Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

23 kwietnia, 2014 Temuco – Los Angeles – Concepción

Temuco

Po śniadaniu postanowiliśmy od razu spakować się i pozostawić na pewien czas auto na parkingu hotelowym, na co portier wyraził zgodę bez żadnych problemów. Zrobiłem zdjęcie Nissanka oblepionego wulkanicznym błotem z wczorajszej wyprawy, ze stojącymi obok moimi dwoma walizkami, które od 14 lat targam ze sobą po świecie.

161m

161n

Niedaleko naszego auta, na masce innego, zaległy dwa bardzo dostojne koty.

161o

Wychodząc strzeliłem fotkę frontu hotelu na długą rzeczy pamiątkę.

161p

Ponieważ mieliśmy do Los Angeles tylko 150 km, powędrowaliśmy poprzez znajome ulice i place, mijając dwa miejscowe uniwersytety, jeden państwowy – Universidad de La Frontera, drugi prywatny – Universidad de Aconcagua.

161r

161s

Frontera założona w 1981 roku ma około 9 tysięcy studentów, wśród nich wielu wywodzących się z Mapuczów. Jest subsydiowana z pieniędzy rządowych i ma cztery specjalistyczne wydziały: Medyczny, Edukacyjny, Rolniczy i Inżynieryjny.

Chile jest podzielone na 15 regionów, którym  pozostawiono sporą swobodą podejmowania decyzji i różnorakich działań. Region IX ma około 750 tysięcy mieszkańców, w tym 40% żyje na wsiach. Z kolei 60% ludzi żyje w biedzie a co za tym idzie nie ma dostatecznej opieki lekarskiej. Zgodnie z tradycją chilijską rząd regionu jest odpowiedzialny za opiekę medyczną (również za edukację). Prywatne usługi medyczne są dopiero w stadium początkowym. System opieki podzielony jest na na parę poziomów usług, lecz podobnie jak w wielu miejscach na świecie, jest długie oczekiwanie na specjalistów, a szpitale są przepełnione. Dlatego w Temuco rozpoczęto specjalne przedsięwzięcie zwane UNI Project, który w powiązaniu z wydziałami studiów medycznych, wspomaga system oficjalny. Dzięki temu udziela się pomocy medycznej nie tylko w mieście, ale w przylegających okręgach wiejskich. Przy takiej liczbie biednych ludzi jest to bardzo pożyteczna inicjatywa, wspomagana dodatkowymi funduszami miejskimi.

Drugi uniwersytet, Aconcagua, nie należy do sieci uniwersytetów państwowych. Jego główną siedzibą jest Vina del Mar i posiada 17 oddziałów w różnych miastach Chile. W 1990 roku został oficjalnie uznany i w 2006, decyzją Ministerstwa Oświaty, przyznano mu status autonomicznej uczelni. W Temuco ma 24 wydziały w tym największe inżynieryjno-techniczny i medyczny lecz bez specjalizacji lekarskiej. Trzeci uniwersytet, katolicki – Universidad Catolica de Temuco, w niewielkiej odległości od Frontery, założony został w 1959 roku. Ma oficjalny status państwowy i jest pod względem wielkości drugim w mieście. Był pierwszą wyższą uczelnią regionu Araukanii i kładzie duży nacisk na specjalizacje związane z rolnictwem i leśnictwem.

Poprzez plątaninę ulic i drutów dyndających nad głowami

161t

161u

dobrnęliśmy do centrum sztuki, ale było zamknięte.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Poszliśmy ulicą Manuel Bulnes, w gęstym tłumie skręciliśmy w Manuel Rodrigues i doszliśmy do rogu z Gral Alduante, gdzie natrafiliśmy na jedno z pięciu wejść prowadzących do Miejskiego Targu (Mercado Municipal ), w formie wielkiego centrum handlowego o powierzchni 5 000 m², ze 142 stoiskami wewnątrz i na zewnątrz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierwszy budynek, zwany Mercado de Abasto, powstał w 1928 roku zastępując niedalekie targowisko pod arkadami. Znalazłem dwie oficjalne daty otwarcia – kwiecień 1929 i maj 1930 (okazało się później, iż był otwarty w 1929 roku, lecz oficjalnie, uroczyste otwarcie pod przewodem burmistrza miasta nastąpiło 17 maja 1930 roku). Zdążyłem się z takimi wybrykami „rzetelności” oswoić, a nawet się ucieszyłem, że są tak małe rozbieżności w datach.

Czasem można wpaść w rozpacz, sprawdzając dane o kimś lub o czymś na Internecie, przy czym za każdym razem podawane są źródła sprawiające wrażenie solidności. W przypadku zamierzonej staranności w prowadzeniu mego bloga jest to nieraz mozolny i długi proces, pochłaniający mnóstwo energii. Najgorsze są, wyłaniające się co pewien czas ciekawostki, w które człowiek ochoczo wskakuje, a czas jest nieubłagany. Po drodze natrafia się też na całe zastępy psychopatów z lubością w komentarzach i dopiskach sekujących wszystko i wszystkich, zamieszczających najświeższe, „sprawdzone i potwierdzone” wiadomości i fakty, ociekające często spiskowymi teoriami i całą paletą niecności tego świata. Internet, w pewnym sensie, stał się wysypiskiem ludzkości, jej umysłowych odpadów poprzekładanych warstwami klinicznego chamstwa i prymitywizmu, z meandrującymi rzekami jadu i szeroko rozlanymi jeziorami nienawiści.

Budynek Mercado jest zachwycający; w 1987 roku przeszedł generalną renowację i modernizacje wnętrz, dzięki czemu zwiększył swoją powierzchnię. Stare elementy dekoracji w postaci witraży zgrały się z nowocześniejszymi rozwiązaniami, gdzie króluje drewno w różnych deseniach i kolorach plus dekoracje na ścianach i mała fontanna przy skrzyżowaniu długich, wewnętrznych korytarzy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

161z

Drugie zdjęcie z Internetu

W latach 2002-2003 burmistrz Temuco, Rene Saffirio, zarządził wymodelowanie fasady budynku według wzorów artystycznych Mapuczów (koszt – 320 tys. dolarów USA). Poza sklepami i restauracjami, które specjalizują się w potrawach Kreolów, z reguły podostrzonych przyprawami (ryby i inne owoce morza, mięsa i drób, ciasta), są liczne sklepy spożywcze oferujące świeże produkty z najbliższej okolicy. Obszerny dział tworzą stoiska z wyrobami rzemieślniczymi i artystycznymi oraz antykami (w sumie 110 stoisk), gdzie się zanurzyliśmy z Sewerynem dogłębnie i na długo. Czegoż tam nie ma – z gliny, drewna, wełny i innych materiałów, sporo wyrobów jubilerskich, głównie ze srebra, wyroby ze szkła, skóry, metalu i na szczęście żadnej plastykowej, masowej chały z kiczowatym zapędem. Te wszystkie cudeńka są wytwarzane głównie przez Mapuczów, choć są też stoiska z Peru i Ekwadoru.

Na jednym z nich natrafiłem na swoisty panteon współczesnych chilijskich bohaterów, ludzi kultury, polityki i społecznego zaangażowania – Neruda, Allende, Victor Jara, Violeta Parra i niezwykle popularny i płodny Kubańczyk – Silvio Roudrigez, zwany Johnem Lennonem Ameryki Łacińskiej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Smętna wiadomość dla Polaków poprawnych politycznie inaczej – wszyscy byli lub są członkami partii komunistycznej (tylko Allende był socjalistą). Jak ktoś w życiu nie był głodny, długotrwale poniżony, z podeptaną godnością, bez prawa głosu i możliwości odruchów protestu, nie pojmie czemu tak wielu ludzi w Ameryce Południowej, Afryce i Azji popierało komunizm lub było nim zauroczonych. Nie ten w sowieckim stylu (bo Sowieci ukradli ową ideę, aby przejąć władzę i zaprowadzić bandycko-mafijną dyktaturę, z czym do dzisiaj nie potrafią/nie chcą się rozliczyć), ani nawet w europejskim. A propos, z nastaniem roku 2014, Mercado zostało zaliczone do Szlaku Śladami Dziedzictwa Pablo Nerudy.

Buszowaliśmy tam przez całą godzinę i zachwyciły mnie drewniane, kolorowe gąski, które można przemyślnie ustawić na półce tak, aby część ich ciała zwieszała się nad krawędzią. Dokonałem sporego zakupu prezentów – dla mej córki Klementyny, jej męża Wojtka i dwóch uroczych łobuzic, czyli moich wnuczek – Dobruszki i Michasi, oraz dla siebie. Nadto dla przyjaciółki Anetki, kupiłem miniaturową fletnię Pana. Sterani łażeniem po stoiskach i zakupami zalegliśmy w jednej z restauracji, gdzie zamówiłem lokalny smakołyk – casserole czyli zapiekane w małym, żaroodpornym naczyniu, mięso z jarzynami i ryżem. Na ścianach restauracji wisiały zdjęcia z różnych imprez odbywających się w Mercado. Poza mini koncertami, pokazami mody,

162a

Z Internetu

lokalnymi uroczystościami i obchodzeniem świąt państwowych, dość często odbywają się pokazy taneczne.

162b

Z Internetu

Przejazd do Los Angeles

Po dwunastej wyjechaliśmy z parkingu hotelowego, bez kłopotów znaleźliśmy wyjazd na Cajon

162c

i za chwilę ukazał się wjazd na autostradę 5 z tablicą – Santiago, Lautaro.

162d

Opłaciliśmy wjazd na bramce, Seweryn przyspieszył i gnaliśmy 120 do 140 km/godz. Autostrada nabrała charakteru wielkomiejskiego ze starannym oznakowaniem, bocznymi umocnieniami, czteropasmówką, przejściami dla pieszych w postaci napowietrznych kładek i gęsto rozsianymi stacjami benzynowymi.

162e

Biegnie wzdłuż szpalerów drzew i często w mniej lub bardziej głębokich wąwozach, gdzie na wierzch wychodzi charakterystyczna czerwono-ruda ziemia. I nader często lokują się przy niej różne zakłady przemysłowe.

162f

Momentami przejeżdżaliśmy przez lasy i tym razem wyraźnie zaznaczała się przewaga drzew liściastych, rosnących gęsto i soczyście. Prawie w ogóle nie było widać drzew suchych lub poskręcanych wiatrem.

162g

Bardzo często mijały nas ciężarówki wyładowane drewnem.

162h

Było coraz cieplej i całkowicie się rozchmurzyło. Szybko minęliśmy Lautaro, zjechaliśmy w dolinę rzeki Quino, by w paręnaście minut potem minąć Victorię, zamykając kolejną pętlę naszej podróży (tędy wjechaliśmy 10 kwietnia z Argentyny). Przed Collipulli ukazała się tablica informująca, że do Santiago mamy aż/tylko 603 kilometry.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No to po Patagonii” rzekł z westchnieniem Seweryn i przycisnął mocniej pedał gazu. I znów mi tym podpadł bowiem za 15 minut jak burza wpadliśmy na fantastyczny most, obok którego przechodzi ażurowy wiadukt kolejowy, w niezwykle głębokiej dolinie rzeki Malleco.

Wiadukt kolejowy (Viaducto del Malleco) o długości 347.5 metra (pięć równych sekcji, każda po 69.5 m) przechodzi na wysokości 102 metrów nad dnem doliny. Został otwarty w październiku 1890 roku, stając się w tamtym czasie najwyższym na świecie mostem kolejowym. Istnieje wciąż fałszywe przekonanie, iż jego pomysłodawcą był słynny francuski konstruktor Eiffel, ten od paryskiej wieży. Projekt sporządził Chilijczyk – Aurelio Lastarria, będący uprzednio m.in. asystentem Ernesta Malinowskiego budującego wtedy w Peru linię Lima – Oroya. Na wykonawcę wybrano francuską firmę, która wyprodukowała części mostu u siebie, przetransportowała za ocean i na miejscu złożyła. Lastarria zmarł dwa lata przed ukończeniem budowy swego projektu. Most został później wzmocniony na przejazd ciężkich lokomotyw parowych i wspiera się na czterech głównych, solidnych wieżach. Wygląda wręcz bajkowo, szczególnie po ochronnym odmalowaniu na jaskrawożółty kolor. Jako jeden z najlepszych przykładów klasycznej konstrukcji końca wieku XIX w Ameryce Południowej, od 1990 roku został uznany za zabytek.

Z powodu dzikiego gnania Seweryna, pomykającego mostem drogowym, zdołałem zrobić wiaduktowi i mostowi tylko dwa, rozpaczliwe wręcz w stylu zdjęcia,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

na podstawie których wyraźnie widać, iż most drogowy jest niższy. Moje protesty i narzekania, że powinniśmy za mostem gdzieś się zatrzymać, abym mógł oba uwiecznić w całej ich zachwycającej krasie, Seweryn zbywał argumentem, że nie zatrzymamy się przecież na autostradzie i mamy dojechać dzisiaj do Concepción. Oba argumenty były kompletnie nieuzasadnione i miałem kolejny dowód na to, że utrata możliwości korzystania z komputera wprowadziła go w jeszcze większe rozchwianie, obok tradycyjnych problemów z logiką i przewidywaniem.

Most drogowy przechodzi 76metrów nad lustrem rzeki Malleco

162l

162m

162n

162o

4 zdjecia z Internetu

i jest drugim, najwyższym w Chile, wspartym również na potężnych czterech głównych filarach.

162p

Z Internetu

Wjechaliśmy w pagórkowaty teren z gęstymi lasami, poprzecinany

162r

licznymi strumieniami i dotarliśmy do kolejnej, wąskiej rzeki Mininco.

162s

Po dziesięciu minutach przejechaliśmy granicę regionu IX, wjeżdżając do VIII – Bio Bio. Daleko po prawej ukazało się częściowo ośnieżone pasmo Sierra Velluda.

162t

Od razu następna, większa rzeka – Renaico, a za nią PanAmericana przyjęła kształt odwróconej wielkiej litery „S”.

162u. po przekroczeniu rzeki Renaico wielkie odwrocene S autostrady

Od teraz jechaliśmy wzdłuż, i z cztery razy przejechaliśmy nad, przepustami kanału Bio Bio, docierając koło miejscowości Mulchen do kolejnej rzeki – Bureo. Cały teren jest poznaczony licznymi rzekami i strumieniami uchodzącymi do głównej rzeki Bio Bio, którą ujrzeliśmy pierwszy raz około wpół do drugiej.

162w.rzeka Bio Bio przed San Carlos

Za osadą San Carlos, w lekko przymglonej, dalekiej perspektywie, zarysowały się wyraźniej pasmo Sierra Velluda i samotny stożek wulkanu Antuco.

162x

To kolejne fascynujące miejsce, położone niedaleko granicy z Argentyną, przy narodowym parku jeziora Laja, które z góry ma kształt wzlatującego smoka.

162z

162y1.Laguna del Laja - Copy

Mapa i zdjęcie z Internetu

Sierra Velluda jest rozległym plejstoceńskim wulkanem z dwoma szczytami (3585 i 3518 metrów – oba zdobyte w latach 40-tych) i lokalnymi lodowcami, które podobnie jak na wulkanie Antuco, utrzymują się przez cały rok.

163.sierra velluda

163a.Antuco_Volcano

2 zdjęcia z Internetu

W Sierra Velluda można znaleźć także fantastyczne lodowe jaskinie.

163b.alrededorescav

Z Internetu

Kolejne miejsce o którym tylko mogliśmy sobie pomarzyć. A może zostało na później, na jeszcze jedno wydeptywanie szlaku… Velluda już nas nie opuściła do końca, do dojazdu na przedmieścia Los Angeles.

163c

Koło mieściny San Cristobal, czyli nomen-omen Św. Krzysztofa, opiekuna podróżnych, przejechaliśmy nad ostatnią dużą rzeką – Rio Duqueco, przed naszym połowicznym celem, jakim było Los Angeles.

Los Angeles

Po parunastu minutach za San Cristobal Piątka skręciła na zachód aby szerokim łukiem ominąć Los Angeles. Dobiliśmy do skrzyżowania i skręciliśmy w prawo, do główej ulicy Avenida Octavio Jara Wolff i w miarę jazdy na wschód rosła w oczach Sierra Velluda.

163d

Przecięliśmy tory kolejowe i znaleźliśmy się na Vicuña Mackenna,

163e

gdzie ku naszej radości pojawił się nieśmiertelny napis miast chilijskich – Plaza de Armas. Chcieliśmy dotrzeć tam jak najszybciej, bo zbliżał się kolejny mecz piłki nożnej – Real z Bayernem, a nadto zaczął nam doskwierać głód. Strzałki na tablicach przydrożnych zaprowadziły nas w lewo, w ulice O’Higginsa, ulice zadrzewioną, ale na centrum zupełnie to nie wyglądało. Higgins gładko przeszedł w Colon, czyli Kolumba i pomyślałem sobie „Dobra nasza. Zaraz, jako kolejni odkrywcy, powinniśmy dotrzeć”. I rzeczywiście ukazała się Plaza de Armas wysadzana palmami,

163f

z pomnikami, rzeźbami i wielgachnym płotem, bo akurat plac remontowano.

163g

Wypatrywałem intensywnie jakiejś knajpy, by zjeść i mecz obejrzeć.

Minęliśmy duży kościół, zoczyłem spory hotel, Seweryn został w aucie, ja poszedłem na przeszpiegi. Restauracja owszem była, ale bez telewizora. Potem natknęliśmy się na bank, ten sam co był w Puerto Natales – Banco de Chile. Pomyślałem, że przyda się kolejny zapas gotówki lecz srogo się zawiodłem – żadnej reakcji bankomatu na mą kartę debitową. Ogólnie banków było zatrzęsienie, lecz wiedziałem że nie mam nigdzie szans. Nie przejmowałem się zbytnio. Wciąż posiadałem czarny zapas amerykańskich dolarów, a za dwa dni powinniśmy być w stolicy – Santiago.

Po dwukrotnym objechaniu placu postanowiliśmy zaparkować i udać się na poszukiwania piechotą. Kościół na rogu placu i ulicy Lautaro, przed którym rośnie drzewo, obsypane w tym czasie mnóstwem fioletowych kwiatów,

163j.rog z lautaro, na lautaro parking i piechta

okazał się lokalną katedrą, z ogromnym drewnianym panelem nad głównym wejściem i zawieszoną nad nim sporą sztrajfą. Są tam dwie informacje – katedra powstała za czasów Jana XXIII i jest tu kolegium Jana Pawła II. Po lewej i prawej nadrukowane dwie jego podobizny. Jedna z lewej jest bardzo poruszająca. Zrozpaczony papież płacze i pomyślałem, że to symboliczne zdjęcie odnoszące się do tej ziemi i całej Ameryki Południowej. Jej okrutnej historii kolonialnej, eksterminacji Indian i dotkliwej biedy panoszącej się do dzisiaj. Zaiste, nieraz tu można zapłakać nad ludzkim losem. Pomiędzy zdjęciami po prawej sylwetka Jana Pawła II i duży napis Mensajero de la vida y la paz (Zwiastun życia i pokoju).

163h

163i mozaika

Wizyty Wojtyły w świecie miały zawsze dwa przesłania – religijne i świeckie, na temat godności i wolności człowieka. Wielu ludzi krytykowało ów styl duszpasterski, biadoliło nad jego kosztami i efektami. Zarzucano mu sympatie lewicowe lub odwrotnie – prawicowe i wsteczne. Jednakowoż efekty są wiadome, gdy się dziś popatrzy na takie kraje jak Polska, Chile, Filipiny czy Kuba, abstrahując od tego co w nich dziś kuleje i obywatelom doskwiera. A także jak słaba lub nieraz kompletnie niezrozumiała jest percepcja przesłania Jana Pawła II, jego nauki i sposobu podejścia do ludzi. Jak jest wykorzystywana i przekręcana w imię doraźnych potrzeb politycznych, jak często staje się tarczą zasłaniającą bezmyślność i prostacką małoduszność, pewnej i niestety całkiem sporej grupy ludzi Kościoła – wiernych i hierarchów. Jedne zmiany były szybkie, inne powolne i bardzo stopniowe. Potrzebne i niezbędne. W jakim kierunku potoczyła się historia zależało od postępowania ludzi i w dalszym ciągu mocno zależy.

Podróżując po Ameryce Południowej i Północnej, również po Europie, zrozumiałem że w wielu miejscach fakt przybycia papieża, osoby dawniej niedosiężnej, odległej i obrazkowej, był niesłychanie ważny dla przeciętnych ludzi. Przede wszystkim dla tubylców (Indianie obu Ameryk), którym nie tylko wielokrotnie narzucano chrześcijaństwo siłą, ale przez lata religia stała się narzędziem ucisku, wykorzystywania i wszelakich nieprawości, włącznie z okrutnym wynaradawianiem, seksualnymi ekscesami i zaniedbaniami prowadzącymi do późniejszych uzależnień (alkohol, narkotyki) i często śmierci. W trakcie mej podróży w 2011 i 2014 w Ameryce Południowej, w różnych krajach, wśród Kreoli, narodów indiańskich, a także ludzi innego pochodzenia, głównie europejskiego, spotykałem się zawsze z dobrym słowem o Janie Pawle II, nawet gdy krytykowano pewne jego poglądy lub zaniechania. Tym słowem jest godność, wielki klucz dla zrozumienia innych. Mówili: „Traktował nas z godnością” i nic więcej nie trzeba było dodawać.

Po wyjściu z placu weszliśmy w zatłoczone uliczki, natrafiliśmy na małą kawiarnię, bo zapragnęliśmy mocnej kawy. Niestety właściciel nie miał odpowiedniego kanału TV do obejrzenia meczu i poradził nam szukać dalej. Klucząc ulicami namierzałem naszą marszrutę na widniejący w dali wysoki, zielonkawy budynek. W pewnym miejscu natrafiliśmy na spory sklep należący do wielonarodowej firmy Falabella, którą założył włoski emigrant Salvatore Falabella w 1889 roku.

163k.losAngeles-falabella

Z Internetu

Początkiem był sklep krawiecki w Santiago, dziś to największa sieć sklepów detalicznych w Południowej Ameryce i drugi pod względem wielkości biznes w Chile, po wspomnianym uprzednio Cencosud. Ekspansja zaczęła się w latach 60-tych, gdy wykroczono poza Santiago, by w 30 lat później wejść na poziom międzynarodowy operując w Argentynie, Peru i Kolumbii. W 1980 roku stworzono własną kartę kredytową (dziś około 6 milionów klientów) handlując ubraniami i butami, akcesoriami do sypialni, meblami i naczyniami, biżuterią i kosmetykami, ostatnio także wdając się w farmaceutykę. W sumie posiadają 259 sklepów i 27 centrów handlowych pod nazwą Falabella, 112 sklepów dla potrzeb budowlanych pod nazwą Sodimac i 64 supermarkety zwane Tottus. Nie dość na tym – od lat zajmują się fabrykami tekstylnymi i prowadzą usługi finansowe poprzez swoje karty kredytowe i bank (Banco Falabella) w postaci ubezpieczeń i biur podróży. Nic dziwnego że zatrudniają przeszło 65 tysięcy osób.

Ulicą Colo Colo doczłapaliśmy do wysokiego budynku, który okazał się hotelem Sheratona, intuicyjnie skręciłem w pierwszą w prawo – Mendozę i po parunastu metrach zdumiony stanąłem. Pod ulicą, z szumem i bulgotaniem, przetaczała się ocembrowana rzeczka – Quilque, w oprawie ścian domów i gęsto rosnących drzew, skąd dobiegały odgłosy, niewidocznego w gęstwinie, ale bardzo rozświergotanego towarzystwa.

163l.Mall Plaza obiad i mecz

Za przepustem po prawej zaczynała się starannie wybrukowana ulica, tylko dla ruchu pieszego, prowadząca do olbrzymiego pasażu handlowego. Na rozległej przestrzeni, pod ścianami budynków i koło rzeczki, na ławkach i przy zewnętrznych stolikach, siedziało sporo ludzi korzystając ze słonecznej i ciepłej pogody. Nigdy nie napotkałem tak pięknej lokalizacji pasażu handlowego. Głośny szum Quilque przypominał o niedalekiej obecności gór, które rzeczywiście było widać na dalekim horyzoncie, pomiędzy kępami drzew i budynkami.

163m.mall wejscie

Z Internetu

Rzeczka przebiega przez całe miasto i płynie dalej na zachód, gdzie wpada do rzeki Guaqui, a ta jak większość innych, pomniejszych rzek tego regionu, kończy swój bieg w wielkiej rzece Bio Bio, wpadającej do Pacyfiku. Quilque jest miejscami zanieczyszczona choć posiada miejską oczyszczalnię ścieków*¹.

Pasaż Mall Plaza Los Angeles został oddany do użytku w marcu 2003 roku. W dziesięć lat później dobudowano następne skrzydła i wygląd dziś nader imponująco. Ma ładną małą architekturę przyozdobioną modernistycznymi rzeźbami.

163n

Z Internetu

163o.Mall2 plaza

Ku naszej radości znaleźliśmy w wielkim holu restaurację z dużym ekranem telewizora, gdzie spędziliśmy półtorej godziny oglądając bardzo dobry mecz Realu z Bayern Monachium. W środku standardowa kalka. Gdybym umieścił zdjęcie pasażu i owej restauracji bez podpisu, ktoś by zapewne pomyślał, że to Toronto lub Warszawa.

163p.mall1

163r.mall jedzenie

2 zdjęcia z Internetu

Wjechałem windą na ostatnie piętro aby obejrzeć widok miasta z górami w tle i strzeliłem jedną fotkę.

163s.Mall3

W drodze powrotnej do auta znów zdjąłem głośno szumiąca, wartką rzeczkę

163t.Mall4

a także hotel Sheratona (Four Points), zbudowany w roku 2009 z niezłymi cenami – od 70 do 150 dolarów US za dobę.

163u.mendoza ulica four points hotel sheraton

Zanim skręciliśmy w ulice Lautaro, do zaparkowanego auta, zauważyłem iż drzwi do katedry były uchylone i postanowiliśmy zaglądnąć do środka. Bryła katedry Św. Marii od Aniołów, wybudowanej w latach 1970-72, nie wygląda zbyt atrakcyjnie z zewnątrz.

163w.los angeles cathedral

Z Internetu

Ale kiedy weszliśmy do środka stanęliśmy oczarowani. Katedra nie ma żadnych kolumn i uderza rozległością przestrzeni. W tym momencie była ona zalana bursztynową poświatą, z powodu żółtego koloru ścian, podłóg i części sufitu, oraz wpadających słonecznych promieni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wieczorem zapala się specjalne dekoracyjne oświetlenie świątyni, ukończone w roku 2006 i zrealizowane przy pomocy sponsorów, wśród których głównym była, wspomniana przeze mnie niezbyt pochlebnie, firma energetyczna ENDESSA. Wychodząc zwróciliśmy także uwagę na wielkie, rzeźbione w drewnie, drzwi katedry.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do Concepción mieliśmy tylko około 180 kilometrów i dlatego postanowiliśmy pospacerować jeszcze po mieście. Przecięliśmy kawałek placu natykając się zrazu na konny pomnik O’Higginsa,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

potem na gromadę autystycznych dzieci które, roześmiane i zadowolone, wracały wraz ze swoimi opiekunami z jakiegoś przedstawienia, w którym część z nich brała udział.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za chwilę stanąłem przed budynkiem imienia O’Higginsa, na którym wisiał wielki plakat, informujący o mającym odbyć się przedstawieniu w miejskim teatrze, poświęconemu Victorowi Jara.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Victor Jara – nauczyciel, dyrektor teatru, poeta, lecz przede wszystkim jeden z najbardziej znanych pieśniarzy i politycznych, lewicowych aktywistów. Obok Violety Parry był najwybitniejszym twórcą nowego stylu folklorystycznej muzyki chilijskiej, zwanej Nueva Cancion Chilena. Po zamachu Pinocheta został aresztowany, przetrzymywano go na stadionie z setkami innych więźniów, torturowano w podziemnych pomieszczeniach stadionu i tam zabito. Jego brutalna śmierć pozostawała w szokującym kontraście wobec jego pokojowej postawy. W swoich utworach i działalności nigdy nie nawoływał do przemocy. Po upadku junty wdrożono śledztwo w Chile i znaleziono oficera, który Jare zamordował. Pedro Barrientos Nuñez zabawił się w rosyjską ruletkę wkładając jedną kulę do swego rewolweru, obracając bębenek i pociągając za spust. Uczynił to parokrotnie przykładając rewolwer do głowy Jary. Za którymś razem przestrzelił głowę pieśniarza. Poczem zawezwał dwóch poborowych i kazał im jeszcze strzelić do leżącego na podłodze ciała. Martwego Jare wywieziono ze stadionu i porzucono na ulicy, w slumsowej dzielnicy Santiago.

W 2009 odbył się ponowny, publiczny pogrzeb Jary, w którym uczestniczyło tysiące osób. W trzy lata później, aresztowano w Chile ośmiu byłych oficerów armii zamieszanych w jego śmierć i odnaleziono Nuñeza, mieszkającego na Florydzie, w USA. Prokurator chilijski wydał międzynarodowy nakaz aresztowania, ale ze strony USA nie było żadnej reakcji. We wrześniu 2013 międzynarodowa organizacja praw człowieka – Centrum Sprawiedliwości i Odpowiedzialności (Center for Justice and Accountability, powstałe w Kalifornii w roku 1998) wniosło sprawę do amerykańskiego sądu w imieniu żony i córki Jary. Rozpoczęły się wymyślne kruczki prawne, tak dobrze znane w różnych krajach na świecie, gdzie polityczne bandziory próbują wymigiwać się od kary i odpowiedzialności. Jak widać Polska nie jest tu wyjątkiem, a prawo i sprawiedliwość chadzają nader pokrętnymi ścieżkami.*²

Pomnik O’Higginsa na placu stoi nie bez przyczyny i jest jak najbardziej uzasadniony. Los Angeles zostało założone w marcu 1739 roku, niedaleko XVI wiecznego fortu, jako Nuestra Señora de Los Angeles, przez hiszpańskiego wojaka Manso de Velasco. Miejsce miało dla Hiszpanów wielkie strategiczne znaczenie i było kluczem dla podboju Araukanii. W późniejszych latach sytuacja się powtórzyła, w odniesieniu do napięć pomiędzy rządem chilijskim a Mapuczami. Ostatecznie rzeka Bio Bio wyznaczyła granicę i Los Angeles znalazło się w swoistej izolacji, stając się mieszaniną różnych społeczności, kultur i religii. Tereny wokół były nazywane Isla de La Laja i tu osiadł w majątku ojca (Hacienda Las Canteras) Bernardo O’Higgins, który przybył do Chile w 1802 roku, po wielu latach pobytu w Europie.

164c

Z Internetu

Z początku stał się asystentem reprezentanta tego terenu w administracji miasta, by od 1810 roku wziąć udział w wojnie wyzwoleńczej Chile. W rok później został jednogłośnie wybrany przez ludność La Laja jako poseł z Los Angeles do pierwszego, Narodowego Kongresu Chile. Dzięki temu miasto i okolice zyskały szereg pozytywnych reform służących rozwojowi regionu. Potem zaczęła się polityczno-wojenna zawierucha, w której obroty koła fortuny obracały się nader zmiennie dla O’Higginsa (polecam zajrzenie do jego niezmiernie ciekawego życiorysu; na Wikipedii jest wersja tylko w j. hiszpańskim i angielskim), by w rezultacie stać się „ojcem” Chile i Najwyższym Przywódcą nowego państwa, proklamowanego w 1818 roku.

Tytuł ojca Chile przysługuje mu nie bez powodu. Poza wyzwoleniem kraju i współuczestnictwem z San Martinem i Bolivarem w oswobadzaniu Ameryki Południowej od Hiszpanów, w Chile doprowadził do utworzenia Akademii Wojskowej, floty wojennej pod dowództwem Szkota, lorda Cochrane (wielu Szkotów i Irlandczyków odegrało wybitne role w wojnie wyzwoleńczej, m.in. Cochrane, Mackenna), szkoły morskich kadetów i oddziału piechoty morskiej; rozbudował ekonomię, system sądowniczy i szkolny, zakładał szpitale, biblioteki i cmentarze.

Los Angeles przez dekady sytuowało się pomiędzy biedą a zaniedbaniem, Rozwój rolnictwa i hodowli zaczął w końcu wieku XIX przynosić pewne efekty. Wieki XX stał sie wyraźnym progiem w rozwoju miasta i okolic. Produkowano na eksport, rozwinął się przemysł, szczególnie związany z leśnictwem. Dziś 27% terytorium regionu podlega zalesianiu. Wybudowano kanał nawadniający – Canal Laja i wdrożono obszerny system irrigacyjny, co doprowadziło nie tylko do wzrostu upraw rolniczych (buraki cukrowe, pszenica i kończyna na paszę) lecz także sadownictwa( eksport jabłek).

Rolnictwu sprzyja klimat należący do typu śródziemnomorskiego, charakteryzującego się dwoma wyraźnymi porami – suchą i deszczową. Lata potrafią być niezmiernie gorące i w roku 2005 zanotowano rekord na tym terenie – 41.6º C. Zazwyczaj latem maksymalne temperatury są pomiędzy 32 a 37 stopni, zaś zimy są okresem deszczowym, gdy występuje 85% rocznych opadów (najwięcej w maju) a średnia temperatura sytuuje się pomiędzy 12-13 stopni. Czasami zdarzają się nawet przymrozki. Występuje tu rodzaj wiatru halnego zwanego Puelche (w j. Mapucze – ludzie wschodu), który wieje od wschodu andyjskimi dolinami. Jest wiarem suchym i ciepłym, przynoszący latem bardzo wysokie temperatury (w styczniu 2014 w Los Angeles było 41 stopni) i wielkie problemy – pożary lasów, krzaków i łąk, które potrafią spowić miasto gęstym woalem dymu.

Wiatr działa na zasadzie tzw. wiatru katabatycznego czyli spływającego wzdłuż górskich stoków. Ponieważ chłodniejsze powietrze jest cięższe, opada w dół i ogrzewając się przemienia w tzw. wiatr adiabatyczny, który czasami jest gwałtowny i niszczycielski (fen w Alpach, halny w Tatrach; w Argentynie zwą go zonda, a w Kanadzie chinook). Cały model jest skomplikowany i należy do cyrkulacji dolinno-górskiej zależnej od dobowych zmian temperatury oraz kształtu i wysokości gór, przez co wiatry podnoszą się wzdłuż stoków ku górze, zgodnie z nagrzanym powietrzem (lżejsze), opadają i szorują dolinami lub opływają masywy górskie. Dlatego wyprawa w góry wiąże się zawsze z ryzykiem sporych zmian temperatury, wiatru i opadów, na co należy być przygotowanym i odpowiednio zabezpieczonym. Domostwa Mapuczów i osadników chilijskich w pobliżu gór, mają drzwi zawsze od strony wschodniej, by móc skorzystać z nagrzania porannym słońcem i uniknąć dokuczliwych, zimnych wiatrów zachodnich, występujących z reguły w porach popołudniowych.

Los Angeles jest jednym z najszybciej wzrastających miast Chile i w jego okręgu miejskim mieszka obecnie 187 tysięcy ludzi, stając się jednym z sześciu znaczących ośrodków miejskich, na południe od Santiago. Obok licznych szkół powstały prywatne wyższe uczelnie i oficjalnie uznany przez władze oświatowe kraju Uniwersytet Concepción. W mieście zaczął się boom budowlany, poza wspomnianym pasażem powstało kilka wysokościowców, w centrum i na przedmieściach, z najwyższym budynkiem (70 metrów) hotelu Sheraton i kasyna zarazem, otwartego w roku 2008. W ciągu najbliższych paru miesięcy wyrosną inne drapacze chmur, w tym najwyższy budynek o 16 piętrach. Budynek Sheratona ma najnowsze zabezpieczenia przed trzęsieniami ziemi. W lutym 2010 trzęsienie ziemi zdemolowało i kompletnie zniszczyło wiele zabytkowych budynków. Najniezbędniejsze usługi były zablokowane około tygodnia, w niektórych miejscach przez parę tygodni. Hotel nie zanotował żadnych strat, pasaż handlowy również, choć w środku, w wielu miejscach, runęła podsufitka. Na szczęście trzęsienie przyszło nocą.

Miasto staje się coraz ważniejszą bazą wypadową dla turystyki w pobliskie Andy. Największą atrakcją jest Sierra Velluda i wulkan Antuco (około półtorej godziny jazdy), za nimi przepiękna Laguna del Laja, w parku narodowym o tej samej nazwie. Trzydzieści parę kilometrów na północ, po prawej stronie PanAmericany, jest malowniczy wodospad o szerokości 455 i wysokości 35 metrów. Niestety, podobnie jak Niagarę, otoczono go różnymi budynkami dla turystów i sklepami pamiątek.

164d. salto-del-laja

Z Internetu

—————————–

*¹ W grudniu 2014 rzeczka w mieście niespodziewanie wystąpiła z brzegów zalewając paręnaście ulic i nikt nie wie co było tego przyczyną.

*² W kwietniu 2015 sędzia amerykański wezwał Barrientosa do stawienia się przed sądem i pełny proces ma się zacząć latem 2016 roku

Los Angeles – Concepción

O wpół do czwartej byliśmy znów na Pan Americanie. Minęliśmy jakieś osiedle przedmiejskie po prawej, dalej zjazd na lokalne lotnisko i łagodnym łukiem, po świetnie utrzymanej autostradzie, pomknęliśmy na północny-zachód. PanAmericana (droga nr. 5), w obrębie regionów Bio Bio i Araukanii nazywana jest Leśną Drogą (Ruta del Bosque). Złośliwi mówią o niej „Opłaty nad opłatami”, bowiem od Collipulli niemal do Chillan, gęsto od bramek przejazdowych. Lasów jest nie za dużo, sporo pól uprawnych, strumieni i mniejszych rzek uchodzących do paru większych, a te z kolei do dwóch głównych – Bio Bio i Itata.

164e

Mapka z Internetu

W miarę posuwania się na północ zaznaczała się wyraźna przewaga drzew liściastych. Od czasu do czasu niecodzienny widok – obok sosny wysoka palma.

Odłożyłem aparaty i przyglądałem się mijanym krajobrazom. Mniejsze i większe osady, czasem w sporej pustce pojedyncze domy z zagrodami, kładki dla pieszych, psy leżące obok pobocza i łażące po nim kury. Ruch niewielki, co chwila ciężarówki z drewnem lub innymi towarami skrytymi pod budą. Główne zaopatrzenie Chile arteriami dróg z północy na południe. Camiones i ich dumni kierowcy. Wiedzą, że od nich zależy przepływ towarów i znają swoją siłę. Już parę razy sparaliżowali strajkiem cały kraj, przede wszystkim w latach 1972- 73, co znacznie zagroziło rządom Allende.

Miejscami autostrada przechodziła w trzypasmówkę. Potem skręciła długim łukiem na zachód, a na wprost poszła droga do wodospadów Lajas. Za chwilę wjechaliśmy na most nad rzeką Laja, której kanion dopiero odtąd zaczął się nieznacznie pogłębiać. Po parudziesięciu minutach minęliśmy z lewej rutę 146, którą mogliśmy skręcić na Concepción, ale Seweryn wolał najpierw jak najdalej pojechać autostradą i wtedy udać się drogą nr 152 do naszego celu. Nie spieszyło nam się, chociaż z drugiej strony lepiej byłoby przed zmrokiem osiągnąć miasto, by znaleźć jakiś hotel. Concepción w moim przewodniku po Patagonii już nie było. Mnie z kolei się wydawało, że gdy dojedziemy do ujścia rzeki Bio Bio, osiągniemy tym sposobem ostateczną granicę Patagonii. Lecz przecież to już nie było to!! Płasko, prosto, płatnie. Bez gór. Cywilizacyjnie wygładzone betonem i metalem. Tylko co pewien czas wzgórza. I czasem przystanki autobusowe w patagońskim stylu. Przy autostradzie tkwiły szpalery zasadzonych drzew. Równiutko jedne przy drugich, w szeregach. Gdy przyjdzie zaraza albo pożar wszystko nastąpi szybciej niż w środowisku naturalnym, w samosiejkach. Żadnych zwierząt. Czerwonogłowy, wielki dzięcioł patagoński stracony już na amen. Seweryn milczał. Być może, widząc to wszystko, snuły mu się podobne myśli po głowie.

Most nad rzeką Itata. Po lewej zelektryfikowana linia kolejowa. Kolejna bramka płatności, szpaler bardzo wysokich topoli, tylko po wschodniej stronie drogi. Za parę minut, po lewej, zakład przemysłowy – Beneo Orafti. Wielki producent europejski z paroma centrami produkcji na świecie – w Belgii, Włoszech, Niemczech i tutaj, w Chile. Produkują błonnik uzyskiwany z korzeni cykorii, który stymuluje lepsze trawienie, pomaga w kontrolowaniu wagi i wzmacnianiu wapna w kościach. Dodawany jest do jedzenia i napoi. Kolejna rzeka – Diguillin, za nią przy autostradzie duży napis – Chicha y Vinos de Ouillon – 300 metrów. Zbliżamy się do krainy wina i innych alkoholi: chicha – piwo z kukurydzy i pisco – rodzaj brandy z destylowanego wina (w 2014 roku produkcja pisco w Chile – 100 milionów litrów, w Peru – 8 milionów). Niedaleko drogi winnica, za nią, wyglądające na wapienne, wysokie wzgórza.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Mijamy miasteczko Bulnes, skąd w lewo prowadzi kolejna droga do Concepcion – nr 148 . Za pół godziny przy Mirador Seweryn się gubi i dopiero po przejechaniu mostem nad rzeka Chillan odkrywamy, iż pojechaliśmy za daleko. Szukamy możliwości nawrotki, lecz po lewej nieustannie ciągnie się metalowa bariera a zjazdów na prawo nie widać. Na benzynowej stacji Copec tankujemy i jedziemy dalej, klnąc, bo wciąż nie ma rozjazdu. Wreszcie przy Chillian Viejo jest rozjazd, objeżdżamy węzeł i uff – udało się ominąć pomyłkowego wjechania na drogę prowadzącą wprost na bramki płatności. Wracamy do rozjazdu Mirador, znaki na szczęście wyraźne i za chwilę jesteśmy na drodze 152 – Autopista (Autostrada) Del Itata. Do Concepción mamy 81 kilometrów.

Wzgórza szarzejące w zachodzącym słońcu są teraz po prawej, gdy jedziemy wprost na zachód.

164g

Droga wije się łagodnymi łukami wśród zalesionych pagórków, wchodząc czasami w głębokie wykopy, a ponad nią często przebiegają lokalne drogi po wiaduktach. Przy miasteczku Quinchumali wzdłuż autostrady długa bariera ochronna, zza niej wyjrzały kolejne górki wpadające w sine kolory, z oparami unoszącymi się z łąk.

164h

Dojeżdżamy do szerokiej rzeki Itata, po parunastu minutach, w świetle reflektorów auta, napis Complejo Industrial Nueva Aldea. Mijamy kolejny głęboki wykop i za jego krawędzią ukazuje się rozświetlony, dymiący potwór – fabryka celulozy. Zakłady przemysłowe w Chile są często-gęsto przy autostradach i głównych drogach.

164i.ruta 152 celulosa nueva aldea za rzeka

Następne 40 minut upłynęło w ciemnościach, z rzadka przeplatanych światłami jakiś miasteczek i osad, bo autostrada nie ma górnego oświetlenia. Za Roa miałem wrażenie, że bez przerwy po zakrętach jedziemy w dół. I rzeczywiście, co chwila pokazywały się ostrzeżenia Reduzca Velocidad (redukcja szybkości), Zona de Niebla (strefa mgły), znaki ograniczeń szybkości do 50 lub nawet 30 km/godz. W węższych miejscach z daleka dobiegał basowy ryk ciężarówek, mozolnie wspinających się pod górę.

Kolejny długi zjazd serpentynami w ciemnych objęciach lasu. Zza któregoś zakrętu ukazuje się daleka łuna świateł i pierwsze wysokie lampy nad autostradą. Pełna cywilizacja. Seweryn jak koń zdążający do stajni przyspiesza, na szczęście zdołałem zauważyć zjazd po prawej, do Concepción, drogą nr.150. Zapalam światło w aucie i przeglądam atlas drogowy Seweryna, by się zorientować jak dobić do centrum. Słabe światło, piekielne małe literki się zamazują, sięgam po tanie okulary (z plastyku, kupione w Toronto za 2 dolary) by sobie pomóc, mówię „Dobra, jedźmy prosto”. Wychwytuję nazwę miasteczka – Cosmito, no tego jeszcze brakowało – myślę – jeszcze kosmici na dokładkę…. Obaj jesteśmy zmęczeni wielogodzinną jazdą i zmianami miejsca. Temuco, Los Angeles i poszukiwanie hotelu przed nami.

Znów, tym razem większe, miasteczko – Tucapel. Naszego celu wciąż nie widać. Po prawej, w świetle lamp błyszczą szyny, odeszły na prawo, zwiększony ruch aut i autobusów, bloki wielopiętrowe, znów przerzedzenie i nagle rondo ze strzałką na wprost do miasta. Za rondem światła, postoje na czerwonym, oświetlony półokrągły wieżowiec po lewej, ulice skryte w półmroku. Wysokie drzewa, palmy, dalej ciepławo i wręcz lekko duszno. Wilgotnie. Pojawiły się jakieś nazwy miejsc, które mi absolutnie nic nie mówią, niczego nie wyjaśniają. Seweryn zaczyna swoją gadkę na temat znalezienia cabañi, lub hosterii, lub czegoś taniego. Nie reaguję. Nagle wjeżdżamy na most, ukazuje się ciemna toń wody, z odbitymi w niej światłami domów po drugiej stronie. Łapie za atlas i szukam gdzie jesteśmy. Jasny gwint, centrum zostało za nami. Trzeba będzie zawrócić.

Most nie ma końca, woda dawno się skończyła a on się ciągnie. Rozwidlenie dróg, w ostatniej chwili widzę napis Automoviles, Camiones (auta, ciężarówki), krzyczę „na prawo”, a my już niemal skręcaliśmy na lewo, w zupełnie inną drogę odchodzącą daleko od centrum. Za nami trąbią, bo przecięliśmy im drogę, następne rozwidlenie, „trzymaj się prawej” mówię, znów obok tory i przejeżdża z hukiem towarowy pociąg. Potem wpadliśmy w taką plątaninę, że do dziś nie wiem jak się z tego wygrzebaliśmy, nagle znajdując się na ulicy Costanera, skąd mieliśmy możliwość wyjazdu tylko w prawo, dobijając do ulicy, na której zdawało mi się że już byliśmy. Intuicja mnie nie zawiodła i za chwilę gnaliśmy po tym samym moście. Głodni, źli i zdenerwowani. Zjechaliśmy prawym zjazdem na Nueva Costanera, ale po raz kolejny opadło nas zwątpienie, bo wokół było nader pustawo. Ku memu przerażeniu pojawił się nowy wjazd na most, więc szybko do lewej i tym razem zaświtała nadzieja, po wjechaniu w szeroką, zadrzewioną aleję. Nagle zauważyłem znajomą nazwę ulicy – Colo Colo i akurat z możliwością skrętu w lewo, bo oczywiście zaczęła się plątanina naprzemiennych ulic jednokierunkowych. Seweryn posłusznie tam skręcił, tym bardziej, że z prawej czerniała zadrzewiona góra z oświetlonym masztem na szczycie, u podnóża której ulice się kończyły.

Gdy dojechaliśmy do skrzyżowania niepotrzebnie skręciliśmy w prawo. Stanęliśmy na czerwonym i wtedy zobaczyłem po przeciwnej stronie ludzi siedzących przy stolikach. Na ścianie wielki napis – Club 27 Rock&Blues. Dobra nasza – pomyślałem – jeden z moich ulubionych numerów, a do tego rock i blues, musi być tam równe towarzycho. Poprosiłem Seweryna by zaparkował włączając awaryjne światła, bo był tu zakaz postoju i szybko przeskoczyłem na drugą stronę. Bez problemu dogadałem się z kelnerem po angielsku, który poszedł do barmana i za chwilę wrócił mówiąc, iż na ulicy Colo Colo jest przyzwoity i niedrogi hotel. Teraz tylko umiejętnie wykręcić ulicami aby się nie zgubić. Do pierwszej w lewo, następna w lewo, prosto, jest Colo Colo! Lecz akurat jednokierunkowa. No to dalej, do następnej. Jest skręt w lewo. Teraz w lewo, w ulicę Chacabuco do rogu z Colo Colo i …zakaz skrętu w lewo. Klniemy obaj. Prosto, ponowny przejazd obok Club 27, do tego samego rogu co uprzednio. W lewo, następna w lewo, do tej samej w lewo, przecięcie Chacabuco i dojazd do szerokiej zadrzewionej alei, którą tu najpierw dotarliśmy. Jest skręt w lewo. Prosto do Colo Colo, przecięcie Chacabuco i po lewej, za metalowym płotem z ryglowaną bramą, dwupiętrowy hotel „Don Matias”. „Idź, zapytaj – rzekł Seweryn- jakie są ceny…” i zamilkł, bo spojrzałem na niego wilkiem i wyszedłem trzasnąwszy drzwiami auta.

W recepcji przyjął mnie miły, młody człowiek. Niestety miał wolną dwójkę jedynie na drugim piętrze, bez windy. Musiałem targać do góry ciężkie rzeczy Seweryna. Cena przyzwoita – 65 dolarów za noc. Rano potrzebowaliśmy tylko kawę, bowiem w Los Angeles zrobiliśmy zakupy, dzięki czemu przyrządziłem kolację i miało jeszcze starczyć na jutrzejsze śniadanie.

Do późnej kolacji wypiliśmy butelkę dobrego wina. Zaczęliśmy rozmawiać o dalszych planach, dojeździe do Asi i Claudia do Santiago. I po paru minutach obaj stwierdziliśmy, że zanim tam pojedziemy, powinniśmy jeszcze raz zaznać smaku Patagonii, bo przecież jej zwiedzanie ostatecznie dzisiaj zakończyliśmy. Od razu ogarnęła nas tęsknota za górami, za przestrzenią, za ciszą i spokojnym rytmem dnia i nocy. Za rozgwieżdżonym niebem (takim, jak na zdjęciu zrobionym przez kogoś za Los Angeles)

164jChillan, ruta 5, za Los Angeles

Z Internetu

i zapachem drewna palonego w piecach. Postanowiłem poszukać na Internecie jakiegoś dobrego miejsca niedaleko Concepción. Dobrze że wcześniej, w domu w Toronto, skopiowałem pewne trasy na komputer, bo połączenie internetowe było fatalne. Znalazłem małą miejscowość San Fabian de Alico, leżącą w górach, w dolinie rzeki Nuble. Chciałem także zajechać do Cartageny nad Pacyfikiem i przejechać trasę Dróg Wina i Poetów, zahaczając o Valparaiso i Vina del Mar, zanim wylądujemy w Santiago, gdzie z początkiem maja się rozstaniemy.

Seweryn wracał do Toronto a ja miałem ruszyć w dalszą podróż – autobusami z Santiago do doliny Elqui i na pustynię Atacama, potem wzdłuż Pacyfiku do Iquque i Arici, gdzie przejadę do Peru i Boliwii. Tam zaglądnę na największą słoną pustynię świata – Salar de Yuni, wstąpię do Machu Picchu, nad jezioro Titicaca i do Amazonii. Następnie pojadę do Ekwadoru, by zakończyć całość mocnym finałem – wyspy Galapagos. Wysłałem mail do Claudia informując że dotrzemy do niego dopiero za dwa-trzy dni i prosząc o potwierdzenie. Korzystając z tego, że Seweryn poszedł walczyć z miejscowym komputerem, przerzucałem zdjęcia z ostatniego dnia. Jednakże mój przyjaciel szybko powrócił, wkurzony maksymalnie, bo Internet nie działał. Zabrał się za czytanie książki na swym I Padzie, ja dokończyłem obróbkę zdjęć i uzupełniłem notatki.

Zrobiło się nieco chłodno i włączyliśmy mały piecyk elektryczny. Otworzyłem okno i spojrzałem na gałęzie kwiecistego drzewa. Po lewej czerniała góra z masztem na szczycie. Była pierwsza w nocy i miasto ucichło. Nie wiem czemu poczułem w sobie jakiś niepokój, napięcie, jakby coś się miało zdarzyć. Obawiałem się trzęsienia ziemi. Cóż za paradoks! Kiedy byłem pod wulkanem, w środku gór, nad oceanem, nie obawiałem się niczego i wszystko zdawało mi się przyjaznym i sprzyjającym. Miasto rozbudziło we mnie niepokój. Zbyt duża ilość ludzi żyjących w jednym miejscu zapewne kumuluje swoje napięcia, problemy i stresy…