Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

24 lipca Antigonish – Halifax

Ostatni tydzień naszej podróży. Przygotowanie śniadania, pakowanie wypranych ciuchów, odjazd przed dziesiątą. Ostatni rzut oka na budynki uniwersytetu.

I także ostatni przegląd domów w Antigonish. Specyficzne słowo „ostatni”, które dość często powtarzamy, a potem okazuje się, że otwiera następny, kolejny raz. Brzmi jak symbol walki z naszymi słabościami. Podobne owemu rozpięciu pomiędzy „nigdy” a „zawsze”.

 Jak pięknie wyglądają domy w otulinie drzew.

Pojechaliśmy do centrum handlowego po chleb. Z boku rozbili namiot cyrkowy, coś czego nie widziałem od lat.

Wyjechaliśmy starą szosą, biegnącą wzdłuż autostrady poprzez zalesione tereny,

przeplatane farmami i małymi osadami. Tory kolejowe nie zarośnięte, bo dalej trwa transport towarowy.

Po dziesiątej dobiliśmy do głównej – 104 czyli TCH, biegnącej pięknymi leśnymi terenami pomiędzy wzgórzami.

Był już spory ruch na szosie, wakacje nabrały tempa.

Minęła nas ciężarówka wioząca gotowy segment domu. Tak pewnie wyglądało konstruowanie domostwa profesora Pluty.

W pewnym miejscu podrzędna droga dolnym wygibasem dochodziła do autostrady.

Minęliśmy znak miejscowości Pictou, miejsca pierwszego lądowania dużej grupy szkockich emigrantów we wrześniu 1773 roku.

 Był to przymusowy proces wysiedlenia z górzystych terytoriów Szkocji, na przełomie wieków XVIII i XIX, zarządzony przez angielskie władze. Za Truro rozjazd na południe drogą 102 prowadzącą do Halifax. Krótki postój w Hortonsie na kawę z ciastkiem.

Przed Halifax’em znak zjazdu do portu lotniczego, tam gdzie wylądowałem z Toronto w marcu 1984.

Zaraz z boku szosy ukazuje się muzeum awiacji.

Przeglądam uważnie mapę, jak dojechać do naszego hotelu w sporej plątaninie dróg. 102 przechodzi w 2 i trzymając się jej powinniśmy dojechać bez problemów. Zatrzymaliśmy się w kolejnym Hortonsie na lunch. Nieśmiertelny rosół i buła z sałatą i dobrze obsmażonym boczkiem. Można na tym jechać co najmniej następne trzy godziny. Wszystko szło dobrze do momentu, gdy wpakowaliśmy się w drogę 318, a dwójka uciekła nam w prawo. Znów kiepskie oznaczenia. Szybkie, gorączkowe spojrzenie w mapę, bo wszyscy pędzą jak wściekli i nie ma się gdzie zatrzymać.Do tego zaczyna się deszcz. Znajduję rozjazd na 107,

który doprowadzi nas do siódemki, biegnącej nad zatoką Bedford i łączącej się z zagubioną przez nas Dwójką. Mimo deszczu, przechodzącego momentami w ulewę, tym razem udało się bez przeszkód o czternastej dojechać do „Comfort Inn”.

Deszcz przestał padać. Zameldowałem się w recepcji, pobrałem klucze, zaparkowaliśmy niedaleko bocznego wejścia. Hotel całkiem urokliwy, położony nad zatoką Bedford. Zostawiłem nagle zasępionego Seweryna w pokoju i poszedłem nad zatokę. Przeszedłem przez tory kolejowe, przy których w ramach walki z brzydotą, ktoś ładnie pomalował skrzynkę na słupie.

Na prawo w głębi most MacKay,

naprzeciwko Dartmouth z urządzeniami portowymi.

O wpół do trzeciej pojechaliśmy do miasta, by pospacerować na wybrzeżu przy starych przystaniach i zajść do muzeum Morskiego, otwartego w 1948 roku. Jak wszędzie natrafialiśmy na pomieszanie starego z nowym,

włącznie z zimowymi przejściami szklanymi korytarzami pomiędzy budynkami.

 I jak w każdym kanadyjskim mieście, nie mogliśmy znaleźć w centrum parkingu. W końcu na coś natrafiłem i byłem pewien, że jesteśmy bezpieczni posiadając plakietkę inwalidzką Seweryna. Zresztą sami zobaczcie owe znaki.

Byłem przekonany, że możemy parkować, a innym nie wolno pod groźbą odholowania. Niestety rzeczywistość okazała się później całkiem inna, a ja źle zinterpretowałem ostrzeżenie. Seweryn, pod moja presją, też dał się przekonać, a jednak tym razem był słusznie podejrzliwy.

Póki co, w dobrych nastrojach, udaliśmy się z miejsca naprzeciw hotelu

w dół, ku nabrzeżu. Najpierw natrafiliśmy na współczesną architekturę.

Bliżej portowych nabrzeży stoi pomnik marynarza.

Przy pirsach, specyficznie pachnących nasyconym solą drewnem,

przycumowane jachty,

statek-muzeum „Acadia„ (zwodowany w 1913 roku),

który został w 1976 roku uznany za zabytek narodowy i od 1982 stał się muzeum. Na statku, na etacie wciąż znajduje się kot zwalczający gryzonie. Niedaleko mają postój holowniki portowe.

Mimo braku słońca, lecz przy ciepłej pogodzie, snuło się sporo turystów i miejscowych. Przechodzili pomostami,

pomiędzy starszymi

 a nowymi częściami przystani,

na których są ulokowane restauracje i bary. Zanim dotarliśmy do muzeum zoczyłem specjalne zabezpieczenia przeciw zanieczyszczeniom w portowym basenie.

Do stoczni, którą oglądałem pobieżnie w 1984 roku, nie zamierzaliśmy zachodzić. Początki stoczni są przykładem działania bezwzględnego kapitalizmu, który po wielu latach w pewnym sensie się ustatkował, w postaci przepisów prawnych chroniących pracowników. Pomiędzy latami 1775 -1820, zatrudnienie w stoczni powiązane było z nepotyzmem, a jej właściciele i personel z górnych półek, byli znani z brania łapówek. Mimo ciężkich i niebezpiecznych warunków pracy oraz ograniczonej wolności osobistej, ludzie trzymali się kurczowo owej pracy, która nie tylko stwarzała pewne gwarancje stałego zatrudnienia, ale też miała wysokie wynagrodzenie. W drugiej połowie XIX wieku było już ubezpieczenie na wypadek zranienia w pracy; długie zatrudnienie gwarantowało wypłatę emerytury.

Na zewnętrznej ścianie muzeum tablica z trasami huraganów z tego roku.

Byłem w tym muzeum w czerwcu 1984 roku i poza wystawą memorabiliów z „Tytanika”, zapamiętałem film dokumentalny o wybuchu w Halifax’ie, o którym nie miałem wtedy pojęcia. Namówiłem Seweryna byśmy ów film zobaczyli, bo była to najtragiczniejsza katastrofa w dziejach Kanady, w wyniku której zginęło około dwa tysiące osób i dziewięć tysięcy zostało rannych. W zatoce Bedford, nad którą jest nasz hotel, 6 grudnia 1917 roku zderzyły się dwa statki – francuski SS „Mont Blanc”, wyładowany materiałami wybuchowymi, które miał dowieźć jako zaopatrzenie wojenne dla Europy i norweski statek SS „Imo”. Eksplozja zmiotła wszystko w promieniu 800 metrów i dzielnica portowa została kompletnie zniszczona. Francuski statek „wyparował”, a jego szczątki spadały w wielkiej odległości od miejsca wybuchu (półtonową kotwicę znaleziono trzy kilometry dalej, jedno z dział w odległości pięć i pół kilometra). Wiele budynków starannie odbudowano w dawnych stylach, łącząc je z kolejnymi modami, co widać na przykład przez wielkie szyby muzeum.

Obeszliśmy niemal wszystkie sale, ekspozycje są przestronne i z licznymi objaśnieniami. Bardzo duża ilość modeli statków i okrętów

i nawet małe jednostki żeglarskie w całości.

 Autentyczna torpeda z okresu II wojny światowej,

różne dzwony z okrętów i model portu w Halifax’ie z wieku XVIII.

Mnie najbardziej interesowały ekspozycje związane z historią morskich odkryć, jak odnalezienie wraków dwóch statków „Erebus” i „Terror”, z zaginionej w 1845 roku wyprawy J. Franklina i osobliwości oceanografii regionu. Przede wszystkim wybrzeża Nowej Szkocji, od momentu częstszej żeglugi z Europy, były poznaczone licznymi wrakami, których koncentracja na jednym obszarze jest największa w Ameryce Północnej. Liczbę rozbitych jednostek, od wieku XVII, oblicza się pomiędzy 10 do 20 tysięcy.

Świetnie ilustruje to mapa obejmująca okres przed rokiem 1750, a potem pięć pięćdziesięcioleci do roku 2000.

Następna plansza dotyczy miejsca zwanego „Atlantyckim cmentarzem” – piaszczystej, niedużej wyspy Sable – gdzie spoczywają wraki 250 statków.

Jej wymiary są podawane w przybliżeniu – około 50 km długości i ponad trzy szerokości – bowiem wyspa się przemieszcza (przez 200 lat przesunęła się o ponad 16 kilometrów). Przyczyną są silne prądy morskie powodujące zawirowania wód, częste huraganowe sztormy i na skutek zderzenia zimnego prądu Labradorskiego z ciepłym Zatokowym, największa ilość dni w roku z gęstą mgłą (przy wyspie przeciętnie 125 dni w roku). Próbowano posadzić na niej 80 tysięcy drzew i wszystkie uschły. Ale najciekawsza jest historia koni. Wersja legendarna mówi, że dopłynęły do brzegu z rozbitych statków, większość przychyla się, że przywieziono je tutaj w XVIII wieku i wypuszczono, co potwierdziły badania genetyczne. Teraz są dzikimi końmi, niedużymi (typu pony) i z ewolucyjnymi zmianami, w postaci dłuższej sierści chroniącej przed zimowymi temperaturami i zawiejami. Wyspa jest obecnie pod ochroną i stała się narodowym parkiem.

Znalazłem tam również informacje o czymś o czym nie wiedziałem, a przecież na StFX studiowałem także historię Nowej Szkocji. W dniach 7-8 maja 1945 roku rozpoczęto w Halifax i Dartmouth celebrację zakończenia II wojny światowej, co szybko przerodziło się w szaleństwo rabunku sklepów przez tysiące wojskowych, marynarzy floty handlowej i cywilów. Sytuacja wymknęła się spod kontroli władz cywilnych i wojskowych, które od dawna były w konflikcie i traktowały się z wzajemną antypatią. W mieście, w czasach wojny przebywało 25 tysięcy wojskowych, co spowodowało wielkie problemy z zaopatrzeniem. Przez sześć lat rosły nieporozumienia i napięcia. Wzrosły ceny, do restauracji czy kin trzeba było stać w długich kolejkach. Nie było możliwości legalnego kupienia alkoholu, ale meliny kwitły.

Organizatorzy Dnia Zwycięstwa przeczuwali problemy i zarządzili zawieszenie linii tramwajowych, by zniechęcić marynarzy do dotarcia do centrum miasta. Zamknięto wszystkie restauracje, teatry i kina i nieliczne miejsca wyszynku. Admirał Leonard Murray uważał, że marynarze zasłużyli na celebrowanie zwycięstwa i odrzucając obawy swych oficerów zezwolił, aby wieczorem dziewięć tysięcy chłopa zeszło na ląd. Około północy w centrum zgromadziło się 12 tysięcy ludzi, nie mających sposobności by cokolwiek zjeść lub pójść do kina, nie wspominając o napiciu się z okazji… Rozpoczęła się wielka zadyma, rabunek sklepów z alkoholem, wybijanie szyb w innych sklepach i domach, podpalenie tramwajów i policyjnych furgonetek. Nad ranem, zmęczeni i skacowani marynarze udali się na spoczynek. Co się stało uprzedniej nocy admirał dowiedział się z porannej gazety i doszedł do wniosku, że cywile zwalili wszystko na wojskowych.

W dniu 8 maja zezwolił następnym marynarzom – około dziewięciu i pół tysiącom – na zejście na ląd i wzięcie udziału w celebracji zwycięstwa. I sytuacja się powtórzyła. Zanim, późnym popołudniem, admirał zarządził natychmiastowy powrót do baraków i na okręty, wprowadzając dodatkowo godzinę policyjną dla całego miasta, bilans wydarzeń był następujący – trzy osoby martwe (dwóch z przepicia, jeden zamordowany), 363 aresztowanych, zniszczonych 654 biznesów i 207 całkowicie ogołoconych; z półek monopolowych wyparowało 6151 litrów mocnego alkoholu, osiem tysięcy beczułek piwa i 1500 skrzynek wina. Straty ogólne oszacowano na pięć milionów dolarów. Po zarządzonym śledztwie stwierdzono, że do zamieszek doprowadziła seria niefortunnych decyzji i zbiegi okoliczności, lecz przede wszystkim złe decyzje dowództwa. W odpowiedzi na tę sentencję i w proteście przeciw usunięciu go ze stanowiska, admirał Murray we wrześniu wyprowadził się do Wlk. Brytanii, a w 1946 zrezygnował ze służby. Potem zdał egzamin na prawnika morskiego i w tej profesji pracował dla Wlk. Brytanii do 1960 roku. Mimo krytycznego stosunku do władz kanadyjskich, z powodu planowanych w latach 60-tych reorganizacji w armii, podtrzymywał więzy z Kanadą i na rok przed swą śmiercią uczestniczył w obchodach 25 rocznicy Bitwy o Atlantyk.

Niedaleko głównego wyjścia z muzeum jest sekcja poświęcona piratom, których ukrytych skarbów szuka się do dzisiaj. Długa i bardzo urozmaicona linia brzegowa Nowej Szkocji (7400 km) z 3800 wyspami, stanowiła doskonałe miejsce kryjówek i schowków. Kolorowym i pogadującym elementem ekspozycji jest dorodna ara siedząca w klatce na korytarzu.

Papugi są bardzo interesującymi ptakami. Kiedy nam się przyglądają, można odnieść wrażenie, że nas taksują wzrokiem i coś o nas rozmyślają.

Po wyjściu z muzeum

poszliśmy znów na przystanie, aby znaleźć jakieś miejsce dla zjedzenia obiadu. Minęliśmy zegar, który wyprodukowano w Londynie w 1767 roku. Jest dziś najstarszym zegarem wieżowym w Kanadzie

i także ostatnim, zachowanym fragmentem, starej architektury dawnych doków marynarki. W 1996 roku marynarka podarowała zegar miastu i ulokowano go dokładnie w tym miejscu, gdzie w 1749 roku lądowali pierwsi, europejscy osadnicy. W 2011 zegar stanął i dodatkowo okazało się, że drewniana konstrukcja jest w fatalnym stanie. W dwa lata później wybudowano replikę, którą mogliśmy teraz podziwiać.

Doszliśmy do drewnianego pomostu z magazynami, budowanymi w czasie wojen napoleońskich, dla kaprów zaopatrujących angielską armię wbrew francuskiej blokadzie. Dziś nazywa się owo miejsce Keją Kaprów

 i jest wypełnione sklepami i restauracjami oraz pubami. Przespacerowaliśmy się w środku, ale te wszystkie centra w różnych miejscach zaczynają być monotonnie podobne. Niemal ten sam zestaw sklepów, często drogich i mnóstwo kiczowatych pamiątek.

Na zewnątrz natykamy się na styl budynków już napotkany koło muzeum morskiego. W czasie pochmurnych dni owe budynki mają nieco ponury wygląd i czasem wyglądają tak jakby były przybrudzone.

Inna uliczka, z domami o ścianach z drewna na zakładkę,

bardziej mi się podobała, bo dodatkowo obsadzona paroma drzewami i z podwieszonymi kwiatami w donicach.

 W jednym miejscu królował na beczce wielki “oś”, jak mówi moja wnuczka Michalina.

Przy końcu naszego spaceru wyłonił się hotel “Mariott” z kolorowymi muralami na ścianach, a na pierwszym planie, istniejąca od 1983 roku i znana w całym Halifax’ie lodziarnia “Cow’s”, gdzie lody przyrządza się według oryginalnej receptury z Cavendish na PEI, receptury znanej w czasach Ani z Zielonego Wzgórza.

Stamtąd zawróciliśmy i znaleźliśmy ładny taras z widokiem na zatokę i nabrzeża w restauracji „Gahan House”. Uraczyłem się porcją kalmarów i zamówiłem naturalne piwo ale, robione na miejscu, z którego ulałem szklaneczkę Sewerynowi. Koło nas wyróżniały się dwa stoliki. Przy jednym facet w starszym wieku, elegancko ubrany z potwornie śmierdzącym cygarem. Obok niego tzw. młoda laseczka, całkiem atrakcyjnej urody, z lekko znudzoną miną dziobała po komórce, a gdy docierał do niej smród cygara, z wyraźnym obrzydzeniem krzywiła nosek. Drugi stolik był zajęty przez matkę z córką, obie niezwykłej urody niewiasty, urody bazującej na naturalnym pięknie znanym mi z tych okolic. To pomieszanie genetyczne szkocko-irlandzkie, czasem z innymi domieszkami. Obie zachowujące się skromnie, z bijącym od nich delikatnym powabem, a mnie oczy co chwila latały od talerza ku nim, bo sycenie się pięknem nader przyjemnym jest. Po obiedzie zająłem się dokumentacją okolicy. Mimo zachmurzonego dnia wciąż coś się działo. Przepłynął szkuner,

 za chwilę stateczek wycieczkowy dla turystów

 i kursujący przez zatokę prom, pomiędzy Dartmouth a Halifax’em.

W dali, po prawej, na kolejnym pomoście ucztowali ludzie w restauracji Murphy’s.

Opowiedziałem Sewerynowi moją pierwszą wizytę w Halifax’ie, dokąd udaliśmy się z Piotrem i poszliśmy do portu, zdumieni, że nie ma żadnego strażnika ani zamkniętej bramy. Natknęliśmy się na paru młodych Polaków i okazało się, iż są marynarzami ze stojącego w porcie polskiego statku. W tamtym czasie (rok 1984), odbyła się charakterystyczna, polska rozmowa. Po paru zdaniach nastąpiło nieśmiertelne zapytanie „Słuchajcie, jak tu jest? Da się żyć?”. Potwierdziliśmy, że da się i to całkiem nieźle. Po paru miesiącach, w czasie kolejnego wyskoku do Halifax, przypadkowo napotkaliśmy na ulicy dwóch młodych marynarzy, z którymi wtedy rozmawialiśmy. Wybrali wolność.

Opowiedziałem mu również o niezapomnianym pobycie tutaj, z drużyną piłki nożnej z StFX. Mecz przerżnęliśmy 2:0 i wieczorem w akademiku miejscowego uniwerku, gdzie mieliśmy nocleg, zaczęliśmy tęgo popijać. Balanga trwała do czwartej rano. Obudziłem się około dziewiątej nieźle skacowany. Wraz z Piotrem powlekliśmy się do stołówki marząc o zimnym soku pomarańczowym, bo mieliśmy tzw. Saharę w pysku. Na przylegającym boisku odbywały się zawody lekkoatletyczne osób psychicznie obciążonych – z mongolizmem i innymi dolegliwościami psychicznymi. Przechodząc obok bieżni byliśmy świadkami zabawnego wydarzenia. Spośród sześciu zawodników do biegu na 100 metrów, po komendzie i odpaleniu sygnału przez startera, dwóch pobiegło w przeciwnym kierunku. Dotarliśmy do stołówki i na tacę wzięliśmy po trzy wysokie szklany z sokiem pomarańczowym i rozglądaliśmy się po zatłoczonej stołówce, gdzie by tu siąść. Skinęło na nas starsze małżeństwo zachęcając byśmy się do nich przysiedli. Grzecznie podziękowaliśmy i łapczywie zabraliśmy się za soki. Potworny kac musiał się głęboko wryć w nasze oblicza, bowiem po chwili milczenia, pani nas zapytała: “Czy wy także jesteście z tych zawodów?”

Kiedy już odchodziliśmy z restauracji ukazali się kajakarze.

Wróciliśmy do górnej części centrum. Przeszliśmy koło Galerii Sztuki,

której kolor ścian robił jeszcze bardziej przygnębiające wrażenie. Być może los nas przygotowywał na to co za paręnaście minut spotkaliśmy. Za budynkiem w stylu Art Deco, z wielkimi konikami morskimi na krawędziach dachu (mieszczą się tam biura rządowe i główna poczta),

doszliśmy do budynku Legislacyjnego Prowincji (Province House), gdzie od 1819 roku odbywają się coroczne posiedzenia rządu. Jest to najdłużej funkcjonujący budynek ustawodawczy i zarazem najstarszy budynek rządowy w Kanadzie.

Kiedyś istniał tu inny, drewniany budynek, w którym 2 października 1758 roku zebrało się pierwsze wybrane (prawo głosu mieli tylko protestanci i posiadacze ziemscy) zgromadzenie parlamentarne – 22 osoby, co poczytuje się za początek demokracji parlamentarnej Kanady. W 2008 roku uroczyście obchodzono 250-lecie tego wydarzenia.

Tutaj mieścił się dawniej Sąd Najwyższy prowincji, w którym zaszły w XIX wieku, dwa słynne procesy. Pierwszy w 1819 roku, gdy sądzono zabójcę z ostatniego śmiertelnego pojedynku w Nowej Skocji. Drugi dotyczył legendarnego dziennikarza i polityka Joseph’a Howe (został w przyszłości premierem prowincji), który opublikował anonimowy list oskarżający polityków i policję o korupcję przez ostatnie 30 lat(sic!). Howe został oskarżony o zniesławienie i w pasjonującym przemówieniu przekonał jury do swego uniewinnienia. Ów proces traktuje się jako punkt zwrotny w wolności prasy w Kanadzie. Na zewnętrznym murze okalającym budynek Legislacyjny, znalazłem relief poświęcony kanadyjskim żołnierzom, służącym pod presją Brytyjskiego Imperium w Południowej Afryce, w latach 1889 – 1902, czyli w drugiej wojnie burskiej.

Relief przedstawia ich odpłynięcie z Halifaxu. Na wewnętrznym dziedzińcu pomnik żołnierza,

w innym miejscu posąg Joseph’a Howe.

W budynku świecił się kandelabr i za szybą widoczne były posągi innych, znamienitych lokalnych polityków.

Kiedy z dala minęliśmy Centrum Handlowe i Konferencyjne

i doszliśmy do ulicy Hollis, spojrzałem na miejsce naszego parkingu i zwątpiłem na chwilę czy dobrze trafiłem. Jednakże to było to miejsce i auto zniknęło. „Odholowali” rzekł zrozpaczony Seweryn, a mnie zalała wściekłość. Wszedłem do pobliskiego hotelu, panienka w recepcji potwierdziła, że odholowali koło piątej i dodała „To są znane sukinsyny. Od czasu kiedy sprywatyzowali te usługi ludzie ich nienawidzą. Rządu też, za tę głupią decyzję. Oni teraz dosłownie polują na samochody i z nikim i z niczym się nie liczą”. Poprosiłem panienkę, aby zadzwoniła na policję i spytała, co mamy zrobić. Powiedzieli jej, że musimy udać się do kwatery głównej i tam pokazać odpowiednie dokumenty. Odchodząc stamtąd zrobiłem zdjęcia, aby pokazać je na policji i mieć potem dowód w dalszej części protestu przeciwko takim praktykom. Na mapie zobaczyłem, że kwatera policji jest stosunkowo niedaleko i ruszyliśmy do celu. Lecz zapomniałem o górzystości miasta i szliśmy długi czas pod górę. Wreszcie na ulicy Gottingen na nią natrafiliśmy.

Weszliśmy bez problemu, po lewej dyżurka, w środku wąsacz wyglądający na naszego rówieśnika. Zacząłem tłumaczyć sprawę, dodając, że skandaliczne oznakowanie wprowadzające w błąd, a my przecież legalnie mamy plakietkę inwalidzką. Pokiwał głową i powiedział łagodniej niż recepcjonistka w hotelu – ona: sons of a bitch, on: sons of a gun. Poprosił o prawo jazdy i papiery wynajęcia, które na szczęście Seweryn miał przy sobie. Ale doznał natychmiastowego nerwulca połączonego ze strachulcem i gdy wyjmował dokumenty, ręce mu tak latały, że wszystko się posypało na podłogę. Jednocześnie do mnie zwrócił się po polsku, że nie jest pewien czy papiery wynajmu są w porządku, bo to przez znajomego było załatwiane; suma summarum wyglądaliśmy natychmiastowo na co najmniej zdenerwowanych piratów drogowych i całkowicie podejrzanych osobników z Ontario, na dobitkę z dziwnym akcentem. Wąsacz przyglądał się nam spod oka, fuknąłem na Seweryna, żeby się zamknął, pozbierałem papiery i podałem przez szczelinę w okienku.

Policjant gdzieś zadzwonił, pogadał, zakrył ręką słuchawkę i oświadczył: “Tam zaraz zamykają, odbierzecie jutro”. Ja mu na to, że musimy mieć auto zaraz, bo jutro wcześnie rano jedziemy aż do Fredericton, gdzie mamy zamówiony nocleg. Porozmawiał ponownie i oświadczył, że kobieta która tam jest będzie czekać, ale „musicie jak najszybciej tam jechać, potem macie tu wrócić i wydam wam zgodę na odebranie auta. I pojedziecie ponownie, aby je odebrać”. Zagotowałem się w sobie – lepszej biurokracji i kołowrotu nie mogli wymyślić? Po co to jeżdżenie w tę i z powrotem? Ale spasowałem. Roztrzęsiony Seweryn, któremu wirował mandat w oczach, następny do jego długiej kolekcji z Kanady i Polski, zapytał “A co z mandatem?”. Policjant machnął ręką i rzekł “Unieważnimy, nic nie musicie płacić”.

O, jak miło, ale teraz gdzie tu złapać taksówkę. Nie znamy żadnego numeru w Halifax’ie, stoimy i się rozpaczliwie rozglądamy. Z boku wyjeżdża wóz policyjny z dwoma młodziakami. Podszedłem do nich i pytam czy by pomogli, bo specjalna sytuacja i nas może podwieźli. Nie mogli, bo wyruszali na patrol, lecz jeden z nich zadzwonił do kolegi, taksówkarza i prosił abyśmy się stąd nie ruszali – „on zaraz przyjedzie”. Faktycznie, za pięć minut była taksówka, kierowcą, jak się okazało, młody Libańczyk, który od razu dał na gaz, bo jednak miejsce odholowania mieściło się na jakimś strasznym zadupiu. Najpierw przejechaliśmy niemożebnie zatłoczonym mostem,

 a potem jeszcze kluczenie ulicami. Taksówkarz był tak miły, że zadzwonił do kobiety i poprosił aby czekała, bo już dojeżdżamy.

Znaleźliśmy błotniste podwórko otoczone solidnym, drucianym płotem z wielką i ciężką odsuwaną bramą, zamkniętą na trzy wielkie kłódki. Może, gdy była tylko jedna, jakiś wściekły klient przepiłowałby ją w nocy. Z boku barak na podwyższeniu i nikogo w środku. Taksówkarz zadzwonił ponownie i okazało się, że pani poszła po kawę. Dokładnie obejrzeliśmy przez oczka siatki nasze auto i nas zmroziło, bo na bocznej szybie, przy kierowcy była naklejona plastykowa zasłona i Seweryn zaczął labiedzić, że ktoś jeszcze wybił szybę i nas okradli. “Mówiłem ci, że to niebezpieczne miejsce, ale ty nie słuchałeś”. Miał rację, bo tak faktycznie było i mówiłem mu, aby nie panikował, przekonywałem, iż znak pozwala nam parkować bez przeszkód. Teraz z drżeniem myślałem o naszych komputerach i rzeczach osobistych.

Wreszcie pokazała się młoda pani, ale negocjacje z nią o nie zapłaceniu za holowanie, przyniosły tylko częściowy sukces. Współczuła nam, mówiła, że nie jesteśmy pierwsi w takiej sytuacji, że tylko tu pracuje i odliczyła nam od czegoś tam, paręnaście dolarów. Jeśli dobrze pamiętam, 150 dolców trzeba było zapłacić, aby odzyskać auto. Zapytałem dlaczego jest plastykowy pokrowiec na bocznej szybie, a ona odpowiedziała, że w aucie była całkowicie otwarta szyba przy kierowcy i musieli to założyć. Spojrzałem na Seweryna, który zmarkotniał jeszcze bardziej i oświadczyłem mu, że od dziś będę go pilnował podczas parkowania i opuszczania auta, bo już to zdarzyło mu się po raz trzeci (dwa razy nie zamknął drzwi, a w środku, poza naszymi rzeczami osobistymi, były dwa dorodne komputery i czasem nasze aparaty foto).

Uprosiliśmy panią, aby na nas znów zaczekała, wróciliśmy taksówką na policję, oddaliśmy zaświadczenie o płatności i znów do niej z policyjnym zaświadczeniem, tym razem szybciej, bo już szczyt sobotniego ruchu się zakończył. Pomogłem pani otworzyć bramę, bo sama nie dawała rady. Seweryn zapłacił za taksówkę i z wielką przyjemnością zasiadłem w Doży zadowolony, że na szczęście nie okradziono nam auta w mieście.  Postanowiłem po powrocie do hotelu napisać maila do odpowiednich władz i odwołać się od kary, załączając corpus delicti w postaci zdjęć. Pani z odholowania poleciła nam udać się jutro do biura rządowego przy ministerstwie transportu, adres podała i przed jutrzejszym wyjazdem na trasę postanowiliśmy tam pojechać.

Z radości, że udało się wszystko pomyślnie załatwić, w drodze do hotelu zakupiłem butelkę wina. Ale Seweryn wpadł w ponurość dogłębną i przez mózg przelatywały mu nieustannie finansowe straty. Marudził w aucie, potem w hotelu i wreszcie musiałem go zwymyślać, bo już nie mogłem słuchać tego jęczenia. Gdy się zakwaterowaliśmy, co chwila kazał mi pisać mail, twierdząc, także co chwila, że to nic nie da. Lecz kiedy znów zaczął labiedzić o finansowych stratach i wydatkach, powiedziałem mu, że zwrócę mu tę sumę i że jeśli powie jeszcze jedno słowo, nie ręczę za siebie. Obrażony, wziął komputer i gdzieś wybył.

Przerzuciłem zdjęcia i potem brodziłem po Internecie szukając dodatkowych wiadomości o Halifax’ie. Przypadkiem natrafiłem na historię najstarszej latarni morskiej w Ameryce Północnej, na wyspie Sambro ulokowanej u wejścia do zatoki Halifax. Została zbudowana podczas Wojny Siedmioletniej (ukończona w 1759) i pełniła bardzo ważna rolę z racji wielkiej ilości mielizn i podwodnych skał w zatoce. Nie tylko wskazywała bezpieczniejszą drogę, ostrzegała też przed mgłą odpalając małe działo, co funkcjonowało do 1870 roku, kiedy zainstalowano buczek przeciwmgielny. W czasie amerykańskiej wojny o niepodległość, niedaleko wyspy rozegrała się jedna z najkrwawszych bitew kaprów (po jednej stronie Anglik, po drugiej Amerykanin) i po 90 minutach wzajemnego ostrzeliwania Amerykanie zagarnęli brytyjski okręt. W 1906 latarnię podwyższono, dodając w dwa lata później czerwone pasy, aby była lepiej widzialna na tle śniegu. Latarnia miała z początku XX wieku oświetlenie gazowe dostarczane z leżącego nieopodal półwyspu, gdzie umieszczono zbiornik gazu.

Podczas I i II wojny światowej, niedaleko wyspy niemieckie U-booty zatopiły szereg alianckich statków i jeden okręt, kanadyjski niszczyciel HMS „Clayoquot”. W 1996 roku nowoszkockie Towarzystwo Zachowania Latarni Morskich doprowadziło do wciągnięcia latarni w rejestr zabytków. W dwa lata później zainstalowano automatyczne oświetlenie. W roku 2003 huragan Juan uszkodził budynek i kanadyjska Straż Przybrzeżna odmówiła reperacji. W cztery lata później został uszkodzony podwodny kabel doprowadzający prąd do wyspy. Straż Przybrzeżna, wyłączyła buczek przeciwmgielny (po przeszło 200 latach działania) i zaplanowała umieszczenie słonecznego panelu. Rozpoczął się protest nie tylko Towarzystwa, lecz także marynarzy i mieszkańców Nowej Szkocji. W rok później powiększono panele słoneczne tak, że mogą obsługiwać zarówno latarnię, jak i buczek. W 2010 rząd federalny kompletnie porzucił opiekę nad latarniami i najstarsza latarnia w Ameryce Północnej stoi jeszcze tylko dzięki ochotnikom z Towarzystwa.

Zdjęcie z Internetu

To zadziwiające z jakim zapałem Północni Amerykanie z lubością demolują swoją historię, w czym głównie celują tzw. deweloperzy.

Wszedłem na wiadomości z Polski. Prezydent Duda się postawił w dwóch punktach, ale trzeci podpisał. Ten trzeci i tak doprowadzi do sporego zamieszania w nominacji sędziów. Sądy, nie tylko w Polsce, stają się dość często wylęgarnią patologi – czasowej (niezmierne nadymanie spraw w czasie) i finansowej (liczy się tylko forsa), choć na porządnych sędziów czy adwokatów można z powodzeniem trafić. Wiem co mówię – spędziłem sześć lat w sądach kanadyjskich, zabiegając o jedno widzenie więcej z synem w ciągu miesiąca i dwa tygodnie wakacji. Potem raz byłem nawet w składzie ławy przysięgłych i poznałem pracę sądu kanadyjskiego, niejako od kuchni.

Ale to co mnie spotkało w Polsce, w 2016 roku, zakrawało na kompletnie kafkowską sytuację. Policjant zapolował na mnie w Warszawie bezczelnie wmawiając mi, że przeszedłem na czerwonym świetle. Oburzony odmówiłem podpisania mandatu. Spisał mnie, nie chciał adresu kanadyjskiego, tylko ten który mam w dowodzie – sopocki. I podał mnie do sądu. Przychodziły potem wezwania, które nie mogłem odebrać mieszkając w Kanadzie. Po roku wrzucili mi na kark komornika, który wlazł na moje polskie konto i ściągnął z odsetkami koło 700 złotych. Komornik mógł mnie odnaleźć, sąd nie raczył. Ich odpowiedź na moje odwołanie w sprawie jawnego policyjno-sądowego rabunku, była napisana takim językiem, że po trzech zdaniach rozbolała mnie głowa, by pojąć o co właściwie chodzi.

Przede wszystkim chodziło o nie uwzględnienie mojego odwołania, bo argument mieszkania poza Polską nie jest według przepisów argumentem. Wezwanie można odebrać tylko osobiście, podpisując odpowiedni papierek. I co się dziwić, że lud polski się zachłysnął zapowiedzią PiS-u, że ulepszą sądy. Tylko w tej rozgrywce, ordynarnie politycznej i próbującej uzurpować sobie autorytarną władzę, chodzi o coś zupełnie innego niż poprawę pracy wymiaru sprawiedliwości. Czytam w komentarzach, że w Polsce ogólne zaciekawienie, co tym marionetkowym prezydentem kierowało. Miał wreszcie dość pomiatania swoją osobą? Ocknął się? Czy to tylko i wyłącznie gra pozorów? Optuję za ostatnim.