Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

26 kwietnia, 2014 – Las Trancas – Cartagena (503 km)

1. Las Trancas – Chillan – San Fernando

Około 6 rano nagle spadłem z łóżka i boleśnie wyrżnąłem policzkiem o kant stolika. Panował już chłód. Zszedłem na parter i dorzuciłem dwie kłody do pieca. Wróciłem do łóżka i spałem dalej. Ponowne obudzenie znów nie było przyjemne, bo z męczącego snu. Śnił mi się mój kuzyn z Warszawy, Janek. Szliśmy razem i on próbował przeskoczyć mały rów, który w rzeczywistości snu stał się nagle ogromną wyrwą w ziemi. Patrzyłem przerażony na kuzyna leżącego gdzieś daleko w dole. Wyglądał na martwego lub sparaliżowanego.

Zwlokłem się na dół obudzić Seweryna, który okropnie się grzebał. W końcu miałem dość i sam poszedłem na śniadanie. Przywitała mnie w podskokach kocica, a potem pies. Po pół godzinie pojawił się Seweryn i byliśmy gotowi do drogi dopiero koło dziesiątej.

Magda pozwoliła mi zadzwonić do Santiago, do Claudia. Claudio ma mail, ale nie uznaje go w kontaktach towarzyskich, jeno w służbowych. Preferuje rozmowę telefoniczną i dlatego nie odpowiadał na moje maile. Miło go było usłyszeć po niemal dwóch latach i umówiliśmy się, że dobijemy do nich jutro. Planowałem jeszcze jeden nocleg po drodze, bo ociągałem się z opuszczeniem mej magicznej krainy. Niby nie była to już administracyjnie Patagonia, lecz na mapach fizycznych granicą Patagonii chilijskiej jest rzeka Maule, do której dotrzemy za około 300 kilometrów.

Za telefon Magda nie chciała pieniędzy, za śniadanie i nocleg trochę nam podbiła cenę – 40 tysięcy pesos, lecz i tak było to jedynie około 70 dolarów US lub 215 zł, do podziału. Niestety Seweryn znów wstał lewą nogą i srodze pojękiwał, że nas Magda prawie obrabowała.

Drogą N55 wracaliśmy do Chillan, w chłodnych mgłach i pasmach szronu leżącego na poboczach (śnieg spada tu nieraz w maju).

1

W pewnym miejscu natrafiliśmy na kawał jezdni pokrytej czerwonym asfaltem, 

2

potem przez pół godziny jechaliśmy w deszczu.

3

Niedaleko miasta przejaśniło się, wpadliśmy w siatkę ulic prowadzącą do główniejszej ulicy Collin, gdzie za skrzyżowaniem z Kolumba skręciliśmy w lewo, w szeroką, dwupasmową aleję wysadzaną po środku dwoma rzędami drzew. Za chwilę problemy – objazdy, roboty drogowe, ale w końcu przebijamy się do znanej nam O’Higgins, by znów pomykać w szpalerze drzew, tworzących miejscami żółtozielony tunel nad jezdnią. Minęliśmy ozdobną bramę z napisem Chillan Viejo i potem wprost z O’Higgins prawym wjazdem w Ruta 5, w kierunku północnym. Tą część Piątki nazywają Ruta del Maule.

Zmienne widoki – sporo ciężarówek z drewnem, zabudowania farm, jakieś magazyny i składy,

4

samotna dwukołówka z facetem w poncho i kapeluszu.

5

Most na rzece Nuble, koło miasteczka o dźwięcznej nazwie Rupanco.

6 rio nuble kolo Rupanco

Po lewej równoległy, długaśny most kolejowy na ażurowych przęsłach. Za nim płaski teren, potem nowoczesny budynek policji. Słup z emblematem – dwa skrzyżowane karabiny, pod nimi napis: Carabineros de Chile, a jeszcze poniżej: Orden y Patria

Po obu stronach małe budynki przemysłowe, wsie o wyglądzie malutkich miasteczek, wszędzie przy drodze posadzone drzewa liściaste i szpilkowe. Na autostradzie PanAmericana standardowe przejścia dla pieszych górą. Drewniane przystanki autobusowe mają kolor krwistej czerwieni. Z prawej pokazują się odległe góry. Za chwilę wielka reklama wynajmu aut w San Carlos, z potężną sylwetką byka, przypominającą reklamy Osoborne sherry w Hiszpanii. 

7

Pojawia się znak zapowiadający dwie miejscowości – San Carlos i San Gregorio. Na przedmieściach San Carlos przejeżdżamy długim wykopem pod ulicami miasta. Góry zniknęły za drzewami i tylko czasem wyłaniają się na dalekim, prawym horyzoncie. Przy poboczach groby kierowców i telefony SOS.

Za następne paręnaście minut skończyły się drzewa, widać rozległe pola i daleko za nimi, po prawej ukazują się ośnieżone pasma. Co chwila, przy prawej stronie autostrady, niebieska tablica z główną strzałką na Santiago lub napisem El Norte i boczna z nazwami innych, poszczególnych miejscowości. Lub nad autostradą metalowa konstrukcja z wielką, niebieską tablicą pośrodku i nazwami głównych miejscowości. Na zjazdach tablice zielone z nazwą danej miejscowości.

8

Za San Gregorio przejeżdżamy granicę regionu Bio-Bio i wjeżdżamy do regionu Maule. To już pierwszy od południa region zaliczany, wraz z regionami Libertador, Metropolitan (okolice Santiago i Valparaiso), plus dwie wyspy na Pacyfiku: Wielkanocna i Robinson Crusoe, do Centralnego Chile. Tak jak wspominałem w poprzednim odcinku, administracyjnie po Patagonii (regiony Magallanes, Aysen i Los Lagos) jest Chile Południowe (regiony de los Rios, Araucania i BioBio), potem Centralne i ostatnia wielka jednostka – Chile Północne (regiony Coquimbo, Atacama, Antofagasta, Tarapaca i przygraniczny Arica i Parinacota).

9

Mapka z Internetu

Most nad rzeką Perquilauquen, w Las Tinajas, po lewej stronie autostrady, wielkie złomowisko samochodowych wraków. Za Retiro pierwsza bramka z opłatą – 2 100 pesos, most nad rzeka Longavi, za nią miasteczko Longavi. Jaskrawo żółty most kolejowy nad rzeką Liguay, bo linia kolejowa towarzyszy nam po prawej od wielu kilometrów. Coraz większy ruch, sporo ciężarówek.

10

Za Miraflores przejazd przez kolejną rzekę – Achibueno, która tak się wije, że przekraczamy ją trzema kolejnymi mostami. Po prawej cały czas ośnieżone pasma Kordyliery Nadbrzeżnej. Zaczynają się pola winnic. Pojawia się po raz pierwszy, na drogowskazach, nazwa stolicy regionu Maule – Talca. Po lewej wielkie składowisko skrzynek, co najmniej na wysokość pierwszego piętra. Most nad szeroką rzeką Putagan. Mijają nas z naprzeciwka piętrowe, solidne i wygodne (z reguły są także tanie) autobusy w różnych kolorach. Rozległa, płaska równina, góry znów odjechały za horyzont.

Potem wzgórza po lewej, lekko pod górę i przejeżdżamy nad mostkami wielu ramion rzeki Maule. Następnie długi most nad paroma ramionami głównego koryta Maule – ostateczny wyjazd z Patagonii. Zalesione wzgórza, chilijscy easy riders,

11

obracam się by pożegnać Patagonię i zauważam mój australijski kapelusz nabyty w…Warszawie, wieszczący koniec przygód w dziczy

12

i pół-dziczy patagońskiej.

A propos dziczy. Gdy szedłem w tym kapeluszu, w okolicach Nowego Miasta w Warszawie, osłaniając głowę przed parzącym, letnim słońcem, z jakiegoś podwórka dobiegły mnie okrzyki: „Patrzcie, pedał! Trzeba mu przypierdolić”. Na szczęście wyrostki zrezygnowały ze swych chwalebnych zamiarów.

Z lewej strony wzgórza doszły do drogi, mijamy zjazd (salida) na Talce, długa jazda w wykopie, następna tablica z kierunkiem na San Rafael, minięcie miejscowości i rzeki Lircay. Niekiedy piesi idą przy medianie lub przechodzą w poprzek pasm autostrady. Tylko w takich miejscach, gdzie akurat nie ma kładek. Jak dobrze, że nie są pijani i bardzo ostrożni. Mijamy San Rafael, bo decydujemy nie przystawać na posiłek.

Napisy – Curico, Molina, cały czas krwistoczerwone przystanki autobusowe. Droga wcina się poprzez małe wzgórze, po bokach odsłonięte korzenie drzew. Brunatno-niebiesko-fioletowe odcienie gleby. Paręset metrów pod górę, za Camarico druga bramka opłat – kolejne 2100 i gnamy dalej. Podziwiam młode dziewczyny tkwiące wiele godzin w budkach, w nieustannym hałasie i smrodzie spalin. Dozwolona szybkość -120 km/godz, przedtem było 100, ale Seweryn pruł miejscami 140 do 160, bo szosa w doskonałym stanie a policji ani śladu. Pomni nauk Claudia zwalnialiśmy zawsze przed i za miastami.

Napis po prawej Camino Vecinal. Camino to po hiszpańsku droga. Dźwięk tego słowa pobrzmiewa mi kamieniem, czymś twardym i ciężkim, mozolnym do przebycia. Nad rzeką Claro Piątka rozdziela się na dwa ramiona z mostami. Od tego punktu nazywana jest Ruta del Maipo. Za Puente Alto, po prawej, reklama restauracji na sylwetce wielkiego guanako. Przełknęliśmy tylko i dalej.

13

Co chwila silosy, bo wielkie pola uprawne i pastwiska, przeplatane małymi zakładami przemysłowymi.

14

15

A po lewej ciągnące się kilometrami rozlegle winnice, od drogi aż do podnóża wzgórz. Nasycone słońcem, które oddają potem chilijskim winom.

16

Winnice także po prawej i wróciło pasmo Kordyliery. Reklamy win – zdjęcia butelek – Molina, 35 Sur, nazwa San Pedro i tylko 1,2 km do owego miejsca. I od razu brązowa tablica – Witaj na drodze wina (Bienvenido A Ruta Del Vino) – doliny Curico z symbolami – hotel, winnica, restauracja, bar winny, kupno hurtowe i symbol dojazdowej drogi. A my dalej…. I kolejna reklama wina Molina – El vino premium mas vendido de Chile – najlepiej sprzedające się wino w Chile. Pokusy po obu stronach drogi, do tego z ograniczeniem szybkości do 50 km/godz. Czyżby ze względu na upojne wino? I nagle intensywnie niebieski przystanek, aż kłuje w oczy. Za nim wielkie zakłady przetwórcze z napisem „Patagonia fresh”. Dobra nasza – jeszcze jesteśmy w Patagonii!!! Za zakładem swojski i pożyteczny znak – auto z sylwetką kierowcy i jego ręka za oknem. Napis – No botar basura czyli nie wyrzucać śmieci.

Za paręset metrów wielka tablica – San Fernando – 65 km, Santiago – 204 km. Postanawiamy zrobić popas w San Fernando, bo już nawet skończyły nam się jabłka. A winnice ciągną się dziesiątkami kilometrów. I czasem sady jabłkowe. Wtem po lewej dziesięć pękatych silosów, za nimi długa hala z kolorowym napisem – Master dog Master cat – Dog Lovers. Po prawej zjazd do osady Sagrada Familia czyli Święta Rodzina i natychmiast skojarzenie ze wspaniałą katedrą w budowie, w Barcelonie.

Nasyp kolejowy, długi most drogowy i osobno kolejowy nad rzeką Lontue. Pióropusze palm w ogrodach na dalekich przedmieściach Curico. Przemykamy przez miasto koło parkanów upstrzonych dziko kolorowym graffiti – zaraza współczesnych miast. Rzeka Teno i Kordyliera znów bliżej, potem szpaler wysokich i gęsto posadzonych topoli, tylko po prawej stronie drogi. Miejscowość Santa Filomena z dużymi zakładami przemysłowymi i przetwórczymi po obu stronach Piątki. Za chwilę potężna cementownia BioBio. Przy pochmurniejącej pogodzie, z zawiesiną ponad górami, dobijamy do San Fernando.

17 san fernando

2. San Fernando – San Antonio

Miasto (64 tysiące mieszkańców) leży na północnym skraju słynnej, rozległej doliny Colchagua, nazywanej sercem chilijskiego rolnictwa. Tutaj znajdują się „drogi wina”, prowadzące podróżnych po wielu winnicach i obficie zaopatrzonych piwniczkach, od San Fernando do Santa Cruz. Jest uprawiana pszenica, ryż i rośliny pastewne. Z licznych sadów i winnic ekspediuje się świeże owoce i winogrona, które między innymi lądują na kanadyjskich stołach.

Stąd zmierza się do pobliskich wód termicznych (Las Termas Del Flaco), które są otwarte od połowy grudnia do końca kwietnia. Okolica wokół term jest zasiedlona przez wielką populację lokalnych papug zwanych Tricahues. W mieście co roku odbywa się również słynne rodeo.

Oczywiście do centrum wjechaliśmy ulicą O’Higgins. Zaparkowaliśmy niedaleko remontowanej katedry, naszliśmy małą restaurację, gdzie podano mi dobry kotlet – neapolitano i piwo Kunstman. Po posiłku przeglądam mapę i znajduje za San Fernando, przy Piątce nazwę Polonia. To miasteczko Polska, ze stacją kolejową o tej samej nazwie, nieczynną od 1980 roku, stacją zbudowaną na starej trasie prowadzącej z Santiago do Curico i będącej częścią południowej sieci kolejowej zwanej EFE.

17b.stacja polska

Z Internetu

W Polonii, w roku 2011 wybudowano centrum handlowe Plaza Polonia, według projektu studenta architektury Uniwersytetu Talca, Hayden Raula Fariasa.

17a.plaza polonia

Z Internetu

Szukając miejsca na realizację swego projektu natrafił na Polonie i tak napisał na swej stronie internetowej: „Chciałem wiedzieć, w jaki sposób miasto w sercu Doliny Centralnej, a konkretnie Doliny Colchagua, przyjęło nazwę europejskiego kraju. (…) Kiedy dokonywałem rozpoznania okolicy, znalazłem tu tradycyjnych chłopów, wśród nich uzdrowicieli bolesnych zaparć i specjalistów od stosowania rozmaitych ziół. Okazjonalnie pojawia się tam także diabeł. (..) Napotkałem nauczyciela miejscowej szkoły, który skierował mnie do 70-cio letniego człowieka – Don Aguila i on objaśnił mnie skąd się wzięła nazwa Polonia.

Wiele lat temu właściciel tej farmy, gdzie jest obecnie budowlana parcela, zatrudnił jako zarządcę jakiegoś Polaka, który przez cały czas doskonale pracował. Lecz któregoś dnia chciał wrócić do Polski. Właściciel farmy skusił go lepszymi warunkami i Polak pozostał, stawiając jeden warunek – ta wioska będzie nosić nazwę Polonia. W parę lat później Polak i tak opuścił farmę udając się do Brazylii. Nie wiadomo dokładnie dlaczego nazwa wioski pozostała już na zawsze”. W Polonii mieszka aktualnie 629 osób i wieś przekształciła się w „sypialnię”  San Fernando, bowiem jest tutaj cicho i spokojnie.

Poprzez O’Higgins wróciliśmy na 5 i wyłapałem na mapie skrót – droga I-90-H, porządna, asfaltowa. Zatankowaliśmy do pełna na najbliższej stacji i dalej, na północny-zachód do miasta San Antonio, gdzie planowałem znaleźć nocleg. Po obu stronach pola, rozległe winnice aż do podnóża zamglonych gór.

18

Zoczyłem zieloną tablicę z anonsem – Carretera Del Vino.

19

Dolina Colchagua ma parę dolin podrzędnych (Rapel, Cachapoal) i jest jednym z najlepszych regionów winnic w Ameryce Południowej.

Colchagua jest nieco chłodniejsza niż inna znana dolina – Maipo, położona dalej na północ. Ma wciąż śródziemnomorski klimat, suchy i wychładzany oceaniczną bryzą, jednakże odświeżany wilgocią rzek i okresowymi deszczami. Położona przy 34° szerokości południowej (bliżej równika niż jakakolwiek winnica europejska), rozciąga się z południowego-wschodu na północny-zachód. Zachodnią granicę winnic stanowią wysokie wzgórza przebiegające wzdłuż całego, pacyficznego wybrzeża Chile. Wschodnia opiera się o Andy, ale co roku winnice zakładane są w nich coraz dalej i nierzadko wyżej.

Strome stoki na krawędziach nadbrzeżnych gór są najlepszymi miejscami uprawy winorośli. Mają dostateczne nasłonecznienie i odpowiednią glebę, która powoduje wyrośnięcie mniejszych gron ze sporą koncentracją smaku. Wielkie znaczenie ma także rzeka Tinguirrica, płynąca po północnej krawędzi doliny i poprzez miasto Santa Cruz, wokół którego jest mnóstwo winnic. Rzeka niesie z sobą roztopową wodę z andyjskich szczytów (i lodowców) nanosząc glinkę i iły, co stwarza świetną glebę dla uprawy winorośli. Intensywność chłodu, przynoszonego od oceanu, jest zmienna ze wschodu na zachód, co wpływa na produkcje win czerwonych i białych. Białe korzystają na chłodniejszym klimacie, czerwone preferują suchsze, cieplejsze warunki. Dlatego na cieplejszych połaciach wschodnich przeważają najsłynniejsze chilijskie, czerwone wina typu Cabernet Sauvignon, Carmenere, Malbec, Merlot i Syrah, a na chłodniejszym zachodzie białe – Chardonnay i Sauvignon Blanc. Przy okazji parę zdań o szczepie carmenere (z francuskiego – karmazynowy), który smakowo uwielbiam.

Jest to czerwony szczep winny, odmiana z rodziny cabernetów, niegdyś uprawiany w Medoc, w regionie Bordeaux we Francji i używany do produkcji ciemnoczerwonych win. Jest jednym z najstarszych szczepów europejskich, krzyżówką odmian cabernet i gros cabernet. Z końcem XIX wieku nadeszła klęska w postaci grzyba mączniaka (dobiera się też czasem do pomidorów), który wytwarza milimetrowe narośle na liściach, atakując potem całą roślinę. Dziś wiem, że spowodował uszkodzenie, a potem kompletny uwiąd, winorośli rosnącej na mym sopockim domu. Winorośl zasadzona przez niemieckiego właściciela naszego domu trzymała się dobrze gdzieś do roku 1956. Potem żółtawe winogrona stały się małe i kwaśne, aż w końcu przestały obradzać.

Carmenere dobiła mszyca – filoksera, przywleczona do Europy w latach 60-tych XIX wieku. Atakowała korzenie i liście winorośli. Po roku 1867 sądzono, że carmenere na zawsze zniknęła i zaczęto rozwijać inne odmiany.

20a.carmenere

Z Internetu

W 1994 roku francuski enolog (nazwa eksperta w dziedzinie wina, kończącego czteroletnie studia na ten temat), Jean-Michel Boursiquot z Montpellier, odnalazł zaginiony szczep w Chile nieświadomie uprawiany jako Merlot. Produkcja ruszyła w Chile z kopyta, głównie w trzech dolinach – Maipo, Rapel i Colchagua.

20b.chile wina

Mapka z Internetu

Na całym obszarze, tzw. Doliny Centralnej w Chile, uprawia się 8800 hektarów winnic typu carmenere. W mniejszych ilościach carmenere występuje w Italii, USA i Nowej Zelandii.

Mijamy duże szpalery wysokich drzew liściastych, niekiedy szpilkowe i gdzieniegdzie zwieszające się ku ziemi wierzby płaczące. Czasem wystrzeliwuje ponad ogrodzenie jakaś palma, w niektórych miejscach przy drodze agawy. Małe osiedla domków, reklamy restauracyjek i oferty śniadań. Przez strumień Roma niewielkim mostem. Robi się wyraźnie cieplej choć od gór ciągnie chłód i wciąż tworzy zamglony horyzont.

21

Przystanki autobusowe na tej drodze soczyście zielone. Mijamy wielki zakład ogrodniczy – Jardin Kamalu – połączony ze sprzedażą. Rozległa winnica z murowaną bramą wjazdową i piętrowymi, murowanymi domami, w tle których pasma wapiennych gór pokrytych licznymi kłębkami roślinności, przez co stoki nabierają ospowatego wyglądu. Po lewej wzgórza podchodzą bardzo blisko drogi i na wąskim pasie kolejne winnice z wystającymi spośród nich dachami murowanych domów. Na drodze bardzo czysto, są kosze na śmieci, czasem postawione do góry dnem pojemniki z gospodarstw. Widocznie niedawno przejechał samochód zbierający śmiecie. Po prawej napis Curva Peligrosa 200 m, czyli za 200 metrów niebezpieczny zakręt. Rzeczywiście ostry skręt w lewo i wpadamy w miasteczko El Tambo tonące w zieleni i różnokolorowych kwiatach.

Piękny wjazd do któregoś z domów – otynkowany mur w ciemno-piaskowym kolorze, z jasną, półkolistą dachówką na szczycie, zamknięty drewnianą, wysoką bramą, zwieńczoną po bokach ozdobnymi latarniami. Kolonialny styl hiszpański. Wydzielone po obu stronach ścieżki rowerowe i mijamy paru rowerzystów. Po lewej wysoka plama, wygląda jak gruba, szara mufka, a nad nią zawadiacki, zielony pióropusz. Ograniczenie szybkości do 30 km/godz i znaki spowalniającego progu. Jedziemy przez El Tambo grzecznie, ba, wręcz dostojnie. Spory napis po lewej, wysoko nad jezdnią – La Ruta del Pollo czyli Droga Kurczaka. I rzeczywiście pod napisem rysunek kurczaka upieczonego na węglach. Nie zorientowałem się, czy ta nazwa z powodu kurzych ferm, czy licznych restauracji serwujących owe danie. Miasteczko aż lśni czystością.

Teraz po obu stronach jakiś powój o intensywnie ciemnoniebieskich kwiatach pnący się po płotach, słupach i drzewach. I zaraz potem, po lewej, przelewającą się kaskada liliowych kwiatów jacarandy obramowujących małą furtkę.

22

Ciąg sadów po obu stronach, dalej wielkie pole kukurydzy. Przystanki w jasno-ceglastym kolorze i z daszkiem pokrytym dachówkami. Za drucianymi płotami różnokolorowe kwiaty na wysokich łodygach podobne do irysów. Coraz więcej palm różnego kształtu i wysokości. Seweryn klnie, bo wciąż ograniczenie szybkości do 30-40 km/godz., a jedziemy już przeszło sześć godzin. Rozwidlenie dróg, my dalej prosto i następna miejscowość – Los Rastrojos. „Roztrojona Mieścina” zażartował Seweryn. Kolejne, bardzo schludne miasteczko.

Następne rozwidlenie – my prosto na San Vincente. Przez San Vincente aleją palmową – palmy niskie i z rozległymi pióropuszami, dołem kolorowe krzewy. Przez ulice Portales dążymy do drogi nr 66, która nas poprowadzi do San Antonio. Przy dojeździe do niej niesamowita aleja z dwoma rzędami drzew. Kolumny wysokich palm, a za nimi topole.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Małe rondo na lewo i już 66. Tutaj droga nosi inną nazwę – Carretera de la Fruta, lub skrótowo i poetycznie – Ruta de la Fruta.

Zaraz niespodzianka – strefa kontroli radarowej, ale policji ani widać. Od samego początku naszej jazdy po Patagonii. Nada!!! Jakiś zakład przetwórczy po prawej. Olbrzym, długi na paręset metrów. Potem fabryka z wielką ilością aut na parkingu. Za nią rozległe winnice.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po prawej góry się powiększają. Wjazd na długi most przez rzekę Cachapoal, wjeżdżamy do gminy Peumo, droga 66 w doskonałym stanie. Przy drodze małe kapliczki poległych kierowców, słupek z napisem WiFi, czyli w okolicy jest zasięg. Plantacja drzew avocado, na poboczu parę zaparkowanych ciężarówek z przyczepami. Zaczynają się sklepiki i stragany przy drogach, wyglądające czasem jak byle jak sklecone budy i pierwsze stacje benzynowe firmy Copec. Empresas Copec wystartowała w 1934 roku (jej pierwszy prezydent, Pedro Cera, był później prezydentem Chile) i w latach 40-tych uczestniczyła w tworzeniu wielkiej spółki olejowej SONAP, a w latach 50-tych Narodowego Związku Rurociągów olejowych i gazowych. W dwadzieścia lat później zakupili fabryki celulozy Arauco, przez co stali się także przedsiębiorstwem leśnym.

Sporo przydrożnych restauracyjek, gdy mijamy miasteczko Peumo. Stoiska z pomarańczami. Psy leżące przy drodze. W wielu miejscach łopocą chilijskie flagi – na dachach, na wysokich drągach lub masztach. Gnamy cały czas dnem rozleglej doliny, czasem się zwężającej. Znów stragany z pomarańczami i mandarynkami, opakowane olbrzymimi siatkami. Na betonowych płotkach wysokie, kolorowe litery nazwisk polityków, pozostałe po ostatnich wyborach. Rozległe zagłębie owoców, warzyw i miodu doliny Colchauga. Długi rząd rosochatych palm na tle wysokiego wzgórza.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Parędziesiąt grobów usianych wzdłuż trasy. Prosta droga – widocznie była za duża szybkość lub przyśnięcie za kierownicą, najczęściej o zmierzchu, bo nocą się raczej nie jeździ. Stacja Shella, za nią ostrzeżenie – „radar”. Ciąg domów po obu stronach, spora szkoła i nagle tablica świetlna pokazująca naszą szybkość. Seweryn się mityguje, bo już ocierał się o przekroczoną granicę. W niektórych miejscach ruiny domostw, pozapadane dachy, obsypane ściany. Las Cabras – bardziej ubogo, lecz za chwilę znów eleganckie domki i cały czas nadzwyczaj czysto.

Jechaliśmy na zachód i dolina znacznie się rozszerzyła. Coraz gęściej od straganów, znak jeziora Rapel i pod nazwą symbole: żaglówki, narty wodne, kempingi, wędkowanie. Szerokie dno doliny i pojawiają się eukaliptusy. Zaczyna się poprawiać pogoda i wychodzą niebieskie pasma na niebie. Miejscowość El Manzano z betonowo-metalową kładką dla pieszych ponad drogą. Po lewej brama wjazdowa na kemping, potem żwirowa droga do cabañnad jeziorem. Aż nas szarpnęło, lecz musimy jechać dalej. Jezioro schowane za krzakami i drzewami, mały wykop, błyska woda i już wjeżdżamy na groblę i most. Na jeziorze stoi pomost o nazwie Kormoran. Opustoszała okolica, żadnych łódek. Jakby sezon się ostatecznie zakończył.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za mostem wcięcie drogi pomiędzy zwałami gliny i piasku. Na mapie widzę, że po naszej lewej, za drzewami, rozciąga się długi paluch jeziornego półwyspu. I rzeczywiście, za chwilę na dużej tablicy nazwa – La Peninsula. Spory łuk w lewo i wjazd w przewężenie jeziora z mostem. Góry się znów zbiegają, tereny wyglądają na półsuche.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Teraz pod górę, po serii zakrętów, raz w prawo, raz w lewo. Kuesta San Vicente czyli próg tektoniczny – w najwyższym punkcie 366 m. Ukazuje się zielona tablica – Bienvenido Region Metropolitana, a więc jesteśmy w regionie Wielkiego Santiago.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przekraczamy najwyższe wzniesienie i za nim trzykilometrowy zjazd w miarę prostą drogą. Pojawia się tablica z nazwą San Antonio, dalej znajomy znak z południowej Patagonii – sylwetka krowy.

Po obu stronach drogi nowe dziesiątki kilometrów winnic, przeplatane sadami miniaturowych drzewek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Różne kolory listków winorośli, na polu zraszacz na kółkach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Odgałęzienie w lewo na San Antonio, na wprost do Santiago. Wielka tablica rządowa, napotkaliśmy już ich parę, z informacją o rozbudowie i poprawie dróg – Ministerio de Obras Publicas, Gobierno de Chile (Ministerstwo Robót Publicznych). Do San Antonio tylko 45 km.

Przejeżdżamy pod elektryczną linią przesyłową, za którą stado krów na wyłysiałym pastwisku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kolejne rozgałęzienie dróg, my w prawo, dalej po 66. Domy położone teraz z dala od szosy. Zmienia się barwa nieba, bo już parę minut po szóstej. Stok stopniowo się wznosi, wioska Lingo Lingo, łagodne siodło i znów pod górkę, tym razem o wiele bardziej stromą. Krajobraz miejscami łudząco podobny do pewnych miejsc w południowej Europie – Grecja, Hiszpania – z tymi wzgórzami w piaskowo czerwonawym kolorze, kępami roślinności i porozrzucanymi drzewami. Część pól z zagonami pod folią. Meandrująca droga co Seweryn uwielbia. Kręci kierownicą niemal przechylając ciało na łukach w prawo i w lewo, w prawo i w lewo…

Na szczycie rozległego, lekko sfalowanego pola ornego, samotne drzewo. Przypomina mi się opowieść Jerzego Grotowskiego, z jego podróży do Mongolii, o zdumiewającym widoku samotnego drzewa na środku mongolskiego stepu. Pod górę, w lewo i tablica „Witamy w prowincji San Antonio”. Rzędy eukaliptusów po prawej. Kolejny zakręt pod górę i przekraczamy granicę z regionem Valparaiso. Następna górka i po prawej otwiera się rozległa perspektywa z pofalowanymi ciągami wzgórz na horyzoncie. San Antonio – 22 km. Pojawiają się wielkie ciężarówki z kontenerami o nazwach Maersk, Hapag lub Hamburg Süd, bo zbliżamy się do portów Pacyfiku. Rozległe sady z prawej. Na lewo wzgórz już nie ma, po prawej daleko się odsunęły. Szpaler wysokich eukaliptusów. Tablica – Country School, Ingles intensiva – szkoła z językiem angielskim.

Po parunastu minutach zjazd w lewo, na Rocas de Santo Domingo. Pacyfik tuż, tuż. Zaczyna się umocniona droga, oznakowana medianą pośrodku i po bokach – czerwone kwadraciki z odblaskiem po zmierzchu. I metalowy płot oddzielający boczna drogę od głównej, 66.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem rozdzielenie drogi pasem ziemi i co parę metrów bulwiaste palmy, których rozłożyste liście wystrzeliwują niemal znad powierzchni gleby. Całość przypomina gigantyczne ananasy z wielkimi liśćmi. 

Ruch się zagęszczał, pierwsze światła na skrzyżowaniach, ostrzeżenie o tsunami. Na stoku wielkiego wzgórza rozsypane zabudowania.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Biała balustrada długiego mostu biegnącego nad moczarami i rozlewiskami szerokiej rzeki Maipo i nagle wysokie bloki i duży ruch.

36

Auta i ciężarówki, busiki i autobusy. Ale to dopiero miasto satelickie, Llolleo. Pierwsze bloki, nawet ładne, w jasnych kolorach złamanej bieli, z obszernymi, jasnoszarymi balkonami i werandami.

37

Droga 66 przekształciła się w ulicę Chile. Mijamy przedmieścia zwane Barrancas. Rozjazd – w prawo, na Santiago, wprost do San Antonio.

38

3. San Antonio – Cartagena    

Pierwsze rondo i decyduję byśmy wjechali w ulicę Curico wiodącą ku oceanowi. Ale zaczyna się plątanina ulic z przemiennymi kierunkami. Na którejś, gdzieś w głębi ukazał się Pacyfik. Uparłem się abyśmy dobrnęli nad sam brzeg. Wreszcie, po sporym kluczeniu, wpadamy w uliczkę prowadząca do portu.

39

Potem gnamy prosto, wzdłuż zatoki, widząc zrazu wielki basen jachtowy pełen łódek, dalsze nabrzeża portowe, niebieskawy gmach wielkiego centrum handlowego. Ulica Ramon Barros Luco zmienia teraz nazwę na Antonio Nunez de Fonseca. Nigdzie nie mogę wypatrzeć hotelu. Nadto, po spokojnych miasteczkach i miastach Patagonii, byliśmy nieco zaszokowani ruchem, plątaniną ulic, a także pospolitą brzydotą wielu miejsc.

San Antonio założone zostało w 1894 roku i jest centrum rybackim obejmującym chilijskie wybrzeże od Rocas de Santo do Cartagena. Jeden z najbardziej aktywnych portów na zachodnim wybrzeżu Ameryki Południowej i największe centrum przeładunkowe. Miasto usadowione na wzgórzach i nadmorskich wydmach, na północ od ujścia rzeki Maipo. Obszar Pacyfiku w tym miejscu nazywany jest chilijskim morzem (El Mar Chileno). Mieszka tutaj około 88 tysięcy ludzi korzystając z dobrodziejstw śródziemnomorskiego klimatu. W 1985 roku trzęsienie ziemi zniszczyło 80% miasta, w lutym 2010, po kolejnym trzęsieniu, przez parę dni port nie działał. W okolicy San Antonio znaleziono ślady osadnictwa sprzed 12 tysięcy lat.

Ulica Fonseca łagodnie się wije, po prawej mamy stok wysokiego wzgórza, z lewej urządzenia portowe – dźwigi, magazyny i wielkie zbiorniki. Plątanina przewodów, rur i pochylni transportowych, którymi dostarczają na statki ładunki masowe. Raptownie wszystko się kończy i wyłania widok na ocean w zachodzącym słońcu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za parędziesiąt metrów proszę Seweryna by zjechał na pobocze. Akurat nikt nie jedzie z naprzeciwka i jest wjazd na ubitą ziemię, nad parometrowej wysokości brzegiem oceanu. Wysiadamy z auta i owiewa nas chłodny wiatr niosący zapach wody. Kolor zachodu się zmienił, bo nad oceanem wypogodzenie. Z daleka, w zawiesinie grzbietów fal porywanych wiatrem, widniał port.

41

42

Postanowiliśmy wrócić do miasta i w tym gąszczu domów i plątaninie ulic znaleźć nocleg. Ale za nastepne parędziesiąt metrów kolejny parking na ubitej ziemi. Zatrzymujemy się i robię następne zdjęcia. Seweryn znów przeżywa Pacyfik, widok portu i statków na redzie, bo mieszkał cale życie w głębi Polski – najpierw w Wieliczce, potem w Warszawie. Widok wielkiej wody jest zawsze dla niego atrakcją i porą refleksji.

43

44

Schodzę wąziutką ścieżką trochę niżej i na skałach widzę samotną mewę i gromadkę pelikanów. Zachód przybrał się w perłowo-seledynowe kolory.

45

46

47

Przemykamy z powrotem koło portu,

48

mijamy centrum handlowe,49

po prawej ciągną się tory i poprosiłem Seweryna by skręcił poprzez nie w prawo. I się wpakowaliśmy w dziwne ulice z których nie mogliśmy się wyplątać. Zawróciliśmy na Ramon Barros i coś nas podkusiło by spróbować wjechać prawą odnogą pod górę. Wrzuciło nas ponownie w gąszcz ulic, na dobitkę oddalających się od oceanu. Tak mnie to zeźliło, że sięgnąłem po mapę i zobaczyłem, niedaleko na północ od San Antonio, małe miasto Cartagena położone w rozleglej zatoce. Zaproponowałem byśmy tam pojechali. Seweryn szybko się zgodził, bowiem San Antonio też go zbrzydziło i był już wyraźnie zmęczony kręceniem kierownicą. Nadto, od pewnego czasu, zaczął nam doskwierać głód.

Skręciliśmy pierwszą, nadarzającą się okazją w lewo i dopiero drugą, znów w lewo, mogliśmy dobić do Fonseca. Zapadał zmrok, ale do Cartageny było tylko osiem kilometrów. Pojechaliśmy wzdłuż oceanu, zasłoniętego rzędem magazynów, minęliśmy jakieś wyrobiska, potem skarpa nad drogą i na niej rzędy małych, parterowych domów z widokiem na ocean. Wioska Puerto Nuevo – parędziesiąt skromnych, czasem wręcz ubogich domków nad brzegiem oceanu. I odrazu za nią brązowa tablica z nazwą Ruta del Mar, poniżej – Cartagena z turystycznym oznakowaniem, a na samy dole coś, co mnie zachwyciło i wzruszyło zarazem – Litoral de Los Poetas (Wybrzeże Poetów).

Wybrzeże Poetów ulokowane jest w regionie Valparaiso i związane z muzyką i literaturą chilijską poprzez pieśniarkę folklorystyczną Violettę Parra oraz poetów: Pablo Nerudę, Vincente Huidobro i Nicanor Parrę. Oni, a także inni poeci i artyści, mieli tutaj swoje siedziby i byli blisko związani z owym tellurycznym i litoralnym krajobrazem opiewanym w ich utworach. Centrami kulturalnej aktywności były miejsca takie jak El Quisco, Las Cruces, Isla Negra czy Cartagena. Isla Negra zyskała swą nazwę dzięki Pablo Nerudzie, który zoczył czarną skałę tkwiącą na oceanie, niedaleko swego domu. Dom kupił w 1938 roku, by szukać schronienia od świata i miejsca skupienia. Dziś mieści się tutaj jego mauzoleum i muzeum. W Cartagenie zmarł w 1948 roku Vincente Huidobro, zaliczony do grona czterech najwybitniejszych poetów chilijskich, obok Nerudy, Rokha i Gabrieli Mistral.

Kolejne tablice z nazwami Caleta i Cueva del Pirata (Jaskinia Pirata), coraz gęstsza zabudowa, domy nad oceanem i na stokach po prawej. Palmy, eukaliptusy, ozdobne krzewy. Jedziemy górnym odcinkiem drogi i gdy zoczyłem ulicę Mariano Casanova, tam skręciliśmy chcąc dojechać na dolny taras. Niestety wkręciło nas w wijącą się ulicę i gdy już opadły nas wątpliwości, niespodziewanie wyłonił się przepyszny widok – zatoka ze wzgórzami usianymi domami.

Zatrzymaliśmy się by zasięgnąć języka w sprawie hotelu i okazało się iż, naprzeciw bulwaru nad oceanem, jest sporo hoteli. Wpadł mi w oko Hotel Bahia przy ulicy Caja 18. Wymawia się Baja i Kacha i stwierdziliśmy, że te brzmienie żeńskich imion powinno przynieść nam szczęście. Nadto byłem zmęczony i głodny, a tam, na parterze, mieściła się spora restauracja. W recepcji bez problemu znalazłem dla nas miejsce. Wnieśliśmy bagaże do holu i poszedłem obejrzeć nasz pokój mieszczący się na pierwszym piętrze. Okazało się, iż trzeba przejść doń kawałek przez małe patio. Pokój był duży, meble w nim nieco staroświeckie. Rozpakowaliśmy się i poszliśmy coś zjeść do restauracji. A tu przykra niespodzianka – impreza zamknięta: wesele. Poinformowano nas w portierni, że są czynne małe bary przy nabrzeżnym bulwarze.

Poszliśmy ich poszukać i w jednym dano nam jeść i napiliśmy się dobrego piwa. Przez otwarte drzwi dobiegał huk fal rozbijających się o przybrzeżne skały, zmieszany ze skwirem mew, poszczekiwaniem psów i ludzkimi głosami. Właścicielka i paru towarzyszących jej znajomych, zainteresowali się skąd przybyliśmy i mieliśmy z nimi miłą konwersację na temat naszej podróży. Gdy dowiedzieli się, że jesteśmy Polakami, z entuzjazmem poinformowali nas, iż jutro będzie kanonizacja Wojtyły. I przypomnieli, że właśnie dzisiejszej nocy, w Chile zmienia się czas – cofamy zegar o godzinę do tyłu.

Poszliśmy na spacer wzdłuż nabrzeża i była to wspaniała przechadzka. Dziesiątki świateł lamp ulicznych i domów odbijające się w wodzie oceanu, tam gdzie w płytkiej zatoce była spokojna woda.

50

W innych miejscach nacierające nieustannie fale, rozbijające się z łoskotem i sykiem o nabrzeżne skały i rumowiska. Bulwar wije się wzdłuż brzegu oceanu.

51

52

53

54

Dotarliśmy do końca miasteczka, gdzie na wysokich skałach tkwił pod niebem oświetlony lokal. Wdrapałem się po stromych schodach by zobaczyć czy są wolne miejsca. Na stolikach pełgające światło świec, lampki na drutach, brzęk szkła i pojedyncze rozmowy zlewające się w jeden odgłos przeplatany muzyką. W dole widok rozbełtanego oceanu z dobiegającym tu szumem i hukiem. W oddali następne zatoki z nanizanymi paciorkami świateł koło Las Cruces, El Tabo i El Quisco. Ciepławo, z okresowymi porywami wiatru. Wszystkie miejsca były zajęte. Nie chcieliśmy czekać, bo ogarniało nas coraz większe zmęczenie.

55

56

Miałem uczucie, że paruje ze mnie Patagonia, tysiące kilometrów wrażeń. Schodzi napięcie nakręcane od trzech lat, napięcie i pragnienie, aby ją spenetrować, posmakować najpiękniejsze zakątki. Gdy się osiągnie tak intensywne marzenie, zawsze uchodzi coś z człowieka, obezwładnia, niemal zwala z nóg. Czasem się to źle kończy. Satysfakcja i wielkie emocjonalne wzruszenie osłabiają. Andrzej S. był silny i sprawny – zmarł po zejściu ze swego pierwszego ośmiotysięcznika. Jurek K. był słabiutki i nadwyrężony przez alkohol – zmarł gdy dotarł do swej ukochanej Cuernavaca w Meksyku. Zmarł w hamaku, w ogrodzie tonącym w tropikalnych kwiatach, z widokiem na ośnieżony wulkan.