Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

27 lipca St. Andrew – Edmunston – Quebec City

Poranne poganianie Seweryna, w naszym obszernym pokoju. Po śniadaniu Seweryn poszedł się pakować, a ja obszedłem hotel z zewnątrz, zauważając, że tylko my w nim pozostaliśmy.

Było dopiero parę minut po dziewiątej i po zjeździe z St. Andre,

wpierw podjechaliśmy pod wodospady, które noszą dumną nazwę Grand Falls (Wielkie Wodospady). Tymczasem z powodu stojącej tam elektrowni, są o wiele mniejsze.

Buszujący przedtem silny prąd rzeki wyrzeźbił podstawę wodospadu,

pozostawiając miniaturowe półwyspy

i zagłębienia.

Wybudowano tu atrakcję w postaci zjazdu po stalowej linie, rozpiętej pomiędzy ścianami kanionu i nad wodospadem. Akurat zjeżdżała dwójka ludzi i zdjąłem ich przejazd.

Poprosiłem Seweryna abyśmy podjechali do wczorajszej restauracji, bo chciałem ją uwiecznić. Po drodze trafiliśmy na pomnik słynnego dżokeja z Grand Falls – Ron Turcotte’a,

który w 1973 roku, zdobył na koniu zwanym Secretariat, tzw. Potrójną Koronę (Triple Crown) – na derbach w Kentucky, Nowym Jorku i w Calgary (tam też wystawiono mu pomniki). Stało się to po raz pierwszy od 25 lat, a szybkość jaką osiągnął podczas tych trzech wyścigów, jest niepobita do dzisiaj. W 1978 roku Turcotte, po upadku z konia podczas wyścigu, został sparaliżowany od pasa w dół. Ów pomnik, który oglądaliśmy, został odsłonięty w roku 2015. Odnaleźliśmy restaurację „Le Grand Saut” bez problemów, tym bardziej, że się wyróżnia swoją architekturą.

Przed dziesiąta opuściliśmy miasto, gdzie za wyjazdem na znaną nam sprzed niemal miesiąca autostradę, stoi olbrzymi tartak.

Zresztą co chwila człowiek natyka się tutaj na tartaki i wytwórnie celulozy.

W jednym miejscu, na płocie zabezpieczającym przed łosiami, przysiadł spory jastrząb.

Szybko dojechaliśmy do Edmunston, którego strategiczne położenie, dodatkowo na wysokich skałach, stanowiących część Appalachów,

odegrało rolę w konflikcie pomiędzy USA, konkretnie stanem Maine a Kanadą, w latach 1838-39. Amerykański biznesmen, John Baker, zaciekły nacjonalista, wybudował na kanadyjskim brzegu tartak i zespół budynków związanych z przemysłem drzewnym. Po kilku potyczkach doszło do porozumienia i biznesmen, pozostawiony przez rząd amerykański samemu sobie, miał się podporządkować brytyjskiej Koronie. Uprzedzając wydarzenia ogłosił ten obszar niepodległym państwem i nazwał Republiką Madawaska, w czym ochoczo poparli go lokalni Francuzi. Niepodległe państewko nigdy nie zostało zaakceptowane przez USA i Kanadę, ale wielki sentyment do nazwy (używają ją do dziś, zarówno Amerykanie z Maine, jak i Kanadyjczycy z Quebecu), a także pewna niezależność pozostały. Na przykład kolejni burmistrzowie Edmunston noszą dodatkowo, honorowy tytuł prezydenta Republiki Madawaska, która ma nawet swoją, wywieszaną publicznie flagę, wymyśloną przez żonę Bakera.

Edmunston pod względem liczebności osób frankofońskich (95%), jest na trzecim miejscu w Ameryce Północnej, poza miastami w Quebec i na Karaibach. Inne miasta mają nawet większą populację francuską, ale nigdzie nie stanowi ona tak wysokiego procentu mieszkańców. Dodatkowo nie poczytują się za Akadyjczyków, jeno potomków społeczności francuskiej z Quebecu, zmieszanej z małym procentem irlandzkich emigrantów i oryginalnych Akadyjczyków. Nie utożsamiają się także z typowymi Québécois i mówią w specyficznym, lokalnym akcencie, zwanym „l’accent brayon”. I jeszcze jedna ciekawostka – port lotniczy Edmunston jest usytuowany w odległości 21 kilometrów od miasta, już w granicach prowincji Quebec.

Wrażenie miałem nie najlepsze, nie tylko z racji zachmurzenia rozciągającego nieco ponurą atmosferę nad miastem. Przede wszystkim raził mnie widok dymiących zakładów przemysłu drzewnego,

i to na tle fikuśnego parku,

oraz natrętny, przemysłowy zapach unoszący się w powietrzu. Postanowiliśmy go zwalczyć o wiele milszym zapachem kawy w „Hortonsie”. Tam zaczepił nas, siedzący obok z niewiastą, jakiś człowiek, dopytując się w jakim to języku rozmawiamy i czy przypadkiem nie jesteśmy Rosjanami. Okazało się, że to będący już na wczesnej emeryturze, kanadyjski żołnierz sił specjalnych ONZ-u. Był w Serbii i Bośni i nie musiałem go wypytywać o tamtejsze doświadczenia, wiedząc jakie tam były warunki i z jakimi zagrożeniami się spotkali, głównie z powodu serbskich nacjonalistów. W czasie niemal półgodzinnej konwersacji, dokonaliśmy przeglądu zagadnień światowych, a także lokalnych, zgadzając się, że jednym z największych cyników i niestety najbardziej sprawnych spryciarzy i manipulantów, jest kolega Putin. Próbuje go dojść paru innych, jak Trump, dyktatorzy z Azji i pewne europejskie „prawiczki”. I tu pokrótce zaznajomiłem żołnierza z sytuacją w Polsce. Rozstaliśmy się z konkluzją, że nie ma to jak bezpośrednie kontakty między ludźmi, ponad, obok i poza politykami, mediami, pewnym finansistami i biznesmenami oraz innymi manipulantami społeczeństw. A ku temu, ku poznawaniu i zacieśnieniu związków ludzkich, najlepiej służą podróże.

Edmunston pożegnał nas widokiem budynku mieszkalnego,

skąd zapewne jest imponujący widok na doliny rzek Madawaska i St. John, a także stan Maine, po drugiej stronie rzeki. Przejechaliśmy most nad rzeką Madawaska i pognaliśmy ku granicy z prowincją Quebec.

Po przekroczeniu granicy,

zapewne aby mnie jeszcze więcej rozdrażnić, pojawiły się znaki ostrzegające przed łosiami.

Mijaliśmy wielkie silosy na farmach,

a następnie malowniczo położone jezioro Temiscouata.

Gromadzące się chmury nadały jezioru srebrzysty odblask.

Poprzez jezioro kursują małe promy i część jego obszaru wchodzi w skład parku narodowego.

Zaczęło się robić duszno i parno, temperatura znów doszła do 30 stopni. Ta zmiana pogody spowodowała, że na parę minut przysnąłem. Przed południem, na wjeździe do miejscowości Notre-Dame- du-Lac ukazały się wijące pasma dróg.

Autostrada i towarzyszące jej boczne odnogi tworzą swoisty rodzaj drogowej grafiki.

Po paru kilometrach znak drogowy nad szosą z zabawną nazwą miejscowości – Saint-Louis-du-Ha!-Ha!, jak najbardziej z dwoma wykrzyknikami. Parę kilometrów dalej malutka miejscowość Vauban i przy samej autostradzie zgrabny, mały domek nieco w stylu budownictwa kamiennych domków z początku XIX wieku, a w tle wiek XXI – turbiny wiatrowe na wysokim wzgórzu.

Przeglądam mapę i zaczyna mnie znów kusić przedłużenie podróży. Proponuję, abyśmy wjechali do Rivière du Loup i spróbowali przepłynąć na drugą stronę rzeki promem i stamtąd nową drogą dojechali do miasta Quebec. Seweryn ma bardzo fajną cechę, że przystaje na takie dodatkowe rozwiązania, lubi nowe ścieżki. Wątpliwości czasem dopadają go później, gdy droga się komplikuje. Dojeżdżamy do rozjazdów i maksymalnie się skupiam, bo mamy do pokonania plątaninę dróg. Dalej jest duszno i spada krótkotrwały deszcz. Zjeżdżamy z głównej autostrady, w boczną ulicę Riviere Verte i proszę Seweryna by po pierwsze zmniejszył szybkość, a po drugie uważnie słuchał moich wskazówek. Cały czas mamy jechać prosto, aż dojedziemy do centrum Riviere du Loup. Najpierw miejscowość Riviere Verte i gdy za nią znów pojawiają się lasy, pola i pustawe przestrzenie, mój przyjaciel zaczyna się niepokoić. Uspokajam go i potwierdzam, że cały czas dobrze jedziemy. Za chwilę kolejne skupisko domów, fabryczek, wielkich parkingów dla ciężarówek. Esowaty zakręt z mostem ponad rzeką du Loup, kręto pod górę, mnóstwo bocznych uliczek, „trzymaj cały czas prosto” przypominam. Rozwidlenie, kieruje nas w prawą odnogę, za następną górką pojawia się główna ulica nr 132 i z niej potrzebujemy 20-tkę na wschód, aby dojechać do przystani promowej.

Jak z tej plątaniny wybrnąłem sam nie wiem. Po przejechaniu ronda w ostatniej chwili zauważyłem zjazd w lewo, na 20 wschód. Nieco ścięliśmy ze dwa pasy jazdy, ale na szczęście nie było na nich nikogo, myk w lewo i długa pętla, ku mej uldze i radości, wyprowadziła nas na 20, skąd już było widać brzegi szerokiej rzeki Św. Wawrzyńca.

Podczas przejazdu nadrzecznym mostem zdążyłem zdjąć panoramę miasta z charakterystycznym szpikulcem kościoła św. Patryka.

Estakadą na wyższy poziom i wpadamy na 132 i wtedy odkrywam, że przedtem wcale nie musieliśmy wykonywać tak skomplikowanych manewrów, ale jechać dalej prosto. Zjeżdżamy w kierunku portu, pusty plac nagrzany słońcem. Seweryn zostaje w aucie, idę zasięgnąć informacji. Wpierw na przystań, lecz brama zamknięta. Wiatr tu taki, że przenika mnie chłód. Żadnej przejrzystej informacji, budka z biletami zamknięta. Wokół kręci się gromada Chińczyków, która wysypała się z turystycznego autobusu. Wyglądają na nie mniej zagubionych ode mnie. Nikogo z obsługi nie ma. W końcu zaczepiam jakiegoś kanadyjskiego turystę, który mówi mi, że prom odpływa dopiero za godzinę, następną godzinę zajmuje mu dobicie do Saint Simeon po drugiej stronie, a cała przyjemność kosztuje sto dolarów. Cena niemal zwala z nóg i oczywiście rezygnuję z takowej eskapady.

Wracamy na górkę i widzę, że po lewej stronie jest zjazd do parku – Park of the Pointe. Namawiam Seweryna na postój i krótki spacer, bo tu też przyjemny chłodek ciągnie od wody.

Na słońcu jest nie do wytrzymania.

Po przeciwnej stronie dalsze, zamglone brzegi tej ogromnej tutaj rzeki.

Po krótkim spacerze jedziemy dalej i gdy skręcamy 20 na zachód, zdejmuję cypel z ulokowaną na jego końcu przystanią promu.

Posuwamy się na południe, jest po trzynastej i cały czas duchota. Miejscami soczysta zieleń pól na łagodnych wzgórzach,

a dosłownie za moment znajomy krajobraz zalesionych bochnów – “monadnock” (ostańce).

Tutaj także nieprawdopodobne zagęszczenie świętości w nazwach,

podparte częstymi sylwetkami dość obszernych kościołów. Ujrzawszy zespół obszernych budynków w miejscowości La Pocatière, z powodu naporu tej świętości, wziąłem je mylnie za zespół klasztorny.

Tymczasem jest to połączony zespół budynków, gdzie mieszczą się trzy college techniczne (od 1967 roku), pierwsza szkoła rolnicza w Kanadzie, założona w 1859 roku i rodzaj muzeum etnologicznego w postaci Czerwonego Kręgu, zawierającego siedem miejsc, pozwalających zapoznać się z naturą, historią i kulturą tego obszaru w przeszłości i obecnie. Jak w wielu miejscach nie starcza czasu, aby z czymś interesującym się zapoznać….

Gnaliśmy 100-120 km/godz. wzdłuż rzeki, która przybiera w płytkich miejscach brązowo-czerwonawe kolory od wdzierających się głęboko przypływów.

Po wpół do trzeciej byliśmy już niedaleko kolejnego noclegu i ilość aut na drodze gwałtownie wzrosła.

Za parę minut zobaczyliśmy mosty prowadzące do Quebecu,

wjechaliśmy w zadrzewione aleje

i tylko z jedną, drobną pomyłką, kosztującą nas zawrócenie, dotarliśmy do Oberży „Mont Deyson” na ulicy Saint Foy. Pokój od ulicy napełnił nas zgrozą i po krótkiej negocjacji udało mi się przekonać młodą panienkę z recepcji, aby zaofiarowała nam pokój w zacisznym miejscu i na dodatek zrezygnowała z opłaty za internet. Na parterze mieliśmy małą, dobrze wyposażoną kuchnię z jadalnią. Zadecydowałem o zrobieniu później zakupów, tym bardziej, że w cenie hotelu nie było śniadania.

Po rozpakowaniu pojechaliśmy na miasto. Tradycyjnie w letnim sezonie sporo prac remontowych

i budowlanych.

Quebec, szczególnie jego stare miasto z okolicami, ma zdecydowanie najbardziej europejski charakter z miast kanadyjskich i północnoamerykańskich.

Nieco wąskie ulice,

domy z zadbaną tzw. małą architekturą.

Jest na czym oko zawiesić. Nie ześlizguje się po monotonnych gładziach szkła, betonu i metalu. Co pewien czas małe pałace,

ozdobne fontanny

i dorożki powożące turystów.

Stare miasto leży na pagórkach i wzgórzach i stąd także miłe urozmaicenie terenu.

Dojechaliśmy do obszernego parku na równinach Abrahama, gdzie po 136 latach skończyła się Nowa Francja, francuska kolonia w Ameryce Północnej.

Francuzi posiadali ogromne terytoria, w tym słynną Luizjanę, gdzie sprowadzano niewolników z Afryki do pracy na plantacjach. Wilgotny i gorący klimat (z wieloma terenami bagiennymi) zniechęcał Francuzów do masowego osadnictwa. Po klęsce w Wojnie Siedmioletniej oddano Luizjanę pod nadzór hiszpański, co było jeno formalnością. W tym samym czasie przybyli tu gromadnie wygnani ze swej ojczyzny Akadyjczycy, którzy stworzyli funkcjonują co do dziś kulturę Cajun (Cadien). Najciekawszy jest język – dialekt stanowiący mieszaninę starofrancuskiego z hiszpańskim,włoskim i językami indiańskimi. Natomiast z angielskiego jest sporo zapożyczeń i podobny sposób wymowy (posługuje się tym dialektem wciąż około 60% Cadiens). Potem jeszcze dobili uciekinierzy z Haiti, państwa o nieprawdopodobnie skomplikowanej historii. Polecam się z nią zapoznać, bo zawiera w sobie wręcz nieprawdopodobne zbieżności historyczne i rasowe.

W 1718 założono miasto Nowy Orlen, do którego zaczęto zsyłać z Francji osoby bezrobotne, włóczęgów i wagabundów, kobiety lekkich obyczajów i „młodych libertynów”. W tej mieszance kultur, w tym pogardzanym przez wielu Polaków tyglu, ironicznie i złośliwie nazywanym multi-kulti, narodził się jazz i odmiana bluesa z delty Missisipi. Każda mieszanka kultur, o ile nie narzuca się jej restrykcji, tworzy nowe wartości w kulturze – sztuce, obyczaju, stylu bycia i życia. Oczywiście często płaci się za to odpowiednią cenę, nieraz kosztem bolesnych ustępstw, przymusowych kompromisów czy wręcz otwartych konfliktów zbrojnych. Wszystko zależy od przezorności i rozsądnej sprawności władz państwowych, dyskretnie popierających lub hamujących pewne zapędy. Zamordyzm, wzajemne szczucie na siebie, tępe restrykcje i przerosty biurokratyczne, a przede wszystkim rozbuchany nacjonalizm, dodatkowo na podłożu religijnym, prowadzą z reguły do nieszczęść i tragedii. W okresie od 1720 do 1762 francuską władzę cechowała niemal dyskrecja, a oddanie zarządu kolonii pod administrację hiszpańską niczego nie zmieniło. W zasadzie, aż do roku 1800, dalej rządzili francuscy urzędnicy. Ta delikatna struktura równowagi i oficjalnych pozorów stwarzała spory margines swobody dla mieszkańców Nowego Orleanu, których odmienne kultury, rasy i religie, potrafiły się dopasować i swobodnie koegzystować. W roku 1803 Napoleon odprzedał Luizjanę Amerykanom, co otworzyło im drogę do dalszej ekspansji na Zachód. I rozpoczęło końcową fazę masowych zabójstw i etnicznych czystek Indian amerykańskich.

Powróćmy na równiny Abrahama, na których po krwawym starciu w wieku XVIII, poprzez następne, trudne i skomplikowane wieki, tworzyła się dwujęzyczność Kanady i uznanie dla odrębności językowej i kulturowej społeczności francuskiej, nie tylko w Quebecu, ale też na całym terytorium państwa. Najsilniejsza społeczność francuska żyje w prowincji Quebec (83% mieszkańców), sporo w Nowym Brunszwiku, znaczne mniejszości w Ontario i prowincjach Maritimes; także pewne skupiska w prowincjach preriowych. Rządy Zjednoczonego Królestwa w Kanadzie to typowa dla Anglików zasada ewolucji poprzez naciski od dołu, a następnie kiedy już blisko do wybuchu, ustępstwa. Resentymenty narodowe i delikatnie mówiąc niezgrabna polityka rządu centralnego w Ottawie, w wieku XX doprowadzały do fali nacjonalistycznych przypływów, powodowanych bardzo często sytuacją ekonomiczną i społeczną.

Oliwy do ognia dolał prezydent de Gaulle, który w czasie wizyty w roku 1967 zakrzyknął w przemówieniu „Niech żyje wolny Quebec”. Rosnące ciśnienie społeczne i brak reakcji rządu centralnego i prowincjonalnego, doprowadziły do rozpętania terroru w końcu lat 60-tych i w roku 1970, przez Front Wyzwolenia Quebecu (FLQ). Rządzący ówcześnie Kanadą, wybitny polityk Pierre Trudeau, mimo swego francuskiego pochodzenia, nie zawahał się przed wprowadzeniem stanu wojennego w prowincji i zgnieceniem organizacji, która oficjalnie ogłosiła rozwiązanie w roku 1971. Mottem Trudeau było powiedzenie „rozsądek przed pasją” i to doprowadziło do następnych, bardzo ważnych politycznych kroków, stwarzających podstawy wielokulturowej Kanady i ustanowienie Karty Praw i Swobód. Można zaryzykować twierdzenie, że wszyscy obecni obywatele Kanady, przybyli z przeróżnych krajów, zawdzięczają utrzymywanie swojej starej tożsamości, dzięki społeczności francuskiej.

Równina jest częścią skomplikowanej i fascynującej zarazem struktury geologicznej tego miejsca. Składają się na nią trzy regiony fizjograficzne: Tarcza Kanadyjska, Appalachy i pomiędzy nimi dolina ryftowa na Nizinach Św. Wawrzyńca. Ta część Tarczy jest ciągiem pasm gór Laurentyjskich zbudowanych ze skał metamorficznych. Skały prekambryjskie, zwane prowincją Grenville, są pozostałością ciągu gór sprzed miliardów lat, które rozciągały się niegdyś na przestrzeni 4 000 km (od Labradoru do Teksasu), były o wysokości dzisiejszych Himalajów i przez setki milionów lat zostały totalnie obniżone poprzez procesy erozji. Niziny Św. Wawrzyńca to warstwa skał osadowych (wapienie) i do dzisiaj można znajdować w nich skamieniałości dawnego oceanu. Ta struktura tworzyła się na szelfie kontynentalnym starożytnego super kontynentu (Rodinia), przez przeszło 150 milionów lat. Appalachian, jedne z najstarszych gór na Ziemi, są efektem wielkich ruchów płyt tektonicznych. Ich skały osadowe były deformowane i przemieszczane na setki kilometrów w kierunku północno-zachodnim. Granica pomiędzy Niziną a Appalachami przebiega po wielkim uskoku zwanym Logan’s Line.

Miasto Quebec ulokowane jest u zbiegu trzech geologicznych prowincji, gdzie ruch płyt tektonicznych formował góry po zderzeniu kontynentów, a ich rozchodzenie tworzyło oceany. Procesy tektoniczne zachodzą tu w dalszym ciągu, ale ruchy są zaledwie wielkości 4 do 6 cm rocznie. W dawnych erach, pękające i przesuwane części kontynentu, utworzyły szereg nieregularnych uskoków zwanych graben – całe bloki skał zapadały się poniżej powierzchni, tworząc długie i obszerne doliny.

Należy przy tym pamiętać, że kontynenty były położone w odmiennych miejscach na Ziemi i okolica Quebecu sytuowała się w strefie tropiku.

Wbrew pozorom nie jest to zamarły geologicznie region. Centrum ruchów sejsmicznych znajduje się w regionie Kamouraska (bliżej miasta Riviere du Loup), gdzie kiedyś spadł tak gigantyczny meteor, że osłabił część skorupy ziemskiej. W listopadzie 1997 roku, siedziałem w wygodnym fotelu w moim mieszkaniu w Toronto, czytając książkę. Nagle ogarnęło mnie dziwne uczucie przesunięcia się wraz z fotelem. Pomyślałem, że miałem zawrót głowy i w parę minut później zszedłem na dół, do sklepiku w mym bloku, prowadzonym przez nadzwyczaj sympatyczną Koreankę, Ginę. Podłoga w sklepiku zasłana była różnymi towarami i w pierwszej chwili sądziłem, że był napad. Ale Gina uspokoiła mnie zapytując: “Nie wiesz, że było trzęsienie ziemi koło Quebecu?”. Trzęsienie wynosiło 5.2 w skali Richtera i nawet zatrzymało zegar na wieży parlamentu. Największym problemem dla miasta jest klif na przylądku Diamant, gdzie fale sejsmiczne mogą wywołać osuwiska i okolice doliny rzeki Saint-Charles, gdzie grube warstwy niestabilnej gliny mogą spowodować zapadanie się gruntu.

Glina jest pozostałością po późniejszym topnieniu gigantycznej czaszy lodowej, która zalegała nad dzisiejszym terenem miasta od 1 800 000 lat temu do około 10 000, gdy zaczął się koniec ostatniego okresu plejstoceńskiej epoki lodowej. Lodowiec mający trzy kilometry wysokości dosłownie wgniótł kontynent i spowodował że Quebec leżał ponad 200 metrów poniżej poziomu morza. Lodowiec jeszcze bardziej zerodował góry po obu stronach doliny ryftowej, wygładził je i zdarty materiał osadził na przedpolach w postaci mieszaniny żwiru, głazów, gliny i innych struktur poglacjalnych. Kiedy stopniał nastąpiło zjawisko izostazji, czyli podnoszenia się skorupy ziemskiej. W depresję niziny Św. Wawrzyńca wdarł się Atlantyk, tworząc rozległe chłodne Morze Champlain’a, rozciągające się aż do dzisiejszych granic wschodnich prowincji Ontario (miało około 55 000 km² powierzchni). Dziś po nim pozostało jeno małe jezioro Champlain leżące głównie w stanie Vermont, w USA.

Stojąc na wysokiej skarpie nad rzeką, można dojrzeć owe trzy regiony geologiczne.

Nic dziwnego, że równina Abrahama stanowiła świetne miejsce do ufortyfikowania, podobnie jak cały ciąg klifu nad rzeką. Jednakże w przypadku słynnej bitwy na równinach, fortyfikacje nie pomogły, na skutek różnych zbiegów okoliczności, taktycznych błędów francuskich i angielskiej determinacji. Przygotowania do zdobycia Quebecu zaczęły się już po wygraniu batalii w Maritimes i zdobyciu twierdzy w Louisbourgu w 1758 roku. Rok później, w końcu czerwca, flota angielska ruszyła w górę rzeki. Był to nieznany teren i człowiek, który dokonał fantastycznie dokładnych pomiarów głębokości i profilu rzeki (są aktualne do dzisiaj), nazywał się James Cook, późniejszy słynny podróżnik i odkrywca. Zbiegiem okoliczności po francuskiej stronie, jednym z dowódców był także późniejszy, równie słynny podróżnik i odkrywca, Antoine de Bougainville. Nie obyło się bez niebezpiecznych momentów – Cook raz o mało nie wpadł w indiańską zasadzkę. Dzięki niemu flota angielska (49 okrętów, 1944 działa, 13 500 członków załogi) wraz ze 140 mniejszymi statkami, transportującymi brytyjską armię lądową (8 640 żołnierzy – Anglików, Szkotów, Niemców, mały kontyngent amerykański czyli z Nowej Anglii), zajęła wyspę d’ Orléans (na której nocowaliśmy na początku podróży) i rozpoczęła przygotowania do desantu. Pierwsze próby, mimo intensywnego bombardowania miasta z przeciwległego brzegu rzeki (na miasto spadło 40 tysięcy kul armatnich), nie należały do udanych. Desant został przez Francuzów odparty i Brytyjczycy ponieśli znaczne starty. Wśród niektórych francuskich dowódców zaczęło się rodzić przekonanie, że armia pod dowództwem generała Jamesa Wolfe, po tej porażce zrezygnuje. Taktyka obronna francuskiego generała Louisa Montcalm zdawała egzamin – odpieranie desantu i pozostawianie głównych sił w twierdzy.

Przez lato armia brytyjska systematycznie niszczyła francuskie osiedla w okolicy, lecz Francuzi nie dali się wyciągnąć spośród umocnień. Wśród angielskich żołnierzy zaczęły szerzyć się choroby – dyzenteria i szkorbut, morale armii słabły. Zdobycie Quebecu stało się dla Wolfe’a niemal obsesją, pogłębioną przez jego chorobę i nękającą go depresję. Wolfe postanowił zaatakować, jak tylko to będzie możliwe, we wrześniu, bo nadchodząca zima stawiała zdobycie miasta i fortyfikacji pod wielkim znakiem zapytania. Za poradą swoich oficerów wybrał wariant totalnego zaskoczenia w postaci lądowania półtora kilometra za twierdzą, na małej plaży u podnóża niemal 60 metrowej skarpy, w której był mały parów (Anse au Foulon). Z niego prowadziła wąska, pionowa niemal ścieżka w górę, wychodząca na równiny Abrahama. Nie jest do dziś jasne co zadecydowało o wyborze tego wariantu drogi. Jedni twierdzą, że zdradził to dezerter francuski, inni, że zauważono kobiety piorące w rzece bieliznę, lecz najbardziej prawdopodobna wydaje się wersja uważnego studiowania przeciwległego brzegu przez lunetę. I wielka determinacja Wolfe’a, znanego ze swej nieustępliwości i wręcz morderczej bezwzględności, którą wykazał wcześniej w wojnach w Szkocji. Nocny desant z lądowaniem o świcie 13 września 1759 roku, w tym akurat słabo bronionym miejscu, okazał się dla sił francuskich kompletnym zaskoczeniem. Rano na równinie stało już w karnych szeregach 4 800 brytyjskich żołnierzy.

Montcalm popełnił błąd rozdzielając swoje siły i zarządzając pospieszny atak. Brytyjczycy podpuścili Francuzów na bardzo bliską odległość i dosłownie zmietli ich pierwsze szeregi salwą z muszkietów. Wywołało to panikę i gwałtowny odwrót do twierdzy. W trakcie pół godzinnej batalii zginęli obaj dowódcy – Wolfe na miejscu bitwy, a Montcalm następnego dnia rano, z odniesionych ran. W trzy dni później, po intensywnych bombardowaniach z rzeki i lądu, twierdza i miasto się poddały. W rok później Brytyjczycy zniszczyli u brzegów Francji flotę, która miała wyruszyć na odbicie Quebecu. Wojna Siedmioletnia zakończyła się zwycięstwem Anglii i podpisaniem w Paryżu w roku 1763 układu pokojowego, który narzucał twarde warunki Francji i Hiszpanii. Francja straciła wszystkie swoje kolonie za wyjątkiem grupy wysepek koło Nowej Fundlandii – St. Pierre i Miquelon, które ma w swym posiadaniu do dzisiaj. Luizjana została podzielona między Anglię a Hiszpanię, Hiszpanie oddali im Florydę, w zamian za odzyskaną Hawanę (była przez Anglię okupowana). Lecz efekt domina objął także inne kontynenty. Francuzi stracili wszystkie miasta i twierdze w Indiach, na Karaibach pozwolono im zatrzymać tylko Gwadelupę i Martynikę, a większość wysp przejęli Anglicy. Na deser Francuzi otrzymali jeszcze Senegal w Afryce. Dlaczego postanowienia owego traktatu były tak ważne? Bo stały się początkiem globalnej ekspansji Królestwa Angielskiego i potwierdzeniem ich dominujących rządów na morzach. A także były pierwszą wojną europejską toczoną i wygraną poza kontynentem Europy.

Dzisiaj teren dawnego starcia jest rozległym, przytulnym parkiem,

z zabytkowymi budynkami i wielkimi rabatami (103 hektary powierzchni, zasadzono przeszło 20 tysięcy drzew).

Jest największym publicznym parkiem na świecie.

Można po nim poruszać się autem, są liczne rowerowe ścieżki, drogi spacerowe i dla biegaczy.

Dziś, w dalej wręcz mdlącym upale, park był pustawy. W pewnych miejscach można natrafić na dawne umocnienia,

a z miejsc odsłoniętych zobaczyć drugi brzeg rzeki, na którym obozowała część sił brytyjskich pod generałem Wolfe’m.

Poszliśmy na krótki spacer natrafiając na pomnik Alberta Grey’a, Generalnego Gubernatora Kanady w latach 1904 – 1911, który odegrał decydującą rolę w przetworzeniu Równin Abrahama w park.

W parku stoją też posągi dawnych wrogów – Wolfe’a i Montcalm’a, które zoczyliśmy na planie parku,

nie mając już jednak siły, by do nich dojść. Pojechaliśmy przez park inną drogą, mijając muzeum Sztuk Pięknych

i kolejną, ozdobną fontannę.

Objechaliśmy kawałek miasta, najpierw przez Grande Allée Ouest (czyli znana nam droga 175), przejeżdżając koło przedziwnego kościoła St.-Coeur-de-Marie, zbudowanego w neobizantyńskim stylu w roku 1919.

Budynek kościoła został zamknięty w roku 1997 i w roku 2010 zakupiony przez prywatnego inwestora za 1.8 miliona CAD, w celu przerobienia na luksusowe apartamenty mieszkalne. Właściciel przedstawił dziewięć kolejnych projektów, odrzuconych przez władze miasta. Z początku roku 2017 skierował sprawę do sądu przeciw władzom miejskim, żądając odszkodowania w wysokości 12 milionów dolarów. Parokrotnie noszono się już z zamiarem zburzenia świątyni, ale 51% mieszkańców Quebecu żąda remontu kościoła i zachowania go w istniejącej formie. Po przeciwnej stronie alei, futurystyczna budowla z wielkim kręgiem na szczycie betonowego wieżowca – hotel „Le Concorde Quebec”. I za chwilę bardziej ludzkie wymiary, ciąg restauracji i kawiarni po obu stronach zadrzewionej ulicy.

Skręciliśmy znów do parku i nadrzecznych bulwarów koło cytadeli. Stamtąd widok na fragment starego i nowego,

na tle niemal sinego nieba. Wyraźnie zbierało się na burzę, co czułem w postaci kłujących bóli w głowie, moja normalna reakcja przed gwałtowną zmianą ciśnienia. Wypiętrzały się cumulusy,

powietrze stało się ciężkie i znów bardzo duszne. Zaparkowaliśmy na chwilę, bo obaj chcieliśmy iść do toalety, która mieści się w podziemiach widokowego tarasu na rzeką. Wszedłem na taras i zrobiłem stamtąd zdjęcie na wprost

i na prawo, gdzie owo słynne miejsce lądowania armii Wolfe’a, a obecnie urządzenia portowe.

W oddali na tle wciąż upiornie sinego nieba nieznacznie łopotała flaga Quebecu na budynku Parlamentu,

a za umocnieniami cytadeli następna.

Te demonstracje wierności i przywiązania do starych czasów, połączone z mottem, które jest na quebeckiej rejestracji aut – Je me souviens („Zapamiętałem” lub „Będę pamiętał”), w ogóle mi nie przeszkadzają. I tak się zmieniło na lepsze, bo w 1985 roku nie chciano mnie w Quebecu obsłużyć, gdy zwróciłem się po angielsku. Dopiero po powiedzeniu, że jestem Polakiem, kelnerka nagle sobie angielski przypomniała.

Z burzy zrobił się rzęsisty deszcz, bez żadnych wyładowań.

Po niespełna godzinie powietrze się oczyściło, ból głowy minął. Zajechaliśmy do sklepu robiąc zakupy na kolacje i śniadania, bo zostajemy tu na jutro. Przygotowałem solidną kolację na ciepło, przerzuciłem zdjęcia i około 23.30 odpłynąłem.