Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

23 marca, 2014 – Villa O’Higgins – Cochrane

O’Higgins

„Życie jest jednostajne. Ja poluję na kury, ludzie polują na mnie. Wszystkie kury są do siebie podobne i wszyscy ludzie są do siebie podobni. To mnie trochę nudzi – „Mały książę” (wypowiedź lisa)

Poranek w hospedaje „La Nortenia”, w miasteczku O’Higgins. W salonie, będącym zarazem jadalnią, chłód, choć gospodyni już się krząta przy piecu. Nic dziwnego że taki ziąb – parędziesiąt kilometrów stąd zaczyna się olbrzymi lądolód. Od paru tysięcy lat, będąc echem plejstocenu, osiadł na górach, wciskając się poprzez przełęcze i doliny, by nieustannie, raz szybciej, raz wolniej, w zależności od zmian klimatu, spełzać powoli do fiordów Pacyfiku i patagońskich jezior. W nich zaczyna się cielić i rozpoczyna dryfowanie lodowych gór i brył, które nieubłaganie topnieją, by tym samym powrócić do swego pierwotnego stanu. Z wody powstałeś, w wodę się obrócisz.

I wszystek landszaft albo rysuje się krystalicznie na tle rozległego nieba (raczej rzadko), albo otula stadami kłębiasto-pierzastych chmur, przygnanych zachodnimi podmuchami oceanicznych wiatrów (raczej często), lubo przebiera się nieustannie – raz w krystaliczność, a drugi raz w chmur zawiesinę (zdecydowanie najczęściej), dodatkowo rozwlekając mgły, deszcze, tęcze i jedno wielkie parowanie będące oddechem tej ziemi.

Patagoński Campo de Hielo Patagónico Sur– Lądolód Południowy. Trzy zdjęcia z wysokości – z amerykańskiego Landsat, gdzie widoczne są oba pola lodowcowe – mniejsze, Północne i olbrzymie, Południowe

1

Z Internetu

drugie, tylko Południowe, lecz w położeniu horyzontalnym, z zaznaczonymi przeze mnie głównymi jeziorami

1a

Z Internetu

i ostatnie z nazwami głównych lodowców.

1b

Z Internetu

Dodatkowe informacje można znaleźć na http://www.patagonia2012.pl/patagonia/patagonia-ice-cap/

Ponad lądolodem wznosi się najwyższy szczyt, wulkan Lautaro (3607 m n.p.m.), który wspominałem przy opisie pobytu w El Chalten. Hielo Sur składa się z 48 lodowców; 46 z nich spływa do jezior i fiordów, dwa kończą się na lądzie. Lądolód ma 350 km rozciągłości południkowej i do 40 km szerokości. Jego powierzchnia całkowita wynosi 16 800 km ², 81% należy do Chile. Gigantyczny lodowiec Pius XI, położony daleko stąd, od strony Pacyfiku, w kierunku południowo-zachodnim od Villa O’Higgins, jest największym na półkuli południowej, poza Antarktydą. Zajmuje 1265 km ² i jest rzadkim lodowcem przyrastającym – w ostatnich 50 latach posunął się naprzód o dziesięć kilometrów. Jeden z jego jęzorów ma sześć kilometrów długości i wysokość czoła 75 metrów (30 piętrowy budynek), z którego odłamują się wielkie bloki lodu, powodujące czasem fale o wysokości przeszło dziesięciu metrów.

Czwarty na tym obszarze pod względem wielkości, jest Lodowiec O’Higgins. Czubek jego jęzora ma dwa kilometry szerokości i odrywają się od niego spore góry lodowe dryfujące po jeziorze, nazwanym oczywiście, O’Higgins. Nad jeziorem, około pół godziny jazdy od Villi, ulokował się mały port Bahamondez, skąd jedynym stateczkiem (maksymalnie 58 pasażerów, bez aut, możliwe rowery i motocykle) w dwie i pół godziny dopływa się do maleńkiej przystani Candellario Mancilla, usytuowanej w innym ramieniu jeziora. Ma ono bowiem cztery wielkie ramiona i cztery mniejsze.

4

Mapka z Internetu

Wielkie ramię południowo-wschodnie przecina granica z Argentyną i po tamtej stronie, ta sama woda, nazywa się już Lago San Martin. Obszar wokół niego był zupełnie nie zamieszkany do początków XX wieku. Wyłania się tu symboliczny związek obu państw, które zdołały ostatecznie dogadać się, co do przebiegu granicy w Patagonii, w styczniu roku 2008. Chilijczyk O’Higgins i Argentyńczyk San Martin zwani są Libertadores, bowiem obaj wspólnie walczyli o wyzwolenie Chile.

Z Mancilla można wpłynąć dalej, do ramienia południowo-zachodniego, by znaleźć się, po następnych dwu i pół godzinach, przed czołem lodowca O’Higgins.

3

Z Internetu

Stąd stateczek udaje się w drogę powrotną. Żegluga trwa jedynie od listopada do początków kwietnia. Zimą jezioro nie zamarza, ale panuje przenikliwe zimno i czasami zdarzają się burze śnieżne. Jezioro ma barwę turkusową, z powodu uwalniania różnych cząsteczek organicznych topniejących gór lodowych. Wpada do niego spora rzeka Mayer i pomniejsze dopływy. Z kolei wypływa zeń majestatyczna rzeka Paschalna (Rio Pascua), jedna z najbystrzejszych rzek chilijskich, która poprzez liczne porohy, przełomy i wodospady uchodzi do Pacyfiku.

Jezioro O’Higgins jest najgłębszym jeziorem Ameryki Południowej – maksymalnie 836 metrów, co stawia je na piątym miejscu na świecie. Uprzednia informacja o jeziorze Carrera okazała się częściowo fałszywa. Jego wielkość nie podlega dyskusji, natomiast głębokość sytuuje Carrerę na drugim miejscu na kontynencie. Wszystko przez skłonność do przechwalania się u lokalesów. U jednych jest coś najdłuższego, u innych najgłębszego lub największego i wiele miejsc na świecie zaciekle i uparcie walczy o palmę pierwszeństwa w dziedzinie „naj”. A współcześni geografowie, posiadający tak precyzyjne narzędzia pomiaru, zamiast uporządkować ten bajzel, przechodzą nad nim do porządku dziennego. Gdy wielka masa wody okresowo spiętrzana jest zachodnimi wiatrami, wtedy statek nie kursuje i turyści są uwięzieni na wybrzeżu, nawet przez parę dni. Należy pamiętać, że jest to jedno z najdzikszych miejsc Patagonii, z najmniejszym zaludnieniem i jedno z najmniej dostępnych miejsc na Ziemi, wciśnięte pomiędzy Andami na wschodzie a lądolodem na zachodzie.

Dlatego nie zaleca się tutaj samotnej włóczęgi. Należy zdać się na kogoś obznajmionego z okolicą lub na małe biura podróży, ulokowane w Cochrane i na miejscu, w Villa O’Higgins. Autem można dojechać maksymalnie do wspomnianego portu Bahamondez. Dalej pozostaje przepłynięcie promem, jazda rowerem, konno lub na piechotę. Warunki noclegowe są często spartańskie, jednakże istnieje podstawowe wyposażenie (woda bieżąca, prysznic, łóżka). Dotarcie i spenetrowanie tej wciąż dziewiczej okolicy jest, szczególnie dla łazików, jedynym tego typu przeżyciem w życiu. Jezioro odkrył w 1877 roku Francisco Perito Moreno.

Pierwsi osadnicy przybyli w latach 20-tych ubiegłego wieku i byli rozsiani w różnych miejscach na wybrzeżu. Komunikowali się między sobą jedynie drogą wodną, po zaopatrzenie przepływali na argentyńską stronę. Przez większość wieku XX, można było tu dotrzeć jedynie hydroplanem, awionetką, konno i promem od argentyńskiej strony. Jezioro jest otoczone lodowcami i ośnieżonymi górami, w tym niektóre z aktywnymi kominami wulkanicznymi i rozległymi dolinami o stromych stokach. W spływających doń rzekach żyją wydry i liczne gatunki ryb. Wśród wiecznie zielonych lasów znajdują schronienie lisy i jelenie huemul, które są objęte ścisłą ochroną (pozostało ich mniej niż trzy tysiące). Huemula (wymawia się hłemul) bezskutecznie wypatruje od dwóch tygodni. Gnieżdżą się tu różne gatunki ptaków, w tym kaczka zbrojówka (Merganetta armata), jastrzębie i błotniaki i wielki dzięcioł Magellana, który stał się, obok huemula, moją kolejną obsesją. Wokół brzegów jeziora rozciągają się spore obszary nizinne porośnięte trawą i dlatego mamy tu sporo hodowców owiec i bydła.

Cała okolica jest zagrożona z powodu projektu budowy wielkich hydroelektrowni – trzy na rzece Paschalnej i dwie na Baker. Utworzone sztuczne jeziora mogą nie tylko całkowicie zmienić bieg rzek, lecz także ich charakter i ekologiczną równowagę całego dorzecza. Mogą na przykład przyspieszyć topnienie lodowców. Projekt przewiduje pociągniecie dwa i pół tysiąca kilometrów linii przesyłowych poprzez lasy i obszary chronione. Mieszkańcy Patagonii i światowe organizacje ekologiczne wytrwale protestują i wywalczyły nakaz sądowy wstrzymania prac. W Internecie można uzyskać bieżące informacje na ten temat pod: www.sinrepresas.com.

Ale druga strona, pełna chciwości, niefrasobliwości względem dzikiego środowiska (a co dzikie jest niecywilizowane, a co niecywilizowane, nie jest przecież użyteczne) i argumentów o dobrodziejstwach postępu i nowoczesności, tak łatwo nie odpuści i wysmaży raport, który zapewne zadowoli sądy. I wtedy kolejny dziewiczy obszar na Ziemi, zostanie bezwzględnie zgwałcony, a jego wartość będzie przeliczana tylko na pieniądze. W tym miejscu przypomina mi się coś z „Małego księcia”, a brzmi to tak – „Jeżeli mówicie dorosłym: ‚ Widziałem piękny dom z czerwonej cegły, z geranium w oknach i gołębiami na dachu ‚ – nie potrafią sobie wyobrazić tego domu. Trzeba im powiedzieć: ‚ Widziałem dom za sto tysięcy złotych ‚ Wtedy krzykną: ‚ Jaki to piękny dom „.

Po zachodniej stronie zaczyna się olbrzymi Park Narodowy O’Higgins (założony w 1969 roku), którego powierzchnia 35,259 km ², jest największym obszarem chronionym w Chile i tak jak inne parki podlega Corporacion Nacional Forestal (CONAF). Pierwszymi ludźmi, na tym obszarze głęboko wciętych w ląd fiordów, lodowców, pola lodowego i gór ( nie ma tu większych rzek), byli Indianie ze szczepu Alacaluf. Na dużych obszarach rozciągają się lasy zaliczane do Magellanicznego regionu subpolarnego, wypełnione głównie różnymi odmianami buka. Turystyka w parku jest bardzo ograniczona i bardzo droga, bowiem dociera się tam jedynie helikopterem i łodzią. Bardzo popularne jest kajakowanie we fiordach i przy brzegu oceanu. Na terenie parku, w roku 2007, na skutek zmian klimatycznych całkowicie zanikło spore jezioro polodowcowe, pozostawiając parędziesiąt wielkich bloków lodu na mazistym dnie.

O’Higgins: jezioro, lodowiec, park narodowy, miasteczko… Jednym słowem jesteśmy tutaj otoczeni i przytłoczeni nazwami o’higginsów. Pora zatem przedstawić miasteczko powołane w miejsce osady, w 1966 roku. Wokół płaski teren z łąkami i kępami drzew, dalej zalesione wzgórza, a za nimi strome stoki gór ze śnieżnymi czapami.

6

7

Około pięciuset życzliwych mieszkańców, w domach rozłożonych niedaleko ujścia rzeki Mayer. Kolorowe, drewniane budynki, nieraz kryte dachówkami, magistrat, szpital, szkoła, małe lądowisko samolotów (aerodrom), poczta i satelitarna łączność telefoniczna. Rynek z malutkim muzeum, stacja benzynowa. Parę restauracji i sklepy z podstawowym zaopatrzeniem. Nawet mają całkiem wyborne wina. Internet dostępny z przerwami, czasem działa zupełnie dobrze. Hodowcy bydła, drwale, urzędnicy rządowi wraz z rodzinami. Obsługa turystów w hosteriach, kempingach i hospedajach, wraz z dwoma dużymi domami letniskowymi ( po 12 łóżek w każdym) – jeden w mieście i drugi poza, w rezerwacie naturalnym Shöen (Reserva Natural Shöen), gdzie pumy i huemule, oraz wiecznie zielone (siempre verde) drzewa. Miasteczko jest punktem startowym dla trekkingu, wspinaczki, konnej jazdy i wędkowania (liczne pstrągi), a także obserwacji ptaków lęgowych na pobliskich moczarach, nad rzeką Mayer.

Coraz więcej przybywa lokalnych artystów parających się rękodziełem. Latem odbywa się duży festiwal z rodeo, przeglądem hodowanego bydła i wielkim grillem, zwanym „asado„. Nie dotarłem tu zimą 2011 roku i całe szczęście, bo teraz wiem, iż w przypadku huraganu czy śnieżnej burzy, byłbym uwięziony na amen przez parę dni, albo i paręnaście. Lecz gdybym trafił do naszej gospodyni, przemiłej starszej pani, señory Silvii, chętnie bym posiedział wieczorami przy pachnącym lengą piecu. Po śniadaniu, każdy z nas musiał stanąć koło niego i pani Silvia robiła nam indywidualne zdjęcia, które – jak z dumą oświadczyła – umieszcza na Facebooku. Nauczył ją posługiwania się tym, według mnie bardzo natrętnym narzędziem (szczególnie zachwycają mnie stwierdzenia w rodzaju: mam już 457 przyjaciół na Facebooku), jej syn. Każdy turysta tu będący musi zostać uwieczniony.

8

Na marginesie dodam, że w takim miejscu Internet stał się dobrym narzędziem łączności ze światem. Nie ma już poczucia wielkiego oddalenia i izolacji. Przybywający turyści z różnych krajów, zawsze są mile witanymi gośćmi, z którymi można teraz trzymać stały i niemal błyskawiczny kontakt. Technika współczesna jest świetnym narzędziem, o ile się ją odpowiednio używa.

Wyszedłem przed dom i z radością zauważyłem, iż zapowiadała się bardzo dobra, słoneczna pogoda. Zalesione wzgórza, z charakterystycznym Cerro Submarino,

9

dalej ośnieżone szczyty Cordon Nevado w otoczce chmur

10

11

i mały lodowiec.

12

Z domu wypadł wyżeł, powitał mnie radośnie i zaczął węszyć koło ogrodzenia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zrobiłem zdjęcie hospedaje i wszedłem do środka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Francuzki zostawały, bo chciały popłynąć do czoła lodowca O’Higgins. Przy śniadaniu wreszcie dowiedziałem się, gdzie nastąpiło spotkanie Niny z Celine – w Punta Arenas, czyli tam skąd zaczęliśmy nasz drugi etap patagoński.

Uparłem się. że musimy dojechać do ostatniego metra Carretery Austral, czyli do portu Bahamondez. Seweryn, który tak znakomicie się wczoraj spisał za kierownicą i jechał wyjątkowo uważnie, optował za jak najszybszym powrotem do Cochrane, aby nareperować koło. Ja jednak nie odstępuje łatwo od swego marzenia. W końcu go przekonałem, iż niedojechanie do samego końca Austral, byłoby przyznaniem się do porażki. Przemknęliśmy przez miasteczko,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

zatankowaliśmy koło rynku

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i potoczyliśmy się przez nierówną szutrówkę w kierunku portu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wokół królowała jesień (a propos – omyłkowo zacząłem jesień 21 marca, zamiast 20-go). Zobaczyliśmy ujście rzeki Mayer, przejechaliśmy nad nią podwieszonym mostem

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i za kolejnym zakrętem otworzyła się panorama kolorowego jeziora O’Higgins.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na chwilę przystanęliśmy, bo zainteresowały nas przytwierdzone do pni drzew, a czasem do wbitych palików przy krawędzi drogi, małe kartki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zoczyliśmy je uprzednio na drodze do Caleta Tortel. Okazało się, że są to informacje dotyczące budowy drogi, stale poprawianej i ulepszanej. Niedaleko od nas, był widoczny kawałek półwyspu zwanego Florydą, szczególnie narażony na tutejsze huraganowe wiatry, co widać po drzewach zgodnie pochylonych w jednym kierunku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ukazała się przystań z molem

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i przycumowanymi motorowymi łodziami,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

z boku, na małym parkingu, turystyczny autobus o swojskiej nazwie „Robinson Crusoe”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I rzecz dla mnie najważniejsza, poruszająca i wzruszająca, jakże satysfakcjonująca – tablica z nazwą „koniec drogi”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zakończenie Carretery Austral, która zaczyna się 1247 kilometrów stąd, w mieście Puerto Montt, dokąd mamy dojechać.

Wzdłuż tak długiej trasy, w rzadko rozsianych miastach, miasteczkach i osadach, mieszka około stu tysięcy ludzi. Drogę próbowano pociągnąć w latach 50-tych i ponownie w 70-tych – bezskutecznie i ów jeden z najambitniejszych projektów Chile w wieku XX, został wybudowany niejako na rozkaz (dyktatora Pinocheta) i dodatkowo sprowokowany konfliktem z Argentyną. Inwestycje prowadził korpus inżynieryjny chilijskiej armii, a uczestniczyło w niej przeszło sto tysięcy żołnierzy (wielu z nich zginęło przy budowie). Prace zaczęły się w 1976, drogę otwarto w 1988. Do 1996 ukończono kolejny etap – do Puerto Yungay. Ostatni, stu kilometrowy odcinek do Villa O’Higgins, ukończono w roku 2000 i w trzy lata później połączono boczną drogą Austral z Caletą Tortel. Największym miastem na trasie jest stolica regionu Aisen – Coyhaique (wymawia się Kojajke), licząca przeszło 45 tysięcy mieszkańców. Planuje się dalsze prace i ulepszenia drogi czego dowodem jest solidna, metalowa tablica przytwierdzona do skał w roku 2012.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Carretera ma na swej trasie trzy przeprawy promowe: pierwszą, 30 minutową, w Puerto Montt, drugą, 5 godzinną, z Hornopiren do Caleta Gonzalo i trzecią – 50 minutową, pomiędzy Puerto Yungay i Rio Bravo. Początkowo druga przeprawa promowa była czynna tylko w styczniu i lutym, przez pozostałe 10 miesięcy używało się drogi prowadzącej z Hornopiren do Argentyny. Obecnie część Carretery prowadzi przez największy prywatny park w Chile – Pumalin i posiada trzy przeprawy promowe, dzięki czemu jest używana cały rok. Można zarówno przejechać ją autem (z wymaganą wcześniejszą rezerwacją, z wyprzedzeniem) jak i transportem publicznym: autobusem lub promem. Oczywiście istnieje także połączenie lotnicze.

Większość drogi nie jest asfaltowa i wymaga stałego konserwowania. Największym niebezpieczeństwem, na szczęście tylko w niektórych miejscach, są odpadające kawały skał, kamienne lawiny, obsuwy stoków i zalewanie drogi w czasie intensywnych opadów. Istnieje plan poprowadzenia jej dalej, do regionu Magellana, gdzie poprzez dziewięć przepraw promowych, dotrze się do Puerto Natales (odcinek 935 km).

Można by było siedzieć tutaj godzinami i sycić oczy widokiem spływającego z gór lodowca,

27

28

czy obserwować ruch pastelowych smug i zmarszczek na jeziorze.

29

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I jak to zazwyczaj w Patagonii bywa, upajać się błyskawicznymi zmianami światła i pokrywy chmur. Gdy w jednej chwili robi się ciemno, a zaraz za czarną krawędzią, oślepiająco igrają na wodzie srebrne bliki słońca.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Trzeba było wracać. Ostatnie ujęcia poprzez jezioro na argentyńską stronę.

32

33

Zdumiały nas przedziwne domki przy drodze, na wzgórku. Gdyby nie kominy, można by pomyśleć, że to tutejszy cmentarz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Należało wracać, bo zrobiło się późnawo, a przed nami przeszło 200 kilometrów po wertepach i to na kulawej oponie, z szybkością 40 do 60 km/godz. Bo nawet przepisowe 80 km/godz. nie da się tu osiągnąć. Zbyt duże ryzyko na żwirze, odłamkach skał i trudnych zjazdach-podjazdach. Bądź co bądź, pamiętaliśmy dobrze ostatni wieczór i kawałek nocy, z wodospadami bijącymi wprost po krawędziach drogi.

Gdy wjeżdżaliśmy na most, z drugiej strony niespodziewanie pojawił się  spory lis.

35

Przystanął stropiony, my także. Sięgnąłem po aparat, po cichu otworzyłem drzwi, ale jak lis zobaczył ruch, podkulił ogon pod siebie,

36

szybko zawrócił i prysnął pod most . Wyskoczyłem z auta i niemal na palcach podszedłem szybko do balustrady mostu. Wychyliłem się i… spotkaliśmy się twarzą w pysk. Jego zaskoczony wyraz oczu

37

i potem ucieczka truchtem w zarośla na brzegu rzeki.

38

Po chwili ostatni postój i pożegnalne zdjęcia okolicy Villa O’Higgins.

39

40

O’Higgins – Rio Bravo – Puerto Yungay

„Ludzie zajmują na Ziemi bardzo mało miejsca […] Oczywiście dorośli wam nie uwierzą. Oni wyobrażają sobie, że zajmują dużo miejsca” – „Mały książę”

Przy drodze wylotowej z miasteczka, natknęliśmy się na Francuzki idące na wycieczkę, bo postanowiły po wczorajszych przeżyciach odpocząć i popłynąć promem jutro. Pochwaliłem się zdjęciem lisa, a tu Nina podsunęła mi swój aparat pod oczy i zaniemówiłem. Dzięcioł Magellana, wielki, z czerwoną głową i czubem, ptaszydło na które uparcie od dawna polowałem. I bezczelnie siedział sobie w mieście, na słupie.

Prom odpływał o 13-tej. Była 11.40, gdy dojechaliśmy do głównego drogowskazu. Do przeprawy promowej 99 kilometrów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jedziemy, może się spóźni. W wielu miejscach informacja – zalecone 40 kilometrów na godzinę. Dopiero teraz widzieliśmy to, czego nie mogliśmy zobaczyć wczoraj.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Krajobraz nadzwyczajnej piękności.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I odcinki grozy przy pionowych skałach, z rozrzuconymi na poboczu odłamkami skał.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za rzeką Tigre, w całkowitej pustce, dwie krowy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po drugiej stronie rzeki rozległy, płaski obszar skał zwany mesa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Droga miejscami wznosi się po stoku nad korytem rzeki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem rozorany kawałek pobocza z wielką koparką.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierwszy wodospad, jakże dziś niewinny, ale bardzo blisko drogi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 Zaraz następny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wielkie rury odpływowe drenujące nadmiar opadów wprost do laguny lub rzeki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rozlewiska i moczary,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

za nimi kolejny wodospad przy drodze. To ten który ostatniej nocy walił po dachu auta.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Karkołomny zjazd prowadzący nad krawędzią kanionu rzeki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

To może tutaj mocowałem się z wielkim głazem, którego zwaliłem poza krawędź. Huk kamiennej lawiny, którą pociągnął za sobą, przebił nawet potężny szum deszczu. Wjazd w skalną gardziel

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

wychodzącą wprost na mgliste wzgórza

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i otworzyła się panorama rzeki Baker.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak myśmy tędy wczoraj, nocą, przejechali? Nagła zmiana pogody, zwały chmur i niebo podbite czernią,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

by za paręnaście minut wjechać znów w strefę wypogodzenia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Była 13.26, prom z głowy, lecz byliśmy spokojni. W mym patagońskim przewodniku znalazłem informację, że kolejny, dzisiaj ostatni, odchodzi o 18-tej.

Zakręty w dół przy skalnych ścianach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nad drogą drzewo, jakby właśnie ją przeskakiwało.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za strumieniem Los Condores, wysoko na stoku, nitki wodospadu.

65

Całkowicie oddalony od Austral. Teraz pojęliśmy, iż wczorajsza gwałtowna ulewa stworzyła mnóstwo dodatkowych wodospadów. Dlatego te najbliżej drogi waliły po prawym boku i dachu auta. Łagodny zjazd ku rzece Baker,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

ze żwirowymi usypiskami na prawo od głównego nurtu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Droga pomiędzy zalesionymi bochnami wzgórz

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i już poznaliśmy wczorajsze rozlewisko.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zjechaliśmy ku prawej, gdzie trochę więcej miejsca, bo z naprzeciwka zdążała kawalkada aut z promu. Na pewno odpłynął. Przystań z potwierdzonym rozkładem jazdy – stateczek „Padre Antonio Ronchi” będzie o 18-tej. O nie! To z Puerto Yungay. Nasz będzie dopiero o 19-tej. Mieliśmy pełne pięć godzin oczekiwania.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Podjechaliśmy na rampę prowadząca do wody. Uzupełniamy notatki, potem Seweryn czytał książkę na E-Booku, ja przeglądałem patagoński przewodnik. Pogoda coraz lepsza, ciepło. Seweryn zdecydował się na drzemkę, przeto wybrałem się na buszowanie po okolicy. Nad wysoką skarpą drzewo w kształcie żyrafy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na wprost rozlewisko fiordu obramowane wysokimi górami, z płatami śniegu w partiach szczytowych.

72

Po lewej mały, drewniany domek, z porządną toaletą i bieżącą wodą pompowaną wprost ze strumienia. W toalecie adnotacja, którą napotkałem już w paru miejscach. Proszą, aby nie wrzucać papieru toaletowego do muszli, lecz do pojemnika obok. Tutaj to zrozumiałe, ale w miejskich hotelach i zajazdach, nie za bardzo. Pojemniki opróżniają różnie, czasem raz na dzień, wieczorem. Na ścianach domku, głównie wokół napisu „palenie zabronione”, anonse na kartkach, pocztówkach i zdjęciach, poprzyklejane taśmą. Ślad obecności łazików i turystów. Zachwyty nad Patagonią, głównie po hiszpańsku i angielsku. Pod tekstem daty z ostatnich dwóch lat. Kraje – Argentyna, Chile, Brazylia, Italia, Kanada, Niemcy, USA, Francja. Zdecydowałem się na nasz wpis. Wydzieram kartkę z notatnika. Część słów po polsku, większość po angielsku i na końcu po hiszpańsku formuła, której się zdążyłem wyuczyć – Patagonia muy linda y hermosa. Gracias.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Długi spacer drogą którą przyjechaliśmy, z małymi wypadami nad fiord i pod wielki stok z drugiej strony. Gęste zarośla fuksji i przenikliwy głos kolibrów. Przysiadłem na kamieniu i znieruchomiałem. Udało się – dwa kolibry uchwyciłem w locie.

74

75

Potem natrafiłem na chilijski rabarbar z wielkimi liśćmi, zarodnikami

76

77

i jakimś splątanym kłębkiem czerwonych zwojów.

78

Wyglądał jak roślina z filmów fantastycznych. Obok strzeliste paprocie

79

i kolorowe kwiaty wśród naskalnych krzewów i mchów.

80

Zrobiłem zdjęcie przystani z daleka, ze stojącym Nissanem.

81

Nad brzegiem fiordu, zastygłe konwulsyjnie stare wylewy magmy.

82

Okolica pogruchotanych skał, z góry ciekną liczne strumienie. Zewsząd, głównie z drzew na stoku, dobiegało świergotanie, ćwierkanie, pogwizdywania. Przenikliwy dźwięk cykad. Na skale koło mnie przysiadła olbrzymia ważka.

83

Powietrze zrobiło się krystaliczne i mocno zarysowały się zalesione wzgórza i ośnieżone szczyty. Nagle ptaki podniosły straszny harmider. Dosłownie krzyk. Wstałem z kamienia, spojrzałem na drzewa. Małe, kolorowe ptaszki skakały po gałęziach, kolibry przenikliwie poświstywały, ptaki oszalały. I wtedy ją zauważyłem – małą sowę na gałęzi drzewa. Patrzyła na mnie,

84

nie zwracając uwagi na ptaszki, które zachowywały się coraz agresywniej. Niektóre podlatywały całkiem blisko i drąc się wniebogłosy, przysiadały na pobliskich gałęziach. Ponieważ sowa nie ruszała się

85

ptaki w końcu dały jej spokój. Odprowadziła mnie uważnym spojrzeniem.

86

Wracając zoczyłem innego kolibra, który wyglądał na wielce zadumanego lub rozmarzonego.

87

Spochmurniało i zaczął się drobny deszcz. Powróciłem szybko do domku nad przystanią. Zacząłem przeładowywać zdjęcia na komputer. Zrobiłem dokumentacje swych narzędzi pracy – dwa aparaty, komputer, trzeci aparat w ręku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Powróciłem do auta i Seweryn akurat się obudził. Pokazywałem mu zdjęcia sowy, deszcz znów bębnił o dach Nissana, minęła 18-ta, za 15 minut wyszła tęcza,

89

a las zaczął pod wieczór parować.

90

Promu jeszcze nie było. Wychynął zza zakrętu za dwadzieścia siódma,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

przeto było wiadomo, że odpłyniemy o 19-tej. W Ameryce Południowej należy zachować stoicki spokój i być przygotowanym na różne ewentualności. Wiedzieliśmy, iż znów nas czeka nocna jazda do Cochrane.

Płynęliśmy we fiordzie i za nami oddalała się okolica ostatniego odcinka Carratery Austral.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W połowie drogi zanurzyliśmy się w głęboką szarówkę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdy cumowaliśmy na szczęście przestało padać.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Puerto Yungay – Cochrane

Mowa jest źródłem nieporozumień” – “Mały książe”

Rozmiękła droga koło Tortel, 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

nagły, już ostatni tego dnia, przebłysk niebieskości spotęgowany przednią szybą auta.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Karkołomny podjazd nad wąskim i przepastnym kanionem, w którym głębokim basem huczał jakiś strumień.

97

Na szczycie drogi, na wysokiej skale, stado kóz znikąd.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

O 20.30 zapadły ciemności i jechaliśmy w nich już do końca. Droga pełna „pralek”, odłamków skał i żwiru. Modliłem się w duchu, aby zapasowa opona wytrzymała. Powracała także natrętna myśl, że mogłaby trzasnąć inna, co czyniło mnie nieswoim. W ciemnościach, w takich warunkach, opadają nieraz człowieka obsesyjne, nieprzyjemne myśli. Seweryn potem przyznał, iż odczuwał to samo. Dlatego większość drogi milczeliśmy, a ja znów przylgnąłem do szyby, aby wypatrywać, w mdłym świetle reflektorów, nieprzewidziane przeszkody. Największą obawą napełniał mnie poznany wczoraj podjazd pod wielką stromą górę, z nieumocnionymi i będącymi w trakcie remontu poboczami, nad rzeką Barrancoso.

Podejrzewaliśmy, iż to właśnie tam coś napoczęło uszkodzenie koła. Odetchnęliśmy, gdy udało się bez przeszkód wspiąć na górę i jechać po płaskowyżu, pomiędzy lasami

99

i rozległymi dolinami łąk i krzewów. Ale wtedy zaczęły się harce zwierzęce. Najpierw drogę przebiegł nam mały skunks. W innym miejscu dorosły skunks spokojnie lazł sobie na poboczu. Potem pojawiły się zające, które pryskały na boki lub biegły w świetle reflektorów. Jeden z nich, już niedaleko Cochrane, nie potrafił wyjść ze świateł auta i biegł przed nim około trzech minut. W końcu zdesperowany stanął i przysiadł na środku drogi.

100

Znów na całej trasie byliśmy jedynym samochodem. W Patagonii nocą się nie jeździ, ale my czasami nie mieliśmy wyboru.

Do Cochrane dobrnęliśmy o 23.20 i pojechaliśmy wprost do mego miejsca sprzed trzech lat, które przedwczoraj, przed wyjazdem, ugadałem z jakąś młodą niewiastą, nie rozumiejącą angielskiego. Wydawało mi się, że moje parę słów po hiszpańsku dotarło do niej, bo usłyszałem sakramentalne „Si, señor, no hay problema” i byłem przekonany, iż mamy rezerwację. Tymczasem problem był i to duży – ani jednego wolnego miejsca. Uprosiłem właścicielkę, aby nam coś znalazła na mieście. Zadzwoniła do znajomej i grubo po północy wylądowaliśmy w hosterii „Cerro&Cerro”, gdzie musieliśmy drapać się wąskimi schodami na piętro. Na korytarzu i w naszym pokoju potwornie skrzypiała podłoga. Chciałem jak najszybciej się położyć, bo byłem bardzo zmęczony. Seweryn tymczasem uparł się, że popracuje na komputerze.

Jego nocne „dzięciolenie” było przyczyną ciągłych konfliktów między nami. Nie tylko dlatego, że mnie budził, ale obawiałem się o jego kondycję dnia następnego, gdy będzie prowadził auto. Co pewien czas przysypiał nad kierownicą. Gdy go za to beształem, miał zawsze niezmienną odpowiedź – „Co? Ja wcale nie śpię. Ja się tylko zamyśliłem”. Lub wymiennie – „Ja się tylko rozmarzyłem”.