Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

25 – 26 marca, 2014 – Rio Tranquilo [Rzeka (Nie) Spokoju czyli na przymusie]

25.03 – wtorek

1.         Plan na ten dzień był opracowany wcześniej. Rano zwiedzanie marmurowych pieczar. Od razu wyjaśniam, iż nie nazywam je jaskiniami, bowiem jaskinie mają z reguły długie korytarze, często na różnych poziomach, nieraz zalane wodą i prowadzące daleko w głąb ziemi. Potem pójdziemy na spacer wzdłuż drogi, którą szedłem w 2011 roku i pojedziemy do stolicy regionu, Coyhaique, nader malowniczą trasą, raptem 218 kilometrów, którą dobrze pamiętam sprzed trzech lat.

W jadalni, przy połączonych stolikach, siedziała spora grupa młodych ludzi. Dwie dziewczyny i pięciu chłopaków. Rozmawiali po angielsku. Pozdrowiłem ich i spytałem skąd są. Dwa czy trzy głosy naraz – ”z Europy”. Dobrze, ale konkretnie skąd? Dwie osoby z Italii, dwie z Hiszpanii, Anglik, Francuz, Irlandczyk. Oto nowe, wzrastające pokolenie Europejczyków w odmiennej sytuacji politycznej i posiadające już poczucie narastającej nowej tożsamości. W 1973 roku, gdy po raz pierwszy wyrwałem się z dusznej komuny, podróżując krótko autostopem po Europie zauważyłem, że między młodymi z komuny i z Zachodu, główną różnicę stanowiła skala doświadczeń i rozmiar przepaści cywilizacyjnej. Teraz zaczyna się to wyrównywać. Przepaść cywilizacyjna w wielu miejscach zasypana, doświadczenia zaczynają być zbieżne, włącznie niestety z tymi kryzysowymi, które podgryzają życie tylu młodym ludziom w różnych krajach Europy, co – znów niestety – popycha ich, w dziedzinie polityki, ku skrajnościom, zwodniczym i bardzo niebezpiecznym.

Od rana uderzyła mnie odmienność światła w pomieszczeniu jadalni.

1

Typowe, przyprószone, jesienne światło. Takie samo na zewnątrz. Jakież ono jest? Przede wszystkim odnosi się niemal zmysłowe wrażenie, iż powietrze zgęstniało.

2

Wszystko w oddali spowite jest mgiełką.

3

Plan bliższy nasyca się niespodziewanymi ostrościami.

4

Chmury włóczą się dolinami i przenikają porannymi mgłami, które dość długo snują się po górach. Jest jeszcze chłodno, bo gorejąca gwiazda dopiero wnurzyła się spoza zębatych szczytów.

5

Sprawy ludzkie i sprawy zwierzęce odbywają się w zwolnionym tempie. Śniadanie się przedłuża, kawę się sączy i myśli płyną leniwie. Na zewnątrz, labrador poczciwina, rozkłada się w pełnym słońcu,

6

pilnując zarazem naszego auta. Z boku grzeje się w słonku puchaty kot. Idylla.

7

Podczas śniadania spokojnie oznajmiłem Sewerynowi, iż zaraz odwiedzimy Lenina. Seweryn, jak to w jego zwyczaju, od razu nie zareagował, szczególnie w godzinach porannych, które na jego skali czasu są nieprawdopodobnie rozwleczone. Przeto dopowiedziałem mu historię, jak to trzy lata temu wysiadłem z autobusu i od razu natknąłem się na zamkniętą budkę (bo sezon zimowy) przy zatoce drogowej. Na budce była reklama oferowanych usług turystycznych oraz telefon i nazwisko właściciela – Lenin Soto. Nikt wtedy nie potrafił mi powiedzieć, gdzie mogę Lenina odnaleźć a straszliwie rozpierała mnie ciekawość. Skąd ten Lenin? Tym razem postanowiłem, że nie daruję. Muszę wiedzieć kto zacz. No bo Lenin, nie dość że Chilijczyk to krwiopijca – ma prywatny interes, do tego położony przy głównej drodze, którą nakazał zbudować dyktator Pinochet, znany ze swej zajadłości wobec każdej odmiany koloru czerwonego w sferze polityki. Nadto postanowiłem przyczynić się do wzmocnienia dochodu señora Soto i u niego zamówić łódź na wyprawę do Marmurowych Pieczar.

Zaparkowaliśmy w tejże zatoce przed ową budką.

8

Napis był nawet bardziej okazały niż trzy lata temu.

9

Przed drewnianą budką stało dwóch ludzi. Jeden średniego wzrostu, drugi nader niski. ”Który z was jest Leninem?”, wydukałem w mym koślawym hiszpańskim. ”Ja”, odrzekł niski, z zawstydzoną nieco miną. Całe szczęście, że był ten drugi, bo pan Soto nie znał angielskiego. Owym imieniem ozdobił go tatuś, który miał lewicowe sympatie. Nie pytałem już, jak mu się żyło w czasach Pinocheta i co się stało z tatusiem. Tym bardziej, że Lenin Soto wyglądał na człowieka pogodnego, spokojnego i bardzo życzliwego. Nie mógł nas zabrać łódką do pieczar, bo miał już zamówienia na cały dzień, lecz polecił swego kolegę, który stał obok.

Pogoda pięknie się wyklarowała, doszliśmy na przystań, pełną różnorodnych łodzi

10

i nieco milkliwy przewodnik (znów małe problemy z angielskim), wskazał nam naszą blaszankę.

11

Wgramoliliśmy się po kolei i ruszyliśmy przez jezioro.

12

Widoki były przednie, kolorystyka dojmująca.

13

14

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po pół godzinie dopłynęliśmy do jednego z cudów Patagonii – unikalnych pieczar wyżłobionych najpierw poprzez działalność lodowców, a potem przez stałą erozję fal, które od przeszło sześciu tysięcy lat rzeźbią je w marmurowym półwyspie jeziora Carrera.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zmetamorfizowany węglan wapnia, poprzez ponowne wypiekanie w wysokiej temperaturze, tworzy odmianę marmuru.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

23

24

25

Ruch fal doprowadził do powstania jedynego tego typu pieczar na świecie, objętych ścisłą ochroną i stanowiących Sanktuarium Natury (Santuario de la Naturaleza). Tworzą zespół komór, tuneli i kolumn o przeróżnych wzorach,

26

27

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

30

odbijających się w pogodne dni w turkusowej wodzie jeziora.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niektóre skały maja kształty zoomorficzne i najsłynniejszy jest pies.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Najpiękniejszymi miejscami są dwie formacje zwane Capillas de Mármol (Marmurowa Kaplica) i Catedral de Mármol (Marmurowa Katedra). Zimą, ze względu na warunki atmosferyczne, do jaskiń dociera się na własne ryzyko. Można tam dotrzeć tylko drogą wodną. Jezioro podnosi poziom późną wiosną na skutek intensywniejszego topnienia lodowców i dlatego najlepszą porą na zwiedzanie tych cudów to okres od grudnia do marca, gdy wody częściowo opadają.

Kiedy wybudują tamy na okolicznych rzekach, pieczary zostaną całkowicie zalane. Nie da się ich wyciąć i przenieść, jak świątynię Abu Simbel w Egipcie. Stracimy je bezpowrotnie.

2.        Zdjęcia pieczar podzieliłem na dwie grupy. Pierwsza obejmuje ich widok, gdzie nawet raz, na krótko, wysiedliśmy i chodziliśmy w jednym z korytarzy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Natrafiliśmy na innych turystów w łódkach i pojedynczych kajakarzy, bowiem można wynająć kajak i pobuszować po prześlicznych zakątkach jeziora.

36

37

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Należy się trzymać raczej blisko brzegu, ze względu na nagłe i porywiste wiatry, a także zmienność pogody. I trzeba dobrze znać konfiguracje podłoża bowiem niektóre skały tkwią bardzo blisko powierzchni wody.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I uważać przy wchodzeniu do wody, bo są w niej tzw. mikroalgi (Didymosfenia geminata), które wyglądają jak zmoczone kawałki papieru.

40

Są pozbawione zapachu i nieszkodliwe dla człowieka, ale oblepiają buty, ubranie i sprzęt wędkarski; zakłócają ekosystem jezior, rzek i strumieni redukując populacje ryb i skorupiaków.

3.     Druga grupa zdjęć jest prezentacją fantastycznych kształtów,  wzorów i deseni marmurowych ścian, podłóg i sufitów.

93

94

95

96

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

4.      Po godzinie powróciliśmy na przystań.

41

Najpierw natknąłem się na dorodną gęś patagońską

42

spacerującą niedaleko przystanku znanej sieci autobusów, w tej części Patagonii zwanej Don Carlos. Busiki są 20-osobowe, kierowca ma z reguły pomocnika, który zajmuje się biletami i bagażami pasażerów. Kierowcy są bardzo dobrzy i pewni, pojazdy z reguły z fabryki Mercedesa w Brazylii, ze specjalnym wzmocnieniem na patagońskie drogi.

42a

Zrobiło się bardzo ciepło, góry wokół jaśniały na szczytach śniegami a dołem płonęły żółcią jesienne drzewa.

43

44

Poszliśmy na spacer moją starą trasą z zimy 2011. Droga, zwana Camino Angosto de Una Sola Via (niezwykle poetyczna nazwa Wąskiej Drogi),

46

prowadziła najpierw przez ujście strumienia,

47

potem wzdłuż okolicznych farm. Przy jednej z nich zobaczyłem niezwykłą sjestę przyjaciół.

48

Zrobiłem zdjęcie Sewerynowi kroczącemu w tym rozległym krajobrazie.

49

Za chwilę natknąłem się na czerwonawy pień liściastego drzewa i dopiero później odnalazłem jego nazwę – mitrowiec.

50

W przepięknych plenerach, alejami strzelistych topoli

51

doszliśmy do kolejnej farmy, gdzie zastaliśmy widok rodem z XIX wieku – wóz zaprzężony w parę wołów z farmerem obok, w baskijskim „naleśniku” na głowie.

52

Przez paręnaście minut wciąż schodziliśmy

53

54

docierając do osobliwego cmentarza, który obok marmurowych pieczar jest innym punktem zainteresowania turystów – cmentarz z małymi mauzoleami w stylu Chilote.

55

Tu się Seweryn mocno zasępił, zaczął wygłaszać raczej depresyjne sentencje i postanowił, że sobie poduma nad krótkością życia, a mnie popchnął samotnie w dalszą drogę. A co ma powiedzieć o swym życiu motyl, którego ułowiłem w tej samej minucie na ziemi?

56

Przedstawiam poniżej plon mego godzinnego spaceru, podczas którego tym razem, nie jak zimą roku 2011, ukazały się rozsłonecznione szczyty z lodowcem;

59

spotkałem samotnego konika,

57

małego ptaszka stukającego w pnie jak dziecięcioł,

60

gęste zarośla dzikiej róży

61

oraz niemal bibilijny napis – szanuj przyrodę jak siebie samego – przytwierdzony do pnia żywego drzewa dwoma wielkimi gwoźdźmi.

58

W drodze powrotnej zdumiały mnie stada kóz na pionowych ścianach zbocza.

62

Za kolejnym zakrętem naciąłem się na wielkiego byka i nieco zwątpiłem.

63

Przypomniała mi się jedyna, jak do tej pory, przygoda z tym nieobliczalnym raczej zwierzęciem. Był to mój trzeci miesiąc w Kanadzie, w małej miejscowości Antigonish, w Nowej Szkocji, gdzie studiowałem na tamtejszym uniwersytecie, największej uczelni katolickiej – St. Francis Xavier. Poszedłem na majowy spacer przez pola i łąki. W pewnym momencie natknąłem się na parę krów stojących w szeregu, jak na defiladzie. Miałem na sobie czerwoną koszule (hodowcy i toreadorzy twierdzą, ze byki nie reagują na ten kolor lecz na ruch) w kratę i dziwiłem się, że nawet krowy się zainteresowały, bowiem przyglądały mi się bardzo intensywnie. Gdy byłem na ich wysokości, krowy nagle się rozstąpiły a za nimi ukazał się dorodny byk. Ten to dosłownie świdrował mnie oczami. Zawahałem się co robić – iść naprzód czy się cofać. Byłem w rozległej dolinie, byk stał na wzgórku, za mną otwarta przestrzeń, paręset metrów przede mną krzaki na wzgórzach. Intuicja podpowiedziała mi by iść dość szybko naprzód, jednocześnie oglądając się czasami za siebie. Już za pierwszym razem, gdy to uczyniłem, zobaczyłem, iż byk pochylił łeb i zaczął intensywnie grzebać przednim kopytem. Doskonale wiedziałem co to oznacza i runąłem do ucieczki. Za sobą usłyszałem tętent i gdy dopadłem wzgórza okazało się, iż jest to krawędź szerokiego jaru strumyka, który płynął w dole. Z tyłu atakujący byk, z przodu wielkie, pochyłe urwisko z pryzmą piachu. Skoczyłem w dół, przeleciałem z cztery – pięć metrów w powietrzu i zaryłem w piach. Doskonale zamortyzował mój skok. Podniosłem głowę i nad krawędzią urwiska zobaczyłem wielki łeb. Byk zdążył wyhamować i teraz mi się przyglądał. Potem ryknął triumfalnie i odmaszerował.

W porównaniu z nim patagoński byk okazał się poczciwym byczkiem Fernando. Przy kolejnej farmie obrazek symbolizujący stare i nowe – wół koło traktora.

64

Potem sad pełen dojrzałych jabłek,

65

wśród nich hałaśliwie skrzeczące stada zielonych papug,

66

67

a pod nimi kura z kurczakami;

68

zaś na łące ibisy

70

71

i inne ptaki.

69

Za parę minut pierwsze domy Rio Tranquilo

72

ze zboczem posadzonych w rzędach drzew.

73

Przed mostem dogoniłem Seweryna, razem przeszliśmy przez rozbudowywany i unowocześniany główny plac,

74

który oczywiście zwie się Plaza de Armas. Na jednym z samochodów leżał pies bardzo przejęty rolą pilnującego dobytku jego pana.

75

W stosunku do tego co było trzy lata temu, wszędzie widać zmiany na lepsze. Odnalazłem podniszczoną i przenikliwie zimną chałupę w której spędziłem ciężką noc. Drewno nie chciało się palić, lał deszcz i zimny wiatr trząsł domkiem. Spałem w ubraniu, skarpetkach, czapce i rękawiczkach i błogosławiłem Claudia, który namówił mnie abym kupił w Santiago długie kalesony.

Miejscowość nazywana jest także Spokojnym Portem (Puerto Tranquilo), wielka zatoka nad którą leży, jeziorem Spokoju. Stąd prowadził szlak pielgrzymów, którzy szli doliną na północny-zachód (kawałek jej właśnie przemierzyliśmy), by dotrzeć poprzez rzekę Eksploratorów (Rio Exploradores) do kolejnego jeziora, gdzie spływa lodowiec pod górą San Valentin. Na 52 kilometrze drogi jest refugio, skąd dobrze utrzymaną drogą pieszą (płatna pięć dolarów US) można dojść na punkt widokowy na lodowiec Eksploratorów. W Tranquilo autobusy stają na lunch, są dwie stacje benzynowe i parę restauracji oraz hosterie i pola kempingowe. Latem jest tu dość tłoczno, zimą i jesienią nadzwyczaj spokojnie i cicho.

5.      Parę minut po trzeciej wyruszyliśmy do Coyhaique. Na rogatkach zgarnęliśmy dwie młode Amerykanki z Oregonu, które prosiły o podwiezienie do kempingu. Po drodze stanęliśmy parę razy, bo wciąż była pogoda i przepiękne widoki.

76

77

78

79

80

81

Wysadziliśmy Amerykanki przy ścieżce prowadzącej do ich obozowiska i je ofuknęliśmy za próbę zapłacenia nam za podwiezienie. Po parunastu minutach nagle zorientowałem się, że przecież jedziemy w odwrotnym kierunku, bowiem pojawił się most – Puente Leones – którym przejeżdżaliśmy wczoraj, późnym wieczorem.

82

Nawrotka na spokojnie, bo było dopiero wpół do piątej i za trzy godziny powinniśmy dojechać do stolicy regionu. Nadto byliśmy zadowoleni, że przynajmniej zobaczyliśmy ten odcinek, który był wczoraj niewidoczny z powodu ciemności.

Zatrzymaliśmy się w dwóch miejscach, które warto było uwiecznić

83

84

85

i podczas jednego postoju natknęliśmy się na parę rowerzystów z Niemiec, nieźle umordowanych, w maseczkach na twarzy, bowiem ripio było tutaj nadzwyczaj pylaste i z mnóstwem drobnego żwiru. Niedaleko nas widniał wielki obryw piasku po starej morenie naniesionej przez lodowiec.

86

Przemknęliśmy szybko przez Tranquilo i zaczęliśmy wspinać się wijącą drogą wzdłuż jeziora.

87

Najpierw zaniepokoił mnie fakt straszliwej trzęsawki na drogowej pralce, potem dziwny dźwięk. Poprosiłem Seweryna, aby przystanął, bo musiałem udać się za potrzebą. Gdy byłem w przydrożnych krzakach usłyszałem, że Seweryn siarczyście klnie. Zapytałem, co się stało. Bez słowa wskazał na tylną, tym razem lewą oponę. Była w strzępach, ostrużyny gumy wisiały jak girlandy na feldze. Zmiana koła poszła nam znów szybko. Martwiliśmy się jeno dodatkowym wydatkiem i późną porą dojazdu na kolejny nocleg, bo trzeba było najpierw kupić nowe koło. Jechanie jeszcze raz na zapasowym, przeszło 200 kilometrów i to po ripio, mogłoby się źle skończyć. Ujechaliśmy od miasteczka zaledwie dwa kilometry, szybko wróciliśmy i zaczęliśmy szukać warsztatu.

Pierwszy był zamknięty, nie, źle powiedziane. On był otwarty na oścież, tylko że nikogo nie było, ani w nim, ani w przyległej chałupie. Za wyjątkiem wielkiego koguta z utraconym ogonem, z którego sterczało jedno pióro i łaszącego się kudłatego psa. Czas mijał a właściciel się nie pojawiał. Jakiś rowerzysta zatrzymał się i poinformował nas, że właściciel warsztatu pojechał do Coyhaique i szybko nie wróci. Wskazał nam inny warsztat i tam się okazało, że nie ma nigdzie odpowiedniego koła. W obu warsztatach, bo tamten właściciel na pewno nie ma takiego koła. Ugięły się pode mną nogi. ”Co mamy zrobić?” spytałem. ”Musicie sprowadzić koło z Coyhaique lub Cochrane. Innej możliwości nie ma”. Teraz ja zacząłem kląć. Niby turystyczna miejscowość a człowiek kompletnie uziemiony.

Postanowiłem podpytać ludzi w miasteczku co zrobić i jak zdobyć koło. Przede wszystkim nie było dzisiaj szans stąd się ruszyć. Nie chcieliśmy spać w poprzednim miejscu, bo okazało się drogie i nie spodobała nam się chytra i zbyt ulizana twarz właściciela. To nie był już ten sam człowiek co trzy lata temu. Szybko znaleźliśmy inne miejsce i wynajęliśmy drewniany domek zwany cabaña (kompleks składa się z restauracji, z prywatnym mieszkaniem u góry, małego hotelu i paru drewnianych domków obok; cena noclegu 30 tysięcy peso czyli 57 dolarów kanadyjskich na dwie osoby). Pierwszy raz na takim noclegowisku. Rozpaliliśmy w piecu i poszliśmy do restauracji przy głównej drodze, która okazała się dobra i tania; młody kelner mówił po angielsku.

Seweryn wielce się zasępił i zaczął widzieć naszą przyszłość – bliższą i dalszą – w ciemnych barwach. Nagle przez okno zoczyłem Lenina, wybiegłem do niego i zacząłem mu tłumaczyć co się stało. Pojawił się ktoś mówiący ledwie-ledwie po angielsku i Lenin oświadczył, iż ma znajomego, w sklepie samochodowym w Coyhaique, że do niego zaraz zadzwoni i jutro autobusem Don Carlosa przywiozą nam koło. Około 13.30 mamy być na przystanku. Serdecznie mu podziękowałem, w przeciwieństwie do Seweryna, który stał z boku nad wyraz zmartwiony i mi dogadywał, po polsku, że jestem naiwny, że w co ja wierzę, jakie koło, itd., itp. Żadne moje tłumaczenia go nie uspokoiły. Argument, iż to jest Patagonia i ludzie sobie tutaj nawzajem pomagają, też go nie przekonał. Piękny zachód słońca ledwie zauważał.

88

89

Zaglądnęliśmy do restauracji przy cabañi. Na parkingu natknęliśmy się na rzecz całkowicie zdumiewającą – Nissan z ontaryjską rejestracją i dużym emblematem klonowego liścia.

90

Wewnętrzne drzwi restauracji były westernowe – dwie szczebelkowate połówki na zawiasach. Pchnąłem je wystudiowanym gestem z westernów i głośno zawołałem po angielsku ”Kto jest tutaj z Kanady?”. Podniósł się niski człowiek, przywitał, zaprosił do stolika, gdzie siedział z dwiema, w średnim wieku, Amerykankami. Był to Chilijczyk mieszkający przez miedzę od Toronto – w Mississauga. Zdecydował się na coś wspaniałego, bo dojechał tu przez całą Amerykę Północną, przebył Środkową i przez Kolumbię, Ekwador i niemal całe Chile, dobił do Tranquilo Obiecał, że nam jutro pomoże, bo posługiwał się swobodnie oboma językami – hiszpańskim i angielskim. Klął na drogi, złapał dwukrotnie gumę i stracił jedno koło. Wiózł ze sobą dwa zapasowe, co wydaje się jak najbardziej rozsądnym posunięciem. Postanowiłem, że w Santiago, w głównym biurze Alamo, porozmawiam o niewłaściwym serwisie. Nie dość, że nie mieliśmy drugiego, zapasowego koła, to również na długiej trasie nie było ich punktu usługowego.

W barze wdałem się w pogawędkę z pracującą tu dziewczyną, Franceską z Santiago. Mówiła całkiem dobrze po angielsku i okazało się, że miała kiedyś polskiego chłopaka o imieniu Stefan. Jej marzeniem był wyjazd do pracy w kanadyjskim ośrodku narciarskim, w charakterze instruktorki snowboardingu i nart. Koszt wizy kanadyjskiej z przyzwoleniem do pracy – 2 miliony pesos. Teraz zrozumiałem czemu Kanadyjczycy muszą słono płacić za każde przekroczenie granicy chilijskiej…

Po wyjściu z restauracji pojąłem sens owej nazwy – Rzeka lub Port Spokoju. Na lewo droga ku Coyhaique, znikająca w lesie, z obramowaniem ośnieżonych gór na horyzoncie. Nad zatoczką na ławce siedziała dwójka ludzi.

91

Na wprost, resztki słonecznych pasteli na dzisiejszy wieczór, ze srebrno-niebieskimi połaciami wody. Nawet wiatr zastygł.

92
W domku Seweryn znów zaczął czarno wieszczyć. Zaczęła się litania problemów – że jesteśmy usadzeni, że nikomu nie można ufać, że tracimy pieniądze. Że drogo, że Lenin nie zrozumiał o co chodzi, a tym bardziej ja nie zrozumiałem jego odpowiedzi. Nawet nie ucieszył go piękny zapach palonego drewna i miłe ciepło, wraz z czekającą na spożycie butelką wybornego, czerwonego wina.

26.03 – środa

Spaliśmy niemal do dziesiątej. Po śniadaniu wyszedłem na zewnątrz by zrobić parę zdjęć naszego miejsca. Restauracja z hotelem, nasza cabaña

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i kuchnia ze świetnie grzejącym piecem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W nocy było nader chłodno na zewnątrz, w domku ciepło i przytulnie. Sewerynowi domek się zaczął podobać. Nawet nasycił go pewnym romantyzmem i pobudził do wspomnień o tatrzańskich wędrówkach, gdzie ze swojej Wieliczki miał całkiem niedaleko. Obaj pochodzimy z małego miasta, które buduje odmienne nastawienie do życia, całkiem inne niż w dużym mieście.

Koło południa pogoda była już klarowana i w oczekiwaniu na autobus włóczyłem się po okolicy. W ciągu dwóch minut srebro na jeziorze

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

przemieniło się w turkus.

124

Poszedłem na plażę. Samotna ławka przypomniała mi inną samotną ławkę, nad rzeką Humber w Toronto, gdzie spędzałem niegdyś długie godziny wylizując się z ran miłosnych po kimś, kto zaprawdę jest ”unforgetable”. Nawet w szarpiących, złych dniach zatrutych jej bipolarnością… Po prawej wpływała do jeziora rzeka Bayo. Niedaleko niej, na żwirowatej plaży spała (odpoczywała?) dwójka łazików korzystając ze słonecznego ciepła.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

O 13.30 przybył autobus, wylegli pasażerowie, wypakowano bagaże i ani śladu naszego koła. Rozmawiałem z kierowcą, nikt mu niczego dla nas nie dostarczył. Seweryn triumfował. ”A nie mówiłem” powtarzał. ”Jesteś naiwny – dodawał – a do tego wierzysz komuś kto ma na imię Lenin”. Byśmy się nie pożarli do końca, zostawiłem go samego informując, że następny autobus przyjeżdża o 15-tej i wtedy się spotkamy. Poszedłem sobie na spacer nad jezioro, do ujścia rzeki,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

siadłem na pniu drzewa i zacząłem rozmyślać jak tu wybrnąć z tej sytuacji. Ewentualnie zostawię Seweryna i pojadę jutro do Coyahique po nowe koło. Nie ma co się przejmować, przecież jesteśmy na włóczędze i mamy sporo tygodni przed sobą. Całkiem się uspokoiłem gapiąc na omglone góry

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i moje myśli popłynęły ku życiu, ku przeżyciu mych ostatnich 50 lat, czyli zagłębiłem się w bilans klęsk i osiągnięć.

Długo nie wiedziałem jak ustawić życie, aby zdobyć równowagę i harmonię z otoczeniem i być w pewnej mierze szczęśliwym. Parę lat temu znalazłem ów klucz – traktować życie jak wakacje, które nie wiadomo kiedy się skończą. Nie obawiać się wyznań z ”Małego księcia”, gdy Latarnik mu odrzekł: ” Zawsze chciałbym odpoczywać. Bowiem można być jednocześnie obowiązkowym i leniwym”. W takim razie czym są wakacje? Obowiązkiem swobodnej aktywności, poznawania, wzbogacania się. Nie tak jak postawa Bankiera u Exupery’ego, który oznajmił: ”Nie mam czasu na włóczęgę. Jestem człowiekiem poważnym. […] Nie mam czasu na marzenia”.

A tu szyderczo odezwała się rzeczywistość. W kolejnym i ostatnim już dzisiaj autobusie, koła także nie było. Postanowiliśmy pójść na obiad do wczorajszej restauracji, Comida Al Paso Pia,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

tym bardziej, że przypomniało mi się, iż młody chłopak z obsługi mówi po angielsku, a ja mam w kieszeni wizytówkę Lenina, którą mi wczoraj wręczył. Chłopak zadzwonił, z kimś rozmawiał i potem powiedział, że niestety nie ma dobrych wiadomości. Rozmawiał z żoną Lenina (nie Krupską, oj, nie), która mu powiedziała, iż mąż dziś wcześnie rano pojechał do Coyahique. Seweryn tylko głucho jęknął. Obiad upłynął w strutej atmosferze, którą później pogłębiła dodatkowo wieść w hotelu, że nie mogą nas przetrzymać następną noc, bo wszystko mają zarezerwowane. Polecili nam nowe miejsce – ”Rinconada” – i gdy tam zajechaliśmy, bardzo się zdumiałem.

W głębi sporego ogrodu, stała obszerna, elegancka cabaña dla parunastu osób, niedawno wybudowana i pachnąca świeżością.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W środku świetne wyposażenie (kuchnia do dyspozycji z wielką lodówką), czysto i przytulnie, sporo miejsca. Piec przy kamiennej ścianie, która ogrzewała automatycznie następny pokój.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I działał Internet, z którego się dowiedziałem, iż bezczelną aneksję Krymu potępiły już 42 państwa na forum Rady Praw Człowieka. Cóż za przekleństwo historii w powtarzaniu tych samych błędów i wielkomocarstwowych złudzeń! Wiadomość dodatkowa, że były kanclerz Niemiec, Helmut Schmidt, broni polityki Putina wobec Krymu. Schmidta chyba najlepiej charakteryzuje wypowiedź pewnego lewicowca z Berlina Zachodniego, który na spotkaniu w styczniu 1982 roku, poświęconemu pomocy dla związku zawodowego ”Solidarność” w podziemiu, stwierdzenie kogoś, że Schmidt przecież miłuje robotników, skwitował krótko: ”Tak. Swoim rozrusznikiem”.

Po zakwaterowaniu (też 30 tysięcy pesos, lecz bez śniadania) poszliśmy na krótki spacer i kolację, postanawiając tym razem zapoznać się z zupełnie nową knajpą. Kiedy przechodziliśmy koło Al Paso Pia, wybiegł na zewnątrz młody kelner i zaczął nas przywoływać. I cóż się okazało? Pół godziny temu oddzwoniła do niego żona Lenina, by przekazać wiadomość dla dwóch gringos Polacos, żeby się nie martwili. Lenin pojechał specjalnie do Coyahique kupić nam koło i przy okazji zrobić drobne zakupy dla siebie. Będzie spowrotem koło 22-giej. Z radości postanowiłem ponownie zjeść kolację tutaj, po której nabyliśmy w drodze powrotnej, w małym sklepiku, butelkę Casillero del Diablo z gatunku carmenere. Nazwa wina oznacza Schowek Diabła, bo pierwszego producenta podejrzewano o konszachty z diabłem, tak to wino mu się udało, a receptura była tajemnicą.

Około dziesiątej wieczorem podjechaliśmy do poprzedniego noclegu i zaszliśmy na herbatę do Franceski. Oczekiwanie na Lenina przedłużało się, bo taka jest Patagonia – bezwzględnie trzeba być cierpliwym i wierzyć, że się uda. Seweryn zaczął tym razem powątpiewać czy dostaniemy prawidłowe koło, bo podał wszystkie dane, ale ” tu z ludźmi nic nie wiadomo”.
Pan Soto zajechał na parking o 23.30, wytoczył ze swego pickupa piękną, nowiutką oponę Hancock (tak więc mieliśmy trzy Dunlopy i jednego Hancocka), dał nam rachunek tłumacząc przez Kanadochilijczyka z Missassaugi, że mamy go trzymać, bowiem Alamo powinno nam zwrócić za koło pieniądze. Nowe koło kosztowało nas 200 dolarów US, o wiele taniej niż w Kanadzie. Uradowany Seweryn dorzucił mu paręnaście dolarów za fatygę i powiedział ”Jest pan pierwszym, porządnym Leninem w mym życiu”. Cóż za przemiły gość, señor Soto. Pożegnaliśmy się z Chilijczykiem z Kanady, potem z Francescą, której na szczęście dałem kanadyjską monetę.

Przed snem wyszedłem z domku wprost pod rozgwieżdżone niebo wypełnione ciszą. Pod językiem smak carmenere, uczucie ulgi, że wszystko się ułożyło i gdzieś tam, daleko, buzuje inny świat. Wróciłem do domu i napisałem wiersz.

rio tranquilo

rzeka spokoju a wokół tyle bólu
tyle cierpienia
tyle zamieszania w człowieku

świat TAM wydaje się mroczną głębią
pełną postaci z ogrodu rajskich rozkoszy Boscha
świat TUTAJ jest darowaną chwilą
którą musisz nauczyć się łapać

przystań spokoju a wokół tyle nienawiści
tyle niepokoju
tyle morderczych instynktów w człowieku

świat TAM wydaje się rozdartą powłoką
z której powoli uchodzi powietrze nadziei
świat TUTAJ jest złudzeniem
którego czasem musisz się pozbyć

rzeka spokoju z przystanią spokoju nad jeziorem spokoju
uważaj byś nie powielał bezmyślnie owego spokoju
jak politycy nieustannie mielący swoje banały