Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

23 lipca Antigonish

 

Wspaniała pogoda – słońce z chmurami i ożywcza, chłodna bryza. Wstaliśmy po 9, przyszykowałem śniadanie i ponieważ byliśmy niedaleko kampusu uniwersyteckiego, poszedłem tam śladem wspomnień.

Przechodząc przez ulicę przypomniałem sobie jak w końcu kwietnia 1984 roku, mimo ostrzeżeń Marka i Larry’ego, zdecydowałem się powrócić do akademika w czasie burzy śnieżnej (blizzard), no bo co mi tam – znam przecież zimę z Polski, brnąłem nieraz w głębokich śniegach. Było koło południa i gdy wyszedłem na otwartą przestrzeń rozpętało się istne, białe piekło. Wiatr zabierał mi powietrze sprzed ust, kryształki śniegu nakłuwały twarz i nie pozwoliły patrzeć (musiałem czasem iść tyłem, aby się nie udusić i odnaleźć kierunek – od akademika byłem jakieś 20 minut piechotą), zaspy śniegu sięgały mi kolan, w niektórych miejscach do pasa. Znany układ ulic i chodników kompletnie zniknął. W paru momentach straciłem orientację, dodatkowo ogłuszony wyciem wiatru przemieniającego się czasami w potężny huk. Uratował mnie kierowca pługu śnieżnego, lekko zbeształ za nierozsądek i podwiózł pod same drzwi akademika.

Teraz chodziłem między budynkami i próbowałem wyświetlać sobie kadry sprzed 33 lat. Charles Keating Centre, sportowy kompleks z krytym torem dla biegów,

dwoma lodowiskami do hokeja (jedno z nich z siedzeniami dla 1500 widzów), salami do gier i ćwiczeń (fitness i dwa studia taneczne) i pokojami konferencyjnymi, wrył mi się w pamięć z początkiem września 1984, gdy zapisywaliśmy się na kursy na studia. W olbrzymiej sali, przy stolikach rozstawionych na parkiecie, siedzieli profesorowie i czekali na studentów. System zupełnie inny niż w Europie. Dobierasz sobie określoną ilość kursów na dany rok, na zasadzie kto pierwszy ten lepszy. Największe kolejki ustawiają się oczywiście do kursów pożytecznych pod kątem przyszłej kariery, jednocześnie z próbą dobrania co najmniej dwóch z serii miłych, łatwych i przyjemnych, przy czym nie bez znaczenia jest opinia starszych studentów na temat poszczególnych wykładowców. Kto najprzyjemniejszy i najłatwiejszy do tego ustawiają się długie kolejki, bo ilość miejsc często ograniczona. Poza historią Kanady prowadzoną przez młodego profesora J. Cameron’a oraz historią literatury kanadyjskiej u Mac Lean’a, rzuciłem się na kurs komputerowy, gdzie na moje nieszczęście była mieszanina matematyki z ekonomią oraz dobrałem dwa lżejsze kursy – historia sztuki z pracownią (dzięki czemu nie tylko poznałem prof. Roach’a, ale uspokoiłem stargane nerwy po przeżyciach osobistych w Berlinie Zachodnim) i historia muzyki połączona z prezentacjami, gdzie uczęszczali bardzo weseli i czasami nieźle rozrabiający studenci, których wybryki wykładowca akceptował z niezmąconym spokojem.

Arena otwiera swe podwoje punktualnie o dziewiątej rano. Przeto, aby się dobrze załapać, studenci pojawiają się przed tym budynkiem parę godzin wcześniej. Piotr, miły człowiek z Gdyni, piłkarz (był jednym z bramkarzy w Arce Gdynia; potem stał na bramce w drużynie uniwersytetu St.Francis ), który wylądował w Antigonish z obozu w Austrii, poinformował mnie dzień wcześniej, że idziemy na party do samego rana i prosto stamtąd szorujemy do kolejki na zapisy. Pojawiliśmy się tam o szóstej rano, przy czym skoczyłem na chwilę do akademika po ciepłą kurtkę. Bo na trawie i płytach chodnikowych leżała cienka warstwa szronu. We wrześniu! Na chodniku siedziało już parudziesięciu studentów okutanych w koce. Wyglądali jak obozujący Indianie ze starych fotografii.

Za Charles Keating, łączące się z nim wąskim przejściem, dwa następne sportowe budynki: mniejszy Oland Center (nazywaliśmy go z Piotrem żartobliwie Poland Center)

i większy, mieszczący duży basen, Alumni Aquatic Center. W Oland, najstarszym obiekcie sportowym uniwersytetu, zbudowanym w 1967 roku, jest sala do koszykówki i siatkówki (na dwa i pół tysiąca widzów), cztery korty do tzw. racketball i dwa do squash (tę grę wypróbowałem wtedy po raz pierwszy w życiu i potem w Toronto, dzięki niej przeszedłem najcięższy, pierwszy okres, po rzuceniu palenia papierosów w 1989 roku).

Na basen uczęszczał, sześć do siedmiu razów dziennie, mój przesympatyczny kolega z akademika, Salu z Zachodniego Samoa. Pływanie zaczynał przed i po śniadaniu, lunchu i kolacji i jeszcze dokładał przed snem. Kiedyś rzuciłem uwagę, że nie powinno się chodzić na basen po posiłku, na co Salu się roześmiał i rzekł: „Najlepiej się wtedy nurkuje, bo jesteś cięższy”. Woda to był jego żywioł. Na pożegnalnym party Salu musiał odpuścić basen i nie przyzwyczajony do takiej ilości alkoholu nieźle się ubzdryngolił. W pewnym momencie zniknął i zaniepokojony poszedłem sprawdzić co się z nim dzieje. Zapukałem do jego pokoju, usłyszałem zduszone „Come in”, otworzyłem drzwi i szczęka mi opadła. Salu siedział w umywalce, w kąpielówkach, pod otwartymi kranami. Gdy go zapytałem czy wszystko w porządku, łypnął na mnie i powiedział: „jak skończę pływać, zaraz idę spać”. Następnego dnia współczułem mu skacowania. Podczas lunchu zwierzył mi się, że w nocy śniło mu się długie pływanie.

Za tymi budynkami jest stadion, po którym hasały potężne byczki z uniwersyteckiej drużyny footballu amerykańskiego, porykując i bodąc jeden drugiego. W stołówce codziennie widziałem jak nieśli na tacach trzy półlitrowe szklany mleka i trzy soku pomarańczowego na rozpoczęcie śniadania. Dalej była jajecznica i parówki (hot dogi) z pieczywem i kubełek kawy. Potem wstawali, wzdychali ciężko i szli na zajęcia by coś pojąć. Przy tym stadionie, po raz pierwszy,

bo było więcej takich momentów, w innych miejscach, podrywała mnie pewna śliczna, nowoszkocka studentka (typ sportsmenki i osobowości dominującej, lecz z ukrytą pod tym miękkością i czułością). Gdybym nie był zakochany, pewnie wdałbym się w burzliwy romans, natychmiast albo jeszcze szybciej. A tak… blok.

Imponujące, bo zgrabnie zachowany stary styl z elementami nowego i nowoczesnym wyposażeniem wnętrz, nieznane mi budynki – G. Schwartz School of Business, otwarty w roku 2010

i przebudowana siedziba biblioteki uniwersyteckiej im. Agnus L. MacDonald’a (były premier Nowej Szkocji), otwarta w 1965, z nowym skrzydłem – R. Chater Hall, dobudowanym w roku 1986. Ten budynek wzbudzał moją czułość, bowiem na ulicy Mickiewicza w Sopocie, mieszkałem w domu ze ścianą oplecioną dzikim winem.

Naprzeciw biblioteki, w Morrison Hall (otwartym w 1938 roku) jest stołówka, z pięknymi wielkimi oknami. Tam zorganizowałem stół międzynarodowy złożony z moich kolegów z akademika i innych zagranicznych studentów, przezabawnych i luźnych ludzi z Afryki i Ameryki Południowej. Azjaci, głównie Hindusi, zachowywali raczej powściągliwość i siadali nieco z boku. Ale bynajmniej nie byli ponurzy i nieprzystępni. Nasz stół natomiast był pełen śmiechu i żartów, gdzie przodowali Nigeryjczycy i Etiopczycy. Jeden z nich, błyskotliwy, z ogromnym poczuciem humoru – Asfaw, wodził rej. Jego powiedzonka przechodziły do historii, np. Antigonish ma cztery tysiące ludzi, włącznie z kurami; po niezdanych egzaminach studentów odsyła się na Jukon, do tamtejszego uniwersytetu (nie ma tam uniwersytetu do dzisiaj, jeno dwa college). Z Europy była nas trójka, Turek, Grek i ja. Turek z Grekiem trzymali dystans, więc któregoś dnia posadziłem ich po moich obu stronach. Jako negocjator na gruncie historycznym, podkreślając dobre stosunki Polski, zarówno z Grecją, jak i Turcją, doprowadziłem, ku zadowoleniu pozostałych, do poprawy stosunków między nimi. Zaczęli nawet rozmawiać.

Co do opinii o Europie i bycia Europejczykiem, za czym się tak wtedy w Polsce tęskniło, bywało różnie. Kiedyś podczas rozmowy wręcz zaszokował mnie syn jakiegoś pastora. Trochę utyskiwałem na przedziwne, według mnie, braki w lokalnej edukacji, potem zeszło na historię i politykę i nagle młody człowiek się zagotował i niemal z furią oznajmił, że Europa była przyczyną niezliczonej ilości nieszczęść świata (dwie wojny światowe) i jego cierpień (kolonializm, niewolnictwo) i zakończył stwierdzeniem, że „ tutaj, w Ameryce, na szczęście się od tego łajdactwa odseparowaliśmy”. Moje próby obrony Europy tylko go jeszcze bardziej rozsierdziły. Ale dało mi to do myślenia i wtedy zaczęła się powolna rewizja mego spojrzenia na Europę, na jej obraz w wielu miejscach podobnie u mnie wyidealizowany, jak powiedzmy sytuacja Indian. Mogę dziś otwarcie stwierdzić, że pozbyłem się zarówno polonocentryzmu, jak i eurocentryzmu, nie nabywając jednocześnie amerocentryzmu, co w miarę upływu lat spowodowało odczucie bycia odpowiedzialnym obywatelem świata, zakorzenionym mocno w polskiej kulturze i języku. Moją małą ojczyzną jest Sopot, innym miejscem magicznym Patagonia, ze szczególnym uwzględnieniem miasteczka El Chalten. Do Gdańska, Warszawy, Berlina i Antigonish, miejsc gdzie pomieszkiwałem, lub aktualnie mieszkam (Toronto), mam taki sam ciepły sentyment. Może nieco większy do Gdańska, gdzie zaplątałem się z powodu wyrobionego przez mój dom rodzinny poczucia solidarności w dużą Solidarność, a także byłem związany przez wiele lat z lokalnym studenckim ruchem kulturalnym. Nadto, mój ostatni dom w Polsce był w spółdzielczym mieszkaniu, w gdańskiej dzielnicy Morena.

Z terenu jadalni pamiętam także parę innych rzeczy. Na przykład studentów rozbijających pomarańcze o zewnętrzny mur jadalni, które rzeczywiście były nieraz zdecydowanym paskudztwem, rodem z Florydy. Był rok 1984 i moja córka w Polsce widziała pomarańcze zapewne raz w roku. Któregoś dnia w końcu podszedłem do dwóch takich i im to powiedziałem. Wieść rozeszła się w parę dni i zamiast rozbijać z pasją o mur, teraz dyskretnie wyrzucali do kosza z odpadkami żywności lub w ogóle ich nie brali.

Kolejne wspomnienie – do stołówki wchodzi, w towarzystwie jednego z szefów Rady Studenckiej, jakiś odstawiony facet w garniturze. Podchodzi do naszego stołu i szybko przesuwając się mówi, że jest politykiem startującym w wyborach i spotyka się właśnie z wyborcami. Po sakramentalnym „How are you?” do nas, nie czekając na nasze “how are you?”, od razu odpowiada „I am fine” i przechodzi do kolejnej osoby. Osadził go Feliks z Nigerii, zatrzymując jego rękę, „Wyluzuj – powiedział – i powiedz nam jaki masz program. A tak w ogóle siądź z nami i zachowuj się jak człowiek”. Trzeba było widzieć minę owego polityka i zmieszanie szefa studenckiego, widocznie już od małego przyzwyczajonego do takowego odwalania ceremoniału. Zapewne w notatnikach sztabów wyborczych zapisują – dziś, taki a taki, uścisnął ręce 153 obywatelom. Polityk szybko zrejterował od naszego stołu. W tym samym gmachu jest dziś specjalne centrum wytchnienia (zapewne nie tylko od polityków), prowadzone przez siostry zakonne, gdzie studenci poza duchową refleksją, mają ćwiczenia relaksujące, udziela im się porad i jak jest taka potrzeba, po prostu wysłuchuje.

Zatoczyłem koło i wróciłem pod nasz akademik. Na wprost niego widnieje starszy budynek Bloomfield Center,

gdzie mieszczą się biura organizacji studenckiej, kafeteria, do której chadzaliśmy na śniadania, poczta z której słałem listy do Europy, do rodziny, przyjaciół i znajomych, pisane wtedy ręcznie i moja skrytka pocztowa,

z której wyjmowałem listy do mnie przychodzące i biuletyny “Solidarności”, w języku angielskim, które mi podsyłał z Paryża Mirek Chojecki. Bardzo mi się przydawały w prowadzonym przeze mnie hoteliku – Spaniu&Śniadaniu, bo w ramach mej prywatnej walki z komuną, wykładałem je na stoliku do wglądu dla mych gości. Ileż wieczorów przegadałem z Amerykanami i Kanadyjczykami, zapoznając ich pobieżnie z historią Polski, charakterystyką komuny i walką “Solidarności”. Kiedyś, pewien amerykański profesor uniwersytetu z Chicago, zapytał mnie czy znam Wałęsę. Odpowiedziałem, że nie osobiście, tylko z bliskiego oglądu w czasie strajku, w sierpniu 1980 roku. Profesor spojrzał na mnie i powiedział “ To zadziwiające, wiesz. Jesteś pierwszym spotkanym przeze mnie Polakiem, który mi mówi, że nie zna osobiście Wałęsy”.

W Bloomfield była księgarnia która, obok wspomnianej biblioteki, stanowiła mój przyspieszony kurs angielskiego oraz historii Kanady i Wielkiej Brytanii. Odkryłem tam mnóstwo ciekawych książek i spędziłem wiele godzin ślęcząc nad angielskim tekstem. Byłem zaskoczony, że księgarnia zniknęła i zamiast niej jest sklep z jakimiś bibelotami, pamiątkami, koszulkami z emblematem uniwersytetu. Uświadomiłem sobie, że 33 lata temu, znalazłem się tam w momencie powolnego dogorywania pewnego stylu bycia i życia. Przymus książkowy zapewne trwa w związku z pisaniem esejów i prac semestralnych, ale wszędzie zapanowały wszechwładne ekrany. W pokoju akademickim przy każdym biurku był komputer, a nad głową monitor telewizyjny. W Bloomfield ostała się galeria sztuki, biura kapelanów katolickich i protestanckich, centrum informacji i studencka spółdzielnia pracy, w której załatwiłem sobie onegdaj chałtury w postaci remontowania mieszkań, co czyniłem wielokrotnie w Berlinie i prace w ogródkach. Dzięki temu ostatniemu zajęciu, poznałem emerytowanego profesora języka francuskiego, Akadyjczyka, który po zamienieniu ze mną paru słów na temat wyższości europejskiej edukacji nad amerykańską, w trakcie czego dotarliśmy do łaciny i wspólnie zaczęliśmy recytować „Metamorfozy” Owidiusza – aurea prima sata est aetas...; wtedy profesor kazał mi rzucić łopatę w kąt i zaprosił do domu, skąd wyszedłem nakarmiony, napojony winem i pobieżnie zorientowany w historii Akadyjczyków, którą potem mocno zgłębiłem publikując wspomniany esej w „Zeszytach Historycznych”.

Mój przyjazd do tego miasta był niejako sprawą publiczną. Przybyłem niemal jak uchodźca spod totalitarnego reżimu. Nie tyle człowiek z Polski, co przede wszystkim człowiek „Solidarności”. Stypendium, które otrzymałem na uniwersytecie, było jednocześnie ofertą dla nowego rozdziału życia. Z miejsca, którego nikt w Europie nie znał (pamiętam jak po decyzji wyjazdu szukałem Antigonish na mapie), od malutkiej organizacji pomocy „Solidarności” i Polsce, działającej na uniwersytecie (organizację tworzyło 5 czy 6 osób, a był w niej tylko jeden Polak – profesor Pluta), którego tym bardziej nikt nie znał, nadeszła propozycja sponsorska dla ludzi aktywnie działających na rzecz Solidarności. Oferta przyszła do biura Solidarności w Paryżu i Mirek Chojecki rozesłał ją po Europie. To od niego się potem dowiedziałem, że byłem jedyną osobą, która z owej propozycji skorzystała. Była to zarazem jedna z najszybszych decyzji w mym życiu – po pięciu minutach zastanowienia powiedziałem moim kolegom z organizacji Grupy Roboczej „Solidarność” w Berlinie Zachodnim – „biorę to”. Potem, napotykani w Berlinie Zachodnim rodacy, pytali mnie czy jadę tam do rodziny lub do kogoś znajomego, a gdy dowiadywali się, że nikogo nie znam, patrzyli na mnie podejrzliwie lub czasem wręcz z politowaniem, traktując mnie jak nieźle stukniętego.

Po dwóch tygodniach ludzie w miasteczku rozpoznawali mnie na ulicy, zaczepiali by wyrazić solidarność, by zaoferować pomoc, by zapytać czy czegoś nie potrzebuję. Wszystko dlatego, że zrobiono ze mną wywiad w lokalnej gazecie i radiostacji, a także nagrano krótką rozmowę dla głównej telewizji w Halifax, bądź co bądź stolicy prowincji. I dopiero później się zorientowałem, że również uważnie, acz dyskretnie, mi się przyglądano. Właściwie żaden z mych publicznych występów, włącznie z późniejszymi dorywczymi pracami u ludzi, a także tzw. balangami w tawernach lub klubach, nie uszedł uwadze. Okresowe balangi przyjmowano z wyrozumiałością, dokonywane w ich domach drobne prace, poprzez studencką spółdzielnię, doceniano i to podwójnie, bowiem dodatkowo byłem atrakcją dla mieszkańców. Nie dość, że z „wielkiego” świata, to jeszcze politycznym aktywistą.

W czasie półtora rocznego pobytu w Antigonish tylko raz ktoś się po mnie przejechał i obgadał w niemal całym miasteczku. A było to tak… Dostałem zlecenie na wytapetowanie mieszkania. Drzwi otworzyła mi nabita w sobie kobieta, ze spojrzeniem nieco spode łba, co mnie zaskoczyło, bo ludzie tutaj z reguły uśmiechali się na wyścigi. Gdy mierzyłem ściany i przeglądałem tapety, które ona zakupiła „aż w samym Halifax”, czułem jak mi się bardzo podejrzliwie przygląda. W pewnym momencie otworzyły się tylne drzwi od strony kuchni i pojawił się jakiś drobny, szczuplutki mężczyzna. Babsko natychmiast wybuchnęło i zaczęło pokrzykiwać „Jak wchodzisz do domu! Jak ty się zachowujesz! Wyjdź natychmiast, zamknij drzwi, zapukaj i czekaj jak ci pozwolę wejść!”. Zaniemówiłem. Facet bez słowa wyszedł, zamknął drzwi, a za chwilę zapukał. Babsko odczekało nieco i warknęło „Wejść”. Mężczyzna coś zabrał z szuflady sporej komody i szybko wyszedł pokornie mówiąc „Przepraszam, do widzenia”. Zapytałem po chwili kto to był. „Jak to kto – odparła – mój mąż”. Zdębiałem.

Podczas ustalania warunków płatności i szczegółów prac, babsko zaczęło narzekać na ciężkie życie i na to, że musi tyle kilometrów dojeżdżać do pracy. „Ale niech sobie nie myślą, o nie – rzuciła z pasją w przestrzeń ku niewidocznym „onym” – Zrobiłam kursy i dopięłam swego”. Gdy zapytałem gdzie pracuje oznajmiła, iż w Halifax. A gdy spytałem czym się konkretnie zajmuje, dumnie się wyprostowała i podniesionym głosem rzekła „Pracuje z więźniami, w więzieniu”. Natychmiast zrobiło mi się ich żal i objęła mnie fala współczucia.

Następnego dnia o mało nie zleciałem z drabiny, tak fatalnie się czułem. Nie wiedziałem, iż to był początek ospy, którą przywlókł do mego B&B jakiś mały chłopak. Wystarczyło, że dotknąłem pościel po nim. Trzeciego dnia pracowałem z wysoką gorączką i szczękając zębami. Byłem pół przytomny i popełniłem błąd w przycinaniu tapety. Zabrakło jej pod sufitem – wąski pasek na jakieś 2-3 centymetry i z pół metra długości. Mogłem to nadsztukować, bo zostało mi parę ścinków, ale babsko wpadło w szał. „Zostaw to – krzyczała – wyjdź stąd. Natychmiast”. Ponieważ już wiedziałem z kim miałem do czynienia, opuściłem jej mieszkanie. Za godzinę karetka wiozła mnie do szpitala na badania.

Po wyjściu, po dwóch tygodniach kwarantanny w domu profesora Pluty, dowiedziałem się, że babsko biegało przez parę kolejnych dni po miasteczku wyrzekając na tych cholernych emigrantów i pomstując na najgorszy rodzaj rodu ludzkiego, czyli mężczyzn. Zadzwoniłem do niej czy ma dla mnie pieniądze za wykonaną pracę. „Nie chcę cię widzieć – wydusiła z siebie po chwili milczenia – odbierzesz od mego męża”. Ów biedak pracował w warsztacie samochodowym i gdy tam przyszedłem zaczął mnie przepraszać. Powiedziałem, że nie musi przepraszać, wyraziłem mu współczucie i spontanicznie go przytuliłem. Chłop się wzruszył, łzę otarł i wręczył mi pieniądze.

W Bloomfield jest także bar w którym spotykałem się czasami z kolegami z uniwersytetu: najczęściej braćmi z Cape Breton, Piotrem, Markiem i Węgrem Stevem, którego rodzice przyjęli mnie na pierwszy miesiąc w Toronto pod swój dach, za darmo, i jak się potem okazało, 400 metrów od mej przyszłej szkoły wdzięczątek. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie i dawane nam znaki. Do Bloomfield chodziło się także na potańcówki i raz się załapałem do pracy – noszenie sprzętu muzycznego i rozstawianie na scenie zgodnie z instrukcjami tzw. technicznych, co przypomniało mi moją paroletnią pracę w klubie „Żak” w Gdańsku.

Kiedyś w barze postanowiłem napoić chłopaków na polski sposób (zdjęcie przez szybę, bo był zamknięty),

czym zaszokowałem obsługę. Najpierw pytaniem, czy mają pięćdziesiątki do wódki, a gdy okazało się, że górny pułap to 25-tki, poprosiłem wpierw o zamrożenie ich w zamrażalniku. Potem zaordynowałem wlanie wódki i niemal na siłę musiałem bronić pomysłu przelania jej do szklanki z dodatkiem sodówy lub czegoś tam. Siedzieliśmy w piątkę: Węgier Steve, Marek i jego kuzyn Alan, który przyjechał z Anglii w odwiedziny, jakiś kumpel Steve’a i ja. W trakcie maszerowania do baru, na ulicy jeszcze, Alan rzekł coś bardzo dowcipnego i w przypływie sympatii położyłem mu rękę na ramieniu. Żachnął się i widząc moje zdziwienie powiedział, że miałem odruch gejowski. Marek zresztą też miał takie reakcje a ja, przyzwyczajony z Polski do innego stylu koleżeńskiego, byłem nieco zdumiony tymi reakcjami. Tak jak pewnymi pretensjami lokalnych studentów, dlaczego w stołówce siedzę z tym towarzystwem z Afryki, a nie z nimi. Wszystko się wyjaśniło, gdy potem dowiedziałem się, że jeszcze do końca lat 70-tych czarni obywatele miasteczka nie mieli wstępu do lokalnych tawern. Podczas tamtego wieczoru pokazałem im jak pić wódkę – bez zagrychy, jednym haustem, jeno z popiciem wodą. Chlapnęli i bardzo im się spodobało. Drugą kolejkę postawił Steve, potem Marek i w sumie zrobiło się pięć obiegów. A chłopcy, nieświadomi skutków, popijali jeszcze piwo. Najbardziej urżnął się Alan, którego dodatkowo rozebrało po wyjściu na świeże powietrze. Stał się wylewny, ba, tak serdeczny, że wieszał mi się na szyji. Angielski dystans diabli wzięli.

Za Bloomfield jest gmach wykładowy z dużym audytorium – Nicholson Hall, który był świadkiem mego triumfu ideologicznego i na parę tygodni uczynił ze mnie „gwiazdę” uniwersytetu. Nawet nieco boczące się na mnie byczki z drużyny futbolowej, czuły się w obowiązku zamienić ze mną słów parę i uścisnąć mi rękę. A wszystko za sprawą dwóch Rosjan, którzy przyjechali na spotkanie z bracią studencką; jeden z ambasady, drugi jako przedstawiciel ruchów pokojowych w ZSRR. Był październik 1984 roku, Reagan szalał z Pershingami, KGB judziło gdzie się da i sponsorowało ruchy pokojowe w Europie wykorzystując naiwność, dobrą wolę i pospolity strach młodych ludzi. Steve, nabuzowany złością, bo jego rodzice uciekli z Węgier w 1956 roku, przyszedł po mnie i umówiliśmy się, że damy towarzyszom popalić.

Oczywiście zaczęli od banałów propagandowych, sala była nabita i wszyscy grzecznie słuchali. Aż przyszedł moment zadawania pytań. I Steve dorwał się pierwszy do głosu i powiedział, że ma tylko dwa krótkie pytania: pierwsze – jeśli tak kochacie pokój, to kiedy wyjdziecie z Afganistanu; i drugie – dlaczego zdławiliście Solidarność w Polsce. Rosjanie zbaranieli, ten od pokoju spojrzał niepewnie na aparatczyka z ambasady i zaczęli wygłaszać kolejne dyrdymały o imperialistach psujących światowy pokój. Przyszedł czas na mnie i sporo mnie kosztowało zadanie pytania, bo angielski był jeszcze kulawy i także było to moje pierwsze, publiczne wystąpienie na nieznanym terenie, przed tak licznym audytorium. Zapytałem, czy ów ruch pokojowy jest niezależny od rządu, tak jak tutaj, na Zachodzie i ilu liczy sobie członków. Pytanie Rosjan wyraźnie spłoszyło, zaczęli się naradzać półgłosem po rosyjsku, Steve zakrzyknął „English, please” i wreszcie przedstawiciel sowieckiego pokoju rzekł, że są niezależni od rządu i jest ich około paru tysięcy. Tylko na to czekałem. „Jak to – głośno i dobitnie powiedziałem – macie przeszło 260 milionów obywateli i tylko parę tysięcy!”. Sala zareagowała aplauzem, ktoś dodał, że niezależność od rządu można między bajki włożyć, harmider się zrobił i pokrzykiwania. Przedstawiciel ruchu pokojowego w ZSRR rękę ku mnie wyciągnął i powiedział „Spokojnie, spokojnie. Wy sobie nawet nie wyobrażacie jacy tu jesteście szczęśliwi”. Wtedy głośno odparłem „Oj, dobrze to wiem, aż za dobrze, bo jestem Polakiem z Solidarności i ten wasz pokojowy raj znam na wylot”. Sala wybuchnęła śmiechem i spotkanie padło. Rosjanie jeszcze na odchodne dowiedzieli się od profesora pochodzenia litewskiego, że przy uniwersytecie działa, od 1982 roku, grupa pomocy Solidarności w Polsce i że tego opresyjnego systemu nie da się utrzymać i Litwa musi być wolna.

Z Bloomfield pociągnąłem do mego dawnego akademika, w którym głównie mieszkali studenci z krajów rozwijających się, studiujący w Coady International Institute. Tutaj wprost się prosi, by wyjaśnić co to za Instytut.

W początkach XX wieku, w wielu małych społecznościach Nowej Szkocji, szczególnie wiejskich, panowała beznadzieja i niekiedy ludzie wręcz cierpieli głód. W rybołówstwie rządziła kasta oszukańczych kupców-pośredników, kopalnie i huty dogorywały, a ich właściciele bezwzględnie wykorzystywali pracowników. Od 1870 roku młodzi ludzie masowo przenosili się do miast, gdzie ulegały erozji tradycyjne struktury społeczne i powstawały nowe problemy w postaci niebezpiecznych i niesprawiedliwych warunków pracy, połączonych z przeludnieniem i życiem w nieodpowiednich domach, pozbawionych urządzeń sanitarnych. Generalnie także panowała bieda, a rządy prowincji były całkowicie pasywne. Pobudziło to oddolny ruch społeczny, pod przewodem wielu księży katolickich, którym poparcia udzieliło sporo biskupów. Podstawowa idea zasadzała się na emancypacji ludności, według demokratycznych zasad i wzajemnej współpracy. W diecezji Antigonish, gdzie związki pomiędzy społecznością a hierarchią kościelną były bardzo bliskie, narodził się Ruch Antigonish (Antigonish Movement), pod przewodem dwóch kuzynów-księży z Cape Breton – Jimmy Tompkins’a i Moses Coady’ego. Obaj ukończyli uniwersytet Saint Francis Xavier, studiowali później w Rzymie i Coady uzyskał tytuł doktorski. Jedną z największych jego pasji była poezja, której języka często używał w kontaktach z ludźmi, przez co łatwiej docierał do ich serc i umysłów, przedstawiając im swoją wizję.

Wspólnie z innymi naukowcami z uniwersytetu, obaj kuzyni przygotowywali program wyjścia z kryzysu, co doprowadziło do powołania nowego wydziału na uniwersytecie – Zwiększania Rozwoju (Extension Department), na czele którego stanął Coady.

Zdjęcie z Internetu

Skupiono się na ludziach zatrudnionych w rybołówstwie, rolnictwie, górnictwie i leśnictwie, propagując wśród nich zasady i metody ruchu, poprzez zakładanie w całym regionie sieci klubów do studiowania. Ludzie zapoznawali się ze specyfiką regionu, co miało prowadzić do samodoskonalenia, współpracy i wspólnych akcji. Obok kooperatyw powstały banki spółdzielcze (credit union), kooperujące magazyny i fabryki konserw. W latach 30-tych XX wieku istniało 940 klubów zrzeszających ponad 10 tysięcy osób i powstało 45 banków. Co ciekawe ideę ponownie przywrócono w latach 90-tych, tworząc specjalne szkoły (People’s School) skupiające się na ekonomii i zagadnieniach zdrowotnych.

Od lat 30-tych wydział Zwiększania Rozwoju w StFX zaoferował specjalne kursy dla przywódców ruchu, skrócony program edukacyjny w dziedzinie szkolenia zawodowego i kultury, pomoc w technikach i szkołach dla dorosłych, w bibliotekach i wydawnictwach oraz serie wykładów i dyskusji w połączeniu z zainicjowaniem konkurencji w dziedzinie poprawy życia w miastach i wsiach regionu. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, rozwijającym samorządność i niezależność. Z czasem działalność się rozszerzyła na nowe dziedziny: przystępne mieszkania (affordable housing), sprawy zdrowotne i rodzinne. Utworzono lokalne biura w Sydney i Glace Bay i w wielu innych miejscach północno-wschodniej Nowej Szkocji. Od 1972 do 1977 roku działało, w porozumieniu z Kanadyjskim Kongresem Związków Zawodowych (Candian Labour Congress), centrum edukacyjne dla regionu Atlantyckiego; do roku 2000 umożliwiono dodatkowe studia, z dyplomem lub bez, w dziedzinie kontynuowania wykształcenia oraz możliwość zdobycia dyplomu, połączoną z zajęciami praktycznymi, w dziedzinie Edukacji dla Dorosłych.

W 1944 roku wykładowca z uniwersytetu Akadia, profesor Harry Johnson zdefiniował sześć podstawowych pryncypiów ruchu: 1) prymat działania indywidualnego 2) reformy społeczne muszą rozwijać się poprzez edukację 3) edukacja zaczyna się od problemów ekonomicznych 4) edukacja oparta jest o akcje grupowe 5) efektywne reformy społeczne zawierają przeprowadzenie podstawowych zmian w instytucjach społecznych i ekonomicznych 6) ostatecznym celem Ruchu jest zapewnienie właściwego i owocnego poziomu życia dla wszystkich w danej społeczności. Doszło do tego, że kanadyjskie Ministerstwo Rybołówstwa poprosiło o pomoc instytutu w zorganizowaniu życia rybaków. W nadatlantyckich prowincjach powstało szereg bardzo ważnych kooperatyw, jak Związek Rybaków, Związek Producentów Owoców czy Związek Hodowców Bydła.

Od lat 40-tych XX wieku wieść o Ruchu Antigonish rozeszła się szeroko po świecie i wielu ludzi, głównie z krajów rozwijających się, odwiedzała StFX by podpatrzyć metody szkolenia i działania. Owo zainteresowanie doprowadziło do utworzenia w roku 1959 Międzynarodowego Instytutu im.Coady, w którym zaoferowano specjalny program dla liderów lokalnych społeczności w różnych krajach, głównie na południu naszego globu. Wspomniany wydział Zwiększania Rozwoju, akurat w roku mego przybycia do Kanady – 1984, zorganizował Coroczną Konferencję im. Topshee, księdza i dyrektora wydziału w latach 1969-1982 i Instytutu Coady’ego w latach 1973-1979. Konferencja była szerokim forum wymiany poglądów i dyskusji na temat zagadnień społecznych i ekonomicznych nurtujących Atlantycką Kanadę (Maritimes). Do roku 2004 odbyło się 18 takich konferencji.

W latach 60-tych i 70-tych Coady International Institute oferował czteroletnie studia i serię krótkich kursów – szkoła letnia (dla maksimum 40 osób), skrócony kurs (ośmiomiesięczny) i roczny kurs teoretyczno-praktyczny – przygotowujących uczestników na dyrektorów, pracujących według zasad wydziału Zwiększania Rozwoju, w ich krajach. Studentki i studenci, bardzo często już dorośli ludzie, przybyli w tamtym czasie przeważnie z Afryki, Południowo-wschodniej Azji, Ameryki Łacińskiej i Karaibów. Mieli przeróżne zawody – misjonarze, nauczyciele, pracownicy do spraw młodzieży, siostry szpitalne, pracownicy spółdzielni i administracji rządowej.

Podstawowe wykłady dotyczyły zasad i filozofii ruchu kooperacji, organizacji usług w ramach kooperatywy, problemów rozwoju ekonomicznego, środków medialnych i komunikacji społecznej, sposobów rozwoju lokalnych społeczności, plus zajęcia praktyczne w postaci projektów organizacyjnych i opracowań. Stroną praktyczną było uczestnictwo w pracach lokalnych społeczności leżących niedaleko Antigonish – Mabou, Canso i Cheticamp, gdzie mogli przekonać się jak funkcjonują kooperatywy, małe banki, sklepy spółdzielcze i spółdzielnie produkcyjne, takie jak fabryki konserw, zakłady mleczarskie czy hurtownie. Z kolei zagraniczni studenci dzielili się doświadczeniami ze swoich krajów na spotkaniach z lokalnymi organizacjami społecznymi. Dodatkowo zapraszano tych studentów na wykłady o ich krajach, w szkołach licealnych i kościołach.

Dyplom otrzymywano po zdaniu egzaminów i napisaniu dużego projektu, proponującego zastosowanie tego co się tutaj nauczyli, dla ich krajów. W tamtym okresie studiowało maksymalnie 90 osób rocznie. W sumie, przez dwie dekady, ośmiomiesięczny program skończyły 753 osoby, letni 491 osób. Klerycy i siostry zakonne stanowili 30%; zaznaczała się wyraźna przewaga mężczyzn (ponad 80%), a większość studiujących była z środowiska wiejskiego. Jedna-trzecia mieszkała poza kampusem, w mieście, które poprzez to, już z początkiem lat 60-tych, niespodziewanie nabyło nieco kosmopolitycznego smaczku. Możemy sobie tylko wyobrazić, jakim to było dla niektórych, stałych mieszkańców przeżyciem, a nawet szokiem. Zdecydowaną większość w Antigonish stanowili potomkowie Szkotów. Kiedyś, na początku mego pobytu, dopadłem miejską książkę telefoniczną i pamiętam jak zaskoczyły mnie z cztery bite strony MacDonaldów i jeszcze więcej, co najmniej pięć, Chisholm’ów. A zważmy, że te nazwiska, jak to w książkach telefonicznych bywa, były pisane drobnym maczkiem.

Do roku 1980 studia w Coady zawierały osiem podstawowych przedmiotów na głównym kierunku, dyplomowym, z dziedziny społecznego rozwoju. Jednakże teraz został on podzielony na dwa rodzaje: studia nad społecznościami i studia nad zagadnieniami kooperatyw. Dodatkowo istniały dwa letnie kursy pięciotygodniowe – metodologia szkolenia i rozwój banków spółdzielczych, oba certyfikowane. Krótkie kursy rozszerzono także na placówki za granicą Kanady, organizując jednocześnie w głównej siedzibie StFX, międzynarodowe seminaria i konferencje. Nowy dyrektor instytutu w latach 1979 – 1991, A.A. Mac Donald, zareagował na ruchy społeczne w Kościele, szczególnie w Ameryce Łacińskiej (encyklika Pawła VI “Populorum Progressio”, teologia wyzwolenia), teorie emancypacji Paulo Freire, czy raport z 1975 roku fundacji im. Hammarskjold’a. Poszerzono zakres nauki o nowe zagadnienia, np. rozwiązywanie konfliktów społecznych w małych społecznościach i rozwijanie w nich pokojowej koegzystencji, problemy nierówności kobiet i program rozwoju przywództwa kobiet, wpływ mass mediów, problemy zdrowotne w małych społecznościach i wiele, wiele innych. W latach 90-tych utworzono specjalny program dla młodych Kanadyjczyków po studiach, by mogli wspomagać oddziały instytutu za granicą i lokalne instytucje.

12 czerwca 2009 roku, instytut przeprowadził się do nowej siedziby, gdzie w 17 dni później uroczyście obchodzono 50-lecie tej bardzo zasłużonej placówki. Po wręczeniu dyplomów dla aktualnego rocznika, w dniach 7 do 10 lipca odbyła się konferencja dla stu delegatów z 15 krajów. Instytut mieści się teraz w powiększonej siedzibie, również z powiększoną biblioteką wyposażoną w archiwum cyfrowe. Poza dodatkowymi łącznikami z uniwersyteckim budynkiem wydziału Zwiększania Rozwoju, utworzono wielki ogród o powierzchni około trzech tysięcy metrów kwadratowych, stwarzając atrakcyjne miejsce wypoczynku. Stoi tam posąg z brązu założyciela instytutu Mosesa Coady. W ciągu 50 lat instytut Coady dorobił się sześciu tysięcy absolwentów którzy, wspólnie z innymi partnerami, pracują w 130 krajach świata. Jak to jest dla nich ważne, dla zagranicznych studentów, mogłem się przekonać w czasie mieszkania z nimi przez siedem miesięcy. Już z góry się cieszyli, że po powrocie, dzięki temu dyplomowi czy certyfikatowi, otrzymają lepszą pozycję w pracy, szczególnie w agendach rządowych.

Pierwszy tydzień spędziłem w akademiku MacIsaac.

Nie zdążyłem zapoznać się ze studentami, bo byli o wiele młodsi i cały kontakt ograniczył się do paru zdawkowych konwersacji. Mój angielski był szczątkowy, oparty głównie na tytułach piosenek rockowych i pewnych fragmentach tekstów niektórych utworów. Chodząc na wykłady, tylko po to by się z językiem osłuchać, musiałem walczyć z dwoma przeciwnościami – zmianą czasu, która trzymała mnie około miesiąca (tzw. jet lag) i nader ograniczonym zrozumieniem tego co wykładowca mówi. Owe dwie, uparte przeciwności, doprowadzały do ucinania okresowych drzemek w poszczególnych audytoriach. Ich wielkość mnie ratowała, przed odkryciem przez profesora, że przysypiam. Obawiałem się także, iż mogę zacząć chrapać, co zdarzało mi się jedynie po okresach wielkiego przemęczenia. Na szczęście takiej plamy nie dałem ani razu.

W MacIsaac Hall miałem indywidualny pokój, z szafą, regałem, biurkiem, wygodnym łóżkiem i wnęką na umywalkę. Standard ogólny był o wiele wyższy od tego znanego mi z peerelowskich akademików. Brodząc po Internecie znalazłem wiadomość, iż ów jeden z najstarszych i najbardziej popularnych na kampusie akademików (otwarty 1967 roku), zostanie zamknięty z powodu paru skandali zaszłych w ostatnich latach. Najpierw usunięto z akademika wszystkich studentów drugiego roku (jak pamiętam to rzeczywiście oni i pierwszoroczniacy byli bardzo rozrywkowi i tęgo popijali. Akademik zwano „The Jungle”, czyli dżunglą). Potem odwołano tradycyjny mecz hokeja (rozgrywany od 39 lat i zwany BurMac) pomiędzy dwoma akademikami – Burke i MacIsaac, ponieważ nie dość, że kibice zaczęli demolkę na hokejowej sali, to przenieśli ją później do akademików. MacIsaac był znany z nader rozrywkowych i do tego głośnych przyjęć. Gwoździem do trumny był kontrowersyjny i zaciekle dyskutowany w środowisku studenckim artykuł o przemocy seksualnej w tym akademiku. Dodatkowo spadła ilość studentów pierwszego roku i było podejrzenie, iż wiele pokoi będzie w nim niezamieszkałych. Akademik otworzą ponownie we wrześniu 2018.

Od końca marca 1984 zaległem w nowym akademiku – MacNeil, otwartym w 1969 roku, z 66 miejscami dla studentów zagranicznych; z kuchnią i małą jadalnią w oficynie, gdzie pitrasili sobie narodowe potrawy. Mój pokój (na zdjęciu trzecie okno na piętrze, od lewej)

miał wspólną łazienkę w korytarzu, lecz na szczęście na moim piętrze nie wszystkie pokoje były zajęte i nie trzeba było stać w kolejce do prysznica. W akademiku mieszkali ludzie z Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej. Przebywałem z nimi do końca maja i ponownie, od września do ich wyjazdu, w listopadzie 1984.

Końcówkę maja i część czerwca mieszkałem razem z Piotrem w drugim domu profesora (później prowadziłem tam od końca czerwca B&B) i stamtąd jeździliśmy do pracy na sadzenie drzew. Najcięższej pracy w mym życiu. Dzień za dniem był podobny – 5.30 pobudka, o szóstej przed hokejową halą, skąd zabierali nas furgonetkami (12 osób plus kierowca) kilkadziesiąt kilometrów dalej do lasu. Od ósmej sadzenie, przerwa na lunch, dalsze sadzenie. Każdy pojemnik miał 25 sadzonek. Praca była ośmiogodzinna, a zarazem na akord. Więcej sadzonek posadziłeś, więcej zarabiałeś. Do domu wracaliśmy około osiemnastej. Prysznic i przygotowanie posiłku. Jedliśmy na dwóch talerzach – na jednym ziemniaki z warzywami, na drugim mięso. Taki mieliśmy apetyt po pracy na powietrzu. Po posiłku ogarniała nas senność, ale koło dwudziestej odzywał się telefon i żartobliwy głos oznajmiał:. „Hallo Polaks. Peter, Chris, czekamy na was”. I szliśmy do tawerny, gdzie już siedziała nasza ekipa z postronnymi i zaczynało się picie piwa, rozmowy i granie w bilard. Do domu docieraliśmy grubo po północy. O 5.30 pobudka, pod arenę, do furgonetki w której natychmiast zasypialiśmy i powtórka programu…

W jednym tygodniu dopadły nas czarne muchy i to był obłęd. Pracowaliśmy zakutani w chusty, z maskami siatkowymi na twarzy, w rękawiczkach, wszędzie szczelnie zapięci. Muchy cięły nas przez chusty w krawędzie uszu. Gdy spojrzałem na innych, widziałem jak nad ich głową unosiła się chmura muszek. W czasie lunchu, by nas nie zżarły żywcem, paliliśmy ognisko ze świeżych gałęzi jodeł i świerków, co skrywało nas w chmurze dymu. Po trzech dniach, po powrocie z pracy słyszeliśmy bzyczenie tych muszek wszędzie – w aucie, podczas obiadu, a nawet pod prysznicem. Po dwóch tygodniach sadzenia spuchła mi ręka. Półtorakilogramową żelazną lagę, zakończoną tulejką, trzeba było wbić w grunt, nieraz z ukrytymi kamieniami (wtedy przez rękę przechodził jakby prąd), wyciągnąć i w to puste miejsce wsadzić sadzonkę. Szło się wzdłuż linii wyznaczonej sznurkiem, lagę w grunt, sadzonkę za kark, schylenie się, wsadzenie jej z utwierdzeniem – przybiciem stopy z obu stron drzewka, wyprostowanie i następna sadzonka. I tak codziennie przez osiem godzin. Doktór zabronił mi pracować, przynajmniej przez tydzień. Wysiadały większe chłopy ode mnie, nawet dwa byki z drużyny futbolowej się poddały. Byłem jedynym, który powrócił na końcowy tydzień sadzenia. Dzięki temu, że po tygodniowym wypoczynku nie byłem śpiący, uratowałem ludzi przed wypadkiem, bowiem zauważyłem, że nasz kierowca zasnął. Jeden z pracowników go zastąpił. Mam satysfakcję – posadziłem dla Kanady paręset drzew. I mam nadzieję, że rosną zdrowo.

Lipiec i sierpień pracowałem w B&B, co mi świetnie pomogło w nauce angielskiego. Jak już wspominałem, z moimi gośćmi rozmawiałem o sytuacji w Polsce, musiałem im wiele tłumaczyć, włącznie z zasadami postępowania komuny, a nawet zagłębiałem się niejednokrotnie w zawiłości historii Europy. Wtedy się przekonałem, jak bardzo szczątkową wiedzę historyczną i geograficzną mają zarówno Amerykanie, jak i Kanadyjczycy. I jacy są bezpośredni i wręcz w wielu wypadkach naiwni. Lecz ta naiwność jest często połączona z uczciwością, z przychylnością i szacunkiem, co mnie bardzo ujmowało.

We wrześniu serdeczne powitanie ze starymi znajomymi w MacNeil. Naprzeciwko mojego pokoju był korytarzyk z wejściem do dużej sali telewizyjnej, gdzie z boku stał stół do ping ponga, przy którym stoczyłem sporo meczy z moimi nowymi kolegami. Z sali telewizyjnej prowadzą drzwi na wewnętrzne podwórko, będące na małym wywyższeniu.

W głębi następny budynek – MacDonald Hall, gdzie studenci z mego akademika chodzili na niektóre wykłady Instytutu Coady i korzystali tam z małej biblioteki.

Żartowaliśmy, że idziemy na hamburgera wiedzy do MacDonalda. Z tej biblioteki mam jedyne zdjęcie z mym pierwszym kanadyjskim przyjacielem Markiem Macdonaldem (jestem po lewej), z którym  od lat nie mogę się skontaktować.

Ponoć żyje w Nowej Fundlandii. Lubiłem jego wrażliwość i poczucie humoru. Na Jaruzelskiego mówił Pinoczelski, a mnie przedstawiał jako starego Szkota – MacKapstick (jak już pisałem, dopiero w trakcie tej podróży odkryłem skąd się to wzięło). Był refleksyjny i miał chęć uzupełniania swojej wiedzy, wypytując mnie wielokrotnie o sprawy Europy i Polski. Czasami mieliśmy niezłe odjazdy popijając i popalając tzw.nielegalne materiały, ale byliśmy dorośli i odpowiadaliśmy za siebie.

Na wspomnianym podwórku, w końcu kwietnia 1984 roku, wczesną nocą leżałem na rozłożonych na ziemi dwóch kocach (było wciąż zimno), chłonąc rozgrywające się nade mną widowisko – wspaniałą i mocarną zorzę polarną. Zaczęła się pełnią kolorów o zmierzchu, potem przemieniła się w jasne światło podobne neonówce i przez czaszę nieba przechodziły koliste lub podłużne fale, sprawiające wrażenie dreszczy. Byłem całkowicie tym zafascynowany, bowiem pierwszy raz w dorosłym życiu widziałem zorzę. Mgliście pamiętam inną, bardzo małą, z dzieciństwa w Sopocie. Patrząc na „żyjące” niebo, można pojąć dlaczego Eskimosi i Indianie z dalekiej północy traktowali zorzę jako jedno z bóstw.

Okno mojego pokoju wychodziło na otwartą przestrzeń z wielka łąką. Po zorzy przyszło raptowne ochłodzenie (od tamtego momentu nauczyłem się, że każdorazowo po zorzy przychodzi następnego dnia spory spadek temperatury, nawet latem, utrzymujący się przez co najmniej 48 godzin), po nim burza śnieżna, ów wspomniany wcześniej – blizzard. Wiatr nawiał i nieźle ubił śnieg, do wysokości mego okna na pierwszym piętrze, tworząc długi, biały stok. Wielu moich kolegów z akademika widziało śnieg po raz pierwszy w życiu. Wymyśliłem im zabawę – z otwartego okna mego pokoju zjeżdżaliśmy na plastykowych miednicach. Bawiliśmy się jak dzieci. Zresztą generalnie Murzyni z Afryki mają w sobie zachowane dziecko, jakąś chłopięcą radość istnienia.

Z niektórymi mocno się zaprzyjaźniłem i dobrze ich pamiętam do dzisiaj. Szczególnie tych z Południowej Afryki, ludzi bystrych i sympatycznych, którzy długo dyskutowali ze mną na temat „Solidarności”. Przede wszystkim nurtowała ich kwestia zasadnicza – rozwiązać problem apartheidu przemocą czy drogą pokojową? Dyskusje były długie i nieraz ostre, bo zdania podzielone. Ale chyba ich przekonałem, że bardziej rozsądna jest droga pokojowa, ta za którą opowiadała się „Solidarność”. Wielkie wrażenie na wielu z nich wywarła śmierć księdza Popiełuszki i to jak się zachowało wtedy polskie społeczeństwo. I w parę dni później wiadomość o przyznaniu pokojowej nagrody Nobla dla Desmonda Tutu. Na zorganizowanej w połowie listopada uroczystości, w kaplicy uniwersyteckiej, jedynymi białymi byli: anglikański pastor, Kanadyjczyk Jim, który spędził kiedyś parę miesięcy w Nigerii i ja. Wygłosiłem krótką przemowę mówiąc, iż cieszę się, że po Wałęsie następną nagrodę pokojową otrzymał Tutu, bo obaj dążą do celu metodami pokojowymi. Obaj są spadkobiercami idei Gandhiego. I pastor zarządził krótkie modły w intencji Wałęsy i Solidarności. Ciekawe jaką minę miałby pastor gdyby dowiedział się, iż niejaki Mariusz Bechta (pracujący teraz w IPN), w 1993 roku, przy bramie głównej Uniwersytetu Warszawskiego wywiesił transparent „Chwała Januszowi za celne strzały”, organizując akcję solidarności z Januszem Walusiem, mordercą, który zastrzelił Chrisa Hani’ego, jednego z przeciwników apartheidu. No cóż, Hani był liderem partii komunistycznej w Południowej Afryce, co – według wielu Polaczków – automatycznie go odczłowiecza.

Poza poważnymi sprawami nauki i dyskusji politycznych, spędzaliśmy pewien czas na rozrywkach i relaksie. Nie zapomniana jest dla mnie scena, gdy któregoś dnia rozległo się pukanie do mych drzwi i kiedy powiedziałem „proszę”, drzwi się otwarły, a że na korytarzu wysiadło światło, nikogo nie spostrzegłem. Lecz nagle w ciemnościach błysnęły olśniewająco białe zęby i rozległy się zniekształcone, polskie słowa – „Kszyszek, chodż na pyfo”. To był Walter z Południowej Afryki, który wraz ze swymi rodakami – Lazarusem i innym Walterem, wraz z żoną Nakatindi (jaka to była przystojna para), zabierali mnie na piwo. A wiedząc, że groszem nie śmierdzę – poprzez pożyczkę z banku opłaciłem akademik i jedzenie w stołówce i wtedy żadnego kieszonkowego, ani możliwości dorobienia, nie miałem (tak według Kanadyjczyków wyglądało stypendium, które otrzymałem) – zabraniali mi płacić. W ogóle podejście do pieniędzy mieli całkowicie odmienne. Kiedyś, gdy nie miałem nawet na kopertę i znaczek, podszedłem do nich, kiedy siedzieli przy stole i do Donatusa z Nigerii, zwróciłem się półgłosem z prośbą o pożyczenie paru dolarów. Bez słowa wyciągnęło się w górę parę rąk z różnymi banknotami – od 5 do 20 dolarów. Każdy chciał bym od niego wziął pieniądze. Broniłem się, tłumacząc, że potrzebuję tylko paru dolarów i będzie mi trudno od razu oddać. Wtedy Roosevelt z Ugandy, do którego zwracałem się per Mister President, co ogromnie bawiło pozostałych, powiedział; „Słuchaj, po pierwsze bierz. Po drugie, kto cię prosi o oddanie! Jak ktoś z nas będzie potrzebował, wtedy będziesz mógł się zrewanżować”.

Na piwo jeździliśmy taksówkami, mowy nie było na piechotę. Oczywiście nie do lokalnych knajp – Tavern i Gael, bo wiedzieli, że na czarnych tam wciąż krzywo patrzą, a nadto poziom nie ten. W piątki i soboty przypominało to nieco spelunę, tym bardziej, że wtedy wszyscy palili papierosy na potęgę. Jechaliśmy do hotelu, gdzie w eleganckiej restauracji zamawialiśmy piwo i przekąskę. A potem płacenie przez nich, włącznie z wręczaniem napiwków kelnerom. Białym!!! Trzeba było to widzieć, jak tam dostojnie się zachowywali i jak wewnętrznie radowali, że obsługują ich biali i że siedzą z białym. Coś kompletnie niemożliwego w ich kraju. Całkowicie rozumiałem ich drobne i większe satysfakcje. Nabierali zwykłego, ludzkiego wymiaru, godności i normalności.

Dwukrotnie zaprosili mnie na swoje przyjęcia, z tańcami i popijaniem. Głów tęgich nie mieli i gdy sobie popili buzowała z nich jakaś, hm, jak to nazwać? może gejzerowatość. Napity, krąglutki Amadeo z Sudanu przekonywał mnie, że w niedługim czasie po powrocie zostanie ministrem. „Zobaczysz. Jak zostanę to cię zaproszę do siebie” podkreślił parę razy. Godsfrey z Ugandy, też równo podpity, zwierzał mi się, że jestem pierwszym białym, którego nawet lubi. Widząc mój nieco zaskoczony wzrok, wyjaśnił mi dlaczego i przy tym co pewien czas łzy stawały mu w oczach i zgrzytał zębami. Codziennie, jako mały chłopak szedł po swoją 14-to letnią siostrę, która pracowała u jakiegoś Anglika. Wracała zapłakana, bo Anglik ją regularnie gwałcił. „ A ja tylko zaciskałem pięści i coraz bardziej nienawidziłem białych. Wszystkich!”.

Na jednym z przyjęć zatańczyłem ze śliczną Julią z Kenii i po raz pierwszy w życiu poczułem jak ciało kobiety wibruje w tańcu. A kiedy zatańczyłem z inną pięknością, z Ugandy, i to tzw. pościelówę, w połowie tańca wymknęła mi się z rąk i uciekła. To był jej pierwszy w życiu taniec z białym i dodatkowo strasznie się krępowała, co sobie pomyślą inni. Z Julią poszliśmy kiedyś na długi, jesienny spacer i stojąc na moście rzucaliśmy patyczki na wodę, według zasad z „Kubusia Puchatka”, wypowiadając przy tym swoje życzenia na najbliższą przyszłość. Jaka to była mądra i kulturalna, powabna i łagodna dziewczyna. Przebywanie w jej towarzystwie było czystą przyjemnością.

Fred z Zambii, niemal w moim wieku (wylądowałem w Kanadzie mając 38 lat) przyjechał na studia w parę miesięcy po stracie syna. Bardzo spokojny, ciepły człowiek. Nie zapomnę jego opowieści o wężu boa, gdy rano odkrywa się jego obecność w domu, gdzie skrył się przed niższą temperaturą nocy. Bierze się paręnaście miseczek, napełnia mlekiem i rozstawia w domu aż do wyjścia na dwór. Boa uwielbia mleko i pełznie od jednej miski do drugiej, by znaleźć się po pewnym czasie na podwórku. Także z zainteresowaniem słuchałem o obyczajach afrykańskich. Gdy idzie się drogą przez busz, pomiędzy wioskami lub miasteczkami, przy każdym napotkanym człowieku następuje ceremoniał powitania, a następnie wdanie się w rozmowę. Rozmowa jest na siedząco lub w kucki, nie do pomyślenia jest kilka zdawkowych słów na stojąco i pójście swoją drogą. Poza wymianą informacji o samopoczuciu, rodzinie, kłopotach i radościach, napotkani wymieniają się też użytecznymi informacjami, dotyczącymi pracy, handlu lub bezpieczeństwa.

Jacy są czarni Afrykańczycy (używam słowa czarni, bo w Afryce mieszka sporo Arabów i Hindusów), przekonałem się przed pierwszymi egzaminami na początku listopada. Miałem piekielny stres z powodu egzaminu z komputerów, na dobitkę połączonych z elementami ekonomii i matematycznych obliczeń. Nie tylko kompletna nowość w postaci komputera, ale ta matematyka, moja pięta achillesowa przez całe życie. Próbowałem się wgryźć w zrozumienie zasad, lecz bezskutecznie. Kompletny mętlik. Popadałem w rozpacz, co widzieli moi czarni koledzy, bo czasem uczyłem się w sali telewizyjnej. Przychodzili i pocieszali mnie, ale niewiele to pomagało. Któregoś dnia zeszyt ze wszystkimi notatkami, podstawa do egzaminu, zniknął. Gdzieś go posiałem, szukałem ze dwa dni i zrezygnowałem. Postanowiłem ten egzamin odpuścić i skupić się nad czterema pozostałymi. Jeden czy dwa egzaminy można było oblać bez zbytnich konsekwencji. Nie istniały poprawkowe, tak jak nie istnieje pozostawanie na drugi rok w tej samej klasie w szkołach.

Po egzaminach, gdy oblałem właśnie ten jeden – z komputerów, siedzieliśmy w parę osób w sali telewizyjnej. W pewnym momencie Walter powiedział do Lazarusa „ już można”, ten poszedł do swojego pokoju i przyniósł mi ów zagubiony zeszyt. „Gdzie go znalazłeś?” – spytałem. A on: „Nie znalazłem. Myśmy ci go schowali, bo nie mogliśmy patrzeć jak się męczysz i denerwujesz”. W spisku brał także udział wspomniany uprzednio Salu z Zachodniego Samoa.

Parę słów o Etiopczykach, którzy mieli w tym czasie na karku bandziora Mengistu o totalitarnych ciągotach, sympatyka ZSRR i innych demoludów, które ich bezlitośnie łupiły i ośmieszały. Zanim podam przykłady, chciałbym ujawnić coś bardzo charakterystycznego dla wszelakich reżimów, czyli strach obywatelski. Ten niekiedy przypominał zamierzchłe czasy stalinowskie w Polsce. Kiedy byłem z jakimś Etiopczykiem sam na sam, udawało mi się trochę od niego wyciągnąć, co się tam naprawdę dzieje. Wystarczyło aby otworzyły się drzwi i wszedł inny Etiopczyk – koniec tematu i niezręczne milczenie z szybkim przejściem na obojętne sprawy. Nikt nie wiedział kto w tej grupie jest „uchem” władzy. Tylko francuski ksiądz mieszkający od lat w Etiopii, raz opowiedział mi, nader oględnie, jak tam jest. Jaki reżim, lęk, głód (to był czas owego słynnego koncertu Live Aid Africa) i korupcja, wojna domowa z Erytreą. Jak są wykorzystywani przez demoludy – z NRD podesłali im traktory, które rdzewieją na polach, bo nie tylko nie ma części zamiennych, ale były niemal z demobilu. Podobnie z maszynami rolniczymi z Polski, a z ZSRR idzie głównie broń. I potwierdził to, co usłyszałem wcześniej od Rysia Kapuścińskiego – ZSRR wysyłała broń do obu stron konfliktu w Ogadenie. Każdy konflikt w Afryce, w latach 70-tych i 80-tych, był związany z przeciąganiem na swoją stronę – amerykańską lub komuchową, bo poza ZSRR zaangażowane były w to inne państwa tzw. demoludów. A szczególną rolę pełnili Chińczycy, teraz nieporównanie większą.

Był też w tej grupie ludzi ktoś całkowicie odmienny od innych. Mały Somalijczyk, wiecznie popluwający, który kiedyś z dumą pokazał mi swoje trzy paszporty – somalijski, etiopski i kenijski. Podpadł mi całkowicie, gdy na wieść o terrorystycznym zamachu na samolot, niemal tańczył z radości przed telewizorem. Był pełen nienawiści i zaciekłego jadu. Pozostali ledwie go akceptowali, miał tylko jednego zaprzyjaźnionego kolegę z Kenii.

30 listopada odbyło się pożegnalne party studentów z Coady. W parę dni później podjechały szkolne autobusy, by ich zabrać na lotnisko w Halifax, skąd via Toronto odlatywali do swoich krajów. I miałem wielką satysfakcję, gdy podczas odjazdu, z wąskich okien autobusów wysunęły się palce w charakterystycznym znaku „V” i rozległy okrzyki „szolidarnosz, szolidarnosz”. Zostało zaledwie parę osób, zrobiło się pusto i nieco smętnie i tak było do maja 1985, kiedy znów przeprowadziłem się do biznesowego domu profesora, by rozpocząć w czerwcu nowy sezon obsługi turystów.

Jeszcze trochę o uniwersytecie… Akademik w którym poprzednio spaliśmy – O’Regan Hall, oddany do użytku w roku 2013, może pomieścić 150 studentów w pokojach pojedynczych i apartamentowych. W dwa lata później oba nowe akademiki (O’Regan i Riley) zostały wybrane jako najlepsze w całej Kanadzie. Każdy pokój ma własną łazienkę, lodówkę, mikrofalówkę i płasko-ekranowy TV. Każde piętro posiada kompletnie wyposażoną kuchnię; jest sala do ćwiczeń, pralnia, mała sala kinowa i na czwartym piętrze wielka sala wypoczynkowa ze szklanym sufitem i ogromnymi oknami. Każdy z tych budynków posiada system ogrzewania i chłodzenia poprzez zasilanie z 26 geotermalnych studni.

Od wielu lat uniwersytet lokuje się w czołówce kanadyjskich uczelni. W kanadyjskim magazynie, Maclean’s, znalazłem w październiku 2017 artykuł o StFX, opisujący zajmowanie od dwóch lat czołowego miejsca pośród innych wyższych uczelni kraju, w specyficznej dziedzinie, aczkolwiek tak mile powiązanej ze studenckim życiem – organizacji przyjęć. Studenci StFX bawią się przeciętnie 8 godzin w tygodniu, podczas gdy średnia krajowa wynosi 3,5 godziny. Przynosi to zarówno pozytywne, jak i negatywne opinie o uczelni. Życie towarzyskie jest tu wysoko cenione, ale nauka i zajęcia sportowe także. Artykuł przytacza parę danych, m.in.tutejsi studenci wydają niemal 30 dolarów tygodniowo na alkohol, najwięcej w całym kraju; 28% nie pije w ogóle; większość studentów wydaje około 600 dolarów w roku akademickim (wrzesień- maj) na alkohol. Przypomniałem sobie opowieść Piotra, jak starsi studenci uczyli go powrotu na kampus, z popijawy w miejskich tawernach. Azymutem była wysoka wieża kościoła, widoczna z różnych punktów i to z daleka.

Sławny jest, od 1942 roku, specjalny pierścień, który nabywają absolwenci uczelni – X ring. Kosztuje od 585 (srebrny) do 1500 dolarów (złoty) i jego właściciele rozpoznają się po nim na całym świecie.

Zdjęcie z Internetu

Jeszcze sławniejsi są niektórzy absolwenci Saint Francis Xavier: politycy, muzycy, członkowie wyższej hierarchii kościelnej, aktorzy, naukowcy, adwokaci czy sportowcy, m.in. z najbardziej znanych, Brain Mulroney – premier Kanady, Angus L. Macdonald – premier Nowej Szkocji, Frank McKenna – premier Nowego Brunszwiku, dziennikarze Linden MacIntyre czy Seamus O’Regan i pisarz Alistair MacLeod. Jest tam także swoisty rodzynek – Sam Webb, szef Komunistycznej Partii USA w latach 2000-2014, który odciął się zdecydowanie od idei marksizmu-leninizmu określając ją jako chorą ideologię. Partia ta ma obecnie pięć tysięcy członków. Jeśli ktoś chciałby zobaczyć wygląd uniwersytetu i posłuchać wypowiedzi studentów polecam tę stronęhttps://www.stfx.ca/student-life/residence-life

Korzystając z pięknej pogody postanowiliśmy pojechać na inną plażę. Po drodze zapragnąłem najpierw odszukać mój B&B znając już jego adres – 5 Tigo Park. I znów ta przepaść 33 lat. Ogromne zmiany – dom przebudowany, wyładniał, nabrał wdzięku i przytulnie zarósł.

Obok starych drzew pojawiły się nowe i pnące rośliny przy płocie, którego wtedy nie było. Wszedłem kawałek do ogrodu, nie chciałem naruszać czyjegoś terytorium; ów dom kupił od profesora rektor uniwersytetu. Trawnik, który regularnie strzygłem pozostał, tak jak mały, cienisty zagajnik na wzgórzu za domem.

Najbardziej mnie zdziwiło zniknięcie solarnych paneli z dachu. W okolicy powstało tak wiele nowych, niektórych bardzo pięknych domów,

że bez adresu trudno byłoby mi odnaleźć miejsce mojej byłej pracy. Mam sentyment do tego miejsca, bo poznałem tam wielu ciekawych ludzi, miałem tyle interesujących rozmów ale, jak mówią, to już całkiem inna historia…

Jechaliśmy wpierw czerwonawą szosą wzdłuż krawędzi lasu.

Plaża jest paręnaście kilometrów od miasta, koło starej osady Akadyjczyków – Pomquet,

nad urozmaiconą zatoką George’s. Po drodze mijaliśmy małe domki nad jeziorami

i wygodna droga doprowadziła nas na parking przy plaży.

Obok parkingu stoją kabiny sanitarne, gdzie się można przebrać. Cała okolica ładnie zagospodarowana, tablica z aktualnymi informacjami o warunkach pogodowych.

Były też dwie inne, które nas nieco poruszyły. Jedna o trującym bluszczu (poison ivy), szczególnie niebezpiecznym dla alergików i ostrzeżenie o kleszczach. Tutaj też się rozmnożyły w ostatnich latach.

Na plażę idzie się długim drewnianym pomostem,

z którego przy końcu widać atlantycką zatokę.

A także informację o ochronie wydm z powodu gniazdowisk siewki (piping plower).

Plaża rozległa, lecz na niej zbyt dużo ostrych kamieni, także na samym brzegu przyboju. Mała zatoka po lewej,

za nią następna, większa

i na jej końcu, na górzystym półwyspie, zwanym Głową Mnicha,

jest mały ośrodek Chez Deslauriers, prowadzony przez ochotników ze Stowarzyszenia Rozwoju Pomquet. Stary, XIX-to wieczny dom został nieco przebudowany i mieści dziś mini muzeum i małą restaurację, otwartą w sezonie (lipiec i sierpień), tylko w piątki (od 11 do 14-tej). Co roku, 7 sierpnia i 11 września odbywa się spotkanie, przy obiedzie składającym się z homarów plus grille na zewnątrz, występy muzyczne na małej scenie i wyprzedaż lokalnych rękodzieł.

Dalsza część zatoki rozciąga się w prawo,

z główną plażą i ciągiem wydm na zapleczu.

Na wprost mieliśmy cumulusy, płynące jak zwykle ku wieczności.

Seweryn czytał coś na tablecie, ja pod czujnym okiem ratownika

chlupnąłem do Atlantyku. Od razu czuję się zasolenie i gęstość tej wody. Była chłodna i ożywcza. Kondycja do pływania zdechła zupełnie. Potwornie się zaniedbałem w ostatnich 5 latach. Muszę zabrać się za siebie, żeby jakoś pociągnąć parę lat do przodu. Po kąpieli w sandałach poszedłem na spacer wzdłuż zatoki, koło dwóch kilometrów w jedna stronę.

Nie ma tutaj czegoś tak niebezpiecznego jak tzw. prąd ściągający, który jest na przykład przy plaży w Inverness. Ten prąd zaskakuje pływaka i ściąga go gwałtownie na pełne morze. Ratunkiem jest najpierw poddanie się jemu, później płynięcie równoległe do plaży, a po przekroczeniu strefy załamania prądu, zmierzanie już wprost do brzegu. Nie zdarza się aby pływaka ściągnęło w dół, lecz jeśli zacznie płynąć wprost do brzegu walcząc z prądem, osłabnie i może sprowokować nieszczęście.

Kiedy wracałem ze spaceru, nagle przypomniał mi się pisarz Malcom Lowry, wrażliwy człowiek, uzdolniony alkoholik, z niesamowicie trzeźwym spojrzeniem na innych i generalnie na życie. Być może dno butelki działa czasem jak soczewka powiększająca, często z zadziwiającą ostrością. Odnalazłem jego poemat „This Bitterest Coast”. Różnie można ten tytuł tłumaczyć, lecz chyba najbliższym stanu ducha Lowry’ego będzie – „Ten gorzkawy brzeg”, bo Lowry od lat balansował na krawędzi i w jego refleksjach, nawet tych najpogodniejszych, zawsze tkwi ziarenko goryczy w przeczuciu nadchodzącej nieuchronności losu – starości, przegrania z samym sobą, śmierci… W poemacie jest fragment podsumowujący nasze wspólne – Seweryna i moje – spotkania z oceanem.

This is the end but since it is the end,

You are happy at least in this one certainty,

As you were in the eternity

Of childhood’s blue summer with seagull and yacht for friend,[…]

Oto już koniec lecz koniec powiela

Twe szczęście przynajmniej dla jednej pewności

że byłeś w wieczności

Niebieskiego lata dzieciństwa z mewą i jachtem dla przyjaciela

(tłumaczenie własne)

Jadąc do miasta minęliśmy wapienne wzgórza

i przejechaliśmy koło pamiętnej dla mnie górki zwanej Cukrowy Bochen (Sugarloaf), pamiętnej, bo pragnąc tam wejść na szczyt (104 metry n.p.m.), zostałem po drodze zaatakowany przez byka i był to jeden z najszybszych biegów w mym życiu, połączony z desperackim skokiem w dół na piaszczyste urwisko. Z Piotrem snuliśmy marzenia, że można by tam otworzyć ośrodek narciarski ze świetnym zjazdowym stokiem.

Póki co, nikt nie wpadł na ten pomysł, natomiast jest to ulubione miejsce dla rowerzystów górskich, na przeszło 8-kilometrowej trasie z niezłymi trudnościami technicznymi. Zresztą zobaczcie:   https://www.pinkbike.com/video/254909/

Jak zwykle robię sporo zdjęć przez przednią szybę auta, co jest lekkim zafałszowaniem koloru, bo szyba ma u góry przyciemnienie. Z kolei przy otwartej szybie bocznej, wychodzą zdjęcia w ruchu – pierwszy plan niejednokrotnie zamazany, choć czasami daje to ciekawe efekty. Co nas obu najbardziej zdumiewa to czystość przedniej szyby, bowiem owady jakby zniknęły. Już wcześniej rozmawialiśmy o tym, że nie tną tak jak dawniej komary. Niby ulga, ale zarazem coś zadziwiającego. Gdzie się liczne muszki i komary podziały? Przecież tutaj jest tyle wody, w tym liczne moczary, bagna i trzęsawiska.

W mieście wpadliśmy do innej restauracji, „Maritime”, naprzeciw niej piękny, stylowy dom, typowy dla Nowej Szkocji.

I bez wiszących drutów na froncie, bo w innych miejscach absolutnie nie da rady zrobić porządnego zdjęcia.

W restauracji zjadłem świetnie przyrządzone owoce morza, zapiekane w serze, plus sałata i kielich schłodzonego, chilijskiego wina Chardonay. Obsługiwała nas młoda, ładna kelnerka, lokalna dziewczyna, studiująca na StFX. Gdy powiedziałem jej, że byłem na tym uniwersytecie, od razu zapytała gdzie mam pierścień z X. Znak rozpoznawczy działa i ma się dobrze. Wytłumaczyłem jej, że spędziłem na uniwersytecie tylko jeden rok. Gdyby nie problemy z D. (jak to dobrze, że jej tutaj nie ściągnąłem, to byłaby dopiero katastrofa), skończyłbym w trzy lata studia i zajął się pracą naukową, będąc wykładowcą na tym uniwersytecie. Miałem pełne szanse, ba, sugerowali mi to. Lecz czy ja się nadaję na naukowca? Śmiem wątpić. Czy wtedy bym poznał na przykład Patagonię? Czy spędziłbym tyle wspaniałych dni z moimi wdzięczątkami w Loretto i uczniami polskiej szkoły? Coś tam jest z góry pisane lubo głos wewnętrzny popycha nas – raz delikatnie, a innym razem zdecydowanie – w różnych kierunkach, które – tak, teraz to wiem i mam świadomość – są na ogół zgodne z temperamentem, charakterem, pasjami i strukturą genową. Po takowym popchnięciu pozostaje jeszcze kwestia wyboru. Częściowo jako wolna wola, częściowo jako zaistnienie splotu okoliczności.

Wracając poprosiłem Seweryna byśmy przejechali koło hali hokejowej skąd jeździłem na sadzenie drzew

i potem koło tawerny „Split Crow”, w której spędzaliśmy upojne wieczory.

W tejże tawernie, bardzo sympatyczny kierowca furgonetki, po moim powrocie do pracy przy sadzeniu drzew, powiedział „Wiesz, nie wierzyłem, że wrócisz. Na krzepkiego nie wyglądasz. No, ale teraz przynajmniej wiem czemu tak się zacięcie naparzacie z komuną. Pewnie wygracie”.

Wspomniałem uprzednio tawernę w centrum, zwaną teraz „The Piper’s Pub”, która ponoć wciąż jest modna wśród studentów. Tam odbyło się pożegnalne party ludzi sadzących drzewa. Dla nich, przy panującym w miasteczku bezrobociu, była to jedna z nielicznych okazji dla zarobku. Aż mi było czasami głupio, że komuś z miasta odebrałem pracę. Nawiązałem z nimi serdeczny kontakt i starałem się być uczynny. Właściciel tawerny podał nam tak skandalicznie twarde befsztyki, że nie nadawały się do ugryzienia, a także przeżucia. Co prawda jedzenie było na koszt szefa od sadzenia (płacił niskie uposażenia), lecz głównie skupiliśmy się nad wypróżnianiem kolejnych tzw. pitchers, czyli wielkich dzbanów zawierających około dwóch litrów piwa. Do naszego party dołączyli potem lokalesi i popłynęliśmy ostro. Po północy zaczęły się zabawy Wikingów, a to kto wypije cały pitcher nie odrywając go od ust, a to siłowanie się na ręce, a ja będąc w tym czasie młodzianem szczupłym, demonstrowałem ludności tzw. poziomkę, czyli opierając się tylko na rękach, umieszczałem całe swe ciało równolegle do powierzchni stołu, niemal jak rasowy gimnastyk. Jeden mocno podpity osobnik też chciał spróbować, a ja łajdak jeszcze go podpuściłem, że na pewno da rady. Skończyło się wielkim upadkiem, włącznie ze stolikiem i zastawą, co stało się tzw. ostatnią kroplą goryczy i właściciel zaczął nas wyganiać. Jakie tam były rozróby i jaka atmosfera może zaświadczyć zdjęcie z tamtych czasów, które przypadkowo odkryłem na Internecie. Szkoda, że tylko jedno…

Wróciliśmy do hotelu i poszliśmy do pralni. Tam Seweryn znów w konfuzji wielkiej, na poziomie zagubionego chłopczyka, bezradny i spięty. Nie wiedział jak obsłużyć pralkę. Cena pralki była w miarę przyzwoita, ale suszarka była jednym, wielkim skandalem – 25 centów za 4 minuty. Zużyłem dolara i 75 centów i ciuchy dalej były wilgotne. Rozwiesiłem je do suszenia w hotelowym pokoju.