Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

25 lipca Halifax – Fredericton

Rano Seweryn na totalnie zwolnionych obrotach. Musiałem go opieprzyć, aby poszedł zjeść śniadanie. Po nocy, gdzieś schowany w zakamarkach hotelu, dziobał wytrwale w komputerze. Przed dziesiątą pojechaliśmy do biura rządowego ulokowanego w ładnie urządzonym budynku, ze sklepami, usługami medycznymi, restauracjami i innymi biurami.

Młody urzędnik był nie tylko miły i pomocny, ale wręcz oburzony na postępowanie sępów od holowania. Wyraził nam głębokie ubolewanie, dał adres jakiejś agencji do której mamy wysłać maila. „Koniecznie z tymi zdjęciami” zaznaczył, mając na myśli sfotografowane przeze mnie znaki drogowe. Pokrzepieni wróciliśmy do auta i ruszyliśmy w drogę. W miarę szybko znaleźliśmy wjazd na drogę 102.

Od rana rzęsisty deszcz (temperatura 13-14 stopni),

który potem nam towarzyszył niemal do granicy z Nowym Brunszwikiem. Minęliśmy lotnisko,

przejechaliśmy pośród długiego kompleksu leśnego, ciągnącego się z obu stron szosy i znaleźliśmy się na nieco monotonnym, płaskim odcinku drogi. Przy jednym z rozjazdów, niemal w szczerym polu, po obu stronach wielki ośrodek handlowy. Za nim ponownie las, poprzetykany czasem małymi zakładami przemysłowym i i farmami.

Teren zaczął się lekko wznosić i urozmaicać. Przecięliśmy błotnisto- czerwonawą, szczególnie na nieco podmytych brzegach, rzekę Shubenacadie

 i po jedenastej, przed Truro zobaczyliśmy znak rezerwatu Mikmaków przy miasteczku Millbrook. Przed dwupoziomowym skrzyżowaniem po lewej wielki hotel i rozległy budynek z napisem „Bingo”, czyli kasyno prowadzone przez Indian. Owe kasyna niejednokrotnie błogosławią mieszkańcy pobliskich miejscowości, bowiem dają im zatrudnienie. Napotkałem parę takich miejsc w Kanadzie i USA. Kiedyś udając naiwność spytałem indiańskiego znajomego, jak to się ma do ich duchowości i zbrzydzenia stylem życia białego człowieka. Uśmiechnął się i wyjaśnił, że po pierwsze robienie biznesu może sobie egzystować spokojnie koło duchowości, po drugie, tak jak pójście na ochotnika do armii, daje to pieniądze na przeżycie, a po trzecie – i tu uśmiechnął się najbardziej – biali uwielbiają pieniądze i hazard, to czemu im tego nie ułatwić. Jakby dla zachowania równowagi pojawił się ośrodek kulturalny z olbrzymim pomnikiem Indianina, który pokazywał nam plecy.

To wspomniana uprzednio legendarna postać Glooscap’a.

Paręset metrów dalej tipi przy małym sklepiku z różnościami,

gdzie zajechaliśmy, bowiem od dawna szukałem rzemienia do podwiązania mego indiańskiego woreczka-talizmanu. Ku memu zdziwieniu kolejne indiańskie miejsce, gdzie nie mają cienkich, skórzanych rzemyków. Obsługiwała młoda, ładna Mikmaczka o błyszczących oczach, z charakterystycznym echem Azji – oczy lekko skośne i wystające kości policzkowe. Tak to genetyka przypomina nam nieustannie zamierzchłe czasy.

Droga 102 nosi też drugą nazwę – Autostrada Pamięci Weterana (Veteran’s Memorial Hwy) i poprzez Wysoczyznę Truro

 i rzekę Łososiową dotarliśmy do TCH, skręcając wprost na zachód. Tu odłożyłem aparaty, bo całą drogę do Amherst i dalej, miałem już obfotografowaną. Za dwie godziny, które spędziliśmy na pogwarkach, ukazało się z daleka Moncton.

I tu nas podkusiło by jeszcze raz przejechać Magnetic Hill, bo uprzednio pomyliliśmy drogi. Znaleźliśmy odpowiedni znak niedaleko stacji benzynowej Irvinga, z figlarną zachętą, aby podpompować sobie dla ubawu (Pump up the fun).

Obaj stwierdziliśmy, że przy tych cenach benzyny, „fun” może mieć rodzina Irving’ów, bo my raczej nie. Tym razem trzymaliśmy się za innymi autami.

Minęliśmy drewniany most, na który przedtem omyłkowo wjechaliśmy,

docierając do właściwego miejsca. Jest tam iluzja terenu – jedzie się w dół, zatrzymuje, włącza luz i auto zaczyna jechać samo do tyłu, pod górę.

Koszt iluzji – 6 dolarów i przez przednią szybę wygląda tak.

Wrażenia – zerowe, całkiem tak jakby wszystko działo się naturalnie. Wrażenie niesamowitości miałem w Grecji, gdy w drodze do przylądka Matapan, kierowca autobusu wyłączył silnik i przez parędziesiąt metrów autobus wtaczał się powoli pod górę. Tam jest wzgórze z prawdziwymi złożami magnetytu. To koło Moncton powinno dawno zmienić swą nazwę na Ilussion Hill. Lecz ludziom słowo „iluzja” zapewne źle się kojarzy i nie chcieliby za to płacić. Mimo tego, że w Ameryce i nie tylko, żyje się często iluzjami (jak niegdyś w komunie, w Polsce, aluzjami) i słono za nie płaci.

Przed widocznym z daleka, wielkim hotelem „New Brunswick”, połączonym ze spa i kasynem

(phi, 220 dolarów za noc w dwuosobowym pokoju), skręciliśmy na autostradę zwaną tu Dwójką. Przy coraz lepszej pogodzie i temperaturze, wspinającej się do 25 stopni, pomknęliśmy na zachód,

osiągając koło piętnastej rzekę St. John, gdzie postanowiłem porzucić autostradę i zjechać w drogę nr 105, prowadzącą brzegiem owej rzeki. Gdy tam dotarliśmy Seweryn poprosił o postój, bo go sen morzył. Zostawiłem go w aucie i poszedłem kawałek piechotą wzdłuż rzeki, natrafiając na most po którym przebiega autostrada.

Pod mostem dwóch mężczyzn wodowało małą motorówkę.

Zawróciłem, natrafiając przy drodze na wielkie osty, niemal wyższe ode mnie.

Gdy byłem blisko auta uśmiechnąłem się na widok znaku ze smętnym nieco łosiem, bo skojarzył mi się z dzisiejszym, sewerynowym nastrojem. Mój przyjaciel, upojony nowobrunszwickim powietrzem – zostawił drzwi od auta szeroko otwarte – spał tak głęboko, że poszedłem na dalszy spacer po okolicy.

Za 20 minut Seweryn wyszedł z auta, kawałek się przespacerował i byliśmy gotowi do dalszej jazdy. Rzeka Św. Jana była tu nieco węższa,

gęste lasy mieszane nad jej brzegami są poprzetykane farmami i małymi osadami. Po drugiej stronie zauważyliśmy wielkie stado krów, które zaległy w cieniu drzew.

Odnoszę wrażenie, że zwierzęta są mądrzejsze od ludzi, bo od pewnego czasu obserwuję jak starannie unikają słońca. Przed szesnastą ukazała się najpierw spora wyspa, za nią most – Burton.

W parę minut później kolejny – Księżniczki Małgorzaty,

który obok drugiego mostu drogowego – Westmorland Street, stanowi główny wjazd do miasta. Istnieje jeszcze stary most kolejowy, pierwotnie zbudowany w 1887 roku. Po zniszczeniu przez kry i powódź w 1935 roku, przebudowany i ostatecznie zamknięty dla ruchu pociągów w 1996 roku. Niemal natychmiast zaczął być używany przez pieszych i cyklistów (ma 581 metrów długości). Władze to zaakceptowały i nazwały most – Bill Thorpe Walking Bridge, na cześć byłego burmistrza miasta, który mocno optował za utworzeniem wielu ścieżek spacerowych. Akurat w czasie naszego pobytu był nieczynny z powodu wymaganych napraw, na które jesienią 2017 przeznaczano niemal 4 miliony dolarów. Jego otwarcie winno nastąpić z końcem roku 2018. Do miasta wjechaliśmy przez dwupasmowy most Księżniczki Małgorzaty i mimo skomplikowanych skrzyżowań i ronda osiągnęliśmy nasz hotel – „Fredericton Inn”, bez większych problemów.

Po zakwaterowaniu, w całkiem przyzwoitym pokoju, a co najważniejsze z dobrze izolowanymi oknami (hotel usytuowany jest przy jednej z głównych, bardzo ruchliwych ulic), wybraliśmy się na miasto. Parkowanie i mały spacer.

Gdyby nie okazała wieża ciśnień, mielibyśmy trochę problemów z odnalezieniem właściwego dojazdu do hotelu. Po powrocie zaprosiłem Seweryna z okazji moich imienin na kolację, która była smaczna i nader obfita. Przerzucanie zdjęć na kompa, zajrzenie do maili. Od trzech tygodni żadnego znaku życia od córki – Klementyny i zięcia – Wojtka. W takie obsuwy wpadają od czasu do czasu. W jeszcze gorsze obsuwy wpada mój syn – Lukas, ale on ma ku temu bardzo silne i niestety bolesne powody. Wyrobił we mnie dodatkową cierpliwość.  A jednak nerwacja mną trzęsie czy wszystko w porządku.