Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

27 kwietnia, 2014 Cartagena – Valparaiso – Vina del Mar – Santiago

1. Cartagena   

Weselnicy nieco hałasowali, pokrzykując na korytarzu, lecz po północy zapadła cisza. Swoista cisza, bo cały czas słyszałem przybój oceanu. Ale mnie ukołysał i obudziłem się wyspany.

Włączyłem telewizor i przez pół godziny oglądałem sprawozdanie z Rzymu, gdzie kanonizowano dwóch papieży – Jana XXIII i Jana Pawła II. Giuseppe Roncalli był jednym z największych papieży w dziejach. Strach pomyśleć jaki byłby dziś Kościół bez jego decyzji o zwołaniu Vaticanum II. Karol Wojtyła wyniósł Kościół w świat. Jakby dobrze było, gdyby kawałek jego mądrej świętości spłynął na pewnych rodaków, aby pozbyli się zajadłej głupoty i religijnego prymitywizmu. Obaj byli ludźmi pogodnymi, z wielkim poczuciem humoru. Jan XXIII rzekł kiedyś „Smutny ksiądz jest złym księdzem”. Teraz bym dodał, że jeszcze gorszym księdzem jest ksiądz ponury i napompowany pychą.

Po dziesiątej wyszedłem z pokoju wprost na patio i dopiero w świetle dnia zobaczyłem jakie rosną na nim wspaniałości. Różnorodność kwiatów, kształtów liści i łodyg była zachwycająca.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

4

5

W wewnętrznym, obszernym korytarzu, na tapczaniku spoczywał sobie spory baset z oklapłymi uszami i oczami o spojrzeniu pełnym wyrzutu. Kiedy podniosłem aparat zsunął się i dostojnie poczłapał w głąb korytarza. Poszedłem prosto i dotarłem na obszerny taras, gdzie jakiś pan czytał niedzielną gazetę nad filiżanką kawy. Z tarasu rozciągał się widok na zatokę po lewej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po prawej inna, mniejsza zatoka, dochodziła do balustrady bulwaru.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nad nim, na skale, tarasowe domostwa i na szczycie budynek w stylu hiszpańsko-mauryjskim.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Była tak piękna pogoda, że postanowiłem w ogóle się nie spieszyć i po śniadaniu pójść na spacer. 

Spakowaliśmy się i wnieśliśmy rzeczy do auta, które zaparkowaliśmy przed hotelem.

9

Zszedłem na plażę i zanurzyłem się w żywiole oceanu.

10

11

Fascynujące przypływy fal rozbijających się o skały.

12

13

14

15

Potem zdjąłem panoramę południowej części Cartageny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szliśmy bulwarem i w świetle dnia widziałem pomieszanie części ubogich, niemal zrujnowanych, z tymi niedawno wybudowanymi, będącymi w o wiele lepszym stanie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Cartagena ma wspaniałe położenie z zachwycającą kolorystyką. Aż serce się krajało na widok zaniedbania i widocznego braku środków na wypieszczenie miasteczka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Widok omszałego budynku z napisem „Residencial Europa” wręcz mnie przygnębił.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przypomniałem sobie zadbane budynki znad morza Śródziemnego, z Grecji, Hiszpanii, Italii i południowej Francji. Tkwi tu wielki potencjał, lecz być może zniechęca sejsmiczność regionu, która w ludzkie życie wnosi niepewność, tymczasowość.

20

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W Cartagenie mieszka około 17 tysięcy ludzi. W XVII wieku tereny wokół miasta zajęte były przez wielkie pola pszenicy, którą wysyłano do Peru i Hiszpanii poprzez cartageński port.

Sam bulwar dostarcza wielu wrażeń – kolorystyka oceanu i skał nadbrzeżnych, dziko splątane łodygi wodorostów, owa nieustanna zmienność przypływów i odpływów. Wyobrażałem sobie jak niesamowita sceneria musi być tutaj w czasie sztormu. Dziś było spokojnie. Niedzielna ospałość tkwiła w siedzącej mewie,

23

w locie sępa

24

i przytuleniu romantycznej pary na szczycie skałek.

25

Nie zakłócało jej dalekie bzyczenie wodnego skutera, na którym szalał po zatoce młody Chilijczyk.

26

Doszedłem do najbardziej wysuniętej w ocean części bulwaru. Na lewo, w oddali, północny kraniec Cartageny z nagromadzeniem niskich i gęsto skupionych domów. Taki widok pamiętałem z roku 2011, z wybrzeży północnego Chile i Peru.

27

Na prawo miałem fragment bulwaru z małą zatoką, do której co chwila wdzierał się ocean, zalewając kolorowe skały i rozbryzgując wierzchołki fal na kamienny chodnik.

28

29

30

Woda huczała i syczała, kłębiła się pomiędzy skałami, niosąc po wierzchu olśniewająco białą pianę.

31

32

Koło wpół do pierwszej wróciliśmy pod hotel.

33

Młody Chilijczyk zakończył już hasanie po zatoce.

34

Naprzeciw hotelu samotne drzewo na tle oceanu.

36

Przed wejściem do auta spojrzałem na hotelową restaurację i zobaczyłem kelnerkę, która nas rano obsługiwała. Dziewczyna o zniewalającym uśmiechu, pełna radości życia. Tak nas pożegnała Cartagena.

35

2. Cartagena – Valparaiso

Przy wyjeździe najpierw górą, przez ulice Casanova do głównego placu miejskiego, koło kościoła,

1

intuicyjny skręt w Avenida Cartagena, dojazd do Carrera Pinto i zjazd w dół z powrotem do oceanu.

1a

Trzymaliśmy się bliżej Pacyfiku i zniosło nas na ubitą, piaszczystą drogę Costanera del Mar. Za przedmieściami, na plaży trójka osiodłanych koni.

2

Wąska grobla, za nią skręciliśmy na nosa w prawo i dowiozło nas w lewo, do asfaltowej drogi G-98-F. Za paręnaście minut ukazała się piękna tablica – Droga Morska Niebieskiego Brzegu – Wybrzeże Poetów. 

3

Świetna, dobrze utrzymana droga.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Minęliśmy jeziorko El Peral i miasteczko Las Cruces – ciągi domów przeplatane zagajnikami lub lasami. Sporo hoteli i cabañi, wszystko zanurzone w zieleni drzew, przeważnie eukaliptusów i czasem w kwiatowych ogrodach. Przystanki autobusowe wyglądają jak małe, rudoczerwone domki – okna po bokach, daszek wsparty na drewnianej konstrukcji z okrąglaków. Po lewej brama z murem i informacja o wjeździe do kompleksu kondominiów. Po prawej rozległa, wielokilometrowa połać szkółki leśnej. Potem ogrodzenie kompleksu Związku Chrześcijańskiej Młodzieży. Nagle zaskakująca tablica ostrzegawcza z potężną sylwetką byka.

5

Droga w wykopie i wjazd na przedmieścia miasteczka El Tabito. Po lewej niebieści się między drzewami Pacyfik. Przy nim dolna terasa zabudowana kolorowymi, z reguły białymi domami i wyłania się włoski krajobraz a la Sycylia.

6

Długi podjazd do kolejnego miasta – El Tabo i trzy wysokie bloki położone niedaleko oceanu. Ocean tak blisko, że go słychać w prostopadłych doń ulicach. Kolejne, tym razem dwa wielkie i wysokie bloki, pomiędzy drogą a plażą. Wyglądają w tym krajobrazie jak makiety do filmu science-fiction. Betonowy płot niemiłosiernie wypacykowany graffiti. Droga blisko małej zatoki, most ponad uchodzącą do niej rzeką z małymi rozlewiskami. Pojawia się tablica z nazwą Isla Negra, ale nie mamy czasu aby dotrzeć do mauzoleum Nerudy. Punta de Tralca, potem w dół, przez rozległe miasto El Quisco, gdzie sporo domów w pięknym, piaskowym kolorze. Zjazd ku oceanicznej zatoce pomiędzy rosochatymi, niskimi palmami.

7

Po lewej czteropiętrowy hotel „Petersen” w jaskrawych kolorach żółci i głębokiego różu, przyozdobiony od frontu także różowym, betonowym płotkiem. Jakoś w tym krajobrazie ów róż zbytnio nie razi. Palmowa aleja, przeszło kilometrowej długości, raptownie się kończy przed górką. Bardzo długi, łagodny podjazd do kolejnego miasta – Algarrobo. Wąska aleja gęsto obsadzona starymi, rozłożystymi eukaliptusami.

8

Przeglądam mapę odkrywając że za niedługo G-98 kończy się podrzędną drogą. Do Valparaiso mamy jeszcze co najmniej 80 kilometrów. Na skrzyżowaniu kierujemy się w prawo, na drogę F-90 prowadzącą do Casablanki. Dolina Casablanki jest jednym z najszybciej rozwijających się regionów wina w Chile, specjalizującym się w produkcji win białych gatunków Chardonnay, Pinot Noir i Saivignon Blanc.Jechaliśmy dalej aleją eukaliptusów, wpadając za paręnaście minut w pustawą drogę pomiędzy przestrzeniami pól i dotarliśmy do wzniesień i zasnutych błękitną mgiełką gór.

9

Pojawiają się wzdłuż drogi winnice, proste przystanki autobusowe w barwach ultramaryny. Jazda w głębokich wykopach, których strome stoki, o brawach ochry i palonego brązu, pokryte są dziesiątkami nitek spływu po okresowych deszczach. Skręcamy boczną drogą do Casablanki gdzie planujemy krótki postój.

Ruch się zwiększa, wpadamy na przedmieścia Casablanki. W dalekiej perspektywie widzę wieżę kościoła i tam zapewne jest Plaza de Armas. Plac jest mały, na nim tłumy ludzi korzystających z niedzieli i pięknej, ciepłej pogody. Mała knajpka, frytki i mięso, kawa i lody i dalej w drogę. Trochę plątania aby znaleźć wyjazd z miasta, właściwie już byliśmy na dobrej drodze, gdy niespodziewanie natknęliśmy się na wielki staw i za paręnaście metrów ulica okazała się ślepa. Nawrotka, pierwsza w prawo, na nosa pierwsza w lewo, Seweryn burczy, że źle. By zagłuszyć własny niepokój lekko go zbeształem. Skrzyżowanie, patrzę na mapę, jak zwykle niedokładną i decyduję – w prawo, w porządną ulicę i wtedy pojawiła się policja i zablokowała ruch. Z ulicy po prawej wyjechała nader kolorowa kawalkada jeźdźców na koniach i na wozach z chilijskimi i papieskimi flagami.

10

11

Mężczyźni, kobiety i dzieci. Celebrowali kanonizacje dwóch papieży podążając zapewne do kościoła na miejskim placu.

12

13

Wjechaliśmy na drogę F-830 i postanowiliśmy dalej nią jechać, by uniknąć dróg płatnych. Podejrzewaliśmy, iż główna droga, o numerze 68, jest płatna. Mieliśmy resztkę chilijskich pesos; u mnie był już tylko stu dolarowy zaskórniak, Seweryn miał parę tysięcy pesos, lecz obaj pamiętaliśmy, że w obrębie wielkiego Santiago, zanim dojedziemy do Asi i Claudia, będzie sporo bramek z opłatami.

Przy drodze wiejski krajobraz z polami kukurydzy, pastwiskami i wielkimi, ciągnącymi się kilometrami, winnicami. Było coraz cieplej. Zatrzymaliśmy się i przebraliśmy w koszulę z krótkimi rękawami. Z przyjemnością wskoczyłem w me wysłużone sandały. Droga była pusta i w dobrym stanie więc Seweryn przycisnął, zwalniając nieco przed winnicami i farmami, gdzie są ograniczenia do 50 km/godz. Rozwidlenie dróg, bierzemy nową F-840, przejazd przez nader wąski mostek, zaraz następne rozwidlenie i tym razem w lewą odnogę. Droga się wije poprzez gęsty las mieszany, czasem z wystrzeliwującymi ponad nim smukłymi świerkami. Wreszcie tablica potwierdzająca dobry kierunek jazdy – Valparaiso. Jesteśmy obaj zachwyceni tą drogą, jej wielką malowniczością i możliwością swobodnej jazdy.

Za paręnaście minut narastający szum aut. Zbliżyliśmy się do głównej drogi – 68 (Camino A Valparaiso), lecz nie ma na nią wjazdu, co nas nawet ucieszyło. Jest powyżej naszej drogi i zauważamy małą tablicę ze strzałką na wprost do Valparaiso. Jedziemy równolegle do 68, na niektórych odcinkach osiągając jej poziom. Pomiędzy F-840 a autostradą koślawe domy, zagracone podwórka, przechylone płoty. Cywilizacja tymczasowości i niemożności odskoczenia od krawędzi ubóstwa. Hałas wielkich i licznych ciężarówek. Jak tu ludzie śpią i jak przede wszystkim wypoczywają? Można się przyzwyczaić, ale na pewno nie odpocząć. Poziom dróg się wyrównał, jest nawet wjazd na autostradę do Santiago. Nasza droga znów schodzi poniżej i nagle strzałka na Valparaiso w prawo, poprzez niski tunel pod autostradą. Niespodziewanie po tamtej stronie brak asfaltu i Seweryn zaczyna narzekać, że źle pojechaliśmy. Na domiar złego ubita żwirówka podnosi kłęby kurzu. Zamknęliśmy pospiesznie okna. Lecz jest podjazd na autostradę 68. Mała osada Las Taguas, za nią wjazd pod górę, w gigantycznym wprost wykopie, do rezerwatu leśnego Peñuelas. Za wielką bramą prowadzącą do głównej drogi rezerwatu ażurowe przejście dla pieszych.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gnamy 120 do 140 km/godz i po dziesięciu minutach przestrzeń się otwiera i mam wrażenie, że jedziemy długimi przedmieściami usianymi gdzieniegdzie domami. Na szczęście żadnych bramek z opłatami. Potem znów pustawo, wykopy, czerwonobrązowa ziemia i cały czas gęsto rosnące drzewa. Wielokilometrowy zjazd i za kolejnym długim łukiem zakrętu, po lewej, wystrzeliwuje w niebo wielokondygnacyjny budynek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po prawej mini mauzoleum poległego kierowcy i małe kapliczki. Na tym zakręcie zginęło wielu ludzi. Naprzeciwko zespół wieżowców. Kolejne, schodzące długie łuki drogi 68 i na wprost wyłaniają się wzgórza Valparaiso gęsto poutykane domkami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

16a

3. Valparaiso

Poprzez Avenida Argentina wpadamy w objęcia miasta. Tym razem bierzemy Valparaiso od południa; od północy wjechaliśmy w 2011. Przeglądam mapę miasta i proszę Seweryna by był czujny.  „Pilotuj” odpowiada krótko.

Nad oceanem droga się rozwidla – na prawo Espana prowadząca do Viña del Mar, na lewo Errazuriz, który biegnie koło portu, przechodząc potem w bulwar Altamirano. Stamtąd chcemy, jak w 2011, wjechać na stromą górę koło Muzeum Morskiego i znów spojrzeć na panoramę obu miast leżących w obszernej zatoce.

Niecodzienny widok wysokich palm pomiędzy domami i blokami. Kolorowe autobusy, jakieś targowisko przy ulicy i tłum ludzi. W tle dom z pustą bramą po środku, na wysokość kilkunastu pięter. Wieża kościoła i gdy jesteśmy na jego froncie widzę pamiątki po trzęsieniu ziemi – przechylona wieżyczka i popękany miejscami mur. W jednym z pęknięć tkwi spora wiecheć jakiejś rośliny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wielka nowoczesna rzeźba w postaci konwulsyjnie splecionych rur. Zapewne symbol sejsmiki tych terenów. XIX wieczne budynki z ozdobami na dachach, gzymsach i wykuszach. U góry, po lewej, pojawia się estakada Errazuriz na którą musimy się dostać. Tylko jak? Wjechaliśmy już w España i na razie nie ma szans skręcić w lewo, na przeciwległy pas ruchu. Po prawej wysokie skalne urwisko. Wreszcie mała odnoga na lewo, nie ma żadnego znaku i nikt akurat nie jedzie, ostry i szybki skręt, udało się. Zjazd z estakady, w dole po prawej tory podmiejskiej kolejki (Rapid Transit). Co sto metrów przystanki z długim, wąskim zadaszeniem. W tle zabudowania portowe i błyszczący w słońcu Pacyfik. Na medianie jezdni palmy różnego kształtu i rozmiaru.

17a

Metro Valparaiso (zwane w skrócie Merval) to jedna, 43 kilometrowa linia z 20 stacjami. Ma pięciokilometrowy, podziemny tunel z czterema stacjami, dlatego jest zaklasyfikowane jako szybka kolej, a nie typowe metro. Łączy Valparaiso, Viña del Mar, Quilue, Villa Alemana i Limache. Po renowacji i zakupieniu niebiesko-szarych wagonów francuskiej fabryki Alstom, zaczęło jeździć w roku 2005. Ma pięć stref dystansowych i trzy czasowe; w czasie szczytu przejazd przez pięć stref kosztuje 716 pesos (1.50 dol. US). Istnieje także specjalna karta przejazdowa za 1200 pesos (2.40 dol. US). Są zniżki dla studentów, emerytów i inwalidów, lecz najbardziej rozbawił mnie przepis o dzieciach – te mające poniżej jednego metra mają darmowy przejazd. A jak dzieciak jest wyrośnięty? A co z dorosłym karzełkiem? W roku 2013 Merval przewiózł 21 milionów pasażerów.

Wjechaliśmy we fragment ulicy z nowoczesną architekturą. Kubiczne kształty kolorowych, szklanych budynków. Jedziemy wprost pod zachodzące słońce.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niektóre budynki z początków XX wieku przypominają architekturą Vancouver, a nawet Toronto lub Nowy Jork. Niebieski metalowy płot portu, dźwigi na szynach, stosy kontenerów. Naprzeciw wysokie wzgórze Artilleria na które prowadzi zębata kolejka (wybudowana w 1893), zwana funicular.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niegdyś było w mieście 26 takich kolejek (Los Ascensores de Valparaiso), najstarsza z 1883 roku wciąż funkcjonuje. Najmłodszą otwarto w 1984 roku w Viña del Mar. Jest także winda na szczyt Polanco z 1915 roku. Funkcjonuje dziś jako narodowy zabytek (od 1976 roku) i obiekt turystyczny.

20.Polanco

Z Internetu

Za wzgórzem Artyleryjskim kręta, esowata ulica Antonio Varas i wpadamy w Altamirano. Po wyjściu z zakrętu po prawej ciągnie się ściana kontenerów wysoka na cztery piętra.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mijamy nadbrzeżne stanowisko artylerii – Bateria Esmeralda. Niski budynek o grubych ścianach, na jego froncie, na zielonym trawniku, zabytkowa armata. Po prawej biała kamienna balustrada, Altamirano wije się wzdłuż nabrzeżnych skał. Auta zaparkowane na chodniku. Malutka plaża – Playa San Mateo. Następna armata z paszczą wycelowaną wprost w zatokę Valparaiso. Co kawałek małe miejsca parkingowe. Stajemy w jednym z nich i fotografuje wieżowiec pod wzgórzem Playa Ancha, zabudowania na nabrzeżu w stylu hiszpańskim, z małym molem.

22

Korzystając z tego że nikt nie jedzie, włażę na środek jezdni robiąc zdjęcie portowych dźwigów w tle kolejnego wzgórza.

23

Od oceanu zapach wody zmieszany z nagrzanym lądem, słońce przygrzewa i pogoda dalej wspaniała. Kolejny zakręt i Szkoła Morska. To owe zabudowania widziane wcześniej. Potem mały zakład przetwórstwa rybnego, sklep sprzedaży hurtowej i restauracja. Wszystko pławiące się w charakterystycznym zapachu owoców morza.

To tutaj, w roku 2011, nie mogłem oprzeć się pokusie otwartej bramy i natychmiastowego pragnienia wejścia przez nią do środka. Uprosiłem Seweryna aby zaparkował na chodniku i udawał że coś się stało z autem, a ja truchtem pobiegłem między magazynami, docierając do małego basenu za budynkiem, gdzie po wodzie buszowały pelikany zwabione możliwością wyżerki. Inne siedziały na dachu budynku i starannie czyściły sobie pióra. Pelikany mają w sobie coś prześmiesznego i zadziornego zarazem. Szczególnie w rysunku głowy, jakby cofniętej do tyłu, oraz wypiętej dostojnie piersi. Gdy siedzą spoczywa na niej dolny wór dzioba. Zrobiłem zdjęcia i wracając napatoczyłem się na paru robotników niepomiernie zaskoczonych moją obecnością. Dziwowali się jak tipico turistico wlazł na strzeżony teren. Ale nie mieli pretensji, nie zwracali uwagi na aparat fotograficzny i pomachali mi ręką na pożegnanie.

Następna ostroga z parkingiem i jako pomnik „dziobak” naftowy. Parkujemy. Ocean pokrył się mieniącym srebrem.

24

Zdejmuję panoramę zatoki, od prawej ku lewej, aż do Viña del Mar.

26

27

28

Na pierwszym planie, na kamiennym postumencie, wielka śruba okrętowa, także pomnik.

25

Chciałem wjechać na wzgórze Playa Ancha i dotrzeć do tego samego miejsca gdzie byliśmy w 2011 roku. Zawróciliśmy i koło pionowego urwiska skręciliśmy na ciągnącą się w górę, krętą ulicę El Parque. Za którymś zakrętem wyłonił się budynek szkoły Colegio Patricio Lynch – prywatne liceum powstałe w roku 2000.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W nowym budynku, który mijaliśmy, zasiedliło się w dwa lata później. Powołała ją Fundacja „Admiral Carlos Condell”, która generalnie dba o rozwój wiedzy powiązanej z zagadnieniami morskimi, ze szczególnym zwróceniem uwagi na rozwój rybołówstwa i marynarki handlowej Chile. Szkoła ma przeszło 400 uczniów, współpracuje z laboratoriami uniwersyteckimi i wydziałami nauk morskich, oferując różnorodny program od nauk humanistycznych do technicznych.

Patricio Lynch (1825-1886), urodzony w Valparaiso, był ciekawą postacią. Jego ojciec, argentyński Irlandczyk (matka Argentynka) osiadł w Chile. Dziadek emigrował z miejscowości Galway w Irlandii w 1740 roku. Patricio w wieku 12 lat wstąpił do marynarki i w rok później brał udział w morskiej bitwie w Wojnie Konfederacji (pomiędzy Chile a Peru i Boliwią). Potem zawędrował do marynarki brytyjskiej i walczył w Wojnie Opiumowej na wodach koło Chin, by powrócić do Chile w 1847 roku.

Tu jego kariera menadrowała, ale w 1872 roku otrzymał tytuł kapitana i został ministrem Spraw Morskich. Następnie wziął udział w wojnie na Pacyfiku, podczas której zorganizował rajd przeciwko Peru znany pod nazwą „Ekspedycja Lyncha”. Wyzwolił z niewolniczych warunków chińskich robotników plantacji i przekonał ich do wstąpienia do chilijskiej marynarki. Nie bez znaczenia był fakt, że umiał rozmawiać po chińsku, którego się nauczył podczas Wojny Opiumowej. Po pokonaniu Peru był komendantem wojennym sił okupacyjnych i deportował prezydenta Peru do Chile, czym zraził sobie nie tylko peruwiański establishment lecz także USA. Potem, jako ambasador Chile w Madrycie, negocjował ostateczne warunki pokoju z Hiszpanią. W Madrycie zachorował i w trakcie powrotu do Chile zmarł na morzu, niedaleko Teneryfy.

Wzgórze było usiane siatką ulic o różnych kierunkach i kontrastowym wyglądzie. Niektóre budynki podobne do tych w San Francisco,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

większość zadbana i starannie odnowiona.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Minęliśmy ogrodzenia z przepysznie wylewającymi się na ulice odmianami bugenwilli

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

31

i nagle odtworzona klatka z 2011 roku – droga prowadząca wpierw pod górę, potem troszkę w dół, do ślepego placyku, gdzie na wzgórzu, po lewej, mieści się Muzeum Marynarki i Morza. Zdołaliśmy znaleźć parking i poszliśmy na spacer, w to samo miejsce co trzy lata temu.

33a.valparaiso map

 Mapka z Internetu

Zadrzewiona aleja ma po jednej stronie liczne stoiska z pamiątkami, po drugiej otwiera się wspaniała panorama Valparaiso i zatoki.

34

35

36

Wchodzi się do czegoś na kształt zadaszonej altany i syci oczy tym co rozciąga się w dole i po bokach.

To być może tutaj stał Sting, jak powiedział w wywiadzie: „zauroczony tym miastem i rozległym widokiem”, by później skomponować i zaśpiewać w albumie „Mercury falling” (z 1996 roku) melancholijną balladę „Valparaiso”. Szant o samotności żeglarza przemierzającego ocean: „Under the moonlight, there she can safely go round the Cape Horn to Valparaiso, Valparaiso, Valparaiso.[www.youtube.com/watch?v=3zzuWh1Fcn0]

Poszliśmy na lewo wąską aleją (Paseo Veintuino de Mayo), mijając ludzi siedzących na ławkach i wpatrzonych milcząco w przestwór nieba i wody. W dole leży port marynarki wojennej Chile.

37

Doszliśmy do końca i gdy zawracaliśmy usłyszeliśmy francuski język. Zaczepiłem ich i okazali się parą młodych ludzi z Francji, którzy zwiedzali Chile. Porozmawialiśmy o podróżach i zachęciliśmy ich do jazdy na południe, do Patagonii, która była im nieznana.  Francuz miał lornetkę i podał mi ją ze słowami „Spójrz uważnie na dziób tamtego statku”. Najpierw niczego nie zauważyłem i dopiero on skierował mnie we właściwy punkt. Do portu, w asyście holownika, wchodził spory kontenerowiec.

38

Pod dziobem, na widocznej części stępki, leżał lew morski i odbywał darmową przejażdżkę do portu.

39

Kiedy statek przycumował ześlizgnął się do wody i zniknął.

40

Ze wzgórza mieliśmy widok na inne wzniesienia miasta, których jest przeszło dwadzieścia. Przyglądałem się uważnie stokom, ale nie odkryłem śladów niedawnego pożaru. Wielkie Valparaiso, zawierające pięć miast, jest drugą po Santiago metropolią w Chile (około 810 tys. mieszkańców). Od 1990 roku mieści się tutaj siedziba Narodowego Kongresu Chile.

Zatokę nawiedzili Hiszpanie w 1536 roku. Okręt wiozący zaopatrzenie dla ekspedycji de Almagro dobił do wybrzeża. Jego dowódca, Juan de Saavedra nazwał osadę i zatokę na cześć swojej wioski w Hiszpanii – Valparaiso de Arriba. Jako wioska, z paroma domami i kościołem, Valparaiso dotrwało do roku 1810, gdy bogaci kupcy wybudowali przystań. W osiem lat później Chile wybiło się na niepodległość i port stał się siedzibą chilijskiej floty wojennej. Rozpoczęła się międzynarodowa wymiana handlowa drogą morską. Powoli zaczęto osuszać tereny nad oceanem by uzyskać nowe obszary lądu.

Do miasta przybywali liczni emigranci, głównie z Anglii, Niemiec, Francji, Szwajcarii i Italii oraz z USA. Zapoczątkowali rewolucję przemysłową kreując pierwsze instytucje finansowe, handlowe i przemysłowe, z których sporo prosperuje do dzisiaj. Anglicy wprowadzili piłkę nożną, Francuzi założyli pierwszą prywatną, katolicką szkołę w Chile; Szkoci i Niemcy otworzyli prywatne, świeckie szkoły. Emigranci powołali pierwszy, ochotniczy oddział straży pożarnej na kontynencie Ameryki Południowej. Tradycja służących w niej ochotników utrzymała się w Chile do dzisiaj. Tutaj powstała najstarsza giełda finansowa Ameryki Łacińskiej, pierwsza biblioteka publiczna w Chile i najstarsza, istniejąca do dziś, gazeta w języku hiszpańskim – El Mercurio de Valparaiso (od 12 września 1827 roku). Także inni emigranci wydawali gazety w swoich językach. Miasto w wielu miejscach przybrało wygląd różnorodnych stylów budownictwa europejskiego.

Jednakże tektonika dała znać o sobie i w listopadzie 1822 roku silne trzęsienie ziemi zrujnowało miasto; 16 tysięcy ludzi straciło domy, 80 zginęło i 110 odniosło rany.

Valparaiso podniosło się w miarę szybko z ruin i zaczęło rozbudowywać. Nazywano je „małym San Francisco” i „klejnotem Pacyfiku”. Wkrótce stało się ważnym portem na trasie przez cieśninę Magellana i wokół przylądka Horn. W latach 1848-1858 było głównym portem zaopatrzeniowym dla kalifornijskiej gorączki złota. W czasie wojny Hiszpanii z Peru i Chile w latach 1864-66, podczas której, po raz pierwszy w dziejach, Hiszpanie użyli pancernika, miasto zostało zbombardowane a chilijskie statki handlowe zatopione. Oszczędzono tylko statki pod zagranicznymi banderami. Flota chilijska długo się odbudowywała po tym ciosie, lecz już w 1872 roku powołano Południowo- Amerykańską Kompanię Parowców. W 1880 powstało pierwsze przedsiębiorstwo telefoniczne w Chile, założone przez Amerykanów. W rok później ruszył pierwszy funicular i elektryczne tramwaje.

Pod koniec wieku XIX miasto osiągnęło 16 tysięcy mieszkańców, którzy zaczęli intensywnie zasiedlać okoliczne wzgórza. Brak miejsca wzdłuż wybrzeża skłonił władze do osuszania przypływowych bagien, gdzie na odzyskanym lądzie wybudowano infrastrukturę przemysłową, handlową i administracyjną oraz zaczęto od 1910 roku rozbudowywać port (ukończony w 1930).

41.Valparaiso Muelle_de_Pasajeros,_1888_-_Félix_Leblanc

Z Internetu

Wiek XX rozpoczął się strajkiem dokerów (kwiecień-maj 1903), co było ważnym wydarzeniem, bo zapoczątkowało ruch związkowy w Chile. W trzy lata później nastąpiło kolejne, wielkie trzęsienie ziemi. Tym razem zginęło trzy tysiące ludzi a 20 tysięcy zostało rannych. Odbudowa wymusiła planowanie szerszych ulic (między innymi aleję Argentyna, którą wjechaliśmy do miasta), przykrycie strumieni i nowy system ścieków. Lecz rozwój miasta zahamowało otwarcie Kanału Panamskiego w 1914 roku. Port podupadł i zamarł ożywiony dawniej handel. Wiele bogatych rodzin opuściło miasto. Lata drugiej wojny i następujące po niej dziesięciolecia niewiele zmieniły. Valparaiso stało się prowincjonalnym miastem i podrzędnym portem. W lata 50-tych wprowadzono trolejbusy funkcjonujące do dziś. Niektóre z nich, produkcji Pullmana, nawet z lat 1946-48, są najstarszymi, wciąż używanymi, trolejbusami na świecie. Z tego powodu, w roku 2003 zostały zaliczone w poczet narodowego dziedzictwa jako obiekty historyczne.

Śródziemnomorski klimat, podobny do San Francisco czy Santa Barbara w Kalifornii, powoli zaczął przyciągać turystów. Lata są tutaj raczej suche, zimy niekiedy deszczowe. Śnieg zdarza się bardzo rzadko, przeważnie w górnych partiach miasta. Porywiste wiatry zimą potrafią powodować przymrozki a zimny prąd Humboldta przynosi okresowe mgły. W latach 60-tych i 70-tych do miasta zaczęli ściągać artyści i ożywiły się wyższe uczelnie.

Na jednym z uniwersytetów, Pontifica Universidad Catolica de Valparaiso, na Wydziale Architektury i Urbanistyki, powstała „Szkoła Valparaiso” – awangardowa, eksperymentalna i najbardziej kontrowersyjna szkoła architektury w Chile. Może dlatego nowoczesne budynki w Santiago i innych miastach mogą zachwycać swoją formą, która wyłamuje się z północnoamerykańskich pudełek, wskazujących na zbytnie zauroczenie współczesnych architektów, używanymi w dzieciństwie, zestawami klocków Lego.

W roku 1987, w czasie reżimu Pinocheta, zadecydowano o przeniesieniu do Valparaiso chilijskiego Parlamentu (Congreso Nacional de Chile), zapewne w dużej mierze z powodu sentymentu dyktatora, który się tutaj urodził i ukończył szkoły. Na ironię zakrawa fakt, że również Salvadore Allende urodził się w tym samym mieście. Faktycznie Kongres rozpoczął urzędowanie w nowym budynku dopiero w 1990 roku, gdy już Pinochet nie rządził.

Wśród artystów pomieszkujących w Valparaiso były dwie poetyckie sławy – Pablo Neruda i Nikaraguańczyk Ruben Dario.

Niestety w następnych latach stare budynki, od dawna nieremontowane, zaczęły chylić się ku upadkowi. Wielu mieszkańców nie tylko nie miało pieniędzy na remonty, lecz w ogóle zrezygnowało i opuściło miasto. W połowie lat 90-tych przyszła nowa fala artystów i działaczy miejskich, którzy założyli różne organizacje dla ocalenia zabytków i dodatkowo znacznie ożywili ruch kulturalny.

Szczególną postacią jest osiadły w Valparaiso Amerykanin, poeta Todd Temkin, który założył fundację (The Fundacion Valparaiso) dla odnawiania starych budynków i poprawienia infrastruktury turystycznej; także zajmującą się popieraniem muzyki jazzowej i folkowej oraz organizacją festiwali operowych.

Owe organizacje przekonały w 1998 roku rząd Chile by ubiegał się o status Dziedzictwa Światowego dla starych dzielnic miasta, co ostatecznie nastąpiło w roku 2003, gdy historyczne dzielnice zostały zakwalifikowane do Światowego Dziedzictwa UNESCO. W tym samym roku Kongres chilijski mianował Valparaiso kulturalną stolicą Chile i ulokował tam Ministerstwo Kultury.

Dzisiaj można spacerować wśród starych domów (wiele z nich wciąż jest w opłakanym stanie),

42

43

brukowanymi ulicami, z oporowymi murami na których kreują murale lokalni artyści graffiti, pokrywający malunkami również niektóre alejki i schody. Z początkiem nowego wieku miasto przerodziło się w znaczące centrum edukacji z czterema dużymi uniwersytetami i parunastoma koledżami. Raz do roku odbywa się festiwal chilijskiej kultury z udziałem ulicznych artystów i muzyków. W ostatnich 15 latach Valparaiso przeżywa swój renesans przyciągając wielu organizatorów życia kulturalnego i artystów, otwierających warsztaty w starych dzielnicach.

Na znaczeniu zyskały także imprezy sportowe, wśród nich najsłynniejszy wyścig rowerów górskich, odbywający się zawsze w lutym. „Valparaiso Downhill”, jest określany jako najbardziej szaleńczy, miejski wyścig zjazdowy na świecie. Zawodnicy przemierzają strome i kręte ulice, zjeżdżając ze wzgórz w dolne części miasta. O roku 2005 popularne stały się biegi na 5, 10 i 21 kilometrów oraz maratony. Słynny Wyścig Dakar 2014 zakończył się w Valparaiso na trzy miesiące przed naszym przyjazdem.

W sukurs przyszedł także wzrost ekonomiczny; ożywiła się żegluga, pojawiły wielkie statki, które nie mogą przejść Kanału Panamskiego. Rozbudowało się nabrzeże kontenerowe, wzrósł eksport miedzi, owoców i wina. Valparaiso jest teraz głównym portem kontenerowym i pasażerskim w Chile; przechodzi przezeń 10 milionów ton towarów rocznie i zawija tu około 50 międzynarodowych statków wycieczkowych, szczególnie w ciągu czterech miesięcy letnich, co przekłada się na liczbę ponad 150 tysięcy pasażerów. Turystyka w połączeniu z kulturą, stała się dla miasta jednym z głównych źródeł dochodu.

Otwarto tutaj także inne instytucje – Ministerstwo Rybołówstwa i Akwakultury, Główny Urząd Ceł i siedzibę Marynarki Chilijskiej. Mieszkańców Valparaiso (przeszło 276 tysięcy), podobnie jak w Buenos Aires, nazywa się portowcami (Porteños). Jednakże żyją oni w specyficznym miejscu, na krawędzi rowu oceanicznego Peru-Chile, który na styku dwóch płyt tektonicznych przez wiele lat kumuluje energię i napięcia, aby nagle wyładować się w gwałtownym trzęsieniu ziemi. Dopadło ono miasto w lutym 2010 roku (trzy minuty o natężeniu 8.8 w skali Richtera) wzbudzając niemal półtora metrowe tsunami i powodując głównie straty materialne. Po trzech latach, dokładnie w tym samym miesiącu – lutym, nastąpiło kolejne, tym razem demolując przeszło 100 domów, co uczyniło czasowo bezdomnymi 1200 osób.

Ostatnie nieszczęście dotknęło miasto, na dwa tygodnie przed naszym przyjazdem, w postaci pożaru zarośli na wzgórzach, gdy spłonęło 2800 domów i zginęło 16 ludzi.

Wróciliśmy pod altanę, ostatnie zdjęcie z góry

44

i powrót do parkingu. Stamtąd zdjąłem fasadę Muzeum Morskiego na wzgórzu i zaczęliśmy rozglądać się za jakąś restauracją,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

bo byliśmy solidnie głodni. Naprzeciw parkingu zauważyłem lokal „Cafe Bazar”. Był pustawy ale ładnie urządzony, z galeryjką i wejściem po schodach na górę, na taras, skąd roztaczał się fantastyczny widok na zatokę. Niestety szalał tam taki wiatr, że obrusy na stolikach fruwały, a w cieniu panował chłód. Skierowaliśmy się na dół i zjedliśmy smaczny obiad, w moim przypadku z obowiązkową karafką czerwonego wina.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Spodobał mi się malunek na ścianie w tzw. stylu naiwnym. Po godzinie, najedzeni i nasyceni słońcem, wróciliśmy do auta.

47

Zjechaliśmy ze wzgórza i wróciliśmy tą samą główną drogą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Minęliśmy pociąg Merval wjeżdżający na stację i dotarliśmy do alei

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

España, do miejsca, gdzie parę godzin temu zawracaliśmy by dostać się na ulice Altamirano. Prosto dalej, na północny-wschód Españą, trzymając się jak najbliżej bulwaru. Po prawej cały czas wysoka skarpa, wzmocniona miejscami betonowymi ścianami, porośnięta opuncją, agawą i gęstymi krzakami, po lewej linia kolejowa i wysrebrzony ocean. Co pewien czas strzelający w górę wiecheć palmy.

4. Viña del Mar   

Aleja zaczyna się łagodnie wznosić i za kolejnym zakrętem wyłania się nad jezdnią wielki zestaw zielonych tablic z oznakowaniem – Viña del Mar i Santiago. W dali majaczą pierwsze budynki Viña del Mar.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mijamy piękną rzeźbę w kształcie kwietnego kielicha i zauważam że España skręca ostro w prawo co oddali nas od Pacyfiku. Jest jednak zjazd na lewo w La Marina i natychmiast wyświetla się kolejna klatka z roku 2011 – stojący na skałach hotel Sheratona Miramar. Za chwilę piękne, białe apartamentowce Playa Miramar, za nimi mały zamek w przedziwnym, można rzec bajkowym stylu i po lewej, znów nad samą wodą, miniaturowy zamek Wulff w stylu średniowiecznej Europy. Właścicielem był niemiecki przedsiębiorca Gustavo Wulff, który zatrudnił chilijskiego architekta do przebudowy domu na zamek. W 1946 roku nowy właściciel nakazał dobudować drugą wieżę, a w 1959 roku miasto zamek zakupiło, przeznaczając najpierw na muzeum Marynarki Wojennej Chile, potem na kolekcję jednego z pisarzy, a obecnie jest siedzibą Oddziału Dziedzictwa Viña del Mar przy miejskim ratuszu.

51

Z Internetu

Teraz droga poszła zdecydowanie w prawo, odbijając od oceanu, bowiem przeszkodą w dalszej jeździe prosto jest spory strumień, z szerokim ujściem do oceanu. Poprzez strumień poprowadzono trzy ozdobne i szerokie mosty, pozostałe, węższe są w głębi dzielnicy Poblacion Vergara. Musieliśmy dojechać do drugiego, który miał odpowiedni kierunek ruchu i bardzo uważać by się nie zgubić, bowiem jest tutaj niezła plątanina naprzemiennie kierunkowych ulic. Skręt na most w lewo, pojechaliśmy dalej prosto i dobiliśmy do głównej San Martin, gdzie zaczynają się eleganckie i o urozmaiconych kształtach wieżowce, które wręcz mogą zachwycić swą smukłością i architektonicznymi szczegółami. Przed mostami ulica España skręca w prawo przemieniając się w ulicę Alvarez. Gdybyśmy tamtędy pojechali dotarlibyśmy do słynnego amfiteatru Quinta Vergara, gdzie od lat 60-tych odbywa się międzynarodowy festiwal piosenki, największy i najbardziej znany w Ameryce Łacińskiej.

Amfiteatr jest pięknie położony na zalesionym obszarze i mieści 15 tysięcy widzów. Transmisje festiwalowe corocznie biją rekordy oglądalności w Chile i innych krajach. Na festiwalu są dwie konkurencje – w dziedzinie muzyki pop i folk, każdorazowo z dodatkowym, wielkim koncertem międzynarodowych gwiazd rocka, pop, reggae, salsy czy merengue. W chilijskich mediach widownia tego festiwalu nazywana jest El Monstruo czyli Potwór. To oni namaszczają tutaj nowe gwiazdy, które są później popularne w całej Ameryce Łacińskiej. Ale jak to zazwyczaj bywa, Potwór potrafi być okrutny i bezlitośnie wybuczeć jakiegoś wykonawcę. W roku 2014, dwa miesiące przed naszym przyjazdem (festiwal zawsze odbywa się w lutym), główną nagrodę zdobył kanadyjski piosenkarz Jeffrey Straker.

Rok później wystąpił jako gość specjalny Yusuf, czyli wielce popularny na przełomie lat 60- i 70-tych Cat Stevens, który w 1977 roku przeszedł na islam. W latach 70-tych jego piosenki były niesamowicie popularne w Polsce i stały się standardami ambitnej muzyki pop-rockowej. Po wielu latach Yusuf powrócił do śpiewania, po 38 latach banicji odbył tourneé po USA, a w 2014 znalazł się w Galerii Sław Rock and Rolla. Proszę obejrzeć na YouTube ten koncert, gdzie wielu ludzi nieźle się spłakało, bowiem w czasie szczytu jego popularności, nad Chile zapadła długa noc generała. Sądzę, że wzruszenie i łzy były między innymi opłakiwaniem utraconego kawałka młodości i zaginionych lub zabitych przyjaciół.[www.youtube.com/watch?v=qWfCVjDMbE0]

Skręciliśmy pierwszą możliwą ulicą w lewo, by znów dobić do wybrzeża oceanu. Na ulicy stały ozdobne, fikuśne w kształcie dorożki, a konie miały akurat zanurzone łby w worku z obrokiem. Ulica Peru doprowadziła nas znów do San Martin i jechaliśmy tamtędy przez paręnaście minut, wzdłuż mediany upstrzonej palmami. Potem San Martin łagodnym łukiem przeszła w Jorge Montt biegnącą nad oceanem. Po prawej wyłonił się zestaw czterech kolorowych wieżowców z jednakowymi zwieńczeniami dachów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 Za nimi bulwar nad oceanem się poszerza. Są tam ścieżki spacerowe i rowerowe, place zabaw dla dzieci, specjalne, drewniane pomosty przy plaży, małe przeszklone budynki kawiarni i restauracji oraz wiele ładnych i nowoczesnych rzeźb niewielkich rozmiarów. Po prawej jest pusta przestrzeń zajęta przez boiska i duże trawniki, bo krawędź wzgórz oddala się od ulicy. Dojechaliśmy do budynku Szkoły Marynarki Wojennej i obaj jednocześnie popatrzyliśmy w lewo.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W 2011 roku zaparkowaliśmy tutaj po przyjeździe z północy Chile i poszliśmy na plażę, skąd podziwialiśmy panoramę leżącego w głębi Valparaiso, miejscami lekko zasnutego mgłami, z rozpiętą po niedawnym deszczu gigantyczną tęczą o zmiennej intensywności. Dął ostry i chłodnawy wiatr, przybój huczał i nacierał rytmicznie na ląd, najpierw pieniąc się w zagłębieniu przed plażą, by potem z sykiem wpełznąć na piasek szerokim i czasem głębokim rozlaniem, aż do naszych stóp. Byłem tak szczęśliwy i zafascynowany zarazem pięknem zatoki i leżących nad nim miast, że zacząłem zabawę z dawnych czasów w Sopocie – biegiem za cofająca się falą, by za chwilę zdążyć uciec przed nacierającą następną. Jakże potem smakowała kawa w restauracji, na jej oszklonym piętrze, z widokiem na ocean!

Bulwar z przyległą doń plażą ciągnie się kilometrami. Szeroka, czteropasmowa jezdnia wysadzana jest palmami na medianie i niższymi przy chodniku, od strony oceanu. Po prawej kolejne budynki Marynarki Wojennej Chile, przetykane pustawymi obszarami. Za chwilę wzgórza na powrót doszły do brzegu i przejeżdżaliśmy blisko oceanu, z grupami budynków usytuowanych na skałach przy samym lustrze wody.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wspaniale położony nad wodą mały hotel „Oceanic”, długi zakręt i nagle otwiera się fantastyczny widok na dzielnicę Renaca – pierwsza, odległa panorama z wieżowcami i innymi budynkami schodzącymi kaskadowo ze wzgórza.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po kolejnym zakręcie bliska panorama z rozległą plażą na pierwszym planie, na której tkwią metalowo-szklane konstrukcje, wyglądające jak dekoracja do „Gwiezdnych wojen”. To maleńkie kawiarnie lub restauracje do których wchodzi się, po paru schodkach, od strony bulwaru.

58

Viña del Mar (nazywana Winnicą Morza, a częściej Miastem Ogrodem – La Ciudad Jardin), czwarte pod względem liczby mieszkańców w Chile (325 tysięcy) jest popularnym uzdrowiskiem, międzynarodową turystyczną atrakcją z dziesiątkami nadmorskich hoteli, miejscem handlu i rozrywki, włącznie z kasynem otworzonym w 1930 roku. Poza festiwalem piosenki odbywa się tutaj, równie znany w Chile i Ameryce Łacińskiej, międzynarodowy festiwal filmowy. Viña ma klimat śródziemnomorski i podczas gorącego lata, z powodu zimnego prądu Humboldta, temperatury są umiarkowane – od 15 do 20 stopni Celsjusza. Zimy są czasem chłodnawe (9-14°C), z opadami deszczu, najintensywniejszymi w lipcu.

W zamierzchłych czasach dolinę zamieszkiwał lud Changos; po przybyciu Hiszpanów dolina została rozdzielona pomiędzy dwie wielkie hacjendy – Viña del Mar i Las Siete Hermanas (hacjenda Siedmiu Sióstr). Potem podciągnięto z Santiago linię kolejową dochodzącą do Valparaiso i tu zaczyna się nieco romantyczna historia. Linia przechodziła przez ziemię pana Alvaresa, który wyraził na to zgodę. Przybyły młody inżynier, Jose Francisco Vergara, ożenił się z jego wnuczką i później podsunął ideę budowy nowego miasta, niezależnego od Valparaiso.

Po pewnym czasie zaczął rozwijać się przemysł (m.in. spora cukrownia), Viña stała się centrum wojennej floty (budynki administracyjne, szkoła, nowe osiedla dla wojskowych i marynarzy) i miasto się rozbudowało. W końcu lat 20-tych zdecydowanie postawiono na turystykę. Zbudowano kasyno, w 1931 roku postawiono na wzgórzu Cerro Castillo, letnią rezydencję dla prezydenta Chile. W latach 1936 – 1945 zbudowano szereg dużych hoteli, w latach 60-tych zainaugurowano linię trolejbusową do Valparaiso a potem wspomniany, lokalny pociąg.

W latach 80-tych globalny ekonomiczny kryzys mocno potrząsnął miastem. Najpierw zbankrutowało wiele drobnych przedsiębiorstw, potem dwa największe i bezrobocie osiągnęło rekordowe rozmiary. Uratowały miasto dwie rzeczy: wzmożona międzynarodowa turystyka oraz wzrost cen miedzi na rynkach światowych. Ogromnie żałuję, iż moje dwukrotne wizyty w tym przepięknym miejscu, były w zasadzie krótkim przejazdem strefy nadmorskiej. W Viña del Mar należy zatrzymać się co najmniej przez parę dni i pobuszować po okolicy.

Pojechaliśmy dalej wzdłuż bulwaru mijając bardzo zróżnicowane budownictwo, od paro-piętrowych, pospolitych domów, poprzez olbrzymie wieżowce, do luksusowych kondominiów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W pewnym miejscu na górę prowadziła zawrotna liczba drewnianych schodów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wjechaliśmy, poza granice administracyjne Vina, do miejscowości Con Con, zatrzymując się w miejscu o nazwie Campo Dunar. Po lewej, rozciągał się mały cypel, Punta Concon, z miejscem widokowym zwanym Roca Oceanica. Naprzeciwko niego, po prawej stronie drogi, piętrzyły się olbrzymie wydmy, Dunas de Concon, przybierające pastelowe barwy w powoli zachodzącym słońcu.

65

66

67

68

W oddali bliższa panorama Viña del Mar

69

i dalsza Valparaiso,

70

73

74

kończąca się cyplem, na którym byliśmy półtorej godziny temu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W pobliżu malutkiego parku – cypel był ładnie zagospodarowany, z małym parkingiem, ścieżkami spacerowymi, pełen wielkich agaw

76

i kwiecistych krzewów – na kolejnym cyplu domek na skałach,

77

78

za nim następny z latarnią morską.

79

Na wprost blok skalny ociosany przez ocean, z małym krzyżem na szczycie. Albo ktoś stamtąd spadł albo się utopił, w zdradliwej, zimnej wodzie.

80

Dalej wysrebrzony ocean,

81

przelatujące duże mewy,

82

spieniona kipiel przy skałach, wężowiska splątanych wodorostów.

83

84

Nad naszymi głowami przeleciało stadko pelikanów,

85

za chwilę jakiś ptak drapieżny, wyglądający na jastrzębia.

86

Część pelikanów, mew i kormoranów siedziała na skałach a koło nich, w sporej gromadzie, leżały lwy morskie.

87

88

Niektóre gramoliły się po skałach, inne zsuwały do wody.

89

Rozleniwiło nas łagodne i ciepłe słońce, zafascynowała bliskość świata zwierzęcego i jego koegzystencja z ludźmi. Ale była już szósta wieczorem i musieliśmy ruszyć do Santiago. Wracając do auta spostrzegłem omszałą tablicę z nazwiskiem Nerudy. Ufundowała ją rada miejska Concon w stulecie urodzin poety.

89a

Przejazd powrotny po bulwarze, znów plaża w dzielnicy Renaca z trzcinowymi parasolami,

90.Vina del Mar Playa_Reñaca

Z Internetu

91

pseudo zameczek

92

i ostatnie spojrzenie za siebie, gdy wyjechaliśmy z Con Con.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z bulwaru na ulicę Montt, w długim szpalerze palm i z dobiegającym przez otwarte okno zapachem oceanu.

95

96

Przemknęliśmy na froncie kasyna przystając na czerwonym świetle przed mostem.

97

Wtedy zauważyłem na wprost, na wzgórzu, następny zamek z bajki – Brunet.

98

W 1923 roku pan Brunet zapragnął wybudować zamek, dostępny dla publiczności, na wysokim wzgórzu, ze wspaniałym widokiem na oba miasta i ocean. Budowlę rozpoczął znany francuski architekt Azancot, którą kontynuował z pomocą innego architekta – Schroedera. Gdy pozostało kilka miesięcy do ukończenia zamku, Brunet sprzedał go Chilijczykowi – Nicolasowi Yarur i wyemigrował do USA. Zamek powstał w stylu neoromantycznym z elementami arabskimi (tzw. Mudejar) i posiada mały pokój modlitewny, usytuowany w kierunku Mekki. Zamek zaczęto nazywać imieniem nowego właściciela -Yarur. W 1974 roku został oddany policji Carabineros, w 1994 przeznaczono go na hotel i miejsce uroczystych ceremonii, włącznie z podejmowaniem zagranicznych delegacji.

Ruszyliśmy przez most, skąd w perspektywie rozległy widok na ocean i statki płynące do portu w Valparaiso. Na ulicy La Marina mijamy po prawej hotel i restaurację, Cap Ducal, w kształcie okrętu. Wygląda jak osiadły na lądzie parowiec z potężnym kolorowym kominem. Potem zameczek Wulff i za chwilę na autostradzie España.

5. Valparaiso – Santiago 

Valparaiso rośnie w oczach, wszyscy gnają po 120 km/godz i trzymamy się tej kawalkady. Rozpięty nad jezdnią – białe litery na ciemnoniebieskim tle – napis: Bienvenidos a Valparaiso. Teraz, żeby się tylko nie pomylić i znaleźć wylotówkę na Santiago. Jest! Dalej prosto, wjazd na wiadukt z trzema wielkimi zielonymi tablicami: Santiago i Ruta 68. Mijamy po drugiej stronie przegubowy trolejbus,

99

rzeźbę, którą już uprzednio widzieliśmy

100

i spękaną fasadę kościoła.

101

Na wprost jedno ze wzgórz, Cerro Molino, i tam zauważam pewne ślady po niedawnym pożarze.

102

Jazda w wąwozie, którym wjeżdżaliśmy do Valparaiso parę godzin temu. Tablica – 109 km do Santiago. Nagle, pewnie z przemęczenia albo zwykłego gapiostwa, Seweryn skręca na prawo i gubimy autostradę. Długi i stromy wjazd na górę, jakaś peryferyjna dzielnica, zjazd i ponownie Seweryn robi błąd skręcając z powrotem na Valparaiso. Klnę pod nosem, tym bardziej, że nie chciałbym wjeżdżać do Santiago nocą, gdzie jest diabelny ruch i skomplikowane kierunki jazdy. A jeszcze trzeba Santiago przejechać i poprzez tunele i rozjazdy dotrzeć na osiedle, gdzie mieszka Claudio. Z nerwów i przekonania byleby tylko nie skręcać na Valparaiso, po przejeździe mostu nad autostradą, decyduje o skręcie w prawo. Z początku jechaliśmy dobrze wzdłuż autostrady i miałem nadzieję, że się w nią niedługo włączymy. Tymczasem kolejna niespodzianka – jest skręt, ale z nakazem tylko w prawo, bo na medianie beton i druciany płot oddzielający nas od właściwego kierunku jazdy.

Wracamy do tego samego punktu, mały podjazd, znalezienie rozwidlenia dróg, odnoga w prawo i uff – jest autostrada. Seweryn staje i nie jedzie, bo nie ma żadnego znaku na Santiago, więc według niego znów wrócimy do Valparaiso. Tłumacze mu cierpliwie, którędy przyjechaliśmy i że musimy skręcić w prawo. Wszystkie kierunki mu się dokumentnie poplątały i wciąż się upiera. Tracę opanowanie i wjeżdżam na niego ile wlazło. Ponieważ dalej się upiera zaczynam wrzeszczeć i nakazuję mu jechać w prawo, bo ja jestem pilotem i już! A on ma beznadziejną orientację na drodze. No to zaczyna się dyskusja, że jest dobrym kierowcą i wszystko do tej pory robił dobrze i wszędzie dojechaliśmy, jak trzeba. Ponieważ wytknąłem mu natychmiast dotychczasowe gapiostwa i błędy, Seweryn się obraża i w ponurym milczeniu wjeżdżamy na autostradę. Za parę minut pojawiają się wieżowce i głupieje, bo wygląda tak jakbyśmy wracali do Valparaiso. Zapomniałem, że satelitarne osiedla ciągną się na kilometry przed miastem i wciąż jesteśmy w jego obrębie.

Co chwila nazwy miast, zielone i niebieskie tablice, lecz ani jednego napisu „Santiago”. Las płowieje w zachodzącym słońcu.

103

Nagle na jezdni wielki napis – Santiago-Valparaiso, za chwilę tablica nad jezdnią z napisem i strzałką Viña del Mar. Seweryn triumfalnie oznajmia „A nie mówiłem!”, ja: „zamknij się i jedź”, lecz w głębi niepokój, czy aby dobrze jedziemy. Po paru minutach zauważam napis Qulipe i Villa Alemana – zjazd jeden kilometr.

104

Co jest do diabła? Przecież, gdy byliśmy w Viña del Mar, stamtąd były tablice na owe miejscowości. Okazało się, iż to boczna droga numer 60. Panika i nerwy są najgorszymi doradcami, wprowadzają człeka w wielką konfuzję i zwątpienie w swoje umiejętności. Tracisz rezon i się gubisz. Zaplątujesz.

Za parę minut nad głowami tablica z wielkim napisem „Santiago”, który wskazuje mu bez słowa palcem. Milczy dalej obrażony. Przejeżdżamy ponownie koło kompleksu leśnego Peñuelas. Seweryn gna 140 na godzinę, przekraczając przepisy, ale zacinam się i postanawiam nic nie mówić.

Zjazd w rozległą dolinę, znajomy napis Casablanca. Góry w mglistych pastelach a dnem doliny płoży się zachodzące słońce.

105

106

Po lewej wieża jednego z najważniejszych chilijskich sanktuariów – Santuario Lo Vasquez. W 1850 roku człowiek nazwiskiem Ulloa wybudował małą kaplicę. Potem inni, ze zbiórki pieniędzy, wybudowali solidną kaplicę, którą zwaliło trzęsienie ziemi. Wybudowano następną i historia się powtórzyła – kolejne trzęsienie ziemi. Ponieważ ocalała ściana z posągiem Maryi odczytano to jako znak i wybudowano kościół, ukończony w 1913 roku. W pięć lat później dobudowano skrzydła i wzmocniono konstrukcję. W 1951 roku biskup Valparaiso uroczyście włożył koronę na głowę posągu Niepokalanej Dziewicy, inaugurując sanktuarium, lecz jego następca musiał znów odbudowywać kościół, poharatany kolejnym trzęsieniem ziemi w roku 1985. Wieże kościoła odbudowano, dodatkowo postawiono budynek seminarium i powstało w ten sposób jedno z największych sanktuariów w Chile. Każdego roku, w dniu 8 grudnia, tłum pielgrzymów, głównie z Santiago i Valparaiso, gromadzi się tutaj na przeciąg dwóch dni. Sanktuarium jest najważniejszym miejscem Maryjnym w Chile.

Minęliśmy wielki, biały kamienny krzyż po lewej stronie drogi, zapowiadający obecność sanktuarium. Niebieska tablica nad drucianym płotem – Santiago 71 kilometrów. Pojawiają się reklamy wina i nazwy winnic. Przy zjeździe do miasteczka tablica z opłatami za autostradę. 700 pesos za auto, całkiem przyzwoicie.

107

Ku zadowoleniu Seweryna szybkość dopuszczalna 120 km/godz, ale wszyscy jadą co najmniej o 20 km/godz szybciej. Niektórzy wyśrubowują do 160, lecz im bliżej Santiago, tym bardziej niebezpiecznie i zapewne będą patrole policji. Przeto każdy, póki co, korzysta z przestrzeni i nieobecności policji. Za piętnaście minut autostrada rozszerza się jak rozległy stół, są bramki i pierwsza opłata od dłuższego czasu – 1700 pesos, obojętnie, ciężarówka czy auto osobowe. Seweryn z poważną miną przypomina mi, abym prowadził zapisy do rozliczenia, bo tylko on ma jeszcze pesos, już niedługo wraca do Toronto, więc chciałby się rozliczyć i być na czysto, itp, itd.

Po paruset metrach na powrót dwa pasy, do Santiago 59 kilometrów. W rowie pomiędzy pasmami autostrady kwiaty wyglądające jak kaczeńce i kępy zarośli. Przed nami pierwszy tunel z tablicą przypominającą o włączeniu świateł.

108

Maksymalna szybkość 90 km/godz. Nikt tego nie przestrzega. Gnają auta, gnają ciężarówki. Stosunkowo długi przejazd i wypadamy na szarzejące światło dnia. Niektóre stoki nad drogą wyglądają jakby przyklepano na nich glinę. Nieprawdopodobnie gładkie. Bardzo długi zjazd na dno kuesty Zapata. Mały most Curacavi, Santiago – 45 kilometrów. Farmy, obudowany kanał. Wzdychamy obaj jednocześnie, bo napis La Cabaña – 1 km. Płaskie dno rozległej doliny. Wysoka palma koło araukarii. Pierwsze ekrany dźwiękochłonne koło osiedla. Zakłady przemysłowe – hale, zajezdnie, parkingi, budynki biur. Ruch gęstnieje, świetlne tablice przypominają o zachowaniu dystansu między pojazdami. Ruta 68 i wokół na horyzoncie pasma gór jak wycięte z papieru. Do Santiago 30 kilometrów.

109

Zaczynają się pagóry i pagórki pokryte kępami roślinności, karłowate drzewka, zielona jeszcze trawa. Wspinamy się na wyższy poziom po stoku. Wjazd pomiędzy wzgórza i drugi tunel – Lo Prado, ten na przeciwległej krawędzi kuesty. Jeszcze dłuższy niż poprzedni, ma 22 kilometry. Poruszanie się we wnętrznościach ziemi, rozświetlonych po bokach mdłym światłem lamp. Mijamy Centrum Badań Nuklearnych, przystanki autobusowe są ciemnoniebieskiego koloru. Pierwszy raz wjeżdżam do Santiago od zachodu. W 2011 wjechaliśmy do Santiago od północy, bo najpierw pojechaliśmy 60-tką do granicy z Argentyną, by zobaczyć Aconcaguę, najwyższy szczyt Ameryki Południowej. Niestety nas nie wpuścili i przejechaliśmy tylko słynne Caracoles. Po samotnym wypadzie do Patagonii, dotarłem tutaj Piątką od południa. Od wschodu niemal nie ma bezpośrednich dróg – bariera Andów.

Znów wielgachne rozszerzenie. Kolejna bramka – 1700 pesos. Zaczyna się gęstwa opłat za drogi w metropolii. Na bramce Seweryn usiłuje przetłumaczyć młodej Chilijce, że opłaty są za częste. I pyta dlaczego nie ma zniżek dla inwalidów. O to pyta w każdym miejscu na świecie – w muzeum, na parkingach, w hotelach, przy wejściu na prom, do parku narodowego…. Byleby utrącić parę groszy. Gdy okaże się, iż czasem można uzyskać większą zniżkę, lub dostać się gdzieś za darmo, jest wielce zadowolony, ba, wręcz triumfujący.

Ponieważ komórka Seweryna w ogóle nie działała; w zasadzie nigdy nie działała, od samego początku, co mnie mocno rozdrażniło, bo miał to załatwić na sto procent, byśmy w razie czego mieli łączność, wyciągnąłem notatki z instrukcjami Claudia, jak do nich dojechać. Była 7.30, zmrok rozjarzony nieco światłami lamp. Mieliśmy zjechać z 68 na Costanera Norte, z niej wjechać na drogę 70, czyli Autopista Vespucio Norte, potem dobić do Piątki i z niej skręcić na Autopista Nororiente. Z niej w lewo, na drogę 57, tutaj pierwsza w prawo w ulicę Chicureo, prosto, prosto i po lewej kondominium Las Bandadas, gdzie z portierni mamy poprosić o zadzwonienie do Claudia, w celu potwierdzenia naszej tożsamości dla ochroniarzy. Prawda, że bardzo prosta trasa?

Przejechaliśmy mostem nad niedużą rzeką Mapocho, która wchodzi w głąb miasta i jest obudowana, bowiem czasem wiosenne roztopy zalewały sporą część dróg i dzielnic. Oczywiście zgubiliśmy Costanerę Norte i bardzo długo jechaliśmy, a miasta jak nie było tak nie było. Pierwsze wysokie i oświetlone budynki, oraz aleja Wyzwoliciela Bernardo O’Higgins, napełniły nas radością. Tylko co dalej? Gorączkowo wpatrywałem się w mapę i nagle odczytałem nazwę – Autopista Central. W nocnym oświetleniu, na szczęście całkiem niezłym, zauważyłem charakterystyczne, ozdobne szpice koło wieżowca, które pamiętałem sprzed trzech lat i miałem pewność, że już jesteśmy w centrum miasta.

110

Po minięciu skrzyżowania, z przebiegającą pod nim Autopistą Central, piątym zmysłem wskazałem Sewerynowi od razu zjazd na lewo i po paru minutach byliśmy na Centralnej. Poprosiłem go, aby cały czas jechał prosto i nie śmiał się wymądrzać, gdzie należy jechać. Potulnie na to przystał, bo moje odnajdywanie drogi oraz poszczególnych elementów sprzed trzech lat, napełniło go wręcz podziwem, a zarazem zaufaniem.

Mimo niedzieli wieczorem ruch nie był nazbyt intensywny i jechaliśmy szybko i płynnie. Obaj jednocześnie rozpoznaliśmy podziemną część autostrady, którą jeździliśmy onegdaj z Claudiem. Byliśmy na dobrej drodze. Po parunastu minutach wyjechaliśmy na powierzchnię, by po pewnym czasie zagłębić się w betonowe koryto. Za nim miasto się jakby przerzedziło i zapadły chilijskie ciemności. Czyhałem na znak zjazdu na Piątkę. W świetle reflektorów ukazał się wyczekiwany napis – Paso Superior Ruta 5. Teraz tylko aby dobrze dotrzeć do szybkiej autostrady Nororiente. Jechaliśmy naszą znajomą Piątką, jak niegdyś w Patagonii, niemal samotnie. Jest napis ze strzałką na prawo – Vitacura, pod nią Chicureo. Po wjeździe na Nororiente – Chicureo, 9 kilometrów. Seweryn ruszył chyżo, ale go przyhamowałem przypominając, że trzy lata temu nieraz się tutaj błąkaliśmy i musimy być nadal czujni.

I rzeczywiście, bowiem z autostrady nie było zjazdu na drogę 57 (może jest, ale go nie odkryliśmy). Jednakże znaki poprowadziły nas dalej prosto. Jasny gwint – bramka, 1300 pesos. Upewniamy się u panienki czy dobrze jedziemy. „Si, bueno, señores” – mówi. Kolejny znajomy napis nad drogą – Chicureo Piedra Roja i wskazówka by się trzymać środka. „W prawo!” wołam do Seweryna, który już zaczął przysypiać. Odbijamy z małym piskiem opon. Nieprawdopodobne ciemności. Bezksiężycowa noc, nasze reflektory omiatają czarne wzgórza. Łagodnie w prawo do Piedra Roja. Muszę uważać, bo trzy lata temu pomyliłem kondominia i wylądowaliśmy zupełnie gdzie indziej.”Tu gdzieś musi być rondo, o tu, w lewo” – mówię nieco niepewnym głosem, bo świat po ciemku wygląda zupełnie inaczej, tym bardziej przy mym krótkowidztwie. Klnę – nie to rondo, za wcześnie. Objazd i powrót na główną. Za chwilę właściwe rondo, objazd, skręt w prawo, kolejne małe rondo, w prawo i stoimy przed bramą Barrio Las Bandadas. Dojazd zabrał nam godzinę.

Ochroniarz dzwoni do Claudia, zamienia parę słów i podaje mi słuchawkę. „Cześć Claudio” a on” Już? Tak szybko? Traficie do nas?”. Jak zwykle skory do żartów i lekkich przycięć. Po polsku mówi bezbłędnie, czasem z miękkim, hiszpańskim zaśpiewem. Drugi ochroniarz pyta co to za język. „Ach, Pollacos” i od razu dodaje „Papa Wojtyla y Walesa„. Tak się porobiło. Nie Mickiewicz, nie Kościuszko, nie Piłsudski, nie Chopin i Domeyko, ale właśnie ta dwójka. Wszędzie.

Wąskimi alejkami wjeżdżamy w głąb osiedla domków. Nawet Seweryn przypomina sobie drogę i tym razem wydaje się ona krótsza. Parkujemy, wysiadamy. Patrzę na drzwi i widzę na dole dwa łby psiaków. Każdy wygląda z uwagą po swojej stronie szyby. Dwa poczciwe beagle. Drzwi się otwierają i wychodzi Claudio, za nim Asia. Witamy się serdecznie, rozpakowujemy i wnosimy rzeczy na górę do swoich pokojów. Pojawia się ich najmłodszy syn, Robert. Mówi płynnie po hiszpańsku i angielsku, z polskim się zbuntował. Rozumie, lecz niechętnie używa. Wyrósł od tamtego czasu i wszedł w nastolactwo.

Siadamy w kuchni, stawiamy nasze wino na stół. Claudio dołącza swoje i gdy opróżniliśmy butelki przy, jak to zazwyczaj bywa kiedy ludzie spotykają się po latach, nieco chaotycznej rozmowie, Claudio stawia na stole żubrówkę. Asia poszła do siebie a my opowiadamy, rozklejeni i wciąż przeżywający naszą, niemal trzymiesięczną, eskapadę. El Chalten, Perito Moreno, lecz przede wszystkim przejazd Carreterą Austral do końca, podczas niebywałego deszczu. Potem wspominamy nasze nieudane spotkanie w Polsce, gdy Claudiowi pomyliły się daty i przybył do Sopotu dzień później. Absolutnie się tym faktem nie przejął i nawet droczył się z Sewerynem, że to my pomyliliśmy terminy.

W Sopocie Claudio studiował transport morski na Gdańskim uniwerku, co ogromnie mu się przydało w pracy w USA i po powrocie do Chile. I jeszcze znajomość trzech języków. W Santiago pracował od lat w japońskiej firmie, choć już się rozglądał za wyjazdem na posadę do USA, gdzie aktualnie mieszka jego starszy syn, Tomek. Średnie dziecko, córka Aleksandra, zakotwiczyła się w Anglii.

Znajomość z Claudiem ma w sobie sporo niecodziennych elementów. Poznaliśmy się przez mojego szwagra, który był przyjacielem Claudia w czasie studiów. Claudio bywał u rodziny i wpadał czasem do gdańskiego klubu „Żak”, gdzie pracowałem w latach 70-tych. Kiedyś pojawił się z urodziwą i pełną życia blondynką i to była jego przyszła żona, Asia. Po wyjeździe z Polski, w 1981 roku, na parę lat zamieszkałem w Berlinie Zachodnim, gdzie Claudio wpadł niespodziewanie, w miesiąc po wprowadzeniu stanu wojennego. Wracał do Polski, do Asi i małego Tomka. „Chyba wyjedziemy do mego ojca, do Meksyku” powiedział. „Wymknąłem się od jednego generała, a tu teraz kurcze drugi na karku. Sytuacja wygląda na beznadziejną”.

I tak też się stało. Po różnych wędrówkach, z Meksyku do USA, postanowił wrócić do Chile i osiedli w obrębie wielkiego Santiago. W ładnie położonym osiedlu jednorodzinnych domków, zatopionych w pięknych roślinach i kolorowych kwiatach, otoczonym suchymi wzgórzami, z kępami pół stepowej roślinności, z dolinami wąskich strumieni i z odległymi szczytami ośnieżonych Andów, widocznych akurat wtedy, gdy nad Santiago nie zalega smog. Do centrum Santiago, poprzez autostrady, mają dojazd w 15-20 minut.

W końcu roku 2010 Tomek znalazł w polonijnym „Dzienniku Nowojorskim” recenzje mego tomiku i krótką ze mną rozmowę. Pamiętając o opowieściach ojca z Gdańska, zadzwonił do niego informując, że chyba chodzi o mnie. 

Claudio wysłał maila do redakcji, redakcja zapytanie do mnie czy Claudia znam i w lutym 2011 wymieniliśmy się mailami i następnego dnia zadzwoniłem do Santiago. Kiedy Claudio usłyszał, że wybieram się z Oleńką i Sewerynem do Peru i Boliwii, rzekł krótko i węzłowato „Nie widzę przeszkód abyście przyjechali tutaj. Przecież nie byłeś nigdy w Chile”. Po miesiącu ukonkretniliśmy plany – Oleńka musiała wracać do Toronto, my, po przekroczeniu granicy peruwiańsko-chilijskiej, postanowiliśmy wynająć auto i odwiedzić Claudia w Santiago, przy okazji zaglądając na pustynie Atacama, co było jednym z mych długoletnich marzeń. Po odlocie Seweryna do Toronto, samotrzeć zapuściłem się zimą do Patagonii. Przedostatniego dnia pobytu u Claudia spadł mi na podłogę komputer. Na sztorc. Pięć tysięcy zdjęć, w tym niepowtarzalne z wiosennej Grecji i z zimowej Patagonii, szlag trafił. Te wydarzenia sprowokowały pomysł dłuższej podróży do Patagonii w roku 2014.

Kończyliśmy rozmowy, bo było po północy. Claudio szedł jutro wcześnie do pracy i mieliśmy już nieco w czubie. Ostatnia rozmowę przed snem odbyłem z nim na korytarzu. Przypomniało mi się, że Santiago leży na obszarze sejsmicznym i zapytałem czy jest spokojnie. „Było jedno trzęsienie dwa tygodnie temu” odrzekł. „Robert śpi na górze, przestraszony obudził się i zszedł do nas. Gdy jest trzęsienie można od razu wejść na specjalny kanał w TV i uzyskać informacje o jego sile i zakresie”. „I co było?” zapytałem. „Ano, odpowiedziałem mu, że może iść dalej spać, bo było tylko 7,5 stopnia”.