Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

22 lipca Antigonish

 

Pobudka bez budzika koło 9.15. Za oknem naszego parterowego hotelu bieleje brzoza. Kawa i sok, dzwonię do prof. Pluty, który zaprasza nas na 17-tą i powiadomi profesora Toma Roacha. Szkoda, że już nie żyje inny mój profesor, Raymond MacLean, który zmarł w wieku 76 lat ponoć na… łyżwach. Zrobił parę kółek na lodowisku, przysiadł na chwilę i trzeba go było odwieźć do szpitala i tam wysiadło mu serce. Moi profesorowie z tamtego czasu. Jakże różni. Jeden ciepły i sympatyczny, drugi równie ciepły, lecz nieco zdystansowany, a inny pozornie oschły i piekielnie inteligentny.

MacLean, twardy Szkot i dumny, że obie jego linie wywodzą się ze szkockich pionierów, z Barra i Oban, studiował na St. Francis Xavier, Uniwersytecie Alberta i Uniwersytecie Torontońskim. Najpierw uczył w szkołach, coś co w Polsce kompletnie zaniedbano, a co istniało obowiązkowo przed wojną – zanim rozpoczniesz pracę naukową poucz w szkole, otrzaskaj się z materią. Może dlatego mamy dziś tylu, proszę wybaczyć, ale dowody są liczne, przygłupawych profesorów, a jeszcze więcej niepraktycznych, co wzmogło się po odzyskaniu wolności, gdy zakładanie szkół wyższych stało się potrzebą przeważnie biznesową i produkcją spolegliwych matołków. Ilość ludzi po studiach wyższych statystycznie wzrosła i Polska jest obecnie nieco powyżej unijnej średniej. Tylko wiadomo co się nie raz kryje za statystyką – liczby i procenty tylko w pewnej części oddają rzeczywistość i ludzie z zapałem potrafią nimi manipulować.

MacLean, po zrobieniu doktoratu, nauczał na wydziale historii na St. Francis do emerytury, z jednym wyjątkiem – krótkim okresem nauczania na uniwersytecie Queen’s w Kingston (Ontario). Był skoncentrowany głównie na historii Szkotów w Atlantyckiej Kanadzie; wydał osiem książek na ten temat, sporo z nich do dziś jest przytaczanych w Ameryce Północnej w nawiązaniu do szkockich zagadnień. Publikował także artykuły w najlepszym kanadyjskim dzienniku „Globe and Mail” i „Kanadyjskim Słowniku Biograficznym”. Przez 10 lat pełnił funkcję przedstawiciela Nowej Szkocji w organizacji Kanadyjskich Miejsc i Pomników Historycznych i przez 17 lat był w zarządzie dyrektorów nowoszkockiego muzeum. Był aktywny także w organizacjach lokalnych – The Antigonish Highland Society i przyczynił się do założenia Muzeum Dziedzictwa Antigonish. Jedną z jego kolejnych pasji była genealogia, w której pomógł wielu rodzinom, w USA i Kanadzie, w odszukiwaniu ich korzeni.

Będę go zawsze pamiętał, bo jego seminarium o literaturze i historii Kanady, dało mi podstawową wiedzę o nowym kraju, przymusiło do intensywnej nauki angielskiego, na zasadzie rzucenia na głęboką wodę – pisałem zadane referaty po polsku, tłumaczyłem na angielski i potem podziwiałem, że profesor MacLean przez nie przebrnął, a nawet wystawiał ocenę, czasami dobrą. Nigdy nie zapomnę pierwszego wykładu, na który uczęszczało pięć osób, bo wieść wśród studentów niosła, że to „straszna piła, surowa i wymagająca, nie znosząca przygłupów i niedokształconych”. Po przywitaniu profesor powiedział: „Tematem moich zajęć będzie literatura kanadyjska i… wyobraźcie sobie, że ona istnieje”. Podbiłem go, gdy okazało się, że byłem jedynym wśród tej piątki, znającym nie tylko nazwisko, ale i twórczość Leonarda Cohena.

Kiedyś zaprosił mnie do swego gabinetu, poprosił abym usiadł i poufałym tonem zapytał: „Chris, czy u was w Polsce jest też tylu durniów na studiach?” Najpierw się roześmiałem, potem opanowałem, widząc jak profesor jest poważny. W nagłym błysku, przypomniały mi się moje studenckie lata z Gdańska i Warszawy i spokojnie odparłem: „Sporo, ale innego rodzaju. Podstawy większość z nas miała dobre, nawet niekiedy bardzo dobre. Bo to był paradoksalnie  jeden z największych błędów komuny – wielu ludzi otrzymało solidne wykształcenie na poziomie liceum. Poprzez dom rodzinny i elitę intelektualną, studenci zostali nieco pobudzeni do własnych przemyśleń, często na zasadzie przekory, bo byli wtedy z reguły wbrew i na przekór oficjalnym poglądom. Nadto byliśmy od lat odcinani od świata i dlatego bardzo się nim interesowaliśmy. W czasie studiów pochłanialiśmy co się dało stamtąd, z Zachodu. I tak się szczęśliwie złożyło, że po części z powodów ideologicznych, a głównie finansowych, nie byliśmy zalewani miernotą amerykańską, produkcją klasy B i niższych. To było szczęście dla myślących, bo przeważająca reszta popadała w bezkrytyczny zachwyt nad Ameryką i Zachodem”. Profesor, po moim mini wykładzie, wydawał się jedynie częściowo usatysfakcjonowany. Także częściowo zaskoczony tym co usłyszał.

Gdy się rozstawaliśmy, po zaliczeniu przeze mnie pierwszego roku i przed mym wyjazdem do Toronto, profesor rzekł: „Poznałem cię chyba nieźle i zdaję sobie sprawę z twej wiedzy i otrzaskania. Żebyś się w nadchodzących latach w tym kraju zbytnio nie sfrustrował , pragnę ci uświadomić, że wiek XX w Kanadzie, zaczął się po powrocie naszych żołnierzy z II wojny światowej”. Jakże mi się owe słowa przydały i jak pomogły, kiedy już miejscami miałem dość kanadyjskiej przeciętności, a zarazem hermetyczności wykształconego środowiska, które nieraz, na angielski sposób, zadziera nosa i tworzy zamknięte enklawy. Nadto każdy emigrant przechodzi przez tzw. szok kulturowy, gdy nie tylko nie pojmuje pewnych zjawisk, ale jest wręcz nimi rozdrażniony i rozsierdzony. Wyobraźmy sobie ileż wysiłku trzeba włożyć i jak wiele czasu musi upłynąć, zanim ubogi, niewykształcony i często straumatyzowany człowiek, z o wiele biedniejszych i rozdartych konfliktami krajów, przybędzie do Kanady.

Przejechaliśmy koło uniwerku,

skręciliśmy na Główną,

zatkaną nieco autami

i znaleźliśmy wolne miejsce na parking. Poszliśmy na krótki spacer,

idąc na lunch do znanej nam restauracji „Brownstone”,

gdzie podano świetne paluszki kurze z warzywami i tzatziki. Ana od rana nie odbierała telefonu. Jest sobota, może gdzieś wyjechała na weekend. Wracając do auta zobaczyłem, że letni festiwal teatralny wciąż się tu odbywa.

Potem chciałem znów odnaleźć miejsce, gdzie prowadziłem Spanie&Śniadanie i po tylu latach nie potrafiłem je zlokalizować, mimo iż byłem przekonany, że jestem na właściwej ulicy. A domy dalej tak charakterystyczne jak wtedy.

W tym Spaniu&Śniadaniu przydarzyła mi się jedna z tych cudownych historii, gdy do człowieka przylgnie zwierzę, nie kot czy pies, bo to wiadome, ale dzikie zwierzę. Konkretnie gołąb. Spostrzegałem go rano, zawsze na bocznym dachu domu, gdy otwierałem drzwi, by przewietrzyć kuchnię po śniadaniu i zmyć naczynia. Skąd się tu znalazł nie miałem pojęcia. Przez parę dni gołąb mi się przyglądał, a kiedyś nagle pojawił się przed otwartymi drzwiami. Następnego dnia wszedł do środka i wysypałem mu na podłogę okruszyny ze śniadania, które szybko wystukał dzióbkiem. Potem ów ceremoniał powtarzał się w paru następnych dniach i któregoś ranka, podczas mycia naczyń, gołąb podfrunął i siadł mi na ramieniu. Zastygłem, bałem się poruszyć, ale po chwili kontynuowałem mycie. A on siedział na mym ramieniu do czasu aż skończyłem. Wtedy sfrunął na podłogę, coś tam zagadał i wyfrunął na dwór. Od tego dnia towarzyszył mi codziennie przy myciu naczyń. Dodatkowo gruchał do mnie, snuł krótkie opowieści, czasem dreptał z jednego ramienia na drugie, choć z reguły instynktownie preferował prawe, te bliżej drzwi i wylotu. Tak się ze mną spoufalił, że parę razy otarł się łebkiem o mój policzek. Otrzymał imię Brutus i goście szykujący się rano do wyjazdu zachwycali się naszą komitywą. Kiedyś Konrad, syn profesora, który mnie czasem zastępował lub pomagał, próbował nakłonić gołębia, by siadł mu na ręce. Nie dał rady. Byłem jedynym, którego gołąb wybrał, tolerował i okazywał mi wielką przyjaźń. Po niemal miesiącu zniknął i to na zawsze. Profesor podejrzewał, że mógł paść łupem jastrzębia, których było sporo w okolicy.

Zakupy w Antigonish Mall i prezenty dla profesora Pluty. W hotelu przygotowywanie prezentu dla prof. Roacha – moje video z podróży po Ameryce Południowej. Po 16-tej jedziemy po kwiaty dla pani Plutowej. Gdy dojeżdżamy do końca Głównej, rozpoznaję były budynek dworca, gdzie odprowadzałem w 1985 roku Piotra, który zrezygnował ze studiów i pojechał do Edmonton. Wtedy jeszcze pociąg kursował. Dziś jest w nim wspomniane Muzeum miasta i okolic przeforsowane przez prof. Mac Lean’a.

Zaczynam nieco rozpoznawać teren, gdy podjeżdżamy pod górkę i po skręcie z głównej drogi w zalesioną. Widzę na niej zmianę – jest już porządny asfalt.

Punktualnie o 17-ej zajeżdżamy pod dom Plutów, gdzie na podjeździe natykamy się na Toma. Serdeczne przywitanie, jego jak zwykle nieco nieśmiały uśmiech, który tak ujmował studentów, zwłaszcza studentki. Na progu pokazuje się Leonard – jakby nieco zmalał, zeszczuplał (potem dowiaduje się od żony, że ma Parkinsona), ściskamy się serdecznie, przywitanie z żoną Barbarą i przedstawiam Seweryna. Nie mogę się powstrzymać, by nie zajrzeć za dom, gdzie na pochyłości stoku jest obszerny trawnik, a z boku ogród. Od razu rzuca mi się w oczy złamana jodła.

Potem się dowiaduję, że zgruchotał ją piorun. Zmiana klimatu, połączona z nagłymi i nieraz gwałtownymi różnicami pogody, też tutaj dotarła. Ale kolibry dalej przylatują, by zanurzyć dziób w malwach rosnących przy domu.

Wchodzimy do domu i opadają mnie wspomnienia. Pani Barbara, gdy tu się sprowadzili po uzyskaniu uniwersyteckiej posady przez Leonarda, narysowała na kartce jaki chce mieć dom, w fabryce obejrzeli, dopytali i za parę tygodni główny szkielet domu przyjechał na wielkiej przyczepie. I fakt najważniejszy – mieszkają jak w małym raju, ich teren jest blisko nader urozmaiconej linii brzegowej zatoki zwanej Antigonish Harbour, częściowo pod ochroną, lecz z możliwością mieszkania w tzw. otulinie. Tereny wokół są przepiękne, wzgórza, lasy, rozległe i urozmaicone zatoki z plażami.

W tym domu – z pięknym kominkiem wykładanym odłamkami skał

– pewne zmiany w kuchni, lecz największe zmiany wokół. Do rozległego trawnika przed domem przybył taras

z widokiem na jedną odnogę, wąską i nieco zamkniętą, głównej zatoki.

Tu o zmierzchu myśli nalatują człowieka, czas się snuje i dzień za dniem latami się składa. Chyba, że zjadą hurmem liczne wnuki (Plutowie mają trzech synów: Paweł – lekarz, Christian – detektyw i Konrad – muzyk) i zgiełk miły uczynią. Na skarpie dalej maliny i stara jabłonka. Za trawnikiem ściana mieszanego lasu z widoczną przewagą liściastych.

Po lewej stronie, za kurnikiem, był las świerkowo-jodłowy, gdzie buszowałem po olbrzymim polu kurek, które czasem miały kapelusze wielkości małych spodków. Wiek drzew i zakwaszona gleba tak osłabiły drzewa, że kładł je wiatr i trzeba było je kompletnie wyciąć. W ich miejsce wlazły liściaste. Kiedy poszło się ścieżką w dół do zatoki, natrafiało się na wielkie, dzikie pole, na którym rosły ogromne poziomki. Kiedyś przy ścieżce natknąłem się na siedzącego na drzewie sporego jeżozwierza. A na łące spod nóg pryskały mi kuropatwy, które niemal można było złapać gołą ręką. Stwierdziłem, że w tym miejscu, w lipcu i sierpniu, nie posiadając niczego poza małą siekierką, nożem i zapałkami, można by było swobodnie przetrwać.

Przeprosiłem gospodarzy i gości i znów wyszedłem z domu, by obejść kawałek profesorskiej posiadłości. Zdjęcie domu z boku,

wszedłem kawałek na trawnik, za którym na stoku stary piec służący do grilla i wypieku chleba. Jak pamiętam, gdzieś tam w skarpie, była mała wędzarnia. Drzewa za skarpą, spowite powojem, jakże przez trzydzieści lat urosły.

Ogród warzywny bujny jak dawniej.

Na lewo od domu, w krzakach kurnik, w którym dziś królują pawie – nowa pasja profesora.

Jest szóstka małych.

Doszedł nowy garaż, jeszcze dalej, za krzakami i liściastymi drzewami (brzozy, osiki, klony) jest nowy sąsiad. 33 lata temu nie było wokół nikogo. Wracając ścieżką od kurnika, przypomniałem sobie historię z psem profesora, przemiłą suką, z którą się natychmiast zaprzyjaźniłem. W kurniku królował wielki i agresywny kogut, z czego nie zdawałem sobie sprawy. Podczas kolejnej wizyty w domu profesora, poszedłem ścieżką do lasu. Nagle z krzaków wyłonił się kogut i zaczął biec w moim kierunku. Jak spod ziemi pokazała się suka, przebiegła pędem koło mnie i runęła na koguta. Zacząłem ją powstrzymywać myśląc, że wyżywa się na biednym kogucie, ale nadbiegający profesor wyjaśnił mi, że rzuciła się w mej obronie. Kogut nawet zaatakował kiedyś Leonarda, ale dostał wciry i nabrał respektu.

Wzdłuż głównej drogi (Highway 337) powstało osiedle domków, po przeciwnej stronie zatoki przybyło wiele nowych. Na lewo od głównej, jak pamiętam, były farmy. Teraz króluje tam olbrzymia farma z zmechanizowanymi krowami. Mają na szyjach, przyczepiony do obroży, minikomputer, który reguluje ich karmienie. Nigdy nie wychodzą na zewnątrz i to w pewien sposób symboliczne – niedługo będzie tak z wieloma ludźmi. Mieszkania zamienią się w stałą norę, gdzie będą królowały mniejsze i większe ekrany, w tym takie, które będą pokazywać jak wygląda świat na zewnątrz.

Daleko pod wzgórzem widzę ostatnie piętro i dach szpitala, w którym byli dobrzy i uczynni lekarze. Pomagali mi, gdy złapałem tutejszą ospę (chicken pox) i leżałem jak kłoda w domu profesora, doglądany przez jego teściową. Spędziłem siedem dób w zaciemnionym pokoju, z non stop 40-to stopniową gorączką. Byłem na krawędzi; jak powiedział mi lekarz w szpitalu i ostrzegł, miałem zniszczoną barierę odpornościową organizmu. Jakbym miał HIV. I dodał „proszę bardzo uważać w Toronto, bo odbuduje się dopiero za siedem lat”. W czasie pierwszej zimy w Toronto (1985/1986), złapałem cztery różne wirusy, w tym dwie odmiany grypy. Mój torontoński lekarz złapał się za głowę. Wylazłem z tego, ale zdrowie mi kulało jeszcze przez następne cztery lata. I równo po siedmiu proroctwo lekarza z Antigonish się spełniło – odporność w pełni wróciła.

Po ostatnim badaniu w szpitalu, lekarz zaprosił mnie do swojego domu na lunch. Poznałem jego rodzinę, spędziliśmy około dwóch godzin rozmawiając o Polsce i o świecie. Nie zapomniany był dom lekarza. Nie przypuszczałem, że tak można mieszkać. Dom położony w głębi lasu i przepięknie wybudowany. Wyłożony kamieniami z zewnątrz, a gdy się wchodzi do środka człowiek staje jak wryty, bowiem obszerny pokój ciągnie się aż pod dach, na wysokość drugiego piętra. Ta przestrzeń jest wręcz porażająca. I wielki, wyłożony kamieniami kominek, z kominem też pod sam dach. Reszta domu odsunięta w głąb, kuchnia, jedna łazienka i pomieszczenia gospodarcze. Kręcone schody prowadzą na wyższy poziom, do innych pokojów i sypialni z kolejną łazienką. Pierwszy raz w życiu widziałem taki dom i mnie natychmiast zachwycił.

Wracam do domu profesora i zauważam w kącie pokoju wazon z pękiem pawich piór.

Profesor jest z krakowskiego, z ubogiej, chłopskiej rodziny. Gdy przyjechał do Toronto w końcu lat 50-tych, zaopiekował się nim jego krewny, znany w polonijnym środowisku prałat Franciszek Pluta (zmarł w 1990 roku), który przeszedł gehennę łagrów na Syberii i wydostał się stamtąd dzięki układowi rządu emigracyjnego z Sowietami. Potem został kapelanem i komendantem Osiedla Polskich Dzieci w Indiach, gdzie udało się po rozlicznych trudach ściągnąć z ZSRR tysiąc polskich sierot. W 1953 roku znalazł się w Kanadzie zakładając polską parafię w London, Ontario. Od 1980 roku był Delegatem Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na Kanadę. Leonard jest jego bratankiem i w roku 2015 wydał w Polsce książkę o dokonaniach Franciszka, pod tytułem „ Ojciec tysiąca sierot” (wyd. Muza SA, 2015)

Początki profesora Pluty w Kanadzie raczej typowe. Ciężko harował przy budowie metra w Toronto, potem poszedł na studia na uniwersytecie Queen (lata 1961-64), gdzie zdobył doktorat w dziedzinie ekonomii (w 1967 roku). Od sierpnia 1964 roku do emerytury pracował na uniwersytecie St. Francis Xavier w Antigonish. Po moim wyjeździe, co roku na Boże Narodzenie podsyła mi listy, opisujące co się wydarzyło w danym roku, w rodzinie i okolicach. Listy były interesujące i często tak bardzo zabawne, że gdy zacząłem uczyć wdzięczątka w kanadyjskiej szkole (żeńskie liceum), przynosiłem je do klasy i czytałem. Bo Leonard był niestrudzony w pomysłach gospodarskich. Staw wykopał i zarybił, przez co musiał walczyć potem z bobrami, które mu tam ciągle gmerały. Nawet raz niedźwiedź przylazł w odwiedziny. Założył warzywniak, wędzarnie i robi do dziś wino domowej roboty. Wyśmienite! Parę razy byłem zaproszony na wspaniałą wyżerkę – homary (pani Barbara uczyła mnie, jak je oprawiać, bo to niezmiernie ważne) maczane w roztopionym, słonym maśle, grzyby, smakowite sałaty warzywne, domowy chleb i to wino. Mogę z ręku na sercu powiedzieć, że dzięki sponsorstwu profesora Pluty i jego miłej opieki nade mną, włącznie ze znalezieniem mi pracy przy sadzeniu drzew (najcięższa praca w mym życiu, alem dumny, bo posadziłem dla Kanady kilkaset drzew), a potem zatrudnieniu do prowadzenia B&B, co umożliwiło mi nie tylko naukę angielskiego, lecz też poznanie wielu ciekawych ludzi, dzięki jego pomocy miałem w Kanadzie, jak już wspomniałem, miękkie lądowanie.

Siadamy do stołu, przekąska, wino Leonarda, wszystko jak powrót do dawnego siedliska. Nie domu, bo mieszkałem w akademiku, na kampusie. Rozmowy, lecz bez tej dawnej wartkości, wyciszone. Leonard spowolniony, czasem mówiący z trudem, Tom tak samo, bo jest po wylewie. Radość mieszała się z pewnym smętkiem nad upływającym czasem. Doszedł Polak, Janusz, który tu osiadł wiele lat temu i się zagnieździł. Potem świetny obiad – sałatka z fennel’u (fenkuł, koper włoski) i jabłek, krewetki z makaronem i jarzynami, wszystko w łagodnej postaci. Schłodzone białe wino, cisza wokół, za oknem zatoka się wygładziła, pokrywając esami floresami.

Rozmowy o lokalnych sprawach – wielkie zadłużenie uniwersytetu, koszt studiów teraz dwa razy większy (niemal 10 tysięcy akademik z jedzeniem i 10 tysięcy czesne), miasto się powoli rozwija, jest lepsza baza turystyczna i dalej są letnie festiwale (teatralne, muzyczne), odbywają się zawody sportowe. Kiedyś owo miejsce nad zatoką było letnim obozem dla Mikmaków, aż do 1748 roku, gdy pułkownik Timothy Hierlihy, z nowoszkockiego regimentu ochotników, otrzymał wielkie nadanie ziemi wokół Antigonish Harbour. Osiedlili się tam, od 1784 roku, tzw. Lojaliści, czyli angielscy żołnierze walczący w Amerykańskiej Wojnie o Niepodległość. Nowe miejsce nazwano oczywiście z angielska Dorchester. Niemal 50 lat później inny osadnik, przy pomocy lokalnych Indian, wytyczył szlak poprzez góry Brązowe do zatoki. Ta droga stała się w przyszłości dzisiejszą krętą ulicą Główną (Main Street). Po roku 1820 zniknęła nazwa Dorchester i wkroczyło Antigonish.

W latach 1824 – 29 istniała uczelnia wyższa (college) na Cape Breton, która przeniosła się w 1855 do Antigonish i zmieniła nazwę na uniwersytet imienia St. Francis Xavier (Św. Franciszka Ksawerego), wciąż będąc katolickim seminarium. Pełne prawa uniwersyteckie, połączone z otwartością studiowania przez wszystkich chętnych, zagwarantował parlament Nowej Szkocji w roku 1866. W późnych latach 20-tych XX wieku, miejscowy ksiądz i wykładowca dr. Moses Coady, powołał instytut dokształcający (dziś jego imienia – Coady International Institute) i zapoczątkował tzw. Ruch Antigonish (Antigonish Movement), który będę pamiętał do końca życia, bowiem zakwaterowano mnie w akademiku, gdzie mieszkałem przez parę miesięcy z ludźmi z krajów rozwijających się, którzy przyjechali do Instytutu Coady studiować i się dokształcać. Większość z nich była już po lokalnych studiach w swoich krajach, znaczna część pracowała w administracji państwowej. O tym opowiem później.

W 1852 roku założono lokalny dziennik „The Casket” – tłumaczy się jako Szkatułka; inne, stare znaczenie “casket” to nomen omen trumna, teraz używa się dla niej słowa “coffin”. W 2015 roku właścicielem gazety został Chronicle Herald z Halifaxu. Kiedy połknął w sumie 27 lokalnych gazet i przymierzał się do następnych, zmienił nazwę wydawnictwa na SaltWire Network i ma obecnie w posiadaniu 35 dzienników i tygodników, publikowanych w Atlantyckiej Kanadzie. „The Casket” jest w dalszym ciągu codzienną, darmową gazetą, w nakładzie około 4 tysięcy egzemplarzy. W roku 2015 został wybrany jako najlepszy dziennik, w kategorii podobnych w całej Kanadzie. Droga rozwoju informacji i komunikacji, włącznie z lokalnymi ogłoszeniami i informacjami towarzyskimi, niemal w całej Ameryce Północnej wyglądała podobnie. Pierwszy centrum informacyjno-towarzyskim dla danej społeczności była parafia. Jacy tam byli i są księża zapamiętałem, gdy poszedłem z Plutami na mszę Wielkanocną do Katedry St. Ninian. Po mszy przy wyjściu stał ksiądz i witał się z każdym z nas, zamieniając parę ciepłych słów. Bynajmniej nie z powodu Wielkanocy, robi tak każdej niedzieli. I dalej jest sala parafialna, w której odbywają się spotkania i wieczorki taneczne. Raz tam się zapuściłem z mym przyjacielem Markiem MacDonaldem, ale szybko stamtąd zrejterowaliśmy, bo to był akurat wieczorek dla starszych pań. A my przecież byliśmy studentami, ja co prawda w wieku 38 lat, ale sztuka się liczy.

Następnym krokiem ku podwiązywaniu społeczności lokalnych były gazety i radiostacje. W Nowej Szkocji, podobnie jak w wielu miejscach Ameryki Północnej, długo panowały niesnaski i niechęci wzajemne pomiędzy kościołem katolickim a protestanckim. Dopiero ruch ekumeniczny po Vaticanum II, potem późniejsze działania, szczególnie za pontyfikatu Jana Pawła II, zaczęły powoli odmieniać sytuację. Nic dziwnego, że jeden z mych tamtejszych znajomych opowiedział mi przedni dowcip. Jedzie sobie ktoś z Antigonish do Halifaxu i za miastem widzi autostopowicza. Zatrzymuje się, pyta go dokąd zmierza i okazuje się, że ów człowiek właśnie zdąża do Halifaxu. Człowiek okropnie się jąkał i na pytanie, po co jedzie do Halifaxu, odpowiedział, że bierze udział w „kon.. kon.. kon.. kursie spi.. spi.. spikerskim do.. do.. raaa dia”. Kierowca grzecznie to przyjął do wiadomości, bez komentarza, a wysadzając autostopowicza życzył mu powodzenia. Po miesiącu scena się powtarza. Ten sam kierowca i znów ten sam autostopowicz, ale tym razem udający się do pobliskiej miejscowości. Kierowca pyta jak tam praca w radio, autostopowicz odpowiada „Nie.. nie.. nie.. przy.. przy.. jęli mnie”. „Dlaczego?” grzecznie pyta kierowca. „Nie.. nie.. nie za.. za… trudniają ka.. ka.. katolików”.

W latach 2004-2006 nastąpił w mieście ekonomiczny boom. Na skraju miasta postawiono wielkie centrum handlowe, w downtown powstały nowe sklepy, rozbudowano dawne centrum (tzw. mall) i na peryferiach otworzył podwoje nowy salon samochodowy GM. Do roku 2020 ma być ukończona czteropasmowa, darmowa autostrada do Halifaxu. Jednocześnie nie zapomina się o ochronie środowiska dołączając do starych parków nowe. Szczególną troską otoczono plaże wokół zatok Dunns, Pomquet, Monks Head i Mahoney, nad którą byliśmy za pierwszą bytnością. Owe zabiegi mają na celu nie tylko chronić krajobraz, ale zagrożone wyginięciem ptaki, siewki blade, które tutaj mają gniazdowiska.

Przy lodach z owocami, w konwersacji naszej pojawiły się różne lokalne plotki, głównie o chciwych cwaniakach skubiących ludzi. Na przykład o dentyście który, jak się okazało, leczył zdrowe zęby borując je niemiłosiernie. Pod względem chciwości i cwaniactwa niewielkie różnice pomiędzy miastem wielkim a małym. Obficie plenią się ludzkie chwasty. Potem dowiedziałem się, jakby dla równowagi, że także pojawiają się tutaj takie postacie, jak młody syryjski uchodźca, Tareq Hadhad. Osiedlił się w Antigonish w 2016 roku i po paru miesiącach uruchomił fabryczkę czekolady, nazwaną “Peace by Chocolate”, kontynuując przeszło 20-to letnią tradycję rodzinną z Damaszku. Stworzył nowe miejsca pracy lokalnym ludziom, wspomagał innych, na przykład mieszkańców Fort McMurray w Albercie, którzy w wielkim pożarze lasów stracili swoje domy. Następnie trochę gawędziliśmy o naszych podróżach z Sewerynem i było co opowiadać.

Przeprosiłem towarzystwo i ponownie wyszedłem na zewnątrz, porobić zdjęcia i zaglądnąć do starych kątów. Zajrzałem znów do pawi, skubnąłem maliny z krzaka. Podszedłem bliżej do jodły rozwalonej przez piorun (trafiło ją dwukrotnie). Ostało się parę bocznych gałęzi, korona zdewastowana totalnie, sterczy jeno pień z białą raną miazgi drzewnej. I wtedy pomyślałem, że to częściowo symbol mijającego czasu, owych 33 lat od opuszczenia tego miejsca. Mogłem tu skończyć studia i zacząć pracę naukową na uniwersytecie (tylko czy ja się nadaję na pracę naukową? Przy mojej zachłanności świata…), takie mieli względem mnie ciche plany, ale życie przycięło plany. Nadto miałem zobowiązania wobec dzieci pozostawionych w Europie. Gdybym tu ściągnął D., po paru miesiącach zapewne zacząłby się stres i wielkie materii pomieszanie. Los czuwał nade mną i pokierował mymi krokami gdzie indziej. Inną ścieżkę zacząłem wydeptywać, na której też mocny „piorun” mnie trafił, osmalił, połamał nieco, ale ostałem i miąższ się zasklepił.

Pod wieczór, pod lasem za trawnikiem, zaczął się ruch. Chyłkiem cwaniak przemknął, zamiatając trawę długą kitą.

Po chwili pokazała się sarna. Leonard opowiadał o kłopotach z bobrami, które niszczyły mu stawy. O licznych spotkaniach z łosiami na Nowej Fundlandii, gdy jechali na ślub syna, Pawła, który teraz zamieszkuje na Cape Breton. Konrad był akurat w Polsce, Christian z policjanta przeszedł na detektywa zajmującego się sprawami gospodarczych przekrętów. Plutowie mają jedenaścioro wnuków, niektóre przyszywane, bo małżonki dwóch synów wniosły w posagu dzieci ze swego pierwszego małżeństwa. Tom pożegnał się koło 20.30 i przed jego wyjściem ustawiliśmy się do pamiątkowego zdjęcia pod kominkiem (Tom po mej prawej, po lewej Leonard), które zrobił nam Seweryn.

Wyszliśmy z Tomem przed dom odprowadzając go do auta. Na zatoce zaległo lustro.

Siedzieliśmy jeszcze do prawie 22, gwarząc po polsku o różnych sprawach. Temat Polski i tego co się tam dzieje przemykał gdzieś wstydliwie bokiem. Za piękny był to wieczór, by się zagłębiać w polityczne i społeczne brudy. Uściskaliśmy się serdecznie z Leonardem i odjechaliśmy do naszego hotelu.

Po powrocie obróbka zdjęć i wytrąbiliśmy butelkę wina. Przed snem sprawdzając wiadomości na Internecie zadumałem się nad zmiennością czasu i jego symboli. Dziś 22 lipca, komuchowe święto celebrowane do obrzydliwości, podobnie jak 1 maja i parę innych dat, z Rewolucją Październikową na czele. Już na tydzień przed 22, zachwyty nad znaczeniem owej daty i jej ważnością w naszym życiu, lały się szeroką strugą w przekaziorach, dodatkowo celebrowane niekiedy w szkołach i zakładach pracy. Kiedyś Jonasz Kofta opowiadał, że gdy był w jakimś małym miasteczku, gdzie tak zwany aktyw, wspólnie z dyrekcją miejscowej fabryki, zorganizowali małą manifestację, zauważył, że jeden z napisów nad tłumem brzmiał – “Niech żyje 22 lipca, dawniej E. Wedel”. Może niedługo, na fali kolejnego entuzjazmu, który wzbiera szeroką falą w narodzie, pojawi się owo hasło w nieco zmienionej formie – “Niech żyje E. Wedel+, dawniej 22 lipca”. Jednakże jestem głęboko przeświadczony, że niektóre daty i uroczystości, a także przesadnie i natrętnie celebrowane pewne fakty, za paręnaście lat znikną z naszego życia i będą takim samym pustym dźwiękiem, jak dziś 22 lipca –  sobota, imieniny obchodzą Magdalena, Maria i Wawrzyniec, słońce wzeszło o 4.41, zaszło o 20.43, stan wód na Bugu we Włodawie… bez zmian.