Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

21 marca, 2014 – Chile Chico – Cochrane (pierwszy dzień jesieni)

Chile Chico

Wczoraj byliśmy tak zmęczeni, że umyliśmy tylko zęby i rodzinne klejnoty i wskoczyliśmy do łóżka. Mój znajomy Syryjczyk z Toronto twierdzi, że w wyjątkowych wypadkach można nie wziąć prysznica, natomiast obowiązkowo należy dokonać ablucji tych dwóch części ciała. Rano spłukiwaliśmy z siebie pył andyjskich przedgórzy. Seweryn przeżył małą tragedię – musiał wdziać na siebie te same majtki co wczoraj, bo świeże spoczywały na samym dnie walizki, w aucie. A czas już nas trochę popędzał swą niecierpliwą łapą.

Czas się zmienił, jego odczuwanie i zaleganie w ludzkich umysłach. Stał się dyktatorem, naganiaczem i poganiaczem zarazem. Gdy jest się starszym, czuje się jego natrętne odmierzanie ku końcowi. Należy podchodzić doń ze stoicyzmem, bo inaczej nas pożre, wkręci w swoje tryby i przemieli. Gdy się już wie, iż nie da rady go przyspieszyć, ani zwolnić, samopoczucie się stabilizuje. Chęć przyspieszenia występuje w okolicach końca nastolatcwa, opóźnienia, po 40-tce lub 50-tce. Czasem histerycznie lub rozpaczliwie. Wtedy zaczynamy się brzydko starzeć i pławić we wspomnieniach przeszłości, w której nawet komuna jawi się jako szczęśliwe dzieciństwo czy młodość. Najgorsze, iż w większości wypadków nie ma już naszych rodziców, którzy zapewne by przemówili nam do rozumu i opowiedzieli, jacy to byli „szczęśliwi” w owych przaśnych czasach. Bo nasza odpowiedzialność za siebie, czy życie innych, była wtedy szczątkowa. Choroba krótkiej pamięci, jest być może jednym z naturalnych zabiegów rozładowujących stres. Ale wykrzywia rzeczywistość i fałszuje nasze poczynania z przeszłości. Dlatego dziś niektórzy zbierają owoce swego dawnego postępowania. Natomiast większość próbuje odrywać kupony.

Był pierwszy dzień jesieni. Na półkuli północnej zaczynała się wiosna, której nie zaznam po raz pierwszy w życiu. Będę miał za to dwa lata i dwie jesienie. Z Toronto minorowe wieści – zimno i śnieg po pas. Przy śniadaniu zoczyłem na ścianie dwie zgrafizowane mapy regionu Aisen (Aysen) – Północny

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i Południowy,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

które zamierzam spenetrować, ile się da. Przede wszystkim dojechać do końca Carretera Austral, do wioski Villa O’Higgins. Zobaczyłem także poprzez zabrudzoną szybę w drzwiach wejściowych, poczciwca labradora, który niemo żebrał o wpuszczenie do środka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Poszliśmy na obchód miasteczka przy porywistym wietrze. Gdy robiłem zdjęcie naszego hoteliku,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

niespodziewanie z bocznej ulicy wyłonił się wysoki, czarny chart.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przy setkach kundli, które dotychczas widzieliśmy, było to jak spotkanie z psim arystokratą. Wiatr był tak mocny, że jemu, jak i napotkanym potem psiakom, uszy furkotały na wietrze. Miasteczko senne,

6

ulice opustoszałe.

7

Nad jeziorem strzępy piany na brzegu, krótkie, łamliwe fale.

8

W prawo, na drugim brzegu odległe, płaskie wybrzeże za którym górskie pasma.

9

Bliżej, naprzeciwko, przedgórza Andów, za nimi ośnieżone szczyty.

10

Po drugiej stronie, pomiędzy góry wciśnięta wąska zatoka z miasteczkiem Puerto Ibanez, dokąd codziennie zmierzają promy.

11

W 1991 roku erupcja wulkanu Hudson wyrządziła wielkie szkody wokół jeziora, a Ibanez zostało niemal pogrzebane. Dotarliśmy do portu, ze starannie urządzonym nabrzeżem

12

gdzie stał prom

13

i wiatr wygrywał, na blachach jego tylnego włazu, niesamowite, wysokie tony. Jakby ktoś dął w wielką piszczałkę organów.

14

Zawróciliśmy do miasta. Na murze zauważyłem gorące wyznanie – myśleć o tobie, kochać cię, całować cię (rolę tobie i cię pełni jedno i to samo słowo – „te”) i podpis – Akcja Poetycka.

15

Lecz historia Chile Chico (czyli Małego Chile) nie zaczęła się bynajmniej od poezji. To co się tutaj wydarzyło jest warte opisania, bowiem stanowiło typowy przykład, napiętych niegdyś, stosunków pomiędzy Argentyną i Chile, na dalekim pograniczu.

W roku 1909, przez dopiero co ustanowioną granicę pomiędzy oboma państwami, na rzece Jeinemeni, przechodzi parę argentyńskich rodzin i osiedla się nad jeziorem. Rząd chilijski jest daleko i zaprzątnięty sprawami centralnego terytorium. Przez parę lat, ów dziki zakątek Patagonii jest zapomniany, tym bardziej, że można tu dotrzeć jedynie przez jezioro, na którym często panuje sztormowa pogoda. Niespodziewanie dla osadników, w 1918 roku pojawiło się dwóch gringos: Anglik i Niemiec – Karl von Flack, który pokazuje oficjalne pismo z Ministerstwa Kolonizacji z Santiago, przyznające mu cały południowy obszar nadbrzeżny jeziora. Von Flack ma dowód zapłaty przyprawiający osadników o zawrót głowy. Zapłata opiewa bowiem na niewiarygodną sumę ponad 28 tysięcy pesos, sumę, którą wszyscy osadnicy razem wzięci, nie zdołaliby zgromadzić przez całe życie. Dodatkowo Niemiec popełnia fatalny błąd. Oferuje dwustu osadnikom parędziesiąt pesos za ich bydło i każe im się natychmiast wynosić. Odpowiedzią są wycelowane w niego lufy karabinów. Niemiec rejteruje do Argentyny, skąd powiadamia telegraficznie rząd w Santiago o całej sytuacji. W parę tygodni później pojawia się znów, w towarzystwie chilijskiego sierżanta z pięcioma policjantami i rządowym nakazem opuszczenia ziemi przez kolonistów. To co nastąpiło później, zostało nazwane „wojną o Chile Chico”.

Żadna ze stron nie zamierzała ustępować. W coraz bardziej zaogniającej się sytuacji, jeden z osadników wezwał pozostałych do zbrojnego wystąpienia w obronie ich praw. Kiedy policjanci podpalili domy osadników, ci, pod osłoną ciemności, rozpoczęli wręcz polowanie na policjantów i trzech z nich zabili. Pozostali policjanci, wraz z sierżantem i Flackiem, znów uciekli do Argentyny. Wtedy rząd argentyński wysłał oddział wojskowy z północnego brzegu jeziora, dla ochrony swych rodaków i zapewne w nadziei uszczknięcia kawałka terytorium. W tym samym czasie sierżant natarczywie wzywał pomocy od władz centralnych Chile. W rezultacie, za trzy miesiące, nad jeziorem, stanęły naprzeciw siebie dwie małe armie. Zdenerwowany von Flack próbował znaleźć kompromis i pośredniczył pomiędzy zabarykadowanymi w domach osadnikami a żołnierzami. Lecz konflikt się przeciągał, znów poległo parę osób i trwały zacięte przepychanki pomiędzy rządem chilijskim a osadnikami. W 1921 roku zniechęcony Flack zrezygnował ze swojego tytułu do ziemi i w cztery lata później rząd chilijski zwrócił mu pieniądze. Jednocześnie rząd podjął zaskakującą decyzję – przyznał rację osadnikom. W 1931 roku, po dziesięciu latach starań osadnicy uzyskali legalne prawa do swojej ziemi. W tym samym roku Chile Chico stało się miastem. Na owo terytorium napływali kolejni osadnicy, z Chile i emigranci, wśród nich najwięcej Finów i Szwedów. W latach 1930-tych wybuchł kolejny konflikt, pomiędzy właścicielami kopalń a osadnikami. Na skutek społecznych nacisków na rząd, załagodzono sytuację i rozwinięto trwałe osadnictwo, jak i wydobywanie bogatych złóż metali w tym regionie. Więcej kopalni powstało w drugiej połowie XX wieku, dobywających miedź, ołów, cynę i złoto. Na północnym brzegu działa wielka firma zwana Sierra Las Minas, na południowym prosperują mniejsze kopalnie.

Przez wiele lat istniały tu mocniejsze związki z argentyńskimi sąsiadami, niż z władzami administracyjnymi Chile. W zasadzie zmieniło się to od roku 1952, gdy wreszcie wybudowano szutrową drogę łącząca Chile Chico ze stolicą całego regionu – Coyhaique. Dziś Chico liczy 3500 mieszkańców i jest nazywane, z powodu swego mikroklimatu, „miastem słońca”. Ma 300 dni słonecznych w roku, ze stosunkowo niewielkimi opadami pomiędzy majem a sierpniem. Wysokie góry z polami lodowymi – Campo de Hielo Norte i Campo de Hielo San Valentin – generalnie osłaniają miejscowość przed dokuczliwymi, zachodnimi wiatrami. Jednakże tego dnia nieźle wiało, głównie przy jeziorze, lecz także pośród ulic i placów. Podobnie, jak po argentyńskiej stronie, jest to zagłębie owocowe, z licznymi sadami. Klimat zbliżony bardziej do argentyńskiej pampy, z alpejskimi warunkami na górnych tarasach przedgórza andyjskiego i w partiach szczytowych Andów.

Tereny wokół jeziora Carrera (drugie pod względem wielkości w Ameryce Południowej, po Titicaca i najgłębsze na kontynencie) są podzielone na dwie gminy (comunas). Na północnym brzegu gmina Rio Ibanez, w której leży pięknie położona wieś Cerro Castillo. Górzyste tereny wokół niej i dalsze ku północy, w kierunku Coyhaique, tworzą park narodowy Cerro Castillo. Został założony w 1970 roku, ma powierzchnię 134 tysiące hektarów i pod względem piękności i różnorodności, może się równać z parkiem Torres del Paine, gdzie z kolei jest osada zwana Cerro Castillo (patrz odcinek z 8 marca, 2014). Są tu nadto osady Bahia Murta z gorącymi źródłami i Rio Tranquilo z unikalnymi marmurowymi pieczarami. Stąd można także dojechać bardzo uciążliwą drogą w pobliże parku narodowego Laguna San Rafael, dokąd właściwie dociera się tylko statkami poprzez długie pacyficzne fiordy.

Gmina po południowej stronie jeziora nazywa się Chile Chico i poza miasteczkiem o tej samej nazwie ma parę interesujących miejsc. W Puerto Bertrand, nad turkusowym jeziorem Bertrand zbierają się liczni amatorzy wędkowania; rzeka Baker jest rajem dla spływu; Mallin Grande oferuje jazdę konną i także wędkowanie.

Doszliśmy piechotą do ozdobnej bramy wjazdowej Chico.

16

17

Za nią skręciliśmy w prawo, dochodząc do podnóża schodów prowadzących na skalne wzgórze, zwane Cerro de las Banderas.

18

Na wzgórzu, nad miastem, dosłownie łeb urywało. Seweryn mozolnie pokonał 210 schodów, by dotrzeć do mnie stojącego na końcowej platformie.

19

Na murze ją okalającym następny ślad akcji Poetyckiej Akcji – „Jeśli nie ma poezji to i miasta nie ma”.

21

Powinno się tu organizować spotkania poetów Ameryki Południowej. W takim otoczeniu, najlepiej letnią porą, gdy miasto przesycone jest zapachem kwiatów z licznych ogródków i skwerów, gdy kolorystyka nieba i wody nasycona ultramaryną odbija cienie różnokolorowych skał, zastygłych świadków mijających epok, umierania i odnawiania rytmu natury. Poezja by zabrzmiała tutaj czysto i mocno. Poezja bliska ziemi i Ziemi, jak ów rytm i smak geopoetyki Kennetha White’a. Tym bardziej, że na podłodze platformy jest kolorowa róża wiatrów, z zaznaczonymi głównymi kierunkami świata i nazwą – Róża Brestu.

22

A White od lat mieszka w Bretanii. Kolor niebieski pokazuje rozkład wiatrów, czarny jego prędkość, czerwony energię i częstotliwość. Są także drogowskazy z nazwami różnych krajów

23

i informacja o odległości stąd do bieguna południowego – tylko 4 837 kilometrów. Z góry widać całe miasto. Chile Chico – Magico…

24

Zejść można innymi schodami, przy których, niedaleko szczytu, natrafia się na kapliczkę z Madonną w skalnej niszy. U jej podnóża, po prawej, tkwi na skale duża gwiazda Dawida, zapewne gwoli przypomnienia źródeł chrześcijaństwa.

25

Przeszliśmy przez spory plac, zwany oczywiście Plaza de Armas, bowiem w każdym mieście chilijskim można napotkać centralny skwer o tej właśnie nazwie. Przed aleją pięknych sosen, stały na postumentach popiersia słynnych ludzi.

26

Ten rodzaj pomników – górna część torsu, bez rąk i z głową, jest w krajach latynoskich bardzo popularny, choć przyznam się, że wygląda czasem nieco makabrycznie. Poza generałem Carrera (warto zagłębić się w jego nader skomplikowane dzieje, jednego z bohaterów walk o wyzwolenie Chile), znaleźliśmy popiersie Hernana Correi, bohatera i, jak napisano na pomniku, „męczennika” potyczki z oddziałem argentyńskim w okolicach El Chalten. Pomnik ufundowany został przez organizację Rotary, której ślady napotykaliśmy w wielu innych miejscach na terenie Chile.

27

Chile Chico – Puerto Gaudal

Powróciliśmy do hotelu, spakowaliśmy się i wyruszyliśmy szutrową drogą nr 265,

28

która biegnie wzdłuż południowego brzegu jeziora i jest podobno niezwykle malownicza. Różnorodność skał,

29

ich barwy i kształty są wręcz oszałamiające.

30

31

Jezioro Carrera ma liczne półwyspy, wyspy i zatoki.

32

Niektóre, czasem bardzo małe jeziorka, są nieco od niego oddalone i nie mają z nim połączenia. Owo zróżnicowanie jeziora powoduje występowanie odrębnych nazw dla jego poszczególnych akwenów. Do Carrery wpadają bardzo liczne rzeki.

Na południe od niego, ponad 20 kilometrów za Chile Chico jest park narodowy Jeinemeni, w którym jest jaskinia z odbitymi dłońmi na ścianach (m.in. unikalne niebieskie dłonie – manos azules) i największą w okolicy kolekcją rysunków naskalnych Tehuelche. Można tam dotrzeć tylko na piechotę. Park połączony jest z wielkim rezerwatem narodowym Lago Jeinemeni, pełnym rzek z łososiem i tęczowym pstrągiem, koloniami flamingów i czarno szyjnych łabędzi. Liczne wąwozy, z klifami, wodospadami i małymi lodowcami są pokryte lasem w którym żyją pumy, kondory i jelenie zwane huemul. Huemul jest chilijskim symbolem ochrony środowiska i jego podobizna widnieje na wielu tablicach z nazwami parków narodowych i rezerwatów.

Minęliśmy wielkie wzgórze Cerro Bayo, za którym jest kopalnia srebra i złota.

33

Potem kolejny, wielki bochen skalny o zaskakująco jasnej barwie.

34

Za nim dolina Bahia Jara; co ta Bacha jara? – zapytaliśmy niemal równocześnie i parsknęliśmy śmiechem, z poletkami upraw i parunastoma gospodarstwami. Po pół godzinie ostry skręt ze zjazdem,

35

dalej wspinaczka i nieprawdopodobne odcienie niebieskości gór

36

37

z odmiennymi barwami na pierwszym planie.

38

Natrafiliśmy na boczną drogę prowadzącą do Laguny Verde (Zielonej), o dużym stopniu zasolenia i leczniczych właściwościach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tutaj działa kompania wydobywcza Cerro Bayo, która wspólnie z największym współudziałowcem – Mandalay ( z Brytyjskiej Kolumbii w Kanadzie), od roku 2010, eksploatuje żyły srebra i złota (do tej pory znaleziono przeszło 90 żył).

40

Skruszona skała dowożona jest ciężarówkami do portu Chacabuco i wysyłana stąd na przetop do hut w Ameryce Północnej i Azji.

41

Na szczęście w Chile istnieją dość surowe przepisy ochrony środowiska. Zużycie dla celów kopalni wody z jeziora, jak i zbiorniki flotacyjne na odpady, są ściśle monitorowane.

Górnictwo ma ogromne znaczenie dla gospodarki Chile, bowiem jego produkty stanowią 70% całego eksportu. Najważniejsza jest miedź, której główne złoża znajdują się w Andach i wydobywają ją w większości spółki amerykańskie. Drugim, najobfitszym produktem metalicznym, jest żelazo. Dobywa się także siarkę, saletrę, sól, apatyty, wapienie i skalenie, węgiel. W okolicach jeziora Carrera, są jedyne w Chile, opłacalne w eksploatacji, złoża cynku i ołowiu oraz spore zasoby złota, srebra i molibdenu (te metale występują także w wielu innych miejscach). Prowadzone są poszukiwania i już się eksploatuje złoża ropy naftowej i gazu w najdalszym regionie południowym – Magellanes i Ziemia Ognista.

Niektóre kopalnie są położone tak wysoko, że ludzie mogą tam pracować tylko przez kilka miesięcy. Istnieje również grupa poszukiwaczy i górników indywidualnych, często biedujących, zwanych pirquineros.

Za Laguna Verde, po prawej stronie drogi połacie białego piasku z wystającym na środku bochenkiem skalnym.

42

Przelatujemy mostek nad potokiem El Rodeo, zaraz pierwsze otwarcie na jezioro z prawej i znak bajada peligrosa (niebezpieczny spadek). Rzeczywiście długi i kręty zjazd, a po prawej, skryta znów za skałami, osada nad jeziorem – El Diamante. Nie odnalazłem w materiałach źródłowych jakiejkolwiek informacji czy była, lub jest tam, kopalnia diamentów.

Zwężenie skalne

43

i za nim otwarty widok na jezioro,

44

potem przez paręnaście minut w dość płaskim terenie i skalna brama. Prawe skrzydło to tylko wielki odłam skały, lewe lita skała, bo stanowi część wzgórza.

45

Upraszam Seweryna aby wcisnął się w wolne miejsce za skałą, bo mignęła mi fantastyczna perspektywa. Seweryn pojękuje, że niebezpiecznie, ale w końcu staje. Od samego początku nikt, ani za nami, ani przed nami nie jedzie. Wdrapuję się wyżej na skałę i powiększam w aparacie widniejącą daleko, oczekującą nas drogę.

46

Będą emocje! Za parę minut przystanek na kolejnym zakręcie, bo w dole, nad jeziorem, osada El Salto.

47 osada El Salto

Tutaj wyraźnie widać schemat powtarzający się niemal w każdym, zamieszkanym miejscu, nad jeziorem – rzędy wysokich topoli posadzonych w różnych liniach, tworzących ochronę przed częstymi wiatrami zachodnimi.

48 El Salto

Mostek nad strumieniem Los Horquetas. Odcinek odsunięty nieco od jeziora, parów Quebrada El Diablo, w którym wąski i czasem okresowy (potrafi zaniknąć na pewien czas) strumień Santa Clara. I tak świętość tańcuje tu z diabelskością. Długi, wyjątkowo prosty odcinek ponownie nieco odsunięty od jeziora. Zaraz długi podjazd ze zbliżeniem do jeziora, minięcie Puerta la Poza

49

i po pewnym czasie rozwidlenie dróg – w prawo do Fachinal, prosto, dalej 265, do Mallin Grande.

Za Fachinal rzeka Aviles, a na mapie nazwa – strumień Laguna Bonita. I tak dość często, w wielu miejscach (ostrożnie z mapami Google’a!!!) i należy być na takie niespodzianki przygotowanym; nadto niektórzy „podróżnicy” umieszczają błędne informacje i podpisy pod zdjęciami na Internecie. Zaraz ostrzeżenie – 18 kilometrów niebezpiecznych zakrętów. Najpierw po lewej skalne pasmo,

50 za fachinal

potem głębokie i stosunkowo długie wycięcie w polodowcowych osadach – glina i piaski ze żwirem,

51

dalej prosty odcinek, jakby wiodący wprost w głąb gór, ale to złudzenie, bo poniżej tkwi jeszcze tafla jeziora.

52

Lodowce pod szczytami mocno bieleją w słońcu i parują.

53

Wchodzimy w pierwszy z serii zakrętów. Cały czas stopniowo pod górę. Wąsko, na wyminięcie się dwóch osobowych. Ciężarówki muszą manewrować inaczej. Znów blisko jeziora. Słup elektryczny, na szczycie skały po lewej, wygląda jak krzyż. Wjeżdżamy na półkę skalną, na zakręcie, od strony jeziora pierwsza bariera ochronna, w jednym miejscu wyłamana. Ktoś za szybko jechał lub został zepchnięty z drogi przez nadjeżdżającą ciężarówkę, choć camioneros jeżdżą na ogół w miarę ostrożnie.

Długi i stromy podjazd z kolejnym zakrętem i zabezpieczającą barierką.

54

Za chwilę zjazd i po lewej dwa olbrzymie kawałki skał przysiadły na skraju drogi.

55

Widzę daleko przed nami spory fragment wijącej się drogi po skałach z górami w tle.

56

Stajemy na krótko, bo droga jest pusta i przybliżam w powiększeniu ich fantazyjne kształty.

57

Obracam się i zdejmuję majaczące w dali Fachinal, gdzie jest małe lotnisko dla awionetek.

58

Odcinek cały czas pod górę. Ociosane skały po lewej coraz wyższe, czasem przy drodze leżą wielkie głazy. Dość ostry zjazd, ale w dalekiej perspektywie widnieje nasza droga pnąca się po skałach. Tutaj, do drogi 265 i jeziora, dochodzi granica narodowego rezerwatu Jeziora Carrera. Na którymś zakręcie, przed kolejnym, jest mała wnęka. Wjeżdżamy tam, stajemy, wysiadamy i robimy zdjęcia tego co nas czeka.

59

Tym bardziej, że wpadłem na pomysł zrobienia filmu w aparacie z tego przejazdu.

Za następnym zakrętem możliwość zaparkowania pod małą skałą. Wdrapuje się na nią, zdjęcia okolicy – plany ogólne

60

i zbliżenia.

61

Barwy jesieni zagościły już na drzewach i krzewach, przy drodze kłębowisko dzikiej róży,

62a

w paru miejscach natrafialiśmy na piękne, pojedyncze drzewa.

62 

Jedziemy w dół a tam następny, nawet spory, parking. Pojawiają się pierwsze auta, przeważnie jadące do Chile Chico, czyli w przeciwną stronę. Wysiadamy ponownie, bo krajobraz jest porywający. Fotografuje panoramę jeziora Carrera (montaż dwóch zdjęć),

63

z przepięknym pasmem Sierra de Avallanos, zbliżenia na lodowiec

64

65

i ostatnie zdjęcie drogi, bo teraz skupię się wyłącznie nad filmem.

66

Jechaliśmy serpentynami wzdłuż jeziora. Najpierw przy samym lustrze wody, później wysoko ponad zaniebieszczoną wodą, oprawioną panoramą ośnieżonych gór, z lodowcami i białymi czapami na szczytach, ponad którymi tworzyły się formacje przedziwnych chmur. Szosa wspięła się na bardzo strome, 600 metrowej wysokości urwisko i przejechaliśmy 30 kilometrowym, karkołomnym odcinkiem, zwanym Paso de las Llaves, co można przetłumaczyć jako Kluczowe Przejście. Ostrzeżenia od początku – Zona de derrumbes. No  detenerse en los proximos 1000 mt (Strefa spadania skał, nie zatrzymuj się przez około tysiąc metrów).

Seweryn uwielbia taki rodzaj dróg i wytrwale kręcił kierownicą, wyzywając pod nosem kierowców z naprzeciwka, na szczęście tylko czterech na całej trasie, którzy czasem spychali nas na pobocze drogi. Za nim była kilkudziesięciometrowa przepaść nad jeziorem, czasem odgrodzona metalową barierą. W niektórych miejscach stalowe siatki na powierzchni skał. Zrobiło nam się nieswojo, gdy minęliśmy całkowicie zdruzgotaną przez kamienną lawinę, uzbrojoną ścianę. Z betonowych dziur sterczał wygięty metal a po drugiej stronie, na poboczu, zalegał gruz i spore kawały skał.

W wielu miejscach prowadzono roboty drogowe i musieliśmy jechać 20 km/godz. Największą obawą napełniały nas liczne ostrzeżenia przed spadającymi odłamkami skał, strome podjazdy i takież spadki. Niekiedy znajdywaliśmy spory okruch na środku drogi, więc cały czas byłem skupiony, jednocześnie próbując rejestrować wspaniałe widoki. Nakręciłem z niesamowitego przejazdu 10-cio minutowy film.

Po przebrnięciu karkołomnego odcinka zatrzymaliśmy się na chwilę, by rozprostować kości i przede wszystkim dać wytchnienie Sewerynowi. Pod nami spory, płaski teren nad jeziorem, pobrużdżony zalesionymi parowami i wąwozami, zwany El Vallecito. W oddali, w jezioro wychodził kolejny, zadrzewiony półwysep blisko którego leży wieś Mallin Grande.

67

Mallin Grande, zasiedlana od 1991 roku, okrzepła w dwa lata później. Posiada szkołę, pocztę, łączność telefoniczną, parę sklepików i restauracji oraz sieć noclegów, w tym nadzwyczaj ceniony Patagonia Acres Fishing Lodge, który w wielu wypowiedziach na stronie Trip Advisor, uznawany jest za rodzaj małego raju, oazę ciszy i spokoju. Jest punktem wypadowym do dwóch wielkich atrakcji – przejazdu spektakularną drogą Paso de las Llaves oraz położonych niedaleko rysunków naskalnych liczących sobie około 10 tys. lat. Jest tam malutkie molo, na cyplu mała latarnia jeziorna, możliwość jazdy konnej oraz przejazdów łodzią i wędkowania. Jest sporo dzikich zwierząt (granica rezerwatu Carrera), a z ptaków obfitość dzikich kaczek i bażanty.

Droga, tym razem zadrzewiona, z płotami i pojedynczymi drzewami na pastwiskach,

68

znów stopniowo schodziła nad poziom jeziora. Mijaliśmy niedaleko drogi 265, koło miejsca zwanego Los Tres Hermanos, parę pojedynczych domów (inne były położone dalej od szosy). W niektórych miejscach było sucho i co pewien czas podnosiły się wielkie kłęby pyłu. Znów podziwialiśmy odporność samotnych rowerzystów.

69

Za parę minut nagle droga wyłożona solidną kostką, bo jesteśmy w obrębie Mallin Grande,

70

71

gdzie powitały nas dwa konie uwiązane do płotu,

72

a za chwilę, gdy wpadliśmy ponownie na zakurzone ripio, przywitała nas zdumionym spojrzeniem czekoladowa krowa.

73

Wpierw prosty, lecz wspinający się odcinek, wśród gęstych krzaków i drzew, na rozległą wyżynę zwaną Meseta Cosmeli. Z daleka zaczynają ponownie być widoczne Andy. Bardzo długo prosto i wtem typowy widok w Patagonii – na tle gór Cordon Contreras i pylastej, szutrowej drogi, samotny gaucho (chilijska nazwa kowboja brzmi huasos) na koniu z towarzyszącymi mu psami.

74

Niektóre odcinki drogi sprawiają wrażenie niedokończonej prowizorki. Wszystko wynagradza widok ośnieżonych pasm Andów,

75 meseta cosmeli

gdzie człowiek i jego maszyny zdają się malutkimi zabawkami.

76

Nagle przed nami zakołował jastrząb i akurat, gdy podniosłem aparat, przysiadał na czubku sosny.

77

Teraz wiodło nas lekko w dół, ukazały się z daleka ramiona ujścia rzeki El Maiten (znów na mapie nieco inna nazwa – Los Maitenes, ale liczba mnoga bardziej odpowiada mnogości rzecznych ramion) do – jak nazywają jezioro Carrera Indianie – Lago Chalenko.

78

Jedno z ramion równoległe do drogi, zjazd wzdłuż niego, ostry zakręt, na most

79

i od razu powolna wspinaczka na przeciwległy brzeg. Pniemy się po zapylonej drodze, napis Aerodromo, ze strzałką w prawo, czyli małe lotnisko i za parę minut ponownie na horyzoncie łańcuch Andów.

80

Po obu stronach płoty, czasem budynki gospodarskie farmy.

W oddali kolejny duży półwysep, z osadą San Jose,

81

której tłem ośnieżona panorama Andów po drugiej stronie.

82

Stanęliśmy na parę minut na samym zakręcie, lecz w odnodze prowadzącej do wąskiej ścieżki, by nasycić oczy i zrobić zdjęcia.

83

Potem stopniowo wspinaczka pod górę i ujrzeliśmy rzekę – Rio las Dunas.

84 Campos de Fachinal

Za nią, w pewnej odległości od brzegu jeziora, gigantyczna, polodowcowa wydma , a u jej podnóża osada Campos de Fachinal. Te nazwę znalazłem tylko na podpisach pod zdjęciami w Internecie, więc nie jestem jej pewien, tym bardziej, że w tych podpisach, rzeka Las Dunas niespodziewanie staje się rzeką Avila. Widok był tak niesamowity, że zatrzymaliśmy auto, wysiedliśmy i spędziliśmy z dziesięć minut na brzegu wysokiej skarpy. Punkt widokowy na plejstoceńską wydmę

85

i osadę w dole

86

87

był jak wymarzony. Powierzchnia jeziora przechodziła od niebieskości, poprzez ultramarynę, w turkusowe odcienie.

88

Zbliżenie na zręby stoków z górskimi, tzw. alpejskimi lodowcami.

89

Gdy wracaliśmy do Nissanka zdjąłem jego umorusany tył.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Długi zjazd, miejscami tak stromy, że aż nas niosło w dół. Most nad rzeką Las Dunas. Na przeciwległym brzegu wpierw łagodna wspinaczka by po paru minutach zacząć nabierać wysokości. Piękna, leśna droga ocieniona wysokimi, tylko liściastymi drzewami. Jezioro całkowicie niewidoczne lecz za paręnaście minut znów się ukazuje. Po lewej cały czas łagodne, porośnięte krzakami stoki, ze szkółkami leśnymi drzew iglastych. I znów pod górę wzdłuż błyszczącego w słońcu jeziora. Jezioro bawi się z nami w chowanego. Malutki mostek przy miejscowości El Maqui. Esowaty zakręt pod górę i kolejna panorama Andów.

91

Pojawia się znak miasteczka Puerto Gaudal.

92

Obaj, w tym samym momencie, poczuliśmy wielki głód, bo emocje i przeżycia na drodze 265 całkowicie nas pochłonęły. Od śniadania, poza wodą, paroma jabłkami i małą tabliczką czekolady, nic nie spożyliśmy. Decydujemy aby tam zajechać i coś wtrząchnąć. Po prawej nadzwyczaj porządny płot, z betonowymi słupkami co parę metrów, wielka łąka z pasącymi się końmi, a gdzieś za drzewami, ukryte nad jeziorem domostwo. Na mapie nazwa – El Porvenir. Są także małe, skromne, drewniane domki pod stokiem po lewej. Pięknie położony ośrodek dla turystów El Mirador de Gaudal i za parę minut wyłania się mała zatoka z domami po drugiej stronie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wjeżdżamy w strefę miejską (zona urbana), brama powitalna i nagle beton na ulicy i chodniki po bokach. Skrzyżowanie z zieloną tabliczką – na wprost do Cochrane, na prawo do… centrum. „Szukaj Plaza de Armas” – kpi Seweryn. Ale jak to on, za chwilę, nie wiadomo dlaczego, skręca i podjeżdżamy pod górkę, niemal zakończoną ślepą ulicą. Przypominam mu że ja pilotuje i zawracamy. No i jest obszerny plac z nazwą Plaza de Armas. Jednym słowem, w każdym chilijskim mieście, chłopcy z Placu Broni. Objeżdżamy go dookoła, nie mogę zoczyć żadnej knajpki i gdy dojeżdżamy do punktu wyjściowego, skąd zaczęliśmy jazdę wokół placu, widzę przy lewym rogu, łopoczącą na maszcie chilijska flagę. Na drewnianych ławach gromada młodych ludzi i napis na budyneczku „El Gringo”. Od razu mnie zachwycił. Powiedziałem Sewerynowi „Tu. Dwaj gringos w takiej knajpie to będzie coś…”

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Puerto Guadal (około 500 mieszkańców) jest czyste i w miarę zadbane. Na ulicach spora ilość młodych turystek z plecakami. Same dziewczyny. Co jest? Jakiś zjazd? Wycieczka? Być może magnesem je przyciągającym jest nie tylko mikroklimat tej miejscowości, ale jedna z najpiękniejszych plaż na południowym brzegu jeziora – Perla del Lago (Perła jeziora).

Zaparkowaliśmy. Zaczepiam dziewczyny po angielsku i pytam czy znają to miejsce, gdzie poza napisem Comidas al paso widnieje Hospedaje, a pod spodem – mniam, mniam – churrascos. Pyszne, grillowane mięso różnych gatunków, najczęściej wołowiny. Odpowiadają, że właśnie stamtąd wyszły, jest przyjemnie, knajpka maleńka, ale się na pewno pomieścimy.

Weszliśmy do środka, do małego pomieszczenia z położoną za nim, za wzorzystą zasłoną, kuchnią. W głębi, po prawej, było wejście do pokoi gościnnych, bo „El Gringo” jest zarazem hospedaje, czyli kwaterą. Drewniana podłoga z dech, kominek z ułożonymi na ceglanym podeście, trzema kręgami kolorowych kamyków. O podest oparte lustro, odbijające fragment pokoju. Cóż mogło być po drugiej stronie lustra? Quien sabe? Wokół na półkach dziesiątki słoi i słoików z nalepkami. Zioła, zielne herbaty, liście krzewów. Sporo broszur turystycznych, ulotek, albumów fotograficznych – na parapetach i małych stolikach. Jakieś wyroby rękodzielnicze, szmaciane lalki. Zapach ziół i gałązek wiszących na ścianie. Parę małych stołów z nieco zdezelowanymi krzesłami. Nagle zasłona się odchyliła i ukazała kobieta około trzydziestki, w barwnej chustce na głowie. Spodobała mi się nazwa dania – Del Gringo i je zamówiliśmy. Kobieta zniknęła za zasłoną.

Obróciłem się w prawo i zaniemówiłem. Przy stoliku, pod ścianą, niedaleko drzwi wejściowych siedziały dwie dziewczyny. Jedna z nich niezwykłej piękności. Czarne, gęste włosy opadające na ramiona, przepiękne ciemne oczy. Wstała i zobaczyłem jej smukłość i wdzięk w każdym ruchu. Od razu spostrzegła jak mnie wzięło i kiedy się do mnie uśmiechnęła, stopniałem w sekundę. My, Słowianie, jesteśmy okropnie wrażliwi – mawiał jeden z moich ulubionych pisarzy, Bohumil Hrabal. Zagadnąłem ją skąd jest i co tu robi. Była turystką z Izraela i wtedy skojarzyłem sobie, że parę dziewczyn, siedzących na ławce przed restauracją, mówiło po hebrajsku. A na ścianie, przy mapie okolicy, wisiał duży anons, także w języku hebrajskim. Od paru ostatnich lat, Ameryka Południowa jest niezwykle popularna wśród młodych turystów żydowskich z Izraela. Nie zapamiętałem jej imienia, tylko wiek – 21 lat. Dziewczyny wędrowały w grupie i udawały się do Chile Chico autobusem. Opowiedziałem jej o naszych podróżach i o miejscach, które warto zobaczyć, przede wszystkim El Chalten. Pożegnaliśmy się serdecznie i spojrzenie jej przepastnych oczu długo mi jeszcze towarzyszyło.

Tymczasem na stół wjechała pachnąca, cienko wysmażona wołowina z cebulką i roztopionym serem z ziołami. Do tego wielka szklanka soku z lokalnych malin. I całkiem dobra kawa. Gospodyni, Maria Soto Marquez, zasiadła z boku i zaczęła robótkę na drutach. Miała niezwykle bystre i badawcze spojrzenie. Odniosłem wrażenie, że jest nie tylko zielarką, ale zapewne lokalną czarownicą. Patrzyła przenikliwie na Seweryna i widać było, iż coś ją w nim niepokoi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ze dwa razy już otworzyła usta, by przemówić, lecz rezygnowała. Zrobiło mi się nieswojo i zaniepokojony też zacząłem popatrywać na Seweryna, który rozglądał się dookoła trochę nieobecnym wzrokiem. I czasem coś tam burknął sobie pod nosem. Ale to, można rzec, styl jego bycia. Na wszelki wypadek postanowiłem lepiej pilnować drogi, gdy będzie prowadził.

Puerto Gaudal – Cochrane

Po wyjściu z El Gringo Sewerynowi kompletnie pomieszały się kierunki. Uważał że powinniśmy pojechać prosto i zaczął się ze mną wykłócać. Postanowiłem mu dać nauczkę i rzekłem krótko „OK. Jedź”. Przemknął chyżo wzdłuż jednego boku Plaza de Armas, dojechał do skrzyżowania, nie zwrócił uwagi na napis „Chile Chico” i widząc strzałkę w prawo, tam skręcił. Tego już było dla mnie za wiele. Kazałem mu stanąć i spytałem dlaczego wraca z powrotem. Nastroszył się i nic nie odpowiadał. Ruszył dalej. Skręcił w prawo zgodnie z tym co często powtarzał: „Jak nie wiesz, to zawsze trzeba w prawo i się gdzieś dojedzie”. To gdzieś kończyło się niekiedy wielokilometrową jazdą na próżno. Tym razem dojechaliśmy do końca drogi ozdobionej… płotem.

„Zawracaj” powiedziałem. Gdy dobiliśmy znów do Plaza de Armas, mimo jego protestów kazałem mu skręcić w lewo i niczego nie kombinować. Był już obrażony, lecz usłuchał. Kiedy mijaliśmy po raz drugi „El Gringo” wykrzyknął triumfalnie „Kurcze, przecież tutaj już byliśmy. Źle jedziemy”. „Jedź” wyrzuciłem z siebie już podniesionym głosem i „W lewo”, gdy dojechaliśmy do rozwidlenia ulic. Numer drogi nie był widoczny, ale trzeba było jechać w tym kierunku, który wskazywała uprzednio strzałka z napisem „Cochrane”, której oczywiście mój przyjaciel nie zauważył. Nabrałem pewności, że jedziemy dobrze, gdy pojawiła się szutrówka.

Droga długo się pięła, a gdy już weszła na nieco wyrównany poziom, minęliśmy stojące pod wielkim drzewem dwie dziewczyny z plecakami. Machnęły na nas ręką, ale bez zbytniego zapału i z wyrazem rezygnacji na twarzy. Postanowiłem im pomóc, tym bardziej, że przypomniałem sobie moje rozpaczliwe stanie godzinami na autostopie w Norwegii, Niemczech czy Anglii. No i nie będę jechał z nabzdyczonym Sewerynem. „Bierzemy je?” zapytałem i Seweryn skwapliwie się zgodził.

Gdy podjechaliśmy wstecz, dziewczyny zaczęły skakać z radości jak pasikoniki, bo zrozumiały, że je zabierzemy. Dwie młode Francuzki – Celine i Nina. Podróżowały od paru miesięcy, najpierw osobno – w Peru, Boliwii i Argentynie. Spotkały się gdzieś na trasie, w Chile i odtąd autostopem i autobusami przemierzały Patagonię. Pochodziły z Burgundii. Celine, pielęgniarka z Lyonu, która miała tak wszystkiego dość, iż rzuciła pracę i udała się na paromiesięczną włóczęgę. Nina, od pół roku mieszkająca w Chile, kończyła długie wakacje, przed przenosinami z uniwersytetu w Concepción do uniwersytetu w Valparaiso, gdzie znów będzie lektorką francuskiego. Obie niewiasty były w siódmym niebie, bo stały przy drodze przeszło godzinę.

Wąską drogą kolejna wspinaczka łagodnymi zakrętami, coraz wyżej i wyżej. Na szczycie ukazała się daleka zębatka gór. Seweryn zadowolony z damskiego towarzystwa opowiadał o naszej podróży, niemal wszystko od początku, przy czym co pewien czas musiałem coś z faktów i miejsc prostować, bo jak zwykle sporo mu się mieszało. Bez słowa pokazałem mu palcem mijany napis – Cochrane 75 km. „Miałeś rację” – przyznał, nawet pogodnym głosem. Długi zjazd z zakrętami przy skalnej ścianie po lewej i dobiliśmy do krańca jeziora Carrera przy Puerto El Miten (125 km od Chile Chico jechaliśmy około pięciu godzin!).

Dalsza droga widoczna w dalekiej perspektywie kolorowych wzgórz i wznoszących się nad nimi gór.

96

Nad brzegiem jeziora jesienne topole w szeregach.

97

Potem mała wspinaczka ze znakiem ograniczenia szybkości – 40 km/h sugerida, za nim tablica z nazwami miejscowości i kierunkami.

98

To nasz punkt węzłowy – stąd mamy do spenetrowania dwie trasy. Pierwszą na południe do Cochrane a potem do końca, do Villa O’Higgins, drugą na północ, przez Rio Tranquilo do Coyhaique, stolicy regionu Aysen.

99 mapa Region_de_Aysen

Mapka z Internetu

Kolejna wspinaczka, już po słynnej Siódemce (Carretera Austral), tym razem wzdłuż jeziora Negro, długi prosty odcinek i w dół z wyłaniającą się wąską zatoką jeziora Bertrand. Po prawej piękne, samotne i wysokie drzewo, wyrosło pomiędzy krawędzią drogi a małym stokiem schodzącym do jeziora.

Carreterę Austral nakazał budować, w 1976 roku, generał Pinochet. W bardzo skomplikowanym terenie zginęło sporo żołnierzy przy budowie drogi (niektóre źródła podają do 300 osób). Carretera ma 1240 kilometrów długości i łączy miasto portowe Puerto Montt z południową częścią Chile. Kończy się w miejscowości O’Higgins, blisko granicy z Argentyną. Jej wygląd, w wielu miejscach, nie ma bynajmniej nic wspólnego z autostradą. Bardziej z krętą, pokiereszowaną odłamkami skał, górską drogą. Lecz niektóre odcinki są naprawdę świetnie wykończone. W roku 2000 dotarła do Villa O’Higgins, w trzy lata później doprowadzono jej odnogę do Caleta Tortel. Odcinek siódemki, wzdłuż jeziora Carrera, uznawany jest przez wielu ludzi za najbardziej spektakularny w Patagonii. Sporo mieszkańców południowych regionów Chile jest wdzięcznych Pinochetowi, bowiem dawniej ich miejscowości były dostępne tylko drogą wodną lub lotniczą. Postanowiłem wreszcie przejechać ją do samego końca.

Mijamy osadę Los Alamos i teraz pokazują się odmienne widoki jeziora Bertrand, przybranego w barwę stalowo-niebieską.

100

W spokojnej wodzie odbijają się drzewa

101

i rozmazane szczyty gór.

102

Dalej niesamowicie długi, niekończący się podjazd. Zaczęły się kolejne odcinki remontu i przygotowywania Carretery do zimy. Po obu stronach leżały białe, plastykowe worki, zawierające specjalne kryształki soli. Zakopywano je na poboczach, aby zimą wchłaniały nadmiar wody i nie powodowały oblodzeń.

103

Za El Miten jazda zimą jest bardzo niebezpieczna i czasami wręcz wstrzymywana.

Spokojniejszy, nawet nieco monotonny odcinek, most Catalan nad rzeką Bertrand, za parę minut leśna droga wysadzana sporymi drzewami. Załoga naszego auta podzieliła się językowo – Francuzki rozmawiają w swoim, my, półsłówkami, po polsku. Wielokrotne S na drodze, za nim Puerto Bertrand, gwałtowny skręt na południe, kawałek wyłożonej nawierzchni. Wielka, zielona tablica z ostrzeżeniem by być uważnym na drodze, z adresem odpowiedniego urzędu, z telefonami i mailami. Jedziemy wzdłuż rzeki płynącej po naszej prawej stronie. Mijamy sporą Patagonia Baker Lodge, potem szereg innych, położonych nad brzegiem rzeki. Cały czas jedziemy przepiękną, zadrzewioną drogą, okresowo przeplataną pastwiskami i farmami. Nowo wybudowany drewniany hotel (lodge), jeszcze nie w eksploatacji, jest osadzony częściowo na palach. Widać jak tutaj dynamicznie rozwijają się ośrodki turystyczne, lecz na szczęście są przytulne i nie za gęsto rozłożone. Są dla specjalnego typu ludzi – łazików, rowerzystów, wielbicieli wodnych eskapad.

Z jeziora Carrera bierze początek jedna z najsłynniejszych i najpotężniejszych rzek chilijskich – Baker, wypływająca bezpośrednio z jeziora Bertrand. Nie wiedzieć czemu, na wielu mapach, można napotkać jej nazwę jako Cochrane. Właściwa rzeka Cochrane jest połączona z Baker, potem przepływa na wschodzie przez miasto Cochrane i uchodzi do jeziora o tej samej nazwie. Wioska Bertrand to centrum spływu na specjalnych pontonach( tzw.rafting) i kajakami. Cała okolica, z rzekami Nef, Baker i Chacabuco, biegnącymi nieraz w głębokich dolinach i kanionach, jest najbardziej zróżnicowanym systemem hydrologicznym w Chile. Dodatkowo jest tutaj wiele jezior, ze wspomnianym olbrzymem, Carrera, na północy. Od zachodu wielkie pola lodowe z licznymi fiordami. I rozległe wrzosowiska pomiędzy Nef i Baker.

Las się wyraźnie przerzedził i drzewa rosną już jedynie wzdłuż rzeki. Coraz więcej skalnych wzgórz, Baker zaczyna się miejscami zwężać i wgłębiać w skalne kaniony.

104

Przy drodze na dwóch słupkach przybite deszczułki z nazwą miejsca i ofiarowanymi usługami. Widzę napis – turismo rural, czyli mamy agroturystykę. Mijają nas pojedyncze auta lecz za nami nikogo. Prymitywny przystanek autobusowy – dwie blachy faliste po bokach i takiż dach, przytwierdzone do drewnianej konstrukcji. Ale jest w środku drewniana ławka. Na rzece widać co chwila porohy i skalne progi. Wielka tablica Pionieros del Baker, na niej człowiek prowadzący konia, obok pies, na przedzie parę krów. I rzeczywiście za parę minut wyłania się stado krów prowadzone przez konnego huasos.

105

Następny przystanek, zadziwiająco elegancki w pół dzikiej pustce. Solidne ściany ze spadzistym dachem pokrytym dachówkami. Za nim tablica – Confluencia Rios Baker y Nef. Słynny zbieg dwóch rzek o różnych kolorach – turkusowo-szmaragdowa Baker i szaro-błotnista Nef, niosąca cząsteczki spod lodowca i zawiesinę gliny polodowcowej. Niestety nie mamy czasu tam skręcić i mogę jedynie wrzucić dwa zdjęcia z Internetu. Pierwsze, lodowca Nef (jak większość patagońskich lodowców systematycznie się cofa) z którego rzeka bierze początek

105a glacier-nef

Z Internetu

i drugie, zbiegu rzek Nef i Baker.

105b baker nef1jpg

Z Internetu

Długi zjazd, droga wije się pośród wyciętych skał i ma miejscami ochronne bariery od strony rzeki, która w niewysokim kanionie przybrała barwę ultramaryny.

106

Seweryn zarządza przerwę w jeździe. Wychodzimy wszyscy na zewnątrz, Nina i ja robimy zbliżenia rzeki.

107

Nina jest bardziej energiczna, otwarta i przebojowa. Celine milcząca, co pogłębia częściowo jej nieznajomość angielskiego i słaba hiszpańskiego, nieśmiała i nieco skryta. Obie są łagodne. Ale jak dziewczyny zaczynają rozmawiać płyną wezbrane potoki francuskich słów. Ten język ma nieodparty urok, ale pieniący się hiszpański czy śpiewny rosyjski też mają swój urok. „Czy piszesz pamiętnik?” zapytała Celine widząc mały notatnik w mym ręku. „W każdej podróży robię notatki” – odparłem. „Czasem wpisuje większe refleksje lub spostrzeżenia. No i robię zdjęcia, dzieląc je na dwie grupy – dokumentację danych miejsc i wspaniałe krajobrazy. Tym razem zapisuje tak aby to był przewodnik dla innych. Uzupełnię innymi informacjami, gdy wrócę do domu”.

Kolejna jazda zakrętami, czasem pomiędzy długimi, skalnymi korytarzami. Raz w górę, raz w dół. Niebieska tablica ze słowami – Obras que unen Chilenos (Prace które łączą Chilijczyków). Zawsze obok zdjęcie jakiegoś miejsca – podreperowanego lub zbudowanego od nowa. Seria dzikich, pylastych zakrętów. Ostrzeżenie o stromym wzniesieniu po zakrętach. Później skalne ściany się rozjeżdżają i jedziemy w rozległej przestrzeni. Lecz cały czas serpentynami i Seweryn aż nuci z radości. Mam wrażenie, iż wyobraża sobie udział w rajdzie samochodowym i pędzi za Sobiesławem Zasadą, którego podziwia. Dlatego muszę go co pewien czas hamować, bo jedzie zbyt szybko.

Czasem odcinki drogi były zupełnie rozgrzebane. Seweryn przeklina, bo przed nami jakieś auto stawia zasłonę, a nie ma jak je wyprzedzić.

108

Dlatego, na takich drogach, zawsze staramy się być pierwsi. W paru miejscach medianę oznaczono ułożonymi kamieniami.

109

Potem seria serpentyn, na łeb na szyję prowadząca w dół. Potężna agrafa, za nią spokojniejszy odcinek i następne skalne wrota. Przemykamy mostem ponad dopływem z prawej – rzeką Chacabuco.

Zaraz za mostem, pod wzgórzem, wielka tablica z protestem wobec budowania zapór wodnych i hydroelektrowni w Patagonii. Patagonia sin represas! (Patagonia bez zapór) i pokancerowana, zakrwawiona twarz jednej z bardziej znanych chilijskich modelek, która użyczyła swej podobizny.

110

Większość ludzi jest przeciwna budowie hydroelektrowni, bowiem drzew jest tu pod dostatkiem i to niezwykle energetycznych, jak na przykład lenga. Rozległe przestrzenie nie dają się zanieczyścić spalanym drewnem. Tamy zmienią nie tylko krajobraz, lecz mogą zachwiać całym systemem ekologicznym. Do budowania hydroelektrowni podjudza i kusi zarazem wysokimi dochodami ze sprzedaży energii elektrycznej, włoska firma pragnąca wejść w spółkę z chilijskimi hydroelektrowniami w regionie Aysen. Dla takiego typu ludzi ochrona środowiska się nie liczy. Liczy się natomiast zysk. Oczywiście porobiono ekspertyzy, lecz należy pamiętać, iż obszar Chile jest jednym z najbardziej sejsmicznych na świecie i pęknięcie jakiejś tamy by spowodowało niewyobrażalną katastrofę. W jednym z artykułów napotkałem ślad mentalności owych pieniężnych oszołomów – „nie bójcie się, w takim przypadku zorganizujemy wam szybką ewakuację”.

Następna wielgachna agrafa pod górę. Cały czas wzwyż. Rozjazd – na lewo droga X-83, do przejścia Roballos na granicy z Argentyną, nasza Siódemka dalej prosto na południe. Do Cochrane tylko 18 kilometrów. Francuzki zmęczone zamilkły. Co pewien czas biorę aparat Seweryna i robię mu zdjęcia trasy i krajobrazu wokół. Wspinamy się po stoku rozległych i raczej łagodnych wzniesień. Baker toczy teraz nurt leniwiej, szmaragdowy jej kolor przechodzi w mleczne odcienie. Po parunastu minutach osiągnęliśmy szczyt wzniesienia i oczywiście teraz w dół. Daleko przed nami widać wstążkę drogi, pnącą się po stokach wzgórz.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za paręnaście minut już tam jesteśmy i znajomy widok z 2011 – cienkie, czerwone, odblaskowe antenki w niebezpiecznych miejscach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Trzy lata temu koło wioski Cerro Castillo jechałem po wielkim stoku krętymi zakosami, gdzie jedynym zabezpieczeniem były owe antenki wkopane w ziemię. Bez metalowych zapór. Było ślisko (tamtejsza zima – sierpień), busikowi co pewien czas uciekał tył, kierowca parł powoli pod górę, pasażerowie, sami lokalesi, milczeli. Mocny wiatr kołysał antenkami we wszystkie strony, czasem przyginając je do ziemi. Obiecałem Sewerynowi, że tam dopiero będzie miał emocje w czasie jazdy. Za którymś zakrętem stajemy na chwilę i przez otwarte okno kolejne zdjęcie niesamowitej nitki Carretery Austral, snującej się po wielkich wzgórzach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rzeka Baker wytrwale toczy swe, teraz spokojne, wody. Stąd zaczyna oddalać się w prawo i już jej dzisiaj więcej nie zobaczymy.

113

Boczna droga X-90 schodzi wprost nad nią, a my prosto pod górę, zakrętami. W niektórych miejscach, tkwią na krawędzi drogi (czasem nawet bliżej środka drogi) wbite w nią kolorowe paliki, bo część pobocza uległa zarwaniu lub wypłukaniu. Z naprzeciwka mija nas auto, pierwsze od niemal dwóch godzin. Szybko zakręcamy szyby lecz pył i tak włazi do środka. Cały czas jest umiarkowane zachmurzenie i ciepło.

Zjazd w skalny korytarz.

114

Zbliżamy się do miejsca zwanego El Salto, leżącego za wielkim esowatym zakrętem, gdzie rzeka Cochrane tworzy bardzo skręconą pętlę. Po chwili jesteśmy nad jej zarośniętym brzegiem. Płoty po obu stronach, płaskie dno wąskiej doliny. Prawe pobocze schodzi wprost do wody, która jest z pół metra poniżej. Na małym wzgórku skalnym krzyż, w ścianie skały kapliczka. Pojawia się tablica z napisem Schronisko Huemuli, z podczepioną reklamą sieci stacji benzynowych Petrobras. Od dłuższego czasu, jechaliśmy wzdłuż zachodniej granicy Reserva Nacional Lago Cochrane.

Pierwsze zabudowania na przedmieściach. Na horyzoncie ośnieżone szczyty zwartych pasm górskich. Nasza dzisiejsza droga była niezwykle urozmaicona. Napotykaliśmy gauchów, widzieliśmy sporo zwierząt domowych – koni, krów, kóz i owiec, ale nie napatoczyło się żadne dzikie zwierze. Nada!. Nawet brakowało wyłażących wieczorem na szosę zajączków. O zachodzie słońca dotarliśmy do Cochrane. Wypatrywałem znajomych miejsc, czułem radość, że tu ponownie dotarłem. Na nosa z Siódemki skręciłem w San Valentin i za chwilę błysk. Jest! Znajome wzgórze z krzyżem i wielką nazwą „Cochrane”, które obok głównego placu, było dla mnie punktem orientacyjnym.

115

Nina zapytała kogoś o ich hosterie i okazało się, że niemal przed nią jesteśmy. Francuzki postanowiły tutaj wysiąść i dojść kawałek ulicą. Pożegnaliśmy je serdecznie, życząc im dalszych wrażeń w patagońskiej włóczędze.

Parłem – ach, te sentymenty – do poszukiwania mego miejsca noclegowego sprzed trzech lat. I znów potwierdziło się, jak zawodna jest ludzka pamięć i jak drobne nawet zmiany w strukturze miasta, mogą wprowadzić w błąd. Zakwaterowałem nas gdzie indziej, w hospedaje „Katita”, bowiem zdawało mi się, że poprzedni hotel zniknął.

Po rozpakowaniu rzeczy poszliśmy na spacer. Nad miastem zmierzch zrobił się różowawy, jak w najgorszym, kiczowatym, hollywoodzkim technicolorze z lat 60-tych.

116

Siatka ulic zaczęła mi się powoli prawidłowo wyświetlać. Odnalazłem najpierw restaurację „Ada’s”, w której spędziłem onegdaj dwa przemiłe wieczory i potem, na sąsiedniej ulicy, moje stare miejsce z reklamą autobusów firmy Don Carlos.

117

Wszedłem do środka i zastałem młodą kobietę, która absolutnie nie rozumiała angielskiego. Moim koślawym hiszpańskim poprosiłem ją o rezerwację noclegu za dwa dni. Kobieta kiwała głową, potakiwała i wyszedłem pewien, iż będę znów spał w tym miłym miejscu.

Gdy stamtąd wyjeżdżałem, zimą 2011 roku, bardzo ujął mnie młody kierowca busika. Widząc, że czyszczę chusteczkami szybę od wewnątrz, uśmiechnął się, poszedł do zajazdu i powrócił z wiadrem wody i małą szczotką. Chlusnął gorącą wodą na szybę od zewnątrz i ją starannie dla mnie umył, wiedząc, że będę chciał fotografować przejazd. Już po godzinie szyba powróciła do starego, ubłoconego stanu. Potem straciłem także zdjęcia, ale zachowałem do dziś wdzięczną pamięć dla gestu tamtego człowieka.

Postanowiliśmy zrobić na jutro zakupy, na przejazd do końca Carretery Austral. W sklepie napotkaliśmy nasze Francuzki, które, gdy się dowiedziały, iż jutro chcemy jechać do Villa O’Higgins, zapytały czy mogą się z nami zabrać. Zgodziliśmy się z ochotą, z racji ich miłego towarzystwa. Z dogadywaniem się po angielsku nie było wielu problemów. Nina znała go nieźle i pomagała słabo mówiącej po angielsku Celin. Natomiast Nina znała doskonale hiszpański, co mogło okazać się na trasie przydatnym.

Wieczór zakończyliśmy sami w restauracji „Ada’s”, racząc się dobrym, patagońskim piwem. Poprowadziłem Seweryna moją starą trasą spacerową, przez długą, dwupasmową aleję, z ładnym chodnikiem spacerowym pośrodku, z ustawionymi, drewnianymi ozdobami i stylowymi lampami ulicznymi.

118

Ten wewnętrzny bulwar miejski wychodził prosto z ulicy San Valentin i zmieniał nazwę na Avenida Bernardo O’ Higgins, co poczytałem za pomyślny znak na jutro. Przeszliśmy koło lokalu z Internetem, gdzie trzy lata temu ślęczałem nad połączeniami, bo modem co chwilę wysiadał. Pamiętałem o skręceniu w lewo, aby dojść do głównego placu, do ładnego architektonicznie budynku Urzędu Gminy Cochrane,

119

gdzie trzy lata temu pomógł mi w kłopotach, bardzo miły i uczynny młody urzędnik, mówiący po angielsku. Moje bezbłędne dojście do urzędu wprawiło Seweryna w zdumienie. „Jak to możliwe” mówił. „Pamiętasz po trzech latach!”.

W naszym lokum, gdy Seweryn włączył komputer, tylko zgrzytnął zębami. Internet nie działał. Poszedł na skargę, ale nie mógł się oczywiście dogadać z gospodarzem, który był leciwy i nie znał angielskiego. Wściekły poszedł spać, co mnie ucieszyło, bo przecież prowadził dzisiaj wiele godzin bardzo skomplikowaną trasą, a jutro czeka go równie długi i zapewne niełatwy przejazd. Przed snem dokładnie przejrzałem mapę, jak mamy dotrzeć do mego marzenia od lat – krańca Carretery Austral. Zrobiłem zdjęcie tego fragmentu mapy, który dotyczył owej trasy i postanowiłem nim się jutro posłużyć jako naszym przewodnikiem. 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA