Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

22 marca, 2014 – Cochrane – Caleta Tortel – Villa O’Higgins

Cochrane – Caleta Tortel [7.30 – 13.50]

O 7.30 rześko zadźwięczał alarm w pelagii. W minutę później alarm podniósł kogut. Pelagie wyłączyłem, koguta nie dało rady i piał donośnie przez następne pół godziny powodując odzew innych w mieście. A jest ich tutaj sporo. Po prysznicu wyszedłem przed dom podziwiając poranne formacje chmur nad wzgórzami otaczającymi Cochrane.

1

Miasto liczy 2800 mieszkańców i zostało założone w 1954 roku pod nazwą Pueblo Nuevo. Potem przemianowano jego nazwę na cześć Thomasa Cochrane, 10 hrabiego Dundonald, który był angielskim kapitanem i radykalnym politykiem. W 1818 został mianowany pierwszym admirałem chilijskiej floty i walnie przyczynił się do uzyskania niepodległości Chile. Do 1988 roku Cochrane nie miało połączenia drogowego z resztą kraju. Panuje tu klimat oceaniczny, lecz lata są suchsze. Rozległy system dolin jest odgrodzony od wpływów zimnego prądu Humboldta, co powoduje wzmożone opady, głębiej na południu i bliżej Pacyfiku. Jednakże wokół Cochrane i dalej na południe od miasta, opady są na tyle regularne, iż cała okolica porośnięta jest pięknym i bujnym drzewostanem.

Ze starszymi, małomównymi gospodarzami „Katity”, na dobitkę nie znającymi angielskiego, jakoś się dogadywaliśmy, posługując się mym mizernym zasobem słów hiszpańskich. Kiedy pakowaliśmy bagaże do auta,

2

z sąsiedniej posesji, przez uchyloną furtkę, wylazł dumny sprawca porannego rejwachu i godnie przemaszerował po chodniku.

2b

O 10-tej podebraliśmy Francuzki sprzed ich hosterii i wtedy przyplątała się sympatyczna suka, która nas nie odstępowała tak bardzo, iż potem biegła cały czas przy aucie. Dała tym przykład innym psom i po chwili mieliśmy asystę, co najmniej pięciu, poszczekujących kundli. Podjechaliśmy do domu w którym miała być pralnia. Okazało się, iż to nie ten dom, lecz miła pani, która nam otworzyła drzwi (kundle stały na chodniku machając ogonami) zaoferowała się, iż ona nam rzeczy wypierze. Powiadomiliśmy ją, że wrócimy jutro po nasze rzeczy. Na stacji benzynowej napełniliśmy bak do pełna, bo czekało nas z 250 km jazdy do wioski O’Higgins.

Pogoda była wymarzona, nie za ciepło acz słonecznie i bez większego wiatru. Za miastem zaczęliśmy wjeżdżać w rozległą dolinę, obramowaną od zachodu wzniesieniami lodowca, Ventisquero de la Colonia, z jeziorem Juncal na pierwszym planie.

6

Od wschodu widniał rozległy Cordon Esmeralda

7

z rozlewiskiem rzecznym (laguna Esmeralda).

4

Za rzeką Del Salto siódemka ma już pierwsze umocnienia stoków,

5

choć szutrowa szosa dalej znów pełna drobnego żwiru i kamyków.

8

9a

W godzinę od wyjazdu osiągnęliśmy dolinę rzeki Colonia

9

i moją uwagę przyciągnęła mała, drewniana kapliczka. Poprosiłem Seweryna, aby się zatrzymał i do niej podeszliśmy.

10

Ku naszemu zaskoczeniu znaleźliśmy napis, iż kapliczka została wybudowana przez mieszkańców Cochrane dla uczczenia wizyty w tym miejscu Jana Pawła II, 16 kwietnia 1987 roku, gdy witano go jako pielgrzyma pokoju, sprawiedliwości i prawdy.

10a

Usytuowanie kapliczki blisko dwuramiennej rzeki (z przerzuconymi dwoma mostami), z bystrymi zakolami wśród krzewów i kęp drzew,

9b

w bezludnym i dzikim krajobrazie, robiło spore wrażenie.

9c

Za rzeką otworzył się rozległy widok na wzniesienia Tres Picos.

13

11

12

Stromy zjazd po chrzęszczącym żwirze.

14

15

Skryte wśród lasów jezioro Chacabuco

17 panorama

Panorama skomponowana z dwóch zdjęć

i następne rozlewisko – laguna Larga.

19

Za nią, niewidoczna dolina rzeki Baker i oddalone pasma gór Campo de Hielo Norte.

18

Potem wielką agrafą zjeżdżaliśmy, pod kątem 45 stopni,

20

21

22

w dolinę rzeki Barrancoso. Przed szybą auta kłębił się pył, miałem wrażenie, że czasami zsuwamy się po pochyłości drogi.

24

Seweryn skupiał się na prowadzeniu, a ja przeklinałem los, że nie możemy się zatrzymać i zrobić zdjęć tego niesamowitego zjazdu.

25

Seweryn wykazał więcej rozsądku i stanowczo odmówił zatrzymania, obawiając się aut za nami lub tych z naprzeciwka. W końcu osiągnęliśmy dno doliny, dojeżdżając do przewężenia z mostem.

23

Zatrzymaliśmy się na małej polance nad rzeczną skarpą i weszliśmy na wysoki most.

29

Z lewej strony rzeka wypływa z kanionu,

30

by po drugiej stronie mostu toczyć nurt w poszerzonej dolinie.

28

Pochodziliśmy parę minut nad rzeką i koło mostu zauważyliśmy tablicę z informacją o schronisku (refugioi kempingu La Araucaria, 3.5 kilometra na zachód od rzeki.

31

Ruszyliśmy dalej  i za piętnaście minut wjechaliśmy w gęsty las,

35

który w  jednym miejscu utworzył malowniczy tunel nad drogą.

32

Teraz siódemka przecinała szereg rzek, jedną za drugą. Najpierw De la Nadis, z samotnym człowiekiem na łódce, przewożącym drewno.

34

Rzeka nieco się oddaliła, gdy jechaliśmy przez las majestatycznej, wysokiej lengi,

33

by potem znów przeciąć nam drogę.

36

Po prawej stronie spostrzegłem tablicę z podobizną chilijskiej rodziny z tego rejonu, informującą że partycypują w programie SAG (El Servico Agricola y Ganadero – Usługi dla rolnictwa i hodowli), konkretnie w programie zarządzania zdrowotnością bydła w regionie Aysen od roku 2010.

38

Najważniejsze jest odrobaczywianie bydła i podawanie odpowiednich szczepionek, przy czym na szczęście nie szpikuje się zwierząt hormonami, by szybko przybrały na masie, co nałogowo czynią w Kanadzie i USA. W programie uczestniczy przeszło trzystu rolników i hodowców z najbardziej odległych wsi i osad położonych przy, lub w pewnej odległości, od Carretera Austral.

SAG jest bardzo ważną instytucją podlegającą Dyrekcji Generalnej Rolnictwa i Rybołówstwa, powołanej w 1967 roku. Wspiera rozwój rolnictwa, leśnictwa i hodowli poprzez ochronę i poprawę stanu zdrowia roślin i zwierząt. To oni ustalili na każdym przejściu granicznym (lądowym, morskim lub powietrznym) ścisłą kontrolę sanitarną produktów roślinnych i zwierzęcych, przez jaką, przeszliśmy już parę razy (mają w sumie 96 punktów granicznych). Sprawdzają także stopień zanieczyszczenia wód, żywność i leki dla zwierząt, stosowanie pestycydów i prowadzą program ochrony gleb przed erozją. Zasoby roślinne i zwierzęce uważane są w Chile za cenne dziedzictwo narodowe.

SAG nadzoruje hodowle łososi, które sprowadzono eksperymentalnie z Japonii, w 1973 roku. Należy pamiętać, że łosoś nigdy nie występował w Ameryce Południowej. Pierwsze próby nie powiodły się, łosoś nie powrócił na tarło. Wtedy postanowiono zacząć hodowlę łososia na farmach w południowym Chile (regiony Magellanes i Aysen), głównie we fiordach, gdzie panują warunki podobne do tych w Kanadzie, czy na Alasce. Nie zrezygnowano także z prób zaadoptowania łososia w stanie dzikim i w 1982 roku sprowadzono ze stanu Waszyngton (USA), gatunek zwany Chinook. Chinook zaadoptował się dość szybko i w parę lat rozpowszechnił w dorzeczu dziesięciu rzek na południu Chile. Lecz hodowla ma zdecydowaną przewagę; w 1982 roku stanowiła 25%, w 2007 już 69% produkcji światowej. Od lat 90-tych do roku 2007, Chile wyszło na drugie miejsce na świecie, po Norwegii, w eksporcie hodowlanego łososia (38 % produkcji światowej). Po 2007 nastąpiło załamanie hodowli na skutek choroby wirusowej. Zdołano ją opanować w roku 2010. Obecnie produkcja stale wzrasta i powróciła już do poziomu z roku 2007. Gdy byłem w Chile pierwszy raz, w 2011, przewodnik w Puerto Montt opowiedział mi dwie historie, być może nie w pełni prawdziwe, aczkolwiek kolorowe. Pierwsza – do zarybienie rzek chilijskimi łososiami, parła żona któregoś z prezydentów Chile w latach 60-tych, która rozsmakowała się w tej rybie, podczas wizyty w USA. Drugie – pewien hodowca z tego rejonu zaczął dodawać do karmy zmieloną marchew i uczynił ze swych hodowlanych łososi niemal wegetarianów. Kolor ich mięsa, na skutek karotenu, zmienił się na bardziej czerwony.

Chile są jednym z trzech krajów Ameryki Południowej, które mają uznany certyfikat produktów ekologicznych w Europie. Eksportują do niej 90% swoich produktów ekologicznych, głównie wina, miód, aromatyczne zioła i mrożonki.

Byłem bardzo szczęśliwy z przemierzania tej trasy, bo stanowiła jedno z marzeń mego myszkowania po Patagonii. Nie udało się trzy lata temu i teraz chłonąłem łapczywie każdy widok. A było na co patrzeć… Za następną rzeką – Carrera, po raz pierwszy nad górami zaczęła unosić się zawiesina mgły.

39

Zrobiło się wilgotniej, bo wjechaliśmy w obszar wpływów umiarkowanego klimatu morskiego. Przy drodze rosły ogromne liście chilijskiego rabarbaru (Gunnera tinctoria), który jest rośliną ozdobną i jadalną. Sięga dwóch metrów wysokości, liście potrafią mieć średnicę 2,5 metra.

40

Od wiosny do wczesnego lata wyrasta spomiędzy liści, coś w rodzaju wielkiej, czasem metrowej długości pałki, obsypanej małymi kwiatami rodzącymi pomarańczowe owoce. Taka pałka posiada od 80 do 250 tysięcy zarodników! Obok na stokach pleniły się wielkie paprocie (Lophosoria quadripinnata) pochodzące z okresu Kredy i także zaliczane do roślin ozdobnych. Gdy mają zwinięte, młode liście, w Chile przyrządza się z nich sałatkę.

42

Zjazd w następną dolinę

42

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i w niej, jedna za drugą, dwie rzeki – Jaramillo

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i El Encuentro,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

potem rozległe, trawiaste bagniska ze sterczącymi, uschniętymi drzewami.

43

Wjazd na nisko położoną przełęcz i gdy siódemka dochodzi do brzegu rzeki Del Paso, chmurzy się coraz bardziej.

44

Kolejny las wysokopiennej lengi,

45

skąd droga prowadzi ku rozlewiskom Del Paso.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W małej zatoce przystań, przy niej ktoś zaparkował auto i pewnie poszedł na ryby.

47

Za dwadzieścia minut rzeka Ano Nuevo,

48

laguna Cute i za nią długi i prosty odcinek ripio 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

poprzez trzy małe rzeki; jedna o ujmującej nazwie – Rio Vagabundo.

49

Cała ta kraina jest pocięta licznymi wodospadami pieniącymi się na wysokich stokach,

50

strumieniami i rzekami wpadającymi do głównej rzeki Baker. I skręcamy ku niej, wprost na zachód, by dojechać do bardzo szczególnego miejsca – wioski Caleta Tortel, 23 km od siódemki. Najpierw cały czas wspinamy się z zamglonymi powyżej nas partiami gór,

51

zakręt z mglistymi dolinami,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

zjazd i widzimy długi pomost prowadzący, przez zalewane przypływem łąki, do cypla nadrzecznego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tutaj Baker rozdziela się na cztery ramiona i wpada do długiego, wąskiego fiordu. Dalej na południowym-zachodzie jest kręty kanał Baker i wszędzie mnóstwo górzystych wysp, większych i mniejszych. Góry otaczają osadę półkolem i takiż jest jej układ urbanistyczny – ciągnie się wzdłuż wybrzeża

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i wspina na stoki.

54

Caleta Tortel [13.50 – 16.15]

Poczucie dotknięcia raju zazwyczaj bywa krótkie. Mały raj rozciągał się w dole przed moimi oczami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przy wjeździe do miasta jest parking i od tego momentu ruch jest możliwy tylko na nogach. Ani samochodu, ani roweru, żadnych deskorolek czy wrotek. Per pedes po drewnianych pomostach.

2

W dół i pod górę,

3

łagodnie i niekiedy stromo, do domów zawieszonych gdzieś na skałach, otulonych grubym woalem zieleni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wioskę założono w 1955 roku, gdy rąbano obfite lasy drzew cyprysowych (Cypress de las guaytecas – Pilogerodendron uviferum), które wykorzystano do budowy drewnianych pomostów ciągnących się parę kilometrów wzdłuż wybrzeża.

5

Od pomostów głównych biegną inne, do domów i hoteli (w sumie mają 7 km długości).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tortel posiada dwa małe centra handlowe, na większym półwyspie jest spora drewniana budowla, zadaszona i bez litych ścian.

7

Tutaj odbywa się częściowo handel dla turystów i spotkania towarzyskie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zadaszenia w wielu miejscach są o tyle ważne, iż przez większą część roku mży deszcz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I to był ostateczny koniec raju, bowiem deszcz zaczął się w paręnaście minut po rozpoczęciu naszego spaceru i przybierał na sile. Tortel leży pomiędzy dwoma wielkimi polami lodowymi – Campos de Hielo Norte (Lądolód Północny) i Campos de Hielo Sur (Lądolód Południowy) i oba, plus wpływ Pacyfiku, kształtują tutejszy klimat.

Na nabrzeżu popiersie Don Bernarda O’Higgins Riqueleme, nieślubnego syna hiszpańskiego oficera o korzeniach irlandzkich.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ojciec Bernarda był gubernatorem Chile, potem wicekrólem Peru. Syn był rewolucjonistą i stanął na czele powstania przeciwko Hiszpanii. Walczył ze zmiennym szczęściem, by w końcu zostać tymczasowym dyktatorem wyzwolonego Chile, w latach 1817-23, potem zmuszony do ustąpienia, dokonał żywota na wygnaniu w Peru, w 1842 roku.

Domy na pomostach i drewnianych palach, zwane palafito, są budowane w stylu architektury Chiloe.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ten unikalny styl powstał głównie na archipelagu wysp Chiloe, zakorzenił się w niektórych miejscach południowej Patagonii i jest obecnie na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Tortel ma jedną szkołę, otwartą w 1978 roku i obejmującą program ośmiu klas, skupiającą około 90 uczniów. Do roku 2003 wioska miała łączność ze światem tylko drogą morską lub lotniczą. Nie ma banku i maszyn bankowych. Dwa razy w miesiącu przyjeżdża bank mobilny. Są trudności w łączności komórkowej, ale telefonia istnieje, jak i dostęp do Internetu. Oddział straży pożarnej jest tu szczególnie ważny, w tym na wskroś drewnianym otoczeniu. Infrastrukturę uzupełniają ośrodek zdrowia, posterunek policji, urząd municypalny i zarząd portu. Z portu są organizowane wyprawy łodzią do podnóża dwóch spektakularnych lodowców: Ventisquero Jorge Montt i Ventisquero Steffens.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Można także dopłynąć do Isla de los Muertos, wysepki w delcie rzeki Baker, gdzie na początku XX wieku, około stu robotników z Chilote, zmarło w tragicznych i niejasnych okolicznościach. Mieli wyrąbywać w lasach drogę dla szlaku handlowego kompanii Baker, lecz zapadli na tajemniczą chorobę, która ich zdziesiątkowała. Ale przede wszystkim pozostawiono ich własnemu losowi, bez uzupełnienia zaopatrzenia, w tak niegościnnym i dzikim miejscu. Podejrzewano nawet, iż zostali celowo otruci. Część prowizorycznego cmentarza podmyła rzeka, tak że liczba ofiar nie jest dokładnie znana.

Dziś wioska żyje w dalszym ciągu głównie z handlu drewnem

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

oraz hodowli małży i wzrastającej z każdym rokiem turystyki. Miejsce stało się znane po opublikowaniu książki Rosie Swale (rocznik 1946) – „Powrót do Przylądka Horn” – sławnej brytyjskiej podróżniczki, która przejechała konno Chile. Wyruszyła w lipcu 1984 z Antofagasty i zakończyła konną eskapadę w Tortel, a do Horn dotarła we wrześniu 1985. W sumie wędrowała przez 409 dni. Ponownie o wiosce stało się głośno za sprawą księcia Williama, który pracował tu w roku 2000, w ramach charytatywnej organizacji Releigh International.

Idąc pomostami, zauważyłem w zaroślach przepięknej fuksji (fuksja magellanica – ma sześć odmian,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

wszystkie o niezwykle pięknych kształtach i kolorach) stada szybkich kolibrów. Próbowałem robić im zdjęcia, lecz wystąpiły dwie zasadnicze trudności. Przede wszystkim ich szybkość poruszania się, oraz, gdy tylko przystanąłem, natychmiast rozlegało się wokół przenikliwie wysokie, wibrujące ćwierkanie i ptaszki znikały w gęstych zaroślach. W końcu udało mi się zrobić jedno zdjęcie, gdy koliber przysiadł na moment na gałązce.

15

Za chwilę, widocznie w ramach rekompensaty, zapozował mi mały ptaszek o czerwonych oczach.

16

W wielu miejscach, koło drzew i roślin ustawiono tabliczki z nazwami typowych roślin tej okolicy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jakież nazwy! Jakież zastosowania! Wiecznie zielony krzew diabelskiego bzu (sauco del diablo), który lubi cieniste i wilgotne lasy;

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

wspomniany już cyprys (Cypress guaytecas),

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

a także buk arktyczny (Ñire) o skórzastych, gęsto ząbkowanych listkach, o którym pisałem przy okazji wizyty w parku Torres del Paine.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Piękny krzew Taique (Desfontainia spinosa) o właściwościach halucynogennych i częściowo trujących.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W Kolumbii nazywają go „upitym bagnem” (borrachero de paramo), ceniony jest przez tubylczych szamanów. Iglaste drzewo Manio macho (Podocarpus), którego nazwa w potocznym chilijskim, stanowi wulgaryzm i oznacza Manio samca. Jego nasiona i pewne części są także trujące.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I ostatni z ciekawej kolekcji – Canelo (Drimys winteri), wiecznie zielone drzewo zwane „zimową korą”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jego drewno z racji koloru i pięknych wzorów, stosuje się do wyrobu mebli i instrumentów. Kora z owego drzewa była dawniej używana jako witamina C, zapobiegała i ratowała przed szkorbutem. Robiono z niej napar i stosował go m.in. kapitan Cook w swej wyprawie po morzach Południowych. Uczestnik owego rejsu, gdańszczanin Johann Reinhold Forster (o jego synu, Jerzym Forsterze, traktowała moja praca magisterska z geografii), pierwszy je oficjalnie opisał i nadał nazwę. Sproszkowana kora canelo używana jest w Chile i Argentynie zamiast pieprzu.

W paru miejscach napotkałem ostrzeżenia i zaznaczone kierunki ewakuacji w przypadku wystąpienia tsunami, co w Chile nie jest wcale rzadkością. Takie ostrzeżenia można napotkać wzdłuż całego wybrzeża Pacyfiku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wdrapaliśmy się, w lejącym ciurkiem deszczu, wysoko do góry, do jakiejś restauracji, która była w stanie niezłego rozkładu. Nasze pojawienie się – dwie Francuzeczki i my – wzbudziło mały popłoch. Co było w karcie nie istniało w rzeczywistości. Wokół niewesołe twarze paru ludzi, właściciel raczej przygnębiony. Widać było wyraźnie, że niskie ciśnienie i zasłony deszczu, wkręcały ludzi w niezłą depresję. Ten stan natychmiast udzielił się Sewerynowi, który dodatkowo denerwował się warunkami jazdy i szybko upływającym czasem. Chciał zrezygnować z jedzenia, ale stanowczo uparłem się, abyśmy coś zjedli, bowiem nie znoszę się przegładzać. Gdy wyszliśmy na zewnątrz lało jeszcze gorzej. Francuzki pognały do przodu, ja od razu za nimi, bowiem Seweryn miał kurtkę z kapturem i był mniej narażony na zmoknięcie. Gdy biegiem dotarłem pod jeden z daszków na pomoście, spostrzegłem coś zabawnego – dwójka przyjaciół, zupełnie nie przejmując się deszczem, taplała się w wodzie i hasała wokół siebie. Ileż było dynamicznej ekspresji w ich ruchach i grymasach.

25

26

27

28

Doszedłem do parkingu, gdzie zastałem Francuzki. Miały nietęgie miny. „Co się stało?” – spytałem. Podprowadziły mnie do auta i bez słowa pokazały na prawe, tylne koło. Mieliśmy przebitą oponę. Na żaden warsztat naprawy aut nie można było tu liczyć. Niecierpliwie czekałem na Seweryna, bo miałem już serdecznie dość deszczu i sądziłem, że gdy stąd się oddalimy, na siódemce pogoda się polepszy. Zaczęło się robić późno a Seweryn nie nadchodził. Minęło 15 minut, pół godziny, 40 minut, kląłem przez zęby i już miałem po niego pójść, gdy nagle wynurzył się zza rogu. Oczywiście się zgubił i to na najprostszej drodze, bo w Tortel jest jeden główny pomost prowadzący do parkingu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pokazałem mu oponę. Spojrzeliśmy na siebie bez słowa, otworzyliśmy bagażnik, wyjęliśmy zapasowe koło i narzędzia. Z racji deszczu i zapewne ze złości, że nas coś takiego spotkało (mówiłem sobie – niedoczekanie, żebym znów nie dojechał do O’Higgins, niedoczekanie….), koło wymieniliśmy w pięć minut. Francuzki, podmarznięte, bo jeszcze się zrobiło na dobitkę chłodniej, przytulone do siebie jak zmokłe ptaszęta, patrzyły na nas z niemym podziwem. Jeszcze krótka narada co robimy – wracamy do Cochrane czy jedziemy dalej. Na zapasowym kole widniała informacja, że możemy jechać maksymalnie 80 km/godz. i na krótkim dystansie. Do Villa O’Higgins było jeszcze około 120 kilometrów. „Jedźmy i tam naprawimy koło” powiedziałem i w ulewnym deszczu, parę minut po czwartej, wróciliśmy na szlak.

Tortel – Puerto Yungay – Rio Bravo – Villa O’Higgins [16.27- 21.37]

Na mapie zauważyłem oczekujący nas odcinek przeprawy promowej.

92.jezioro o'higgins mapa

Mapka z Internetu

Mimo zapasowej opony jechaliśmy szparko, żeby zdążyć na prom kursujący poprzez wąską zatokę Estero Mitchell, z Puerto Yungay do Rio Bravo. Przy dobrej pogodzie, przebywa się trasę Tortel – Yungay w półtorej godziny. Innej drogi nie było, a ostatni prom, obsługiwany przez wojskowych, odpływał o 18-tej. Niestety wciąż lało albo monotonnie siąpiło. W zamglonej szarzyźnie droga wymagała sporej uwagi, bo miała skomplikowane odcinki, żwirowo-błotne, czasem wąskie, raz w dół

93

a raz pod górę.

94

Z Francuzek spadło napięcie po incydencie z oponą i trajkotały jak najęte. My raczej milczeliśmy i byliśmy skupieni na drodze. Pilotowałem Seweryna bardzo uważnie, bo dojechanie do celu zależało nie tylko od zapasowego koła, ale zauważenia w porę przeszkód – odłamków skał, błotnych zagłębień wypełnionych wodą czy ułamanych konarów leżących w poprzek szosy.

Zjechaliśmy w głąb kolejnej doliny w strugach deszczu.

95

Wzdłuż stoków i czasem przy samej drodze szumiały liczne wodospady.

96

Powietrze było wciąż zamglone. Przed Yungay minęły nas z naprzeciwka dwa auta i wiedzieliśmy, że prom już przybił. Zobaczyliśmy go podczas zjazdu z wysokiego stoku. Ku naszemu zaskoczeniu okazało się, iż byliśmy jedynym autem jadącym w tamtą stronę.

97

Prom jest bezpłatny. Za chwilę wojacy go odcumowali

98

i wpłynęliśmy w kompletnie zamglony i zadeszczony fiord Mitchell.

99

Po pół godzinie dobiliśmy do małej przystani Rio Bravo

100

i nagle deszcz ustał.

101

Ruszyliśmy pod górę, wzdłuż stromego i wąskiego stoku, drogą prowadzącą koło rzeki Bravo. Lecz po paru minutach świat znów się zaciągnął deszczem i mgłami.

102

Francuzki odprężone i zadowolone, że jednak dotrą z nami do O’Higgins, wciąż nie mogły się nagadać na tylnym siedzeniu. Bądź co bądź musiały sobie opowiedzieć wszystkie minione lata, kiedy się nie znały. Spotykając się miesiąc temu, przypadkiem, na trasie w Chile, wielce się zaprzyjaźniły.

Po czterech kilometrach zobaczyliśmy tablicę informacyjną – do naszego celu mieliśmy tylko 88 kilometrów.

103

Było około 19-tej i ze względu na oponę liczyłem, iż dotrzemy do O’Higgins najpóźniej koło 21.30. Wjechaliśmy w zwężającą się dolinę,

104

deszcz nieco zelżał i po chwili z prawej ukazały się warkocze wodospadów.

105

Droga biegła nad krawędzią rzeki. Po lewej stronie jej kanion w dole, po prawej coraz bardziej zbliżająca się ściana skał, z której, w znów intensywnie padającym deszczu, spadały wodospady,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

niekiedy z szumem przelewając się przez drogę.

108

Nawierzchnia zrobiła się rozmiękła, musieliśmy zredukować szybkość do 20 km/godz. W zapadającym zmroku pojawiały się wciąż nowe wodospady, czasem o fantastycznych kształtach. Ponieważ nikt nie jechał i znów byliśmy samotnymi jeźdźcami, przystawaliśmy czasem, aby podziwiać moc przyrody i wspólnie z Niną robiliśmy zdjęcia.

109

Większość niestety się nie udawała i od razu wymazywałem je z pamięci karty foto. Jednakże przestałem zajmować się aparatem, bowiem zapadał zmrok i postanowiłem pomagać Sewerynowi w orientacji na drodze, bo było coraz gorzej. Gdy włączył światła okazało się, iż z trudnością przebijają się przez ścianę wody.

110

Ilość wodospadów wcale nie malała, wręcz przeciwnie, a do tego z powodu ulewnego deszczu wzmagały swą moc.

111

Niektóre spadały już bezpośrednio na drogę, ochlapując prawą stronę auta. Potem wspólnie z deszczem waliły strugami prysznica po dachu Nissana.

112

W ciemnościach rozpętało się wodne piekło, miejscami zwalnialiśmy do 10 km/godz. I wtedy Francuzki zamilkły na amen.

Z głową przyklejoną do szyby, podobnie jak podczas naszego pierwszego szaleńczego, nocnego przejazdu przez Chile w roku 2011, gdy jechaliśmy setki kilometrów wzdłuż Pacyfiku, który nocą pokrywa nadoceaniczną szosę gęstym woalem mgły, wypatrywałem drogę. Nagle, na środku niej ukazał się spory odłamek skały, którego nie mogliśmy ominąć. Założyłem przeciwdeszczową kurtkę z kapturem, wyszedłem z auta i zepchnąłem skałę w głąb kanionu. Dopiero wtedy odczułem potęgę mini potopu, który nas osaczał ze wszystkich stron. Ale była tylko jedna możliwość – jechać uparcie naprzód.

Zachodziliśmy w głowę z Sewerynem, dlaczego jest tutaj aż tyle wodospadów i to tak blisko szosy, która miejscami bardziej przypominała rumowisko. Po parunastu minutach, w świetle reflektorów wyłonił się wielki głaz, leżący znów dokładnie na środku drogi. Opuściłem auto, pochyliłem się próbując go odturlać. Nawet nie drgnął. Po paru nieudanych próbach, gdy już chciałem wołać na pomoc Francuzki, ujrzałem z boku odłamany konar. Dzięki zastosowaniu dźwigni powoli przesuwałem głaz ku czarnej przepaści kanionu. Za mdłym kręgiem reflektorów rozpościerała się przepastna czerń, wypełniona szumem spadających setek litrów wody z prawego stoku i rykiem wezbranej rzeki poniżej, w kanionie. Zrobiło mi się nieswojo, bo skojarzyłem sobie, iż odłamki skał mogą spadać, z niemal pionowego stoku, na skutek nadmiaru wody. Wróciłem do auta i zacząłem w duchu przyzywać moją szczęśliwą gwiazdę. Nic innego mi nie pozostało.

Milczeliśmy wszyscy, tylko ja co pewien czas mówiłem Sewerynowi „kamień po prawej, uwaga, strumień szoruje przez drogę, uwaga, zwolnij, dół wypełniony całkowicie wodą, konar na drodze, zbliżamy się do wodospadu”. Czasem, gdy trafiliśmy pod rozwścieczony wodospad, który przybrał co najmniej w dwójnasób, autem nieźle trzęsło. Zdarzały się odcinki spokojniejsze, szersze i otoczone niewyraźnie majaczącym lasem.

113

I tak powoli przedzieraliśmy się przez ciemność, z której co pewien czas wyłaniały się zielone tablice z nazwami. Rio Resablon, Rio Tigre,

114

Arroyo Los Condores, Rio Desague, Laguna Cisnes…

115

Koło 22-giej zwężenia się skończyły, zjechaliśmy w rozległą, zalesioną dolinę i przejechaliśmy most na rzece Mayer.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Droga biegła teraz po płaskim terenie, deszcz przemienił się w mżawkę i można było nieco przyspieszyć. Dalej milczeliśmy, jakby nie wierząc własnemu szczęściu. Lecz z kolei zaczęło nam się dłużyć. „Gdzie to cholerne O’Higgins?” mówiłem. Seweryn klął na Alamo, że dają tak nędzne koło zapasowe, na taką podróż po bezdrożach. Francuzki wciąż milczały i kiedy się odwróciłem, zobaczyłem, iż przysnęły.

Z mroków wyłoniła się wielka tablica informująca o robotach drogowych w O’Higgins.

117

21.37 – dotarliśmy!! Obudziłem dziewczyny i poprosiłem Ninę by spytała kogoś o nocleg. Okrążyliśmy główny plac,

118

wjechaliśmy w którąś z ulic i zauważyłem postać idącą skrajem chodnika. Podjechaliśmy blisko niej i wtedy zobaczyłem, że to chilijski carabinero, zmilitaryzowany policjant. Nina zawołała „Señor”, policjant stanął, obrócił się i wyraz ogromnego zdziwienia ukazał się na jego obliczu. Spojrzał w górę, na nas, znów w górę i powiedział „Skąd wyście spadli?” Roześmiałem się, a Nina odrzekła „Właśnie przyjechaliśmy”. „Skąd?” zapytał carabinero, a gdy się dowiedział, odparł po angielsku „You are crazy! W taką pogodę! To był najgorszy deszcz od paru miesięcy, istny potop. Niekoniecznie tutaj, ale tam, na drodze…” Zamilkł i z niedowierzaniem kręcił głową.

Gdy dowiedział się, iż szukamy noclegu, poprosił abyśmy za nim jechali i doprowadził nas do hotelu swojej znajomej. Hospedaje (dosłownie noclegi lub noclegownia) było w częściowej przebudowie, bo sezon już się skończył. Widok buzującego pieca, ciepło, unoszący się zapach palonej lengi, ładny wystrój dużej jadalni i miła gospodyni, która natychmiast zabrała się za przyrządzanie dla nas kolacji, zwaliły nas z nóg. Dopiero teraz opadło napięcie i zmęczenie wyczerpującą podróżą. Policjant opowiadał o naszym wyczynie paru ludziom przy sąsiednim stoliku, którzy celebrowali czyjeś urodziny. Po pokoju biegały dzieci. Zwabiony hałasem wśliznął się do domu czekoladowy wyżeł i witał się z nami wylewnie. Poczuliśmy, iż jesteśmy w domu. Bezpieczni.

Podjechaliśmy z Sewerynem do małego sklepiku obok, po butelkę wina. Gospodyni przygotowała obfitą kolację – smażoną wołowinę z cebulą i ziemniakami, Celina z Niną uszykowały michę sałaty. Pod koniec kolacji opadliśmy ostatecznie z sił. Pożegnaliśmy się i udali do swoich pokoi. Z ogromną przyjemnością wziąłem krótki prysznic. Ani hałas dochodzący z dołu, ani widok mojego pokoju – był częściowo w remoncie, nie zakłóciły mi dobrego nastroju. Ani także wiadomość, że tutaj nie ma warsztatu naprawczego i po oponę lub reperację, trzeba jechać do … Cochrane. Jak się udało w tę stronę, uda się i w tamtą.

Leżałem w ciemnościach uśmiechając się z satysfakcją i rozpamiętując przebytą drogę. Znów widziałem setki wodospadów rozpylonych w ciemnościach. I w ich odległym szumie zasnąłem.