez wychudzenia lub sztukowania różnych miejsc. Ach, ten znakomity film starego mistrza Roberta Altmana „Pret-A-Porter” (Ready to wear)”, czyli według mego tłumaczenia „Modowe gotowce”.

Przed dalszą wędrówką zajrzałem do środka budynku. Ależ stylowe wnętrza

z odmiennymi wystrojami!

Pomiędzy nimi natknąłem się jeszcze na leciwą kasę.

Pokrzepieni i nieco wypoczęci ruszyliśmy na włóczęgę po starym mieście,

krążąc jego ulicami i natykając się na szczególne konstrukcje schodów.

Do budynku bazyliki

przylegają pomieszczenia najstarszego uniwersytetu kanadyjskiego – Laval.

Powstał w 1663 roku jako seminarium szkolące duchownych, a od 1852 roku stał się uniwersytetem. Potem otworzono jego filię w Montrealu, która w roku 1920 stała się samodzielnym Uniwersytetem Montreal. Zaszedłem na obszerny dziedziniec, ale nie ma on tego sznytu jaki ma Jagiellonka.

Dwa kroki dalej bazylika

i na chwilę zaszliśmy do środka.

Potem nogi nas poniosły w wąską i zamkniętą dla ruchu uliczkę Św. Anny, gdzie stoiska bukinistów, sprzedaż dzieł sztuki i wyrobów jubilerskich i ciąg kawiarenek.

Stamtąd zawróciliśmy i poprzez ulicę De Baude wylądowaliśmy znów na Placu Broni z pomnikiem Wiary (Monument de la Foi). Wybudowany w stylu gotyckim upamiętnia trzechsetlecie katolicyzmu w Kanadzie; odsłonięty w roku 1916 składa się z fontanny o 10-metrowej średnicy i 12-metrowego posągu.

Bardzo lubię takowe chodzenie po nowym miejscu bez przewodnika i przewodników pisanych. Na żywioł, czasem jakaś notatka, lecz najwięcej pracy po, gdy się na podstawie swojego zdjęcia, konfrontuje je ze wszystkimi dostępnymi materiałami. A że coś czasem umknie… żaden problem. Ewentualnie można się tam wybrać jeszcze raz. Weszliśmy w ulicę Św. Ludwika, skąd znów widać urokliwy fragment, z pięknie zaśniedziałą wieżą w tle.

Po lewej dwupiętrowa „Cafe de Paris” będąca jednocześnie restauracją. Przez otwarte okno widziałem jej piękny wystrój, kojarzący mi się z podobnym lokalem w Buenos Aires – słynnym „Cafe Tortoni”. Była prawie 15.30 i w środku pustki.

Zaraz skręciliśmy w idącą nieco w dół ulicę Św. Urszuli, bo zoczyłem dom z zawieszonymi werandkami.

Wróciliśmy na Św. Ludwika, z daleka widząc obszerną bramę wkomponowaną w miejskie mury.

Domy przy schodzącej ze wzgórza ulicy d’Auteuil mają obfite kwiatony pod parterowymi oknami i ozdobne latarnie.

Jeden z dorożkarzy patrzy zachęcająco w naszym kierunku,

lecz my uparcie dalej piechotą. Coraz większy spadek ulicy zachęcił nas do skrętu w prawo, w ulicę Dauphine, która zawiodła nas do Św. Anny, gdzie natrafiliśmy na mały park przed ratuszem. Jego inna nazwa – „Hotel de Ville”, czasem myli turystów biorących go omyłkowo za hotel. Na skwerze jest wielka fontanna tryskająca wprost z poziomu chodnika i stoją rzeźby. Myślałem, że jedna z nich jest Mitoraja,

ale to dzieło Julesa Lasalle zatytułowane „Wzlot” i poświęcone 11 zgromadzeniom zakonnym, nauczającym w Quebecu od końca XVII wieku.

Naprzeciw parku strzela w górę 18-piętrowy wieżowiec, Budynek Price (wybudowany przez przedsiębiorstwo braci Price), ukończony w 1931 roku. Jego styl i wysokość, oraz umieszczenie w centrum starego miasta od początku budziło kontrowersje. Był jednym z najwyższych drapaczy chmur w Kanadzie. O, ironio, budynek jest jak pamiątkowy grobowiec po braciach Price, którzy niemal zbankrutowali podczas Wielkiej Depresji. Budynek zakupiło w 1983 roku miasto, lecz szybko trafił pod zarząd przedsiębiorstwa handlu nieruchomościami (Ivanhoe Cambridge), w którego posiadaniu jest do dzisiaj. Od roku 2001, szesnaste i siedemnaste piętro budynku jest oficjalną rezydencją premiera Quebecu. Główne drzwi sprawiają wrażenie, że są ze złota, a jak wiemy, nie wszystko złotem co się świeci.

Obok wejście do siedmiopiętrowego hotelu „Clarendon” ze 143 pokojami, w dość przyzwoitej cenie (od 110 CAD w górę).

Na skwerze jest także wielki, artystyczny zegar (3,5 metra wysokości, około dwie tony wagi), który jest prezentem z kantonu Jury w Szwajcarii, z okazji 400-lecia miasta. Jego projektodawca i konstruktor, Richard Mille, złożył go z niezwykle precyzyjnych 5 451 części, co zajęło mu 10 523 godzin.

Zamknęliśmy kolejną pętle, mijając bazylikę i wchodząc w ulicę De Buade, wypełnioną sklepami.

Tam, ku mej radości, znalazłem dobrze zaopatrzony sklep z wyrobami indiańskim, przez nich także prowadzony i kupiłem wreszcie solidny rzemyk do mego woreczka z amuletem – kamyczkiem z plaży nad Atlantykiem i muszelką z plaży nad Pacyfikiem. Na tejże ulicy minęło nas porykujące, dziwnego kształtu auto.

Zbliżała się szesnasta i mieliśmy już dość spacerów. Skierowaliśmy się ku naszemu Doży. Przed starym budynkiem mieszczącym pocztę, niedaleko posągu Wielebnego Laval’a,

uliczny grajek pięknie grał na saksofonie utwór “Baker street” Rafferty’ego.

Przeszliśmy koło dział tkwiących na wałach nad rzeką,

kawałek w lewo i…samochód jest. Miejsce parkowania było znakomite.

Zjechaliśmy stromą ulicą i namówiłem Seweryna do skrętu w lewo i przejechania niedaleko terenów portowych.

Musieliśmy jednak zawrócić, bo ulica kończyła się bramą, przejechaliśmy koło wielkich hal targowych Marche du Vieux- Port de Quebec

i wypadliśmy na prowadzący nad rzeką bulwar Champlain’a. Robiłem teraz zdjęcia wprost przez otwartą szybę auta. Najpierw imponujący budynek straży pożarnej,

potem wysoko nad nami część starego miasta.

Za nią ukazała się wyniosła bryła Chateau Frontenac,

esowaty zakręt i urocza uliczka w średniowiecznym stylu – Marche Champlain.

Te domy pod skarpą i schodzące ze skarpy, ładne, czyste, zadbane. I przeplatane oazami zieleni bujnie pleniącej się na urwiskach.

A po lewej rzeka i płynące po niej statki.Jakież to urocze miasto!

Są też inne rodzaje domów, cegła z drewnianymi balkonami, wychodzącymi wprost na rzekę.

Zza kolejnego zakrętu wyłaniają się pękate banie zbiorników przy małym porcie.

To owo historyczne Fulon. W niektórych miejscach urwisko niemal w pionie, ale u góry pokryte zielenią.

Stajemy na światłach, w prawo zalesiona droga prowadząca na wzgórze Gilmoura.

I od razu napływa solówka z “Comfortably numb”. “Skręć w prawo” proszę Seweryna i już jesteśmy na początku parku Równin Abrahama.

Jedziemy w cieniu drzew, przyjemny chłód, przemierzamy wczorajszą trasę. Wspinamy się, rząd bloków po lewej, potem małe domki i dojazd do innej drogi. “W lewo czy w prawo” pyta Seweryn i trzymając w ręku mapę odpowiadam “w lewo” i za chwilę jesteśmy na 175. Po paru minutach proszę Seweryna byśmy skręcili w lewo, w bulwar Mercier’a, bo w oddali widzę znów bramę Św. Ludwika i już mam jej dość. Dojeżdżamy do bocznej ulicy Św. Jana i w nią skręcamy. I niespodzianka, następna brama.

Za nią kluczenie po uliczkach, bo niektóre są jednokierunkowe. Wyskakujemy ponownie na ulicę Duphine, tym razem od drugiej strony i …kolejna brama.

Za murami szybko wpadamy w nowocześniejszą część miasta. Teraz maksymalne skupienie, bo zaczyna się plątanina dróg. Rzucam tylko krótkie komendy “ w prawo”, “prosto”, “tu już w lewo”, “teraz w 175” i dopiero potem widzę, że ów numer na mapie mają dwie, rozdzielone drogi, które na dobitkę biegną wzdłuż siebie. Nasza 175 przemienia się w ulicę Couronne i w pewnym momencie mam wrażenie, jakbym znalazł się w…Gdyni.

Po chwili orientuję się, że jeśli nie zawrócimy wyrzuci nas poza miasto. Komenderuję “w lewo” i “zaraz w lewo” i jesteśmy na 175, które tu nazywa się ulicą Dorchester. “Czy my dobrze jedziemy?” zamartwia się Seweryn, lecz go uspokajam – “nie patrz na nazwy, jedź cały czas prosto, aż dojedziemy do znajomych kątów.” Na razie ich nie widać,

pędzimy w strumieniu aut, jest już Grand Allee i tu na skutek zmęczenia, napięcia i diabli jeszcze wiedzą czego robię kardynalny błąd, prosząc o skręcenie na lewo. Zaliczamy kolejny raz park na Równinach Abrahama i wyrzuca nas w to miejsce skąd ruszyliśmy przeszło godzinę temu. Jesteśmy ponownie na nadrzecznym bulwarze, zbiorniki i już niemal czarny stok po prawej, bo jest prawie szósta wieczorem.

Seweryn ma tę dobrą cechę, że jak się zaplącze, próbuje to żmudnie rozplątać, mimo iż potrafi zaplątać się ponownie. Ale po paru latach wspólnych eskapad wie, że zawsze potrafię się wywikłać z zawiłości dróg. Mam u niego kredyt zaufania w tej materii.

Gnamy bulwarem w nieznanej nam części, skarpa się tutaj obniża i nie ma jej tak blisko rzeki i drogi. Po prawej ładne osiedle,

przed nami kratownica mostu

i pocieszam Seweryna, że musi być tam wjazd na 175. Spod kratownicy widać most, którym wjeżdżaliśmy prawie miesiąc temu do Quebecu. Jadący po nim autobus wygląda jak zabawka.

Z lewej strony po rzece płynie paropiętrowy wycieczkowiec.

Podjazd, straszna plątanina dróg, ślimaków, rozjazdów, 73 na północ powinno nas wyprowadzić. Następny ślimak, znak quebeckiego akwarium, w lewo strzałka do 175, tam skręcamy i za chwilę, uff – znak 175 Nord. Jedziemy teraz po szerokiej ulicy zwanej Drogą Hotelów. Jest znak zjazdu na lewo, znów w lewo, trochę niepokoju, ale nagle wyświetla się znajomy fragment 175. Skręt w Avenue Holland i już jesteśmy.

Po godzinnej drzemce i prysznicu, około dziewiętnastej udajemy się na kolację w znaną nam okolicę, czyli do ogródków na Grande Allee. Znów się trochę zaplątaliśmy, ale poszczęściło nam się ponownie z parkingiem. W zachodzącym słońcu stare odbija się w nowym,

wieże kościołów pokrywają się zmatowiałym srebrem

i nawet surowy beton hotelu Le Concorde nieco wyładniał.

Zapalają się światełka

i przybywa coraz więcej ludzi.

Na niebie blady półksiężyc,

okrągła restauracja na szczycie Le Concorde wygląda jak nasadzony kamienny krąg.

Około 20.30 znów się nam poszczęściło, ze zwalniającym się akurat miejscem w ogródku restauracji „Les Brasseurs”. Jem cienki chleb francuski z serami, rukolą, suszonymi pomidorami i grzybami – pychota. Jasne piwo i spływa na mnie spokój wieczoru, mimo gwaru i przepływających fal ludzi.

Wracamy do auta w cieple rozświetlonego wieczoru,

w którym wieża kościoła na sprzedaż przybiera odmienną barwę.

Nad innym kościołem zawiesił się księżyc.

Wracamy przed 22-gą do hotelu. Ktoś zaparkował na naszym uprzednim miejscu, więc Seweryn wpada w paranoję, że jak auto będzie dalej, to mogą je okraść. Przekonuję go, że mówi bzdury i nie może zaparkować auta, tak aby innym utrudniał wyjazd. Bo chce je postawić niemal w poprzek. Zaczyna się przerzucanie argumentami, które Seweryn podsumowuje stwierdzeniem, że zawsze narzucam swoja wolę. Tłumaczę mu, z pewną dozą zamierzonej złośliwości, bo mnie zirytował, że po prostu kieruje się rozsądkiem – „którego nie masz za grosz” i logiką – „której tym bardziej ci brakuje”. No i obraza. By dać mu odpocząć wychodzę z pokoju i przerzucam zdjęcia na dole, w kuchni, uzupełniając także notatki.