Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

26 lipca Fredericton – St. Andrew

Hotel od rana opromieniony słońcem.

Całe szczęście, bo to może jakoś spokojnie nastroiło Seweryna, bowiem przyszedł mail odmawiający odwołania i zwrotu pieniędzy z powodu holowania w Halifax, choć z paręnaście razy rzekł „A nie mówiłem”. Po wyjeździe Dwójką wzdłuż prawego brzegu rzeki. Szybko i monotonnie. Na widok ostrzeżeń o łosiach tylko zgrzytnąłem zębami. Na tym polu totalna klęska.

Św. Jan niebieści się w oazach zieleni,

przed miejscowością Woodstock ( bynajmniej nie ten od festiwalu), rezerwat i znak kasyna.

„Chodź, tam zaglądniemy” niespodziewanie proponuje Seweryn „ mam ochotę na kolejną kawę”. Za 10 minut wpadamy do uroczego, czystego miasteczka obwieszonego flagami z okazji 150-lecia Kanady.

Tim Hortons, biorę słabszą kawę i amerykańskiego „pączka”. Przeglądam mapę i proponuję odskoczenie z autostrady i pojechanie wzdłuż rzeki, tym razem po jej lewym brzegu. Przy nawrotce ładny widok na rzekę w dole,

potem kawałek ulicą Główną i rozpromieniony w słońcu, olśniewająco biały dach kościoła Baptystów, ze strzępkami piór anielskich na niebie.

Nawrotka i od Głównej zjazd, poprzez podrzędną 585, mostem na drugą stronę rzeki. Z mostu ładny widok na miasteczko, najpierw z drzewem imitującym palmę,

a potem widok żywcem z holenderskiego, XVII-to wiecznego malarstwa.

Za mostem, gnamy już po 105, po obu stronach pojedyncze domy, małe, ale za to z potężną anteną satelitarną.

Świat na wyciągnięcie ręki. Ku pilotowi. Znów jedziemy unurzani w zieleni, przy uchylonych oknach. Mały ruch, bez hałasu i smrodu autostrady, czasem nad rzeką sielankowe obrazy.

W pewnym momencie, daleko przed nami, widzę kryty most.

Po paru minutach dojeżdżamy do niego

i okazuje się, że dojechaliśmy do najdłuższego mostu krytego na świecie, w miasteczku Hartland. Mosty pokrywane dachem są typową dla wieku XIX strukturą północnoamerykańską, by tym sposobem zapobiec rdzewieniu i gniciu. Po roku 1840 amerykański architekt William Howe wymyślił żelazną kratownicę, którą prowincja Nowy Brunszwik zaadoptowała w budowie mostów (na terenie tej prowincji jest 77 zachowanych krytych mostów). Tutaj pierwszy most, bez pokrycia dachowego, postawiono na sześciu filarach w roku 1901. W sześć lat później wybuchł pożar, a w 1920 roku część mostu zwaliła kra na rzece. Betonowo-drewnianą konstrukcję pokryto drewnianym dachem w 1921 roku, dodając przejście dla pieszych w roku 1945 roku. Ma 390 metrów i 75 cm długości i zapewne około trzy i pół do czterech metrów szerokości. Zapewne, bo nigdzie nie mogłem znaleźć na ten temat informacji.

Most przeżywał różne dzieje, za przyczyną natury albo ludzi. W 1996 roku jacyś wandale próbowali most podpalić. Mimo zakazu jazdy ciężkich ciężarówek – od 1970 roku, w 12 lat później lżejsza ciężarówka nadwyrężyła most. W 2007 zima spowodowała uszkodzenie jednej z centralnych belek mostu. W 1980 most został zaliczony do narodowych pamiątek historycznych, a w 19 lat później, jako historyczne miejsce prowincji Nowy Brunszwik.

Ów most, jak wszystkie pozostałe w tej prowincji, nazywany jest „mostem pocałunków”. Powożący nowożeńców, skłaniali konie do zatrzymywania się na środku mostu, aby para mogła wymienić pocałunek. We wrześniu 1992 roku, pewna para z Toronto, wzięła ślub na moście.

Ostatnia ciekawostka – mały kawałek drewna z mostu jest częścią specjalnej gitary zwanej Voyageur, a także Narodowym Sześciostrunowcem (Six String Nation). Był to pomysł z 1995 roku, pisarza i radiowca żyjącego w Toronto, Jowi Taylor’a, który znalazł wykonawcę specjalnego instrumentu w osobie mistrza lutniczego z powiatu doliny Annapolis, w Nowej Szkocji, Luthiera George Rizsanyj’a. Gitara składa się z 64 kawałków kości, metalu, drewna, kamienia i rogów, które zaofiarowały wszystkie prowincje i terytoria kanadyjskie i symbolizuje jedność Kanady.

Zdjęcie z Internetu

Zagrano na niej po raz pierwszy w roku 2006, podczas obchodów Dnia Kanady w Ottawie. Od tamtego czasu jest to instrument wędrujący po Kanadzie, na którym grają różni muzycy. Tylko raz, w roku 2009, zagrano na nim za granicą, na festiwalu gitarowym w Italii.

Zaparkowaliśmy, bo most nas wręcz zafascynował. Obejrzeliśmy wjazd

i wejście na niego

i kawałek po nim przeszliśmy.

Przy parkingu jest mały park z widokiem na most

i stoi tam skromny monument, upamiętniający jednego z najwybitniejszych premierów prowincji Nowy Brunszwik – Richarda B. Hatfielda, tu urodzonego, a także pochowanego w 1991 roku.

Naprzeciw mostu rozciąga się ładne centrum handlowe z zegarową wieżą.

Nie przejeżdżaliśmy na drugą stronę rzeki, by uniknąć autostrady. Za chwilę minęliśmy inny, solidny most im. Johna Flemminga,

nieżyjącego, 24 premiera Nowego Brunszwiku i dalej trzymaliśmy się brzegu rzeki. Co pewien czas wśród przeważającej zieleni drzew liściastych strzelała w górę wyniosła sosna.

Po drugiej stronie widzieliśmy pasma autostrady i wzgórza, za którymi jest granica z USA.

Zdawało się, że jedziemy ciągnącym się kilometrami nadrzecznym bulwarem. Bardzo czystym, zadbanym, z wieloma ozdobnymi kwiatonami i latarniami. Wrażenie się nasila przed każdym skupiskiem miejskim. Przed Florencville-Bristol następny, stary most ozdobiony z przodu małym dachem. Za nim przejazd pod wiaduktem drogi nr 130 prowadzącej, przez wielki łuk betonowego mostu, ku autostradzie po drugiej stronie rzeki. Potem towarzyszą nam tylko rzeka, zalesione niskie wzgórza po prawej i gdzieniegdzie domy. 105-tka w miasteczkach z reguły zmienia nazwę, teraz jedziemy na przykład po East Riverside Drive. Dojechaliśmy do węzła paru dróg w miejscowości Perth-Andover i tu oczywiście most.

Za mostem postanowiłem skręcić w lewo i lekko wspinamy się na drogę nr 109, potem łagodny zjazd ze ścianą zieleni i falowaniem dalekich wzgórz.

Przy drodze znak z podwójnym kopczykiem, przeglądam mapę i znajduje nazwę Plaster Rock.

Miasteczko, gdzie są gipsowe wzgórza (stąd nazwa Plaster Rock) i które w końcu wieku XIX zasiedlili głównie drwale. Dziś spore znaczenie ma także turystyka, tym bardziej, że stąd niedaleko do prowincjonalnego parku Mount Carleton. W tej małej miejscowości odbywają się od 2002 roku, coroczne, światowe zawody Hokeja na Stawach, na jeziorku Roulston.

Zdjęcie z Internetu

Obecnie w zawodach partycypuje 120 zespołów z 15 krajów, w tym tak egzotycznych jak Kajmany, Singapur czy Puerto Rico. Są zespoły ze wszystkich kanadyjskich prowincji i z 35 stanów USA. Całości dogląda ponad 200 wolontariuszy, a zawody obserwuje około osiem tysięcy widzów.

Jedziemy w gęstym lesie mieszanym. Dojeżdżamy do brzegów rzeki Tobique. Wielka ilość sporych odcinków reperacji – obszerne łaty, mniejsze i większe wypełnienia. Kiedy potem zaczynamy się często natykać na olbrzymie ciężarówki, wyładowane balami drewna, już wiemy kto regularnie zdziera drogę. Wjeżdżamy na rozległe płaskowyże i w paru miejscach zauważamy zrolowane bele siana.

Duże obszary pól, farmy i od razu można poznać, że wpierw wykarczowano tutaj las. Za Arthurette przeskakujemy na drugi brzeg rzeki i za mostem rozjazd z nieco zawiłymi znakami. Skręcamy w prawo, by trzymać się 109. Przy drodze złupany pień drzewa, a na nim napis „God loves you”. Zapewne, ktoś w końcu powinien nas bezstronnie i bezwarunkowo kochać, co przynosi ulgę, a przede wszystkim pociesznie. Ale czy każdy ksiądz, szczególnie w Polsce, idzie w Jego ślady? Przy tym nałóg powoływania się na Boga, w różnych religiach, szczególnie w tych monoteistycznych, że Bóg akurat coś tak ocenia lub tak o tym sądzi, wydaje mi się często bezczelnym nadużyciem i kolejną manipulacją. Bardzo religijna okolica, wokół miasteczka Plaster Rock sześć kościołów różnych wyznań. Już jesteśmy na głównej, pojedyncze domy w sporej odległości od siebie. Tak tu jest – zatarta różnica pomiędzy wsią (village) a miasteczkiem (town). Za Three Brooks dojazd do rozwidlenia dróg z ukierunkowującymi nas znakami.

Rzeka malowniczo się rozlewa wśród wysepek.

Po czternastej upał wyraźnie zelżał i wjeżdżamy do Arcbukle, gdzie bardzo ładny drewniany dom przy wejściu do malutkiego parku turystycznego.

Nawet tam na chwilę zaszliśmy, by rozprostować kości, lecz nic nadzwyczajnego. Foldery, pamiątki, bibeloty.

Powrót do auta i z rykiem mija nas wielka ciężarówka, z dwoma naczepami pełnymi drewna.

Postanowiłem jechać dalej drogą 108 na wschód. Z powodu przeczuwanego końca podróży zaczyna się typowe dla mnie odwlekanie. Przedłużanie. Łudzenie się – jeszcze jedno niepowtarzalne miejsce, jeszcze jedno zdjęcie, jeszcze jedno zapełnienie szufladki pamięci. Przejazd przez most osadzony na czubku rzecznej wyspy.

Potem dziesiątki kilometrów litych lasów

i co pewien czas wyładowane drewnem ciężarówki firmy Irving. Gdy jest przed nami niesie się jeszcze za nią zapach ściętego drzewa.

Rąbie tu biznes Irvinga na potęgę. Ta drapieżna rodzina opanowała w Maritimes sporo różnych gałęzi przemysłu i wytwórstwa, a ich perypetie i metody opisałem w czasie pierwszego wjazdu do Nowego Brunszwiku.

Długie odcinki naprawianej drogi, wciąż z nierównościami, a czasem i koleinami.

Potem przepięknie wijąca się i co pewien czas wspinająca na wzniesienia droga w kompleksie leśnym z jeziorami – park prowincjonalny Kennedy Lakes. Na obszarze 206 km² dwa odmienne regiony – Południowych Wyżyn (do 580 metrów wysokości) i systemu Niskich Dolin. Raj dla amatorów canoe i wędkarzy. Przejazd był tak fascynujący, że włączyłem kamerę w aparacie i zrobiłem krótki film.

Następne trzy godziny były nieustannym zatopieniem w odmianach zieloności. Obok nas, czasem prześwitując spomiędzy drzew, płynęło północne ramię rzeki Renous. Droga była pustawa z czego obaj byliśmy nader zadowoleni.

Przed Miasteczkiem Renous wjazd na porządniejszą, główną drogę nr. 8 i nią kierujemy się na południe. Przy miasteczku Doaktown wjeżdżamy na most z widokiem na sąsiedni, kolejowy.

Niepełny kilometr dalej jest najstarszy, kryty most w prowincji z 1870 roku, z poprawkami z roku 1899, lecz bujna zieleń przy drodze zasłania go przed naszymi oczami. Po 18.30 docieramy, w zachodzącym słońcu, do rozjazdu na trasie zwanej Szlakiem Miramichi. Owa droga biegnie wzdłuż rzeki o tej właśnie nazwie i zdobią ją niebieskie oznakowania z sylwetką skaczącego łososia.

Rzeka przeważnie meandruje na długości 250 km, mając dwa główne ramiona – Południowo-zachodnie i Północno-zachodnie, z mniejszymi dopływami. Niemal każdy zakręt tej rzeki ma swoją nazwę nadaną przez wędkarzy, rybaków, drwali i entuzjastów canoe. Przypływy wpychają słonawą wodę z zatoki Św. Wawrzyńca do 70 km w górę rzek. Kiedyś żyła tutaj największa populacja łososia atlantyckiego w Ameryce Północnej. Rzeka wciąż pozostaje w miarę czysta i poza łososiem wchodzącym na tarło, są tutaj śledzie, stynki i pstrągi. Łosoś prze na tarliska od połowy czerwca do późnego października i jest łowiony przez wędkarzy sportowych (około 50% wszystkich tego typu połowów atlantyckiego łososia w Ameryce Północnej).

We wczesnych latach 50-tych lasy zostały zaatakowane przez gąsienice ćmy świerkowej (zwójka), zakłócając przemysł leśny i produkcję papieru. Przyjmując błędne założenie, że rozpylanie DDT nad leśnymi obszarami dorzecza Miramichi, nie uczyni szkód innym organizmom żywym, wysłano wiele opylających samolotów na ten obszar. Oczywiście DDT dostało się do wody i po opylaniu znaleziono na brzegach rzek tysiące martwych łososi. Ocalała tylko 1/6 populacji i 1/3 z tarliska. Ponadto wyeliminowano inne owady stanowiące jedno z głównych źródeł pożywienia dla łososia. Cała równowaga ekologiczna rzeki została naruszona, co spowodowało napisanie o tym artykułu przez słynną Rachel Carson, artykułu opublikowanego w roku 1962, pod tytułem “Milcząca wiosna”. Po przeczytaniu w młodości najsłynniejszej książki Carson “Morze wokół nas”, nosiłem się z zamiarem przyszłej pracy w oceanografii, ale wrzuciło mnie na inne orbity i z tamtego czasu pozostało mocne zrozumienie ważności oceanów i troska o ich stan. Artykuł Carson wywarł ogromny wpływ na początki ruchu ekologicznego wieku XX i uświadomił wagę zachowania równowagi i czystości środowiska na małych obszarach.

Szlak Miramichi prowadzi od miasta o tej nazwie do Fredericton, przebiegając po obszarach osadnictwa indiańskiego, irlandzkiego i akadyjskiego. Należy pamiętać, że Nowy Brunszwik stał się pierwszą i dotychczas jedyną prowincją dwujęzyczną w Kanadzie. Ósemką dojechaliśmy do zjazdu przy Nashwaak Bridge, na 107 prowadzącą nas na zachód. Z racji sporego osadnictwa irlandzkiego drogę nazywają Irishtown Road i aż do drogi 105 ciągnie się brzegiem wielkiego kompleksu leśnego. Minęliśmy miejscowość Stanley, potem od Juniper do Glasville natykaliśmy się na obszary wyrąbanych lasów, zajętych przez rozległe pola.

Miejscami stan drogi jest zły i trzeba jechać ostrożnie – są nierówności, dziury i koleiny wyżłobione przez ciężarówki.

Kiedy dojechaliśmy do połączenia ze 105, przy drodze pojawił się znak zwiniętej paproci i informacja o kolejnym szlaku – River Valley Scenic Drive, czyli drogi wzdłuż doliny rzeki Św. Jana.

Ów znak nazywany jest z racji kształtu „fiddlehead” (pastorał), bowiem tak wygląda młoda paproć przed rozwinięciem. Indianie, a potem za ich przykładem europejscy osadnicy, jedli ją w postaci sałatki lub lekko obgotowanego warzywa. Taką sałatkę skonsumowałem po raz pierwszy w życiu w domu prof. Pluty w 1984 roku. Zwinięte pędy paproci są antyoksydantem, ważnym źródłem kwasów tłuszczowych – omega-3 i omega -6; zawierają również wiele żelaza i błonnika. Mają niską zawartość sodu i wysoką potasu.

Zdjęcie z Internetu

Trzeba jednak uważać, bo niektóre gatunki są rakotwórcze. Sporo z nich zawiera enzym niszczący tiaminę, co przy nadmiernym spożyciu paproci, doprowadza do choroby wywołanej brakiem witamin i zwanej beri-beri. W Maritimes sprzedaje się paproć przy drogach, wprost od farmerów, w sklepach często w postaci mrożonki. Jej sprzedaż roczna w Ameryce Północnej kształtuje się pomiędzy 7 do 10 milinów CAD.

Gdy staliśmy czekając na wolny wjazd na 105, Seweryn rozglądnął się dookoła i wypalił „przecież my już tu byliśmy dzisiaj”. „Oczywiście – odpowiedziałem – nawet z początku tu pomyłkowo wjechaliśmy, ale w porę spostrzegłem błąd. Zrobiliśmy wielką pętle i teraz będziemy powtarzać część drogi”. „Nie dało rady zrobić tego inaczej?” zapytał. Na co mu spokojnie odpowiedziałem„ Być może, ale awionetką”. Przed Perth-Andover skręciliśmy na metalowy most, w drogę 109, za mostem prosto na północ, aż do wjazdu na autostradę 2, gdzie Seweryn od razu przycisnął. Szybko dojechaliśmy do Grand Falls i tu było trochę gimnastyki z plątaniną zjazdów i wjazdów, tym bardziej, że już było ciemno, a moje krótkowidztwo daje wtedy o sobie znać. Wydrukowana mapa z Google okazała się całkiem przejrzysta i mimo pewnych niepokojów, zgrabnie wykręciliśmy po wiaduktach nad autostradą i z daleka zobaczyłem neon „Quality Inn”, czyli nasz zamówiony hotel, w wiejskiej osadzie St. Andrew. Zajechaliśmy pod niego około 21.30 i tu się okazało, że popełnili pomyłkę i zarezerwowali nam go na wczoraj i nawet już ściągnęli opłatę. Tacy szybcy… Lecz mieli wolny pokój na piętrze, co lekko wzburzyło Seweryna (z reguły, w związku z jego problemami z chodzeniem, zamawiałem pokoje na parterze). Nieco się udobruchał, gdy okazało się, że można podjechać od tyłu i są tam na wyższym poziomie podwórka pojedyncze, wygodniejsze schody, a nie podwójne, prowadzące od recepcji.

Obaj byliśmy wielce głodni. Około 22 pojechaliśmy do Grand Falls na kolację i ku naszej uldze i radości trafiliśmy do jedynej, czynnej restauracji w mieście „Grande Saut”. Kiedy tylko otworzyłem drzwi wiedziałem, że lepszego miejsca nie mogłem znaleźć. Dwuosobowa kapela z werwą i pasją grała przeboje z lat 60-90 i trochę współczesnych. Ludzie, starzy i młodzi, zawzięcie tańczyli i podśpiewywali, entuzjastycznie przyjmując występ muzyków. Atmosfera była zabawowa, rozrywkowa, rozkręcona na pełen gaz. Zjadłem bardzo dobrą zupę i kurczaka, wypijając Stelle Artois. Po posiłku siedzieliśmy jeszcze z pół godziny i gdyby nie zmęczenie i pewna ociężałość po jedzeniu, może ruszyłbym w tany. Wróciliśmy stamtąd z lekkim zaplątaniem się przy wyjeździe, bo tym razem bez mapy, na pamięć. Znów uratował nas świecący w ciemnościach neon wskazując właściwy azymut.