Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

24 marca, 2014 – Cochrane – rezerwat narodowy Tamango – Rio Tranquilo

Kraina jednorożca

Żadne szczególne znaki nie zapowiadały jednego z najpiękniejszych dni mego pobytu w Patagonii i jednego z najbardziej dojmujących w mym życiu. Ale pierwsze pianie cochrańskiego koguta, zapewne było wstępnym sygnałem, bowiem kogut okazał się nadzwyczaj delikatnym. W poniedziałkowy poranek zapiał donośnie dopiero o 8.30.

Podczas śniadania moją uwagę przykuł ładny plakat XI regionu Chile – Aysen del General Carlos Ibañez del Campo, nazywany krócej Region Aysen lub Aisen. Jest trzecim w Chile pod względem wielkości, lecz z najmniejszą gęstością zaludnienia.

1

Dzień zaczęliśmy od naprawy opony. Byłem tak wdzięczny, że zapasowe koło wytrzymało naszą dziką jazdę wertepami, iż zrobiłem jego portret.

2

Naprawa przedziurawonego bieżnika poszła szybko, zapłaciliśmy o wiele niższą cenę niż w Kanadzie, gdzie naprawy i ubezpieczenia aut, bezwzględnie drenują ludzkie kieszenie. Odebraliśmy uprane rzeczy, przejechaliśmy kawałek przez miasto zauważając, iż jest tu więcej pomników zwierząt niż ludzi.

3

Wróciliśmy do hosterii

4

i zapakowaliśmy nasze klamoty do auta. Pojechaliśmy na rozsłoneczniony, smagany porywami wiatru rynek, gdzie roznosił się poszum sosen,

5

a w słońcu wygrzewały poczciwe kundle.

6

Zrobiliśmy zakupy na drogę, głównie owoce, gorzką czekoladę, soki, wodę i butelkę wybornego wina. Potem poszliśmy przez miasto, gdyż chciałem zasięgnąć języka o pobliskim rezerwacie w informacji turystycznej, którą dobrze pamiętałem sprzed trzech lat. Szczególnie młodego człowieka, który dobrze władał angielskim i bardzo mi pomógł w niewesołej sytuacji.

Otóż, jak w wielu miejscach, co jest kompletnie niezrozumiałe i strasznie denerwujące dla obcokrajowców, tak i w Cochrane, nie można było wyciągnąć z banku pieniędzy na kartę debitową. Chłopak poszedł ze mną do banku i wynegocjował wypłatę pieniędzy, bowiem musiałem opłacić pobyt w hosterii i zakupić bilet na autobus powrotny. Ileż mnie to kosztowało zabiegów i nerwów! W końcu dyrektor lokalnego banku, polecił skontaktować się z mym bankiem w Toronto (jakie szczęście, że między Toronto a Cochrane jest tylko jedna godzina różnicy) i po podpisaniu wielu papierków, wydano mi odpowiednią sumę. Nic się od tamtego czasu nie zmieniło – nigdzie nie mogliśmy wybrać pieniędzy. Ratowały nas zaskórniaki, z dużej sumy wybranej jeszcze w El Calafate i trzymane na czarną godzinę amerykańskie dolary.

Informacja mieści się w bardzo ładnym drewniano-kamienno-szklanym budynku. Na piętrze jest wydział zatrudnienia i oddział urzędu miejskiego, wszystko otoczone pięknymi, wysokimi sosnami. Nie zrobiłem zdjęcia, bowiem na froncie urzędu dyndało szereg drutów całkowicie psujących widok. W informacji nie znalazłem nikogo sprzed trzech lat. Nikt nie potrafił porozumieć się z nami po angielsku. Dostaliśmy mapkę i ogólne wskazówki jak dotrzeć do rezerwatu. W folderach, na szczęście w języku angielskim, znalazłem opis największego stada huemuli w tymże rezerwacie, który ma powierzchnię przeszło sześciu tysięcy hektarów. I jak tu znaleźć wymarzonego jelenia? Igła w stogu siana.

Huemul powoli stawał się dla mnie tak mityczny, jak Arctotherium – gigantyczny niedźwiedź, żyjący niegdyś w Patagonii i trzy razy większy od północnoamerykańskiego grizzly. W 1898 roku chilijski geodeta Juan Waag, na brzegu rzeki Tamango (zwanej też Chacabuco), płynącej przez rezerwat, do którego mamy się właśnie udać, znalazł wielkie ślady jakiegoś zwierzęcia. W Encyklopedii Brytyjskiej z 1911 roku, można znaleźć informację o wielu doniesieniach na temat owych wielkich śladów, przypisywanych monstrualnemu niedźwiedziowi. Wspomina się go w przekazach przodków Indian Tehuelches. Wynika z tego, iż jakieś pojedyncze osobniki, prawdopodobnie żyły jeszcze w końcu XIX wieku. Patagonia jest krainą pełną tajemnic. Wystarczy wspomnieć mylodona, którego tropami poszedł zafascynowany Chatwin.

W jaskini Cerro de los Indios, archeolog Manuel Jesus Molina, znalazł spory rysunek jednorożca, który bynajmniej nie był owym mitologicznym koniem obdarzonym wydatnym rogiem na środku czoła. Istniało zwierzę podobne do nosorożca, które nazwano toxodon i zaliczono do kopytnego gatunku endemicznego obu Ameryk, z rodziny Notoungulata. Toxodony, tak jak cała fauna plejstoceńska, wyginęły około 10 tysięcy lat temu. W Internecie znalazłem zdjęcie owego rysunku naskalnego, autorstwa Alejandro Aguado.

7

Z Internetu

Gdy uważnie przejrzałem moje fotografie z Jaskini Rąk, sądzę że znalazłem rysunek jednorożca, który zdjąłem całkiem przypadkowo. Ale pewności nie mam, bo zwierzę ujęte z profilu ma także zazwyczaj tylko jeden róg. Nadto zdarzają się genetyczne wybryki i róg może być mocno zdeformowany. W 2010 roku natknąłem się na jelenia w Górach Skalistych, z jednym krótkim a drugim o wiele dłuższym, dziwnie skręconym rogiem.

8

Wyjechaliśmy z miasta grubo po dwunastej. Minęliśmy miejskie więzienie, koło którego przechodziłem w 2011 roku,

9

słysząc, jak za wysokim murem więźniowie grają w koszykówkę, okraszając każdą akcję soczystą wiązanką przekleństw. Przejechaliśmy koło sporej jednostki wojskowej

10

i za nią poprzez mostek, skąd widać było na przeciwległym brzegu dom z tarasem na piętrze, wspartym na wysokich palach

11

i skręciliśmy w ripio X-899.

Po karkołomnej wspinaczce pylastą i żwirową drogą (gdyby nie napęd na cztery koła, na niektórych odcinkach, nie dalibyśmy rady podjechać), przy której rosły wielkie kępy krzaków dzikiej róży,

12

wjechaliśmy na wysokie wzniesienie,

13

skąd roztaczała się panorama leżącego w dole miasta Cochrane,

14

15

otaczających je wzgórz i gór,

16

17

18

z wysokim szczytem San Lorenzo (3706 m n.p.m.) leżącym na granicy Chile i Argentyny (zwą go także szczytem Cochrane).

19

20

Wokół niego trzy lodowce górskie, jeden z nich największy w Chile – Calluqueo. W kierunku południowym jezioro Cochrane,

21

22

obramowane pasmem wzgórz (Cordon Cochrane),

23

z przepiękną laguną Esmeralda.

24

I wtedy nabrałem podejrzenia, iż pojechaliśmy złą drogą. Nie na darmo przejechaliśmy wcześniej Diabelski Strumień (Arroyo del Diablo). Gdzieś, niedaleko stąd, diabeł zakręcił ogonem. Dojechaliśmy do jakiegoś gospodarstwa, gdzie chciałem zapytać o drogę,

25

ale poza psem i koniem, nie zastałem żywej duszy. Zawróciliśmy wśród kolorowych zboczy gór.

26

27

Stromy zjazd i na dole droga, wiodąca przez trawiaste łąki, przechodziła brodem strumienia. Wjechaliśmy weń ostrożnie i powoli, a gdy go przejechaliśmy, okazało się, iż po lewej jest drewniany most. Seweryn tak bardzo się podekscytował, bo po raz pierwszy w życiu przejechał bród samochodem, iż poprosił abym umieścił zdjęcie tego miejsca, co niniejszym czynię.

28

Wróciliśmy do punktu wyjściowego, skręciliśmy na prawo, w wąską, wiejską drogę – X- 893, która kończyła się u wejścia do rezerwatu.

29

Na niebieskawej rzece Cochrane jacyś turyści płynęli w kierunku jeziora.

30

Rezerwat Tamango

Tablice poznałem od razu. To tutaj przystanąłem, zdezorientowany, w sierpniu 2011 roku.

31

W domku strażników rezerwatu nie było nikogo. Jakiś człowiek wrócił z ryb i właśnie wsiadał na motor. Objaśnił mi, że jestem w rezerwacie i mogę iść dalej. Tylko nie powiedział którą ścieżką. Powiodło mnie pod górę i po przejściu małego parowu natrafiłem na ścieżkę wydeptaną kopytami koni. Wspiąłem się bardzo wysoko, dotarłem do szczytu wzgórza i otworzyła się wspaniała panorama na ośnieżone Andy. Była patagońska zima, lecz dzień słoneczny i wyjątkowo bezwietrzny. Siedziałem na pniu drzewa, jadłem kanapki i podziwiałem panoramę. Marzyłem wtedy, aby choć z daleka zobaczyć pumę, tym bardziej, że miałem ze sobą dobrą lornetkę. Tymczasem, poza paroma ptakami, nie natrafiłem na żadne zwierzę.

Poszedłem potem w dół, za wzgórze, ku rysującemu się w oddali jezioru o barwie ultramaryny. Ale przeliczyłem się z odległością i czasem i musiałem zrezygnować. Powrót był całkowitym zdaniem się na intuicję. Powoli zapadał zmrok i coś mi nie pasowało. Poszedłem na skróty, przez pola. Musiałem parę razy wspinać się na wysokie ogrodzenie z bali, bo bramy były zamknięte na łańcuch. Dodatkowo napisy – teren prywatny. W ogóle się tym nie przejmowałem, parłem przed siebie, ale miasta wciąż nie było widać. Zrobiło się szarawo i niewyraźnie. Nagle usłyszałem dalekie szczekanie psów. Zacząłem iść na słuch i po godzinie, już w zupełnych ciemnościach, dotarłem do pierwszych ulic. Wtedy nawet nie wiedziałem, że w tym rezerwacie żyją jelenie.

Następna tablica niesłychanie mnie podekscytowała – Ścieżka Dzięciołów (Sandero Carpinteros) z wyrysowanym wielkim czerwonołbym ptakiem, który zwodził mnie nieustannie. Może tym razem…

32

Zaparkowaliśmy auto i od razu pojawił się strażnik rezerwatu. Powiedział, że jedzie do miasta i wraca za godzinę, bo park jest zamykany o 16-tej. Mieliśmy na wejście w głąb zaledwie godzinę, lecz poszedł nam na rękę i dodał pół godziny. Za bilety wstępu mieliśmy zapłacić potem, gdy on powróci.

Poszliśmy wąską i kamienistą ścieżką w głąb doliny. Potem mała wspinaczka i znów w dół. Po dwudziestu minutach Seweryn miał dość – źle mu się szło, a nadto zaczęły się jego stare kłopoty, pieczenie w lewej nodze, koło kostki. Zdecydowaliśmy, iż wróci sam na parking a ja szybkim marszem przejdę tak, aby obrócić w godzinę. Strażnik powiedział mi, że można tutaj z dala zobaczyć huemula i to mnie niemożebnie napędzało.

Gdy zostałem sam przyspieszyłem tempo marszu, jednocześnie idąc bardzo ostrożnie, niemal bezszelestnie, według wyrobionych już leśnych nawyków. Milczenie i spokojne ruchy stwarzają najlepsze możliwości na podejście zwierzęcia. Wchodziłem między kępy karłowatych drzewek ñires i zagajników powykręcanych buków i drzew z gatunku coihues. Przeglądając później zdjęcia odniosłem wrażenie (lub tak się ułożyły gałęzie i narośla), że z głębi krzaków śledził mnie duch tego miejsca. Prosze przyjrzeć się lewej stronie zdjęcia!

33

Za chwilę znów otwarta przestrzeń, skalne wzgórza i widok na rzekę Cochrane, która im bliżej ujścia do jeziora, tym bardziej przyobleka się w unikalne kolory,

34

spowodowane wielką ilością zielonkawych mchów i fosforyzujących alg. W oddali sterczą charakterystyczne szczyty Tamango (1722 m n.p.m.) i Temanguito (1485 m n.p.m.),

35

po drugiej stronie półkolem biegnie powulkaniczny łańcuch gór Divisadero.

36

Najpierw natrafiłem na dzięcioła. Co prawda, nie tego z czerwoną głową, ale był piękny i sporej wielkości.

37

38

Ścieżka wiła się pomiędzy skałami, raz schodziła, a drugi raz ostro wiodła pod górę. W pewnym miejscu przystanąłem, bo spostrzegłem na piasku wielki odcisk łapy pumy.

39

Paręnaście metrów dalej odcisk kopyta huemula.

40

Na gałązce przysiadł ptaszek o kolorowym oku. Stanąłem, by mu zrobić zdjęcie

41

i wtedy, w głębi lasu, usłyszałem szelest i trzask gałęzi pod ciężarem zwierzęcia. Huemul??? Zacząłem dosłownie iść na palcach, napięty wszystkimi zmysłami. Lasek się przerzedził, pojawiły skalne zbocza i… JEST!!! W głębi, na lewo ode mnie, wolno schodził po skalistym zboczu,

42

a potem szybko skręcił i poszedł przed siebie.

43

44

Wyszedłem na rozległą przestrzeń, zdjąłem cienką, nylonową kurtkę, bo zrobiło się bardzo ciepło. Nagle następny jeleń, tym razem łania. Przeszła tak szybko, że nie zdążyłem zrobić zdjęcia. W dole błękit rzeki Cochrane,

45

i z tej perspektywy wspaniale były widoczne wyniesienia gór ponad jej poziom. Jakiż widok musi byc z łódki!

46

Po prawej, tym razem wysoko na wzgórzu, znów huemul. Czyżby ten sam? A może inny? Znów go zdjąłem teleobiektywem.

47

Miałem cztery jego zdjęcia. Pomyślałem – może czas już wrócić? Ale postanowiłem pójść dalej i wspiąć się po drewnianych schodkach na szczyt kolejnego wzgórza, zrobić stamtąd parę ujęć i dopiero wtedy zawrócić.

Szedłem w dół, koło strumyczka wijącego się w małym parowie. Otaczały mnie gęste zarośla i kępy bukowych drzew porośniętych omszałymi mchami, czasem zwisające girlandami z gałęzi. Przeszedłem kładkę i ścieżka znów zaczęła prowadzić stromym podejściem, tak stromym, iż pochyliłem się ku przodowi i mozolnie wspinałem. Na szczycie wzniesienia zrobiło się przestronniej, uniosłem głowę i zamarłem. Na ścieżce, parę metrów przede mną, tyłem stał jeleń.

48

Potem odwrócił się i pochylił głowę. Wpierw się stropiłem sądząc, iż to ostrzegawczy sygnał.

49

Ale zwierzę spokojnie stało dalej. Zza niego wynurzyła się łania i truchtem przecięła ścieżkę na prawą stronę.

50

Spojrzałem na samca. Stał na stoku, przy krawędzi ścieżki i dał sobie zrobić zdjęcia w zbliżeniu.

51

52

Nagle wolno podszedł wprost ku mnie i przystanął. Dwa-trzy metry przede mną! Zaczęły drżeć pode mną nogi, poczułem ogromne wzruszenie i wręcz stan wniebowzięcia. Wszędzie czytałem, iż to takie płochliwe zwierzę a tu… W okolicy zalegała cisza. Żadnego innego człowieka poza mną, lekki wiatr, ciepło, słoneczny czas.

Nie potrafię w pełni opisać co przeżywałem. Huemul przyglądał mi się dość uważnie, patrząc łagodnym wzrokiem. Czułem jakąś więź porozumienia między nami, wzajemne uszanowanie swojej obecności. I nagle zacząłem mówić do niego, bardzo czułym i łagodnym tonem. Po polsku!!! Mówiłem mu, że jest piękny, że marzyłem, by go zobaczyć, a on lekko przechylał łeb, na zmianę w prawo i lewo, jakby chcąc ułowić mój głos. Zupełnie zapomniałem o tym, że mam aparat. Po paru minutach, gdy podeszła do nas także łania, powiedziałem ”Nie bój się” i drżącymi rękoma uniosłem aparat. Bez zbliżeń zrobiłem paręnaście ujęć. Huemul zachowywał się zupełnie naturalnie, sprawiał wrażenie, iż w pełni akceptuje moje towarzystwo.

53

55

56

57

Zdawało mi się, iż śnię. ”Nie, to niemożliwe” mówiłem sobie i nagle poczułem, iż muszę stąd odejść, zostawić tę parę w spokoju. Bo wszystko trwa zbyt długo, staje się wręcz nieprawdziwe. Nie potrafię w pełni pojąć dlaczego tak czułem. Zdawało mi się, że świętokradczo wdarłem się w ich życie, na ich terytorium. Że już wystarczy owej cudownie darowanej chwili. Powoli odszedłem.

Skierowałem się ku schodom i nogi same mnie niosły. Jakbym dostał skrzydeł. Wspiąłem się po rozchybotanych stopniach i ze szczytu wzgórza popatrywałem na rzekę wijącą się wśród skał. W jednym miejscu tworzyła zarośniętą ostrogę napełnioną kolorami.

58

Wtedy połapałem się, że z emocji zapomniałem nakręcić krótki filmik. Zawróciłem i z daleka zobaczyłem, iż samiec dalej stoi blisko ścieżki,

59

a potem się przy niej kładzie.

60

Gdy skończyłem nagrywać film, ujrzałem także zmierzającą ku niemu łanię.

61

Wracałem tą samą drogą, z której roztaczał się widok na rzekę i jej zakątki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dochodziłem bliżej i bliżej, jeleń spokojnie leżał. Kiedy znalazłem się naprzeciw, przysiadłem na sporym głazie i postanowiłem spędzić z nim pożegnalne parę minut.

63

Po chwili obok położyła się łania

64

i tak wspólnie sobie posiedzieliśmy przez parę minut. W milczeniu. Kiedy się podniosłem, oba zwierzęta uczyniły to samo. Najpierw przyklęknęły na przednie nogi, potem uniosły tylną cześć tułowia, wyprostowały przednie i zaczęły się paść wśród traw.

Byłem bardzo spokojny i po brzegi wypełniony szczęściem. Nigdy w życiu nie spotkałem tak blisko dzikiego zwierzęcia. W roku 2010, w Górach Skalistych, miałem bliski kontakt z czarnym misiem, lecz stałem na stopniu vana, ochraniając ciało odsuwanymi drzwiami. Niedźwiedź żerował półtora metra ode mnie, widziałem pojedyncze włoski na krawędzi jego uszu. W pewnym momencie podniósł łeb i spojrzał mi prosto w oczy. Nigdy nie zapomnę tego spojrzenia. Odczytałem w nim tolerowanie mej obecności, ale zarazem przypomnienie – pamiętaj, jesteś tutaj u mnie, ja tu rządzę.

Tym razem było całkiem inaczej. Żadnych zasłon, sam na sam, naprzeciw siebie. Czułem charakterystyczny zapach huemula, jaki wydziela większość dzikich zwierząt. Posiada wiele odmian, ale ów podstawowy zawsze się powtarza. Może to rodzaj piżma? Widziałem plamki na jego sierści, plamę w kształcie ciemnej łzy w kąciku oka, która nadawała mu nieco smutnawy wygląd. W jego oku odbijał się fragment krajobrazu okolicy. Cuda i cudeńka.

Rzeka Spokoju

Gdy doszedłem do parkingu rozdygotanie zupełnie minęło. Zastanawiałem się jak przekazać Sewerynowi to co przeżyłem, żeby chociaż częściowo podzielić się z nim owym nadzwyczajnym spotkaniem. Lecz nie wiedziałem od czego zacząć… Pokazałem mu w aparacie serie zdjęć i opowiedziałem co zaszło. Powrócił strażnik, skasował od nas opłatę za wejście do parku (7,5 kanadyjskiego dolara od głowy) i z radości poprosiłem Seweryna, aby dał mu więcej pieniędzy, jako naszą donacje na park. Nieco burczał, bo się okazało, że do tego parku nie ma darmowego wstępu dla inwalidów. Powiedział strażnikowi o mym spotkaniu, a ten zaciekawiony chciał zobaczyć zdjęcia.

Zaniepokojony zapytał, czy huemul nie wyglądał mi na chorego. ”Ależ skądże” zaprzeczyłem i strażnik był nieco zdumiony. Potem dodał ”Ja znam tego jelenia. Miałeś chłopie szczęście”. I poprosił, abym na szczegółowym planie, wiszącym na ścianie, wskazał dokładnie miejsce, gdzie go spotkałem.

Wróciliśmy do Cochrane i poszliśmy na obiad do małej i przytulnej knajpki przy rynku. W środku siedziało paru łazików z USA i Europy. Obiad był znakomity – pomidorowa, kurczak z ziarnami sezamowymi i naturalny sok z wyciskanych malin. Zrobiło się już po 17-tej. Objechaliśmy pomnik naczynia do mate,

65

potem zadrzewioną ulicą dobiliśmy do wylotówki z miasta.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Domy na skraju Cochrane były bardzo ubogie, ich podwórka zagracone przerdzewiałymi wrakami aut i rolniczych maszyn. Siódemka skręciła ostro w prawo

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i zaczęliśmy łagodnie podjeżdżać zapylonym ripio.

68

Po chwili wyłoniła się rzeka Baker,

69

potem jej spory dopływ Chacabuco z górami Cordon Chacabuco na horyzoncie.

70

W dolinie rzeki Chacabuco realizuje się projekt nowego parku, pod kierunkiem amerykańskiej pary milionerów – Kristiny i Doug Tompkinsów,

71

Z Internetu

którzy od wielu lat ochraniają patagońską przyrodę (Doug założył wielki prywatny park Pumalin, dokąd zamierzaliśmy udać się później) i powołali do życia organizację Conservacion Patagonica. W 2004 roku zakupili 173 tysiące akrów byłej owczej farmy i cały obszar, po stu latach wypasu owiec, jest odnawiany i przywracany stanowi naturalnemu.

72

73

Oba zdjęcia z Internetu

Nad stworzeniem infrastruktury parku pracują lokalni robotnicy, członkowie CP i wielu woluntariuszy z różnych krajów, którzy zmieniają się co trzy tygodnie lub co trzy miesiące. Od dziewięciu lat usuwa się płoty, wytrzebia inwazyjne gatunki roślin a sadzi miejscowe, stawia różnego typu schroniska (refugios) i wytycza szlaki dla przyszłych łazików. Obecnie na terenie parku przebywa trzy tysięczne stado guanako, najliczniejsza w Chile populacja strusi, nadto pumy, huemule, andyjskie kondory, czarno szyjne łabędzie, flamingi i karłowate sowy, których przedstawicielkę napotkałem przedwczoraj, przy przystani portu Yungay. Park ma być gotowy w roku 2015 i będzie przekazany chilijskiemu rządowi, pod jednym, zasadniczym warunkiem – ponieważ ulokowany jest pomiędzy parkami Jeniemeni a Tamango, cały obszar ma być połączony w jeden wielki park o powierzchni 250 tysięcy hektarów. Mówi się o tym miejscu jak o przyszłym południowo-amerykańskim Serengeti i już można tam przebywać na gotowych kempingach i w schroniskach. Ochotnicy do pracy wciąż są potrzebni. Zarząd parku przyjmuje także donacje i warto zaglądnąć na stronę: http://volunteeringinlatinamerica.com

O 18-tej przejechaliśmy przez wąwozy wycięte w piaskowo-gliniastych warstwach.

74

Za nimi zaczął się długi podjazd i przystanęliśmy, by zrobić zdjęcie odcinka drogi, którym będziemy za chwilę jechać. Jakaż to malownicza droga! Wystarczy przyjrzeć się lewej, górnej stronie zdjęcia.

75

Po parunastu minutach wjechaliśmy na ripio prowadzące po stoku wzgórza,

76

schodzące do kanionu rzeki Baker,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

płynącej po licznych porohach.

78

79

Energia tej rzeki niestety zainteresowała wielką, międzynarodową kompanię energetyczną Endesa/Enel, która planuje wybudowanie na dwóch największych rzekach chilijskich – Baker i Paschalnej, pięciu wielkich zapór hydroelektrycznych. Właścicielem generatorów produkujących 2,400 megawatów energii ma być chilijska kompania Hidroaysen. Tym sprytnym sposobem wszystko ma być niby w rękach lokalnych, lecz Hidroaysen jest filią wspomnianego powyżej międzynarodowego konsorcjum. Obie rzeki są jednymi z nielicznych tego typu na świecie, które wciąż zachowały swój stan naturalny. Wybudowanie zapór i sztucznych zalewów zmieni ich charakter i z pewnością zakłóci równowagę hydrologiczną. Turkusowe wody Baker sczezną, a sedyment lodowcowy będzie ją nieustannie spłycał, zakłócając tym samym rybostan.

Zjechaliśmy na chwilę z drogi nad brzeg rzeki. Szybki nurt syczał po odłamkach skał, wydając pluskliwy odgłos przy brzegach. Musiałem przyklęknąć pomiędzy kamieniami, aby zanurzyć ręce w bardzo chłodnej wodzie i obmyć twarz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po godzinie znaleźliśmy się w tym samym miejscu, które przejeżdżaliśmy trzy dni temu – koło jeziora Bertrand. W zachodzącym słońcu, ponad szczytem Hyades, widniał znów nierealny tutaj, całkiem jak z innego świata, długi odkos smugi odrzutowca.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdy zbliżyliśmy się do Hyades, część szczytowa, będąca resztką wulkanicznego komina sprzed milionów lat, zarysowała się na niebie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W paręnaście minut później ujrzeliśmy w oddali górę San Clemente.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Obserwowaliśmy, jak w miarę upływu minut, zmienia się jej barwa

83

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

z czerwonawym podbarwieniem zachodniego skłonu szczytu.

85

Kolejna, przejmująca i niepokojąca wręcz czerwień, wypełniła miękki odcinek drogi przed rzeką Delta. Siódemka wyglądała jakby ją wysypano ubitym, czerwonym piaskiem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przed 20.30 zalśniła uśpiona toń jeziora Carrera.

87

Potem, już w ciemnościach, błysnęły w oddali światła pierwszych domów, przed dojazdem do, leżącego na małym półwyspie, miasteczka Puerto Rio Tranquilo.

88

Gdy wjechaliśmy na most, ujrzałem na niebie, ponad czarną krawędzią lasu jedną jedyną gwiazdę. Moją szczęśliwą gwiazdę. Azaliż to Wenus, nad ranem Jutrzenką zwana?

89

Za dwadzieścia dziesiąta byliśmy na głównej ulicy Tranquilo czyli Carretera Austral (Siódemka).

90

Od niej, na lewo, jeno trzy główne, równoległe ulice, ograniczone pasmem wielgachnych wzgórz. I pięć poprzecznych. Na prawo czarna tafla wąskiej i długiej zatoki jeziora Carrera. Wokół pasma, niewidocznych teraz gór z ośnieżonymi partiami szczytów. Miasteczko uśpione, pustawe, po sezonie. Pomiędzy grudniem a lutym przelewają się tu tłumy, w tym głównie chilijskich turystów i łazików. Natychmiast rozpoznałem hosterię sprzed trzech lat, gdzie po niewygodnej nocy, spędzonej w zimnej i prymitywnej chatce, mogłem wziąć ciepły prysznic i zjeść porządne śniadanie. Od razu postanowiłem tam zanocować.

W ”Costanera” przywitało nas ciepło, wynajęliśmy ładny pokój na parterze i zjedliśmy sowitą kolację. W pokoju wydudliliśmy butelkę wina targaną z Cochrane. Grubo po północy skończyłem uzupełnianie zapisków w małym notatniku i przerzucanie zdjęć. Potem leżąc w łóżku rozmyślałem o minionym dniu.
Gdy tylko przymknąłem oczy napływały obrazy huemula z rezerwatu Tamango. Jego poczciwe, ciepłe oczy. Łagodne ruchy i dostojny chód. Pomyślałem, że dziś dopuszczono mnie do wielkiej tajemnicy. Odczułem biologiczną więź istot żywych. Nasze równoprawne istnienie.