Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

21 lipca North Sydney – Cabot Trail (przeciwnie do ruchu wskazówek zegara) – Antigonish czyli mała i wielka pętla

A. North Sydney – Baddeck

Pobudka o 7 rano, śniadanie punktualnie o 8 rano, negocjacje miłe w sprawie fotela „nic nie szkodzi, nie przejmuj się” rzekła gospodyni. Przy stole z dwoma parami Amerykanów z okolic Nowego Jorku. Sympatyczne rozmowy, w tym wielkie ubolewania nad poziomem polityków, ze szczególnym wskazaniem na Trumpa. Obszedłem dom, strzeliłem sobie autoportret,

parę ujęć wnętrz.

Podczas gdy Seweryn walczył z czasem i samym sobą wyszedłem do ogrodu, fotografując dom

i jego otoczenie.

Poranny spokój wodnego zwierciadła.

W oddali przystań promu.

Dzień się dopiero rozpędzał, poparty starorzymskim przysłowiem na burcie motorówki.

Jeszcze jedno ujęcie tego pięknego domu.

Nawet płot niezwyczajny

i dom w objęciach drzew.

Zresztą w okolicy podobnie – stare drzewa i ozdobne domy,

choć żaden nie równa się z naszym. Wszędzie mniejsze lub większe flagi kanadyjskie z okazji 150 lecia państwowości.

Wyjazd paręnaście minut po dziewiątej nieco nam się zaplątał. Najpierw niepotrzebnie skręciliśmy w drogę do Sydney Mines,

zawrotka i znów źle. Powrót do North Sydney, wstydliwe przemknięcie chyłkiem koło miejsca ostatniego noclegu na ulicy Queen, lecz znów opadły mnie wątpliwości, bo coś za długo jechaliśmy na południe. Zasięgnięcie języka i kierują nas w podrzędną Musgrave Line, która ku mej uldze doprowadza nas do główniejszej 125 i na rozjeździe wpadamy wreszcie we właściwą nitkę, prowadzącą do TCH (droga 105).

Po dziesiątej docieramy nią do grobli,

blisko czubka ramienia wielce rozczłonkowanego jeziora Bras D’or (z francuskiego – złote ramiona; powierzchnia około 1200 km²), zwanego w tym miejscu St. Andrew’s Channel (tu jest największa głębokość Bras D’or – 287 metrów), który prowadzi krętym i wąskim przejściem do oceanu. Jezioro jest przeważnie słone i nieraz uznawane za wewnętrzną zatokę, połączoną z Atlantykiem poprzez dwa przesmyki – Mały Bras na południu, który właśnie minęliśmy i Wielki Bras na północy – z obu stron wyspy Boularderie. Wjechaliśmy na wyspę,

dojeżdżając o 10.25 do pięknego mostu (otwarty w 1961 roku)

biegnącego nad Wielkim Bras, który ma o wiele szersze połączenie z oceanem. Z drogi widać polodowcowe osypisko po drugiej stronie.

Za chwilę tablica informująca, że przez następne 13 km zdarzają się gęste mgły, zapewne od późnej jesieni do wczesnej wiosny, bo dziś całkiem przejrzyście.

Po prawej, spomiędzy gęstej zasłony zieleni,

co pewien czas wyłania się Wielki Bras. Krętą drogą wspinamy się lekko pod górę i wjeżdżamy na długą, wznoszącą się agrafę, biegnącą niemal równolegle do drogi, którą niedawno jechaliśmy.

Teraz ramię jeziora mamy po lewej stronie, mijamy rozległy punkt widokowy

i gnamy dalej. Za parę minut oznakowanie następnego punktu widokowego – Św. Anns; tu stajemy i parę zdjęć nieco zamglonego krajobrazu.

Świat jest upstrzony w wielu miejscach nazwami świętych i aż dziw bierze, że w obliczu tylu nieprzyjemnych i wręcz dzikich działań ludzi, nie ma to zazwyczaj łagodzącego wpływu. Wielka zatoka St. Anns zwęża się ku południowemu-zachodowi, a na północnym wschodzie, w najwęższym miejscu, ma przeprawę promową, a potem znacznie się rozszerza łącząc z Atlantykiem. Tamtędy przejechaliśmy 8 lipca drogą 312 po długim cyplu do Jersey Cove i przeprawiliśmy się tym promem. Droga łączy się z głównym szlakiem Cabot. Wstęga szosy Cabot Trail wchodzi odnogą na łachę i skręca potem wzdłuż płaskiego wybrzeża. Robię jedno powiększenie dalekiego cypla, ze stojącym przy nabrzeżu promem.

Ruszamy dalej na południowy zachód, szosa w dobrym stanie i pusta więc gnamy setką, a na prostych odcinkach nawet więcej. Na nasypie szosy pod jodłami zwały śmieci – puszki, plastykowe opakowania.

Zaskakujący widok w Kanadzie, gdzie jednak generalnie przestrzega się czystości przy drogach. Ruch ochrony środowiska powstał wiele lat temu i w wielu miejscach nie odnosi skutku. Jego zdecydowanie rozsądna i poinformowana część, zawsze natrafia na przeszkodę w postaci przemądrzałych kretynów, którzy wiedzą lepiej. Politycy, biznes, przekupni i fałszywi naukowcy, ogłupiała publika, która zna świat z telewizora i wypadów raz na rok na, dwutygodniowe w Ameryce i miesięczne w Europie, wakacje. Odnoszę wrażenie, że generalnie głupiejemy, nie tylko z powodu powszechnego niedomagania oświaty, lecz także postępującego oddzielenia od realnego świata, którego zasady i prawa mogą nas wiele nauczyć. Przede wszystkim wrażliwości wobec innych istot żywych. Ale co tu wymagać, gdy nie mamy wrażliwości i poszanowania względem bliźniego, drugiego człowieka. I wygłaszamy często napuszone dyrdymały o innych i świecie, co nieubłaganie wzmaga się w miarę rozwoju technologii, która nas w końcu pożre. W większości wypadków kryje się za tą pewnością lęk i zagubienie w wariacko zmieniającym się świecie, płynnym, co chwila osuwającym nam grunt spod nóg.

Wielki, kolorowy znak Cabot Trail z dodatkiem “Doświadcz arcydzieła” i informacją, iż można nań zjechać na zjeździe 11, a korzystając z promu, na 12-tym.

Jak dalej będzie tak mglisto dołem i szaro na niebie pewnikiem arcydzieło zblaknie. Gnamy autostradą ile się da, czujnie rozglądając się czy nie ma gdzieś policji. Mijamy ładny kościółek ze smukłą, białą wieżą, stojący bardzo bliski drogi.

Nagle coś mnie zaniepokoiło i sięgnąłem po mapę. Sprawdzam ją z moimi rozpiskami drogi, które przygotowywałem z początkiem czerwca, brodząc po komputerowych mapach i zawiłościach dróg. „Zjedź proszę na pobocze i stań” – mówię Sewerynowi. Po paru minutach oznajmiam, że musimy zawrócić. “Co? – nastrosza się Seweryn – dokąd?”. „Niemal do początku drogi” – stwierdzam sucho. Seweryn jęczy “co za dzień, same pomyłki”, ale tłumaczę mu, że jeśli nie zawrócimy stracimy przejazd wzdłuż jeziora Bras d’Or w kierunku na Iona i potem do Baddeck. Dopiero stamtąd wedrzemy się na Cabot Trail, żeby objechać go, tym razem w przeciwną stronę wskazówek zegara, tym bardziej, że jest wreszcie dobra pogoda i będą zapewne wspaniałe widoki. Jesteśmy przecież na wakacjach a nocleg w Antigonish zamówiony. Do 20-tej musimy go potwierdzić, jest dopiero 10.30, mamy czas. Zawracamy.

Ruch aut umiarkowany, znak promu z informacją, że jeśli światła migoczą, prom nie kursuje.

Pobocze upstrzone na skałach ohydnym graffiti, nazwiskami i gorącymi wyznaniami. Parokilometrowa wspinaczka, aż znów osiągamy najwyższy punkt pasma gór Kellys – 240 m n.p.m. Seweryn klnie pod nosem, bo zobaczył tablicę drogową z napisem – North Sydney i prom na Nową Fundlandię. Pocieszam go, że tam nie dojedziemy i odpowiednio wcześniej skręcimy w boczną drogę. Szybko przejeżdżamy koło punktu widokowego Św. Annas

i za parę minut docieramy do punktu widokowego Bras d’Or, który uprzednio zlekceważyliśmy. Widok jest naprawdę fantastyczny.

Parkujemy, wysiadamy, robimy zdjęcia, głównie zgrabnego, ażurowego mostu, przez który już raz przejechaliśmy i przejedziemy ponownie.

Obok nas paru motocyklistów

też robi zdjęcia i odpoczywa, sycąc oczy widokami lekko przymglonych cypli i smug na wodzie. 

Aby nadrobić czas, ponownie jechaliśmy tak szybko jak się dało.

Skok przez most,

za nim, na zakręcie zdołałem uchwycić małą latarnię, w dole na cyplu.

Znajomy znak regionalnej gminy Cape Breton,

na lewo boczna droga do jeziora Dalem. Przyspieszamy, jest znak zjazdu na 18, na widowiskową drogę jeziora Bras z dopiskiem pod spodem – Kanadyjskie morze wewnętrzne.

Za miejscowością Little Bras odrazu zjeżdżamy na nieźle spękaną jezdnią, miejscami z obrywami na krawędziach. Mijamy biały, drewniany kościół pod wezwaniem św. Józefa, z dwoma zgrabnymi wieżami. Od prawej pokazały się tory kolejowe, które nam towarzyszyły przez następne dziesiątki kilometrów. Niektóre domy mają na ścianie akadyjską gwiazdę. Potem zagłębiliśmy się w podrzędną; więcej spękań asfaltu i małych wyrw po bokach, aczkolwiek niezwykle malowniczą drogę, Georges River Road.

Prowadzi wśród lasów, w 90% liściastych, z wyłaniającymi się od czasu do czasu małymi, wąskimi zatokami głównego ramienia d’Or. Kolejny film z zauroczenia takimi leśnymi trasami, urozmaicony bezskuteczną próbą kontaktu telefonicznego, zainicjowaną przez Seweryna.

Pomiędzy wodą a drogą mamy tory kolei,

miejscami znacznie oddalającej się od szosy, by za wiele kilometrów znów się z nami spotkać. Z początku towarzyszyła nam wzdłuż drogi Georges River, by przed zatoczką Mirror Cove odbiec daleko ku brzegowi jeziora. Kolej biegnie bardzo malowniczymi terenami i dochodzi do Port Hawkesbury. Stamtąd poprzez groblę Canso łączy się z siecią kolejową na kontynencie, w prowincji Nowa Szkocja. Droga Georges River, po której jechaliśmy – ku naszemu zadowoleniu – w zasadzie samotnie, zmieniła potem nazwę na Scotch Lake Road. Po obu jej stronach co pewien czas domy, z reguły od strony jeziora. W końcu dobiliśmy do głównej drogi Leitches Creek, noszącej numer 223. Po przekroczeniu groblą dwóch akwenów – Little Pond i Big Pond stała się – phi… autostradą Grand Narrows, co prawda z o wiele lepszą nawierzchnią. Zanim na nią wjechaliśmy ukazał się pierwszy, celtycki znak – Highland Village – An Clachan Gaidhealach.

Przed każdą wioską lub osadą niebieski znak z wielkim kluczem i celtycką nazwą powtarza się teraz regularnie.

Budynek straży pożarnej w Boisdale, kolejny szeroki prześwit na jezioro. Tory sprawiają wrażenie opuszczonych,

lecz linia kolejowa jest czynna i od czasu do czasu przetaczają się po niej ciężkie pociągi towarowe. Przez tory przechodzą małe ścieżki do jeziora, z reguły ze znakami zakazu przejścia, bo teren prywatny.

Przy zatoczce Beaver Cove prywatna plaża

i naprzeciw piękny dom.

Droga wysadzana starymi drzewami,

po prawej na jeziorze wyspy

i w mniejszych, zarośniętych zatoczkach, bardzo gęsta roślinność.

Dzięki numerom przy drodze wiemy, że od momentu wjazdu na drogi prowadzące wzdłuż jeziora mamy przeszło cztery tysiące domów, bo mijany numer opiewa na 4732. Przy numerze na słupku, skrzynia na piasek do posypywania zimą i typowa skrzynka pocztowa, w postaci półokrągłej rury. Budynki często w formie parterowych bungalow przycupniętych na podmurówce. Cały czas ograniczenie szybkości do 80 km/godz. Osada Big Beach – An Traigh Mhor. Dla mnie w tej nazwie brzmienie języka Wikingów, słowa z sag. Po prawej domek już z numerem 8598. Ciekawe jaki numer będzie ostatni? Znak Christmas Island (Wyspa Bożonarodzeniowa), która na mapie jest tymczasem przedziwnego kształtu półwyspem, z zatoczką wewnętrzną obramowaną dwoma, niemal stykającymi się, palczastymi półwyspami. Nagle znak przypominający nam Patagonię – krowa na żółtym tle. Dalej strzałka z napisem Eskansoni wywołuje coś z pamięci….

Jest czerwiec, rok 1985. Z mym przyjacielem, Markiem MacDonaldem, wyruszyliśmy autostopem na Cape Breton, by spotkać się z dwoma braćmi, studentami uniwersytetu, których ojciec jest strażnikiem w parku narodowym. Za Antigonish staje samochód i kierowca zabiera nas do środka. Siadam z tyłu, Marek z przodu, bo mój angielski wciąż kiepskawy do konwersacji. Okazuje się, że kierowca – Will B, jest rzecznikiem prasowym szczepu Mikmak. Zaczynam coraz śmielej wtrącać się do rozmowy, Marek wyjaśnia, że jestem z Polski, działaczem Solidarności i walczę z Pinochelskim. „Z kim?” pyta zdezorientowany Indianin. Śmiejąc się mówimy, że Marek połączył Pinocheta z Jaruzelskim i stąd ta nazwa. Will zatrzymuje auto i mówi do Marka – „Idź do tyłu, ja chcę tego faceta z Polski koło siebie”. Marek zaskoczony, a nawet lekko dotknięty, ładuje się na moje miejsce, a my zaczynamy rozmawiać. O Polsce, o Solidarności, Wałęsie, o komunie, Indianach, ich egzotyce w Polsce połączonej z jakąś fascynacją w wieku dziecięcym i młodzieńczym, a dorosłym także, z racji tych właśnie szlachetnych wzorów z przeszłości, tych schematów a la Winnetou i doceniania walki o niezależność, o wolność osobistą.

Will opowiada, że był w Wietnamie, co mnie nieco szokuje. Wyjaśnia, że w Wietnamie było wielu Indian amerykańskich i kanadyjskich, na ochotnika. Dzięki temu mogli wyrwać się z nędzy i upokorzenia rezerwatu i zarobić pieniądze. Coś podobnego było chyba w czasie II wojny. Pytam jak tam było, a on po paru słowach zatrzymuje auto i mówi „chodźcie, coś wam pokażę”. Wysiadamy, Will idzie do bagażnika, otwiera, wyjmuje metalową puszkę, zdejmuje pokrywkę i odwraca puszkę. Na szosę z brzękiem wysypują się medale na wstążeczkach. Will kopie je lekko nogą i mówi „Oto to gówno, które tam dostałem”. Wsiadamy do auta i kontynuujemy jazdę. Mikmak opowiada mi o przymusowych szkołach (residential schools), o bandyckich metodach księży protestanckich i katolickich wobec indiańskich dzieci, oderwanych siłą od rodzin. Przysłuchuję się niedowierzająco. Marek milczy. Nie dość, że to mój pierwszy Indianin w życiu, to o lata świetlne od Winnetou i wszystkich tych romantycznych historii. W pewnym momencie Will wyciąga ku mnie dużą butlę coca coli, „łyknij – mówi – i daj Markowi”. Odpowiadam, że nie znoszę coci i pepsi coli, a on się uśmiecha i mówi „człowieku, tam jest whisky, lekko pomieszana z colą. Na ten upał w sam raz”.

Wpisał mi nazwisko, swój adres i telefon w rezerwacie Eskansoni, a ja nigdy nie miałem okazji znów go spotkać. Tak się szarpałem z emigracją przez pierwsze 15 lat, że nigdy do niego nie zadzwoniłem. Nawet, gdy w 1991 roku podczas słynnego starcia w Oka, pomiędzy rządem, wojskiem i Mohawkami, po spotkaniach i nawiązaniu przyjaźni z Indianami w Toronto, romantyczne wyobrażenia sczezły całkowicie i pojąłem jakie ludobójstwo przeprowadzali Europejczycy na tym kontynencie i jak w Kanadzie, tym kraju szczęśliwości i jednym z najlepszych do życia na świecie, bez żenady egzystują wyspy tzw. Trzeciego Świata, w postaci rezerwatów. A tu nagle nazwa Eskansoni i znów brak czasu. Musiałem sobie wmówić, że naprawdę nie mogę zboczyć z drogi, bo będzie plama z noclegiem i komplikacje. Taka to różnica pomiędzy włóczęgą a zorganizowanym wyjazdem. Symptomatyczne: zacząłem w takim stylu podróżować od roku 2001 – z góry rezerwacja noclegów, decyzja ile dni lub godzin będę w danym miejscu, rezerwacja przejazdów, itp., itd. i teraz zakończenie tego cyklu. Emerytura daje pewną swobodę poskramiania czasu. Niezależność. Za wyjątkiem czasu biologicznego, zużycia ciała, zmniejszenia energii. Na niektóre rzeczy już po prostu mnie nie stać. Lecz nie zamierzam się tym frustrować, bo będzie jeszcze gorzej. Będzie obsuwa – w siebie i w okoliczności. Nigdy nie można sobie na to pozwolić. Jak coś cię w dół, to ty w górę. Przy pomocy nawet pazurów…

Przejazd krótką groblą, za nią parę budynków, przy skrzynce pocztowej numer 9023. Potem paręset metrów umocnionych nasypów z drzewami i daleko łyśnięcie wody. Następna długa grobla poprzez cieśninę Barra z dwoma ruchomymi mostami – drogowym i kolejowym,

aby mogły przepływać żaglówki i duże łodzie motorowe. Na długiej, piaszczystej łasze mnóstwo ptaków,

przeważnie kormoranów.

W pewnych miejscach jezioro zasnute rozstrzępionymi mgłami.

Dojeżdżamy do Iona (Sanndraigh w gaelic),

tory przeszły na lewo, mijamy kościółek z małym cmentarzem,

ładny znak drogowy z głową orła,

pod górę i potem w dół. W Internecie znalazłem zdjęcie Iony z początku XX wieku, gdzie króluje most kolejowy.

Zdjęcie z Internetu

Samochodowego jeszcze nie było. Ciekawe co z numerami domów…Jest. Co?! 4429. Ach, bo to inna miejscowość, skupiona razem, a nie rozłożona kilometrami wzdłuż głównej drogi. Ostry skręt za muzeum Highland Village, wspinaczka, długi i łagodny zjazd i znów pod górę z wyłaniającym się po lewej jeziorem.

Wciąż podjazd i za nim małym zjazd w dolinkę, gdzie ukazują się białe skały.

To pierwsze odznaki pokładów gipsu, które największy obszar zajmują koło Little Narrows.

Tory wciąż po lewej, za nimi tafla wody z licznymi zatokami, wyspami i półwyspami.

Wspaniale zróżnicowany krajobraz, żadnej monotonii, tym bardziej, że wiedzie nas raz pod górę, a raz w dół. Za Estmere tory odbiegają w głąb i zobaczymy je ponownie za parę godzin, gdy dojedziemy do grobli Canso, łączącej wyspę z półwyspem Nowej Szkocji. Rozjazd, do Little Narrows, gdzie będzie prom, mamy pięć kilometrów. W jednym miejscu totalna idylla – zgrabny, piętrowy dom z tzw. siding’iem.

W wodzie dokładnie odbija się ciąg przeciwległych wzgórz obszernej zatoki.

Za zakrętem znak dojazdu do przeprawy małym promem poprzez Little Narrows.

Znalazłem zachwycające zdjęcie okolicy zrobione z samolotu.

Zdjęcie z Internetu

Prom akurat podchodzi i kursuje w tę i z powrotem.

Wjeżdżają dwa auta, ciężarówka i dwa motocykle.

Nadjeżdżający za nami muszą poczekać.

Za parę minut jesteśmy po drugiej stronie. Łagodnym łukiem w lewo, dojazd do Aberdeen i tam w drogę nr. 105 (Trans Canadian Highway zwaną) w prawo – do Baddeck 27 km.

Po lewej zaczynają się wypiętrzenia, jedziemy zatopieni w zieleni wzgórz. Zadrzewiony korytarz ciągnący się dziesiątkami kilometrów.

Nagle odkrywam, że numery wróciły do ciągłości, bo napotykam na domu 11805. Ki diabeł, jak oni ustawiają tę numerację? Czasem zza drzew prześwituje jezioro. Mijamy przepust św. Patryka. Potem rezerwat indiański Wagmatcook – parę domków, przed jednym dwa totemy, na małym, czerwonym, napis – Pierwszy wódz (First Chief), sklep z pamiątkami i papierosami. Po drugiej stronie budka z anonsami w języku Mikmak. Za chwilę spory i ładnie utrzymany Ośrodek Kultury i Dziedzictwa szczepu. Most na rzece Middle (Środkowej), widać jej ujście do jeziora, z obszarem łąk i moczarów.

Tabliczka osady Nynza co Seweryn puentuje “musi góralska być – zapewne Nyndza”.

Droga nad jeziorem, drzewa znacznie przerzedzone. Reklamy domków letnich (cottages) do wynajęcia. Jest zapowiedź zjazdu nr 7 z pięknym, kolorowym znakiem i znanym już nam napisem “Doświadcz Arcydzieła”.

Droga zaledwie metr od brzegu, wyraźnie widać kamienistą plażę. „Trailsman” motel ze skrzydłem schodzącym nad brzeg jeziora, ciągnąca się grobla, reklama Cabot’s Landing Prowincial Park, zjazd w lewo na Cabot Trail, my dalej. Przejazd mostem nad rzeką Baddeck z szerokim ujściem obrośniętym gęstą trzciną i pokrytym płaskimi wysepkami.

Do wioski Baddeck już tylko 9 km. Ruch zaczyna gęstnieć, coraz więcej samochodów i motocykli. Fabryczka okien i drzwi „Polytech”, wyłania się długa zatoka jeziorna, znak zjazdu nr 8 w prawo do wioski.

Potem ulicą Nadbrzeżną, zabudowa gęstnieje, pojawiają się piętrowe i dwupiętrowe domy. Kamienna trzypiętrowa budowla z zegarem na ścianie

i za chwilę zatoczka z żaglówkami,

i wjazd pod górę do muzeum Bella. Jest za piętnaście trzecia, gorąco niemożebnie i parkujemy niedaleko pięknej sosny.

Idziemy do muzeum, które jest pod zarządem Parków Kanadyjskich.

Z dumą uiszczamy opłatę dla seniorów i zagłębiamy się w ekspozycje.

Bell (1847- 1922) – geniusz-wynalazca, zaskoczony byłem ilu rzeczy się imał, poza wynalezieniem telefonu. Budował przyrządy mające pomóc głuchoniemym, budował machiny wodne i powietrzne, włącznie ze słynnym hydropłatem. Nagradzały go instytuty i towarzystwa naukowe oraz rządy.

Na wystawie są jego szkice i rysunki.

Bell przybył z rodzicami ze Szkocji do Kanady, w 1870, po śmierci starszego brata zmarłego na gruźlicę. Rodzina najpierw zamieszkała w Ontario, gdzie Bell kontynuował studia nad komunikowaniem się i właściwościami ludzkiego głosu. Blisko jego miejsca zamieszkania był (i jest w dalszym ciągu) indiański rezerwat Sześciu Narodów i poprzez kontakty z nimi nauczył się języka Mohawków. Stworzył także, przy pomocy symbolicznych znaków, specjalny słownik ich języka. Mohawkowie z wdzięczności mianowali go honorowym wodzem i regularnie zapraszali na swe uroczystości.

W następnych latach zajmował się wynalezieniem systemu komunikacji dla głuchoniemych i był profesorem w specjalnej szkole w Bostonie, lecz najbardziej pasjonowała go możliwość znalezienia komunikacji głosowej przy pomocy technologii opartej na telegrafie. W 1876 Bell zgłosił swój pierwszy patent na telefon.

10 marca 1877 roku, pomiędzy Boston a Cambridge w USA, wygłoszone zostało pierwsze w dziejach telefonii zdanie, wyraźnie słyszalne przez telefon – „Panie Watson, przyjdź pan tutaj, chcę pana widzieć”. W tym samym roku powstała kompania Bell Telephone, która istnieje w Kanadzie do dzisiaj. Nie sądzę, żeby jej pierwszy założyciel był zadowolony widząc jakie chwyty i przekręty uprawia ta kompania, która przez dziesiątki lat dzierżyła monopol na rynku kanadyjskim. W lipcu tego samego roku Bell poślubił głuchoniemą Mabel Hubbard, którą poznał w Bostonie i nauczył odczytywania słów z ruchu warg. W nadchodzących latach Bell pracował nad ulepszeniem aparatów.

W 1885 roku założył, również istniejącą do dziś, kompanię w USA – AT&T, a w rok później zakupił ziemię i cottage w Baddeck, które niezwykle zachwyciło jego żonę. Bell został naturalizowany jako obywatel USA i w 1888 roku wraz z innymi 33 osobami (w tym słynnym Gilbertem Grosvenorem, mężem jego córki Elsie), założył jeden z najlepszych magazynów popularno-naukowych świata – „National Geographic”. W latach 1898 do 1903 był drugim prezydentem tej dynamicznie rozwijającej się organizacji.

W 1893 roku ukończony został ośrodek naukowo-eksperymentalny, a zarazem dom Bella – Beinn Bhreagh Hall w Baddeck. Wystarczyło spędzenie tam jednych wakacji, aby rozmiłować się w okolicy. Świetne możliwości do eksperymentów z budowaniem specjalnych łodzi stwarzało jezioro Bras’ de Or. W tym ośrodku Bell pracował nad innymi dziedzinami – między innymi medycyną, genetyką, aeronautyką. Budował przeróżne praktyczne przyrządy,

interesował się osiągnięciami innych (Edisona, Roentgena, Marconiego) i zastanawiał się jak je ulepszać. Znalazłem niezwykłe zdanie, z dzisiejszego punktu widzenia i sytuacji w komunikowaniu się ludzkości, zamieszczone przez Bella w liście do żony z początkiem wieku XX. Bell ubolewał, że „Czas pisania odręcznych listów całkowicie się skończył; należy do wieku XIX. Wiek XX nie będzie tolerował manuskryptów”. Co by powiedział dzisiaj widząc potykające się i wpadające na siebie tłumy istot wpatrzonych nałogowo w komórkę? Tam w muzeum Bella znalazłem przyrząd, który obok odręcznego pisania, używałem do roku 1995.

23 lutego 1909 roku, przeszło stu ludzi było świadkiem pierwszego lotu aeroplanu – The Silver Dart (Srebrna strzała) – w Kanadzie. Samolot wzbił się z lodu w zatoce Baddeck i przeleciał 800 metrów.

Telefony jeszcze bardziej się unowocześniły i pamiętam opowieści mojej babci, w której domu, w Pabianicach, założono jeden z pierwszych telefonów. „W jedną tubkę się mówiło, a drugą słuchało” wspominała.

W wielkim holu wewnętrznym podwieszone są samoloty Bella, które wręcz wzruszają swoją prostotą konstrukcji.

Wszystko co człowiek wymyśli, próbuje potem mozolnie i wytrwale ulepszać. I to jest reguła. Z pewnymi wyjątkami – brakiem mozolnego ulepszania swego charakteru i podejścia do Innego. A tak by się przydało.

Na podłodze tego samego, obszernego pomieszczenia, są hydropłatowce.

Dziewiątego września 1919 roku sędziwy Bell wraz ze swym współpracownikiem Baldwinem zbudowali hydropłat, którym pobili rekord świata na wodzie – 113 km/godz.

Jeszcze do lat 40-tych XX wieku wypróbowywano tu różne projekty oparte na koncepcjach Bella, ale ostatecznie je zarzucono.

Z boku sali mapa-jeż, z powbijanymi kolorowymi szpilkami sygnalizującymi skąd przybyli zwiedzający. Kawałek dalej mapa batymetryczna jeziora z nader interesującymi danymi. Długość linii brzegowej – 1200 kilometrów!! Ostatnie eksponaty, przypominają mi dzieciństwo w Polsce, głównie maszyny do szycia, lecz to podstawa dla grafofonu, czyli urządzenia rejestrującego dźwięk, również wynalezionego przez Bella.

Potem odtworzony jego pokój pracy.

Bell zmarł 2 sierpnia 1922, po spędzeniu tutaj 35 lat. Pochowano go niedaleko jego dawnego domu.

Muzeum jest świetnie urządzone.

Nieduże, a jednak Seweryn zagubił się gdzieś z kretesem. A przed nami przecież objazd Cabot Trail, tym razem w odwrotną stronę.

Zżymałem się na niego, bo przez 40 minut bezskutecznie go szukałem. W końcu się pojawił przy parkingu, usprawiedliwił oglądaniem filmu dokumentalnego w jakiejś małej sali i o 15.30 ruszyliśmy dalej. Na odjezdnym piękne widoki – para starszych ludzi siedząca pod olbrzymim baldachimem drzewa,

patrzących na spokojną, lekko zamgloną zatokę.

Na cyplu kolejna latarnia jeziorna, koło niej parę żaglówek.

B. Cabot Trail

Wyspa przypomina kształtem głowę prehistorycznego gada.

Jego tułowiem jest półwysep Nowej Szkocji. Jechaliśmy autostradą 105 (TCH) i po pół godzinie natrafiliśmy na znajome widoki. Najpierw walające się na poboczu drogi śmieci, a potem znak zjazdu nr 11 na Cabot Trail, przy którym byliśmy przeszło pięć godzin temu. Przejazd przez kolejną groblę, poprzez jej wąskie ramię z perspektywą rozszerzającej się zatoki oceanicznej.

Po drugiej stronie widać już zarysy wzgórz i szlaku Cabot’a.

Długi, esowaty zakręt, pojawia się miejscowość Św. Anna; na kolejnym zakręcie celtycki college

w małym, fikuśnym budynku.Jest przy nim muzeum i sklep z wyrobami artystycznymi. Co za barwna nazwa kojarząca się z osadnictwem Celtów w Europie i majestatycznymi pochodami druidów w świętych gajach – An Acarsaid A Tuath. Wkraczamy na teren parku narodowego Cape Breton Highlands. Dla chętnych do znalezienia o nim więcej informacji polecam stronę https://www.pc.gc.ca/en/pn-np/ns/cbreton/activ/tourisme-sightseeing

Pojedynczy rowerzyści, wreszcie upragniony znak – zjazd 11 na Cabot Trail i Ingonish i zaraz skręt w lewo. Od razu za zakrętem wielka restauracja z reklamą homara, ale nie ma czasu by tu stanąć. Droga gna w dół, cały czas w obramowaniu gęstej zieleni (drzewa pokrywają 88% powierzchni parku, tzw.las borealny) ze znaczną przewagą drzew liściastych – przeważnie klony, osiki, brzozy i buki. Poprzetykane jodłami i świerkami, które w miarę wznoszenia terenu coraz bardziej go opanowują. Wypiętrzone wzgórza, końcówka Appalachów, pozostałość niegdysiejszego, wielkiego łańcucha górskiego, gdy kontynent Europy łączył się z Ameryką. Układ warstw górskich w Szkocji i Nowej Szkocji jest identyczny. Dziś pomiędzy nimi 5 tysięcy km oceanu. Zjazd w dolinę. W wielu miejscach na obu stokach, przed poboczami, zwały skalnych odłamków zabezpieczające osunięcie stoku. Część drzew jednak już zwalona. Potem rzeczka z rozlewiskiem, tu często jest sporo trzęsawisk. Objeżdżamy większą zatokę, rozsiane domki po obu stronach drogi, przejeżdżamy przez Harbourview i jedziemy wzdłuż rzeki Północnej. Za paręnaście minut natrafiamy na warsztat metaloplastyki i fotografii Kennedych. Na trawniku stoją metalowe sylwetki w jasnobrązowym kolorze.

Wjeżdżamy w bardziej górzystą okolicę. Potem długi zjazd krętą serpentyną

i jest połączenie z głównym szlakiem. Na prawo do Englishtown, a my w lewo do Ingonish. Kolejna tablica z dumnym anonsem – światowej sławy Szlak Cabot’a. Do Ingonish 46 km. Coraz więcej tablic z informacją o morskich eskapadach, głównie dla obserwacji wielorybów, reklamy plaż, domków letniskowych, hoteli, spania i śniadania, kempingów i restauracji oraz wypożyczalni sprzętu. W pobliżu miejscowości North Shore znaki uroczyska rzeki Francuskiej (French River Wilderness Area).

To urwista krawędź płaskowyżu, która jest największym obszarem chronionym w Nowej Szkocji. Zaczyna się od Św. Anny, w postaci szeregu wydm i lagun, by w wyższych partiach (około 500 m n.p.m.) przejść w gęsty las jodłowy urozmaicony stromymi kanionami, wąwozami, jeziorami i stawami oraz trzęsawiskami. Te obszary stanowią naturalny korytarz dający schronienie zagrożonemu kanadyjskiemu rysiowi

Zdjęcie z Internetu

i amerykańskiej kunie. Gnieździ się tutaj wiele ptaków, występują rzadkie rośliny ze strefy arktycznej i alpejskiej, a w wielu rzekach odbywa tarło atlantycki łosoś.

Zaczyna się ciąg słynnych cypli – Breton,

rzeki Francuskiej, która tam uchodzi do oceanu

i najbardziej znane cyple Wraków, które rozciągają się kilometrami. Gdy byłem tam w 1985 roku, dwóch braci – Keith and Dave, zawiozło mnie i Marka na jedno ze skalnych urwisk i pokazało tkwiący na dole, na skałach, wrak jakiegoś statku. Twierdzili, że to był norweski statek i że ludzie zainstalowali żuraw i wyciągali ze statku ładunek, bo takie jest prawo, iż mieszkańcy wybrzeża mogą, po porzuceniu statku przez armatora, zabierać ocalały ładunek. Teoretycznie wrak na wodach terytorialnych danego państwa doń należy, tym bardziej, gdy armator go porzuci. Nie miałem czasu wgłębiać się w tajniki prawa morskiego, choć słyszałem o procederze przejmowania ładunku wraku przez okoliczną ludność, zgodnie z tradycyjnym prawem „kto znajdzie porzucone mienie, ten jest właścicielem”. Najbardziej zadziwiający jest inny fakt. Wrak widziałem w czerwcu 1985 roku na własne oczy. Kiedy zacząłem po latach szukać w spisie wraków owej jednostki, niczego nie znalazłem, tym bardziej w tym miejscu. Próbowałem odnaleźć go ponownie, przy aktualnym opracowywaniu podróży do bloga w roku 2018. Znowu niczego nie znalazłem…

Zrobiliśmy krótki postój i wdaliśmy się w pogawędkę ze starszym panem, krzątającym się koło swego auta. Z boku, nad samym brzegiem urwiska, ułożony jest stos kamieni, z zachętą do dorzucania nimi do oceanu.

Mimo później godziny wstąpił w nas duch małego chłopca i obaj porzucaliśmy. Doleciały najwyżej do połowy plaży. Podobnie jak w 1985 roku, gdy ciskaliśmy nimi we czwórkę. Zdjąłem serię rzutów Seweryna

i potem, przez kilkanaście minut, obu nas bolały stawy barkowe. Wracamy na trasę odcinka północnego Cabot Trail.

Wjazd ostrą agrafą, potem w dół i znów długi podjazd z wyłaniającym się po prawej oceanem.

Jest coraz cieplej. Wciąż slalomem pod górę i przełączam aparat na film, a w Seweryna natychmiast wstępuje duch wyścigowy.

Przy małym parku Cape Smokey osiągamy szczyt wzniesienia, w miarę płaski kawałek z rozległym punktem widokowym. Daleka perspektywa przylądków, najdalsze rozmazane w mglistej zawiesinie, podobnie jak ocean.

Za parę minut zaczyna się długi i kręty zjazd w obramowaniu ściany drzew. Coraz więcej reklam obserwacji wielorybów. Zwierzęta, które swą obecnością, pomiędzy majem a wrześniem, niektórym ludziom przynoszą dochód.

Liczne kempingi i tablica witająca w Ingonish.

Za nią kolejny zjazd i spomiędzy drzew wyłania się wielki port naturalny, Ingonish Harbour, z dwoma cyplami – długim, gdzie jest wspaniała plaża i krótkim. Pomiędzy nimi wąski przesmyk na otwarty ocean. Mijamy bielący się w słońcu zajazd – “Castle Rock” z przepięknym widokiem na zatokę. Ograniczenie szybkości do 55 km/godz. Seweryn z niezmąconym spokojem miejscami pruje 70-80 km/godz. Udaję, że tego nie widzę i tak sobie jedziemy. Aż do momentu, gdy zaczyna się zabudowa w Ingonish Harbour i wtedy go strofuje, by nie pędził. Zajeżdżamy na przystań,

krótki spacer. Informacje na przystani z cenami dokowania (za miesiąc od 150 do 200 CAD)

i szczegółową mapą okolicy.

Pogoda się wyklarowała, fotografuje dwa domy – jeden nad samą wodą, z szosą nad nim

i drugi, po przeciwnej stronie, pięknie położony wysoko pod szczytem.

W głębi żółcą się w pełnym słońcu dwa cyple.

Aż mnie skręca, by tam dotrzeć i hulnąć w wodę. Na tym dłuższym, biegnącym od lewej strony, w czerwcu 1985 roku odbyłem długi spacer z Markiem i wspomnianymi braćmi.

To był krótki, bo tylko trzydniowy, wypad, lecz niezapomniany. Była świetna pogoda i bracia zawieźli nas rano na plażę, gdzie nurkowałem w masce i płetwach, po raz pierwszy w życiu, w Oceanie Atlantyckim. Kiedy nurkowałem koło skał, nagle spod nich wylazł tak olbrzymi homar, że skrewiłem na widok jego szczypców. Po wyjściu z wody byłem pokryty białym nalotem soli i rozglądałem się za prysznicem. Okazało się, że jest nim mały wodospad. Trzeba było stanąć pomiędzy dwoma skałami, zaprzeć się i pozwolić spadającej z trzech metrów wodzie opłukać ciało. Potem pojechaliśmy do uroczyska braci, które okazało się krętym strumieniem w lesie i w pewnym miejscu tworzyło mały wodospad, który wypłukał głęboki na parę metrów skalny kocioł. Bracia puścili w obieg “jointa”, a potem poszli z Markiem na wysokie urwisko nad owym kotłem i skakali na nogi. „Maryśka”, mimo tego że jestem słabym pływakiem, natchnęła mnie odwagą, tym bardziej, że chłopcy się ze mnie naigrawali. A przecież Polak potrafi.

Skoczyłem wraz z popełnieniem zasadniczego błędu – oddech powinienem zaczerpnąć, gdy uderzałem piętami o wodę, a zaczerpnąłem w momencie zeskoku. Plusnąłem z zamkniętymi oczami i ponieważ zdawało mi się, że nieustannie schodzę w dół, oczy otworzyłem. Pełna czerń. I wtedy poczułem, że kończy mi się zapas powietrza i ogarnął mnie lęk. Powiedziałem sobie w myślach „bez paniki” i w tym momencie zatrzymałem się i zacząłem pruć w górę, przy czym pomagałem sobie rękami. Wyskok połowy tułowia ponad lustro wody był połączony z rozpaczliwym haustem powietrza. Drugi raz nie zaryzykowałem, bo nie było to miłe przeżycie. Natomiast fantastycznym przeżyciem było to co zaczęło się tego dnia wieczorem. Czułem, że oddycham całą skórą. Świetna woda wypłukała wszystkie złogi i byłem nakręcony przez następne parę dni. Nie myłem się (tylko twarz i ablucje higieniczne) przez następne trzy dni i czułem się znakomicie. Oto dowód na to jak ważna jest jakość wody i jej odpowiedni skład. W czasach dzieciństwa i nastolactwa w Sopocie, moja energia nie tylko odzywała się genetycznie i podyktowana była młodością. Wzbudzały ją i podtrzymywały czysta woda i powietrze, włącznie z cudownie pachnącym lasem bukowym i stanowiskami aromatycznych sosen.

I jeszcze najbardziej ekscytujące wspomnienie. Następnego dnia wynajęliśmy mały kuter rybacki i popłynęliśmy w poszukiwaniu wielorybów. Gdy już zwątpiliśmy, a akurat stałem na dziobie, pokazał się wieloryb. Rybak, zachęcony okrzykami braci i Marka, zaczął go ścigać. Przez parę minut wieloryb był wciąż przed nami, aż mu się znudziło i dał nura. Do dziś widzę wynurzający się z wody gigantyczny, połyskliwie czarny ogon, rozłożony w geście wiktorii ku niebu. Był pokryty pąklami i gdzieniegdzie zielonkawym nalotem wodorostów. Z ogona z hukiem i pluskiem spadała woda. Ponieważ stałem na dziobie niewysokiego kutra, w pewnym momencie miałem wrażenie, że ogon wzniósł się nade mną. Z całego zdarzenia promieniowała tak piękna, pierwotna siła, że zdębiałem a zarazem chciało mi się krzyczeć ze szczęścia. Lecz wiele lat temu nauczyłem się, że w obliczu napotkanego zwierzęcia trzeba milczeć, by potem, przy sprzyjających okolicznościach, próbować odzywać się łagodnym głosem.

Dziś nie mamy czasu – ani na spacer, ani tym bardziej na kąpiel. Po lewej parę stoków narciarskich z ośrodkiem – hotel “Ski Cape Smokey”.

Jeszcze większe ograniczenie szybkości, do 45 km/godz. Potem do 60. Długi podjazd pod grzbietem wzniesień Smokey. Rzeka Ingonish, za nią wjazd na rozchyloną agrafę. Teraz górzyście po prawej, lecz po chwili z obu stron. Piętrzy się wielki, zielony bochen, porośnięty niesamowicie gęstym lasem. Za cztery km na zjeździe w prawo będzie “Keltic Lodge”, który wywarł na mnie spore wrażenie w 1985 roku.

Objechaliśmy łukiem koniec Ingonish Harbour, zjeżdżamy nieco krętą drogą, znak Ingonish Beach i kolejny długi łuk, lekko pod górę. Z prawej, od czasu do czasu pomiędzy drzewami, pokazuje się zatoka Ingonish Harbour. Na zjeździe, daleko w perspektywie zamknięcia zatoki, widać na wzgórzu charakterystyczny budynek “Keltic Lodge”.

Gęstnieje zabudowa, domy, sklepy, okazały monopolowy. Jesteśmy w Ingonish Beach. Budyneczek Królewskiej Konnej Policji (RCMP), zakręt, długi zjazd i pojawia się wjazd do Parku Cape Breton. Znak ukazujący stopnie alarmu przeciwpożarowego. Ograniczenie szybkości do maks. 50 km/godz, Seweryn jakoś to wytrzymuje. Z prawej, za drzewami, słodkowodne jezioro – Freshwater Lake. Mijamy budynki administracji parku, kolejna bramka, lecz otwarta, bo 150-cio lecie. Bilet normalny zazwyczaj kosztuje około 8 dol., dla seniorów, czyli dla nas, około 7, do 17 roku życia wstęp darmowy.

Zjazd na prawo do “Keltic Lodge”. Odbijamy od szlaku Cabot w Keltic Road. Droga wije się wśród osik i brzóz w jaskrawej bieli. Dojazd do punktu widokowego,

skąd zdejmuję w oddali skalny cypel Smokey

 i plażę

z ludźmi wylegującymi się na piasku

i zażywającymi kąpieli w oceanie.

Widać wielki kemping przy plaży Ingonish (Ingonish Beach), z jeziorem za lasem. Daleko po lewej rozciągający się wąski półwysep Middle Head z końcowym cyplem Seine,

obramowujący większą zatokę South Bay. Za nią, w głębi lądu, mała zatoka Ingonish Harbour, niemal zamknięta piaszczystą łachą obu plaż.

Powrót na drogę Celtycką, las się wyraźnie przerzedza, po lewej skromne domki, za nimi ograniczenie szybkości do 20 km/godz., znak “Keltic Lodge” z anonsem pod spodem – Duch Wyżyn.

Wąska aleja, przy niej stylowe latarnie i co pewien czas domy, zagajniki białych brzóz, znaki przejścia dla pieszych. Po prawej rozległe zabudowania spa i zajazdu “Keltic”, po lewej wielka restauracja “Atlantic” z parkingiem, skąd widok na ocean, bo palec półwyspu się zwęża. Za nimi po prawej “Ceilidh Hall”. Wszystko starannie zadbane, wystrzyżone, wypieszczone, białe płotki, ozdobne kamienne murki, takież latarnie, kolorowe, obszerne krzesła z oparciami na trawniku. Teraz półwysep się rozszerza, droga lekko pod górę i wyłania się “Keltic Lodge”.

Parkujemy i zaczynam myszkować wokół hotelu robiąc zdjęcia.

Z tyłu basen, za nim trawnik i krawędź urwiska, w dole ocean.

Wchodzę do hotelu zasięgnąć języka. Wita mnie młody człowiek w stroju szkockich górali z charakterystyczną furażerką. Ma nieco nadętą minę i taksuje mnie ile jestem wart, oczywiście finansowo. Pytam o ceny pokoju dwuosobowego – 230 za dobę w sezonie i 150 poza sezonem. Niby luksusy, wysoki połysk a hotel z frontu nieco odrapany, z łuszczącą się farbą. Za hotelem cały szereg drewnianych, o czerwonych dachach, jednakowo wyglądających domów, z poddaszami na piętrze. Podchodzimy pod krawędź parkingu,

idę kawałek dalej by spojrzeć na ocean w kierunku południowym i odjazd.

Po 18-tej zawracamy do głównej drogi na Cabot Trail, wciąż z ograniczeniem szybkości do maksimum 50 km/godz. Zjazd i przy samej drodze rozległy cmentarz z kościołem pod wezwaniem św. Piotra, z dwoma zgrabnymi wieżami jarzącymi ostrą bielą w słońcu. Cmentarz jakże odmienny od polskiego, europejskiego. Duża przestrzeń pomiędzy grobami, na wąskiej podmurówce pionowa, niewielka tablica. Żadnych drzew, skoszona równo trawa. Uznanie dla zmarłych nie odstaje wysoko nad ziemię, wzbijając się skargą okazałych pomników, mini kościołów czy okazałych mauzoleów wprost w niebo. Zalecana szybkość podskoczyła do 60, na horyzoncie znowu pasma wysokich wzgórz. Na prawo rozległa, płaska nizina, za nią dwie palczaste zatoczki. Na poboczach wąskie ścieżki rowerowe. Przed potokiem Clyburn duże przejście dla pieszych, z osobnym mostkiem dla nich z lewej strony drogi. Za mostem prowadzą szlaki piesze w głąb doliny Clyburn.

Fantastyczne tereny na wędrówkę i rower. Od paru godzin poruszamy się w zielonym tunelu szosy obramowanym równie zielonymi wzgórzami. Nad różnorodnością odcieni zieleni błękitne niebo, które czasami potrafi być tutaj jak włoski lazur. Cape Breton latem, o ile nie pada deszcz, jest turystycznym rajem. I o ironio – wciąż te nieszczęsne dwa-trzy tygodnie wakacji dla Kanadyjczyków. Wierutny skandal! Na tak wielkim kontynencie, w drugim największym powierzchniowo państwie świata. Dlatego większość Kanadyjczyków wciąż zna Kanadę powierzchownie, głównie z okna auta, gdy codziennie przemieszczają się w inne miejsce. Nocleg, restauracja i następny skok. Na dwa, trzy dni dłuższy popas, gdy się trafi akurat jakiś festiwal folklorystyczny. Przeżyłem to w Antigonish, w sezonie 1984/1985, kiedy prowadziłem B&B. Mieszkał u mnie jeden z muzyków i miał bardzo ciekawy instrument, który znalazł w rumuńskich Karpatach. Urządzał mi mini koncerty. Festiwal muzyki folk, w wykonaniu muzyków z różnych stron świata, grających na przeróżnych instrumentach, trwał trzy dni. Od rana ćwiczyli na popołudniowe koncerty. Królowały oczywiście kobzy, ich ostry zaśpiew niósł się echem po wzgórzach miasteczka, czasem tak często i tak długo, że wypłaszał mniej odpornych mieszczuchów z Nowego Jorku czy Toronto. Na wyspie muzyka jest miksem folku szkockiego i francuskiego. Akadyjczycy wprowadzili skrzypce i powstał tzw. lokalny jig. Szkoci przywieźli oczywiście ze sobą kobzy. Gdy na skutek presji Anglików opuszczali swą ojczyznę, ponoć na niektórych statkach całą drogę przez Atlantyk grali na kobzach, doprowadzając angielska załogę do rozstroju nerwowego. Proszę posłuchać i wyobrazić sobie jak to brzmiało https://www.youtube.com/watch?v=NIjq69hiVHs

Za Ingonish Centre opuszczamy teren parku, skok na 70 km/godz, więcej prostych odcinków, rzadka teraz zabudowa Ingonish rozkłada się kilometrami wzdłuż szosy. I nagłe chlaśnięcie cywilizacji po lewej – kondominia na sprzedaż. Warunki doskonałe, bo cały czas ciągnąca się dziesiątkami kilometrów plaża.Na szczęście nie bloki, lecz małe domki zwane kondominium, by wyżyłować cenę i wydusić z ludzi ile się da. Cena przeciętnie do 300/400 tysięcy dolarów. Tutejsze domy na sprzedaż – od małych za 100 tysięcy, do dużych za pół miliona. Ale można trafić całkiem zgrabny domek za 50, 30 a nawet 20 tysięcy. Zależy w jakim stanie, jak stary. Otoczony lasem, z dobrym dojazdem, cisza, spokój, który zimą staje się nieraz martwym spokojem, bowiem zimno, wichury i sztormy, opady śniegu i zmienność pogody. Chociaż ocean zazwyczaj ma wpływ łagodzący zimne temperatury. Dokucza natomiast wilgoć, tym bardziej, że klimat, w miarę posuwania się na północ, stale się teraz ociepla i jest coraz wilgotniejszy.

Mijamy ośrodek wypoczynkowy Glenghorn, potem pub i regularna budka telefoniczna, coraz większa rzadkość w świecie zdominowanym przez komórki. Po lewej restauracja i pub “Coastal”, na jej froncie dziesiątki zaparkowanych motocykli. Szlak dociera nad samą wodę przy restauracji “ Ocean Front”, naprzeciwko niej galeria sztuki. Lecz zachwycającą galerię natury mam wokół, stale przed sobą. Następna restauracja “Sea Gull” i szeroki widok rozsłonecznionej zatoki Rocky Bay, zanurzonej w odcieniach niebieskości – woda, niebo, wzgórza. Jedyny, odmienny element, stanowi czerwona łódź motorowa z turystami.

Potem droga zaczyna się wznosić, urwiste ciosy skał po lewej, po prawej ogrom Północnego Atlantyku.

Nie zatrzymujemy się na punkcie widokowym, kręty zjazd, następny punkt widokowy Lakie’s Head, dalej zatoczka MacKinnons Cove z wychodniami skał wprost do oceanu, kolejna górka i zjazd wokół zatoki Black Brook (Czarny Potok), gdzie drewniane schodki prowadzą na plażę.

Mostek nad potokiem ze żwirowymi łachami po obu stronach, wspinaczka długim podjazdem, blisko drogi budyneczek ośrodka zdrowia i dojeżdżamy do Neils Harbour. Tutaj postanawiam odbić od Szlaku Cabota, by jechać dalej wzdłuż oceanu. Skręcamy w New Haven Road, ukazuje się port rybacki z małą latarnią morską.

Blisko drogi, ułożone w pięciu warstwach, drewniane i metalowe pułapki na homary (lobsters).

Przy kamiennych falochronach niebieskie i czerwone łodzie,

idealnie gładka toń, słońce. Idylla o wpół do piątej po południu.

Długi podjazd. Czas nas pożera, a my kilometry dróg. Kolejna zatoczka z małą fabryką przetwórstwa rybnego. Droga coraz bardziej spękana, lecz auto dobrze się trzyma. Kolejny długi podjazd i na wzniesieniu przy White Point wyłania się widok na na zamglony cypel

i zatokę Big Burnt Head Cove.

Brniemy dalej, dojeżdżając do skalnych urwisk i cypli,

koło niesamowitej zatoki South Harbour. Niesamowita, bowiem ma wygląd zamkniętego, ogromnego basenu z wąskim wyjściem na ocean.

Świetne warunki dla schronienia przed atlantyckimi sztormami.

Dojeżdżamy z powrotem do Cabot Trail. Sklep z tartanem, czyli szkocką kratką, ze swoistym anonsem na budynku – “Jeśli to nie jest szkockie, to jest gówniane”. Ponowne zanurzenie się krętą drogą w leśne kompleksy.

Mijamy rzeczkę Middle Aspy, potem znak drogowy z odległością do Cheticamp – tylko 76 km. Pojawia się wieś Cape North i przy jej krańcu, przed kościołem, wstępuje nagle we mnie chęć dotarcia do krańca północnego. Dodatkowo pobudza mnie znak Cabots Landing Provincal Park i Capa North. Namawiam Seweryna na skręt w prawo, w nieco podrzędną drogę Bay St.Lawrence. Przejeżdżamy nad mostkiem, nad jakimś dziwnym zbiornikiem wodnym, na mapie wyglądającym na niesamowicie wąskie, długie i kręte jezioro, na dobitkę bez nazwy. Za paręnaście minut wąska zatoka,

prowadząca do dużej zatoki North Harbour, usianej większymi i mniejszymi wyspami (przeszło 15) Następne, wąskie wyjście na pełny ocean, pomiędzy dwoma, bardzo długimi paluchami. Od miejscowości Dingwall, do której trzeba dotrzeć inną drogą od Cabot Trail – Quarry Road, prowadzą dwie podrzędne, ślepe drogi, po obu stronach małej i wąskiej zatoki o tej samej nazwie – Dingwall. Z Qarry Road można wjechać na nasadę jednego z palczastych półwyspów.

Lecz my brniemy drogą zatoki św. Wawrzyńca, mijamy osadę Aspy Bay w której jest spora, parterowa szkoła podstawowa, dojeżdżając do parku Cabots Landing. Za nim ostry skręt w lewo i oddalamy się od rozległej zatoki Aspy, przylegającej do otwartego oceanu, konkretniej do cieśniny Cabot’a, którą dwukrotnie przepłynęliśmy promem parę dni temu. Parędziesiąt kilometrów od niej na północny-wschód, leży niesławna wyspa Św. Pawła, zwana cmentarzyskiem Zatoki. Rozbiło się o nią wiele statków żaglowych. W cieśninie Cabota niemieckie U-Booty zatopiły prom (rok 1942) i okręt wojenny (rok 1944), zabijając przeszło 220 osób. Po pewnym czasie skręcamy znów prosto na północ

i gdy dojechaliśmy do rozwidlenia dróg przy sklepie CO-OP, Seweryn mruknął – „chyba już tu byliśmy”. Patrzę na mapę i odkrywam, że ma rację. Pokręciło mi się setnie, kolejny mój błąd. Rozpoznaję drogę do Meat Cove, w prawo nie ma sensu jechać i mówię: “wiesz, jak już tu dobrnęliśmy, pojedźmy do końca, w to samo miejsce, bo jest pogoda i będą fajne zdjęcia”. Seweryn skwapliwie się zgodził z trzech powodów – chciał odsapnąć, coś zjeść i zobaczyć barmankę Patty, którą już uprzednio bajerował.

Na początku pokazała się zalesiona piramida,

za paręnaście minut jazda przy oceanie,

widać już cyple,

za nimi kolejne zatoki i zatoczki.

Jedna z nich przybrała się w nasycone, płynne srebro w kontraście do zalegającego cienia sporej góry.

Odłożyłem aparat i rozluźniony obserwowałem krętą drogę. Dotarliśmy do Capstick, przy nim inna Zatoka Wraków, bo na Cape Breton jest wiele takich miejsc zapełnionych wrakami. Długo bez aparatu nie wytrzymałem, bo na wzniesieniu otworzyła się piękna panorama.

Pogoda zrobiła się świetna, słaby wiatr, dobra widoczność.

Trzaskałem zdjęcia, jedne po drugich,

ze zbliżeniami.

Uchwyciłem parę siedzącą na leżakach na żwirowej plaży.

Dwa małe kutry wracały z popołudniowego połowu.

Do kempingu

i baru

dojechaliśmy dwadzieścia po siódmej. Patty nas powitała uprzejmie, aczkolwiek okazała się ponownie dziewczyną raczej z chłodnym dystansem, próbując być służbowo sympatyczną. Tę cechę Brytyjczycy, a szczególnie Anglicy, opanowali do perfekcji. Nie ma w zasadzie czego zarzucić, ale wieje chłodem, czasami nawet mrozi, szczególnie gdy taka twarz przybiera wyraz ledwo skrywanej wyższości, a i czasem lekko ironicznej pogardy. Tak już oni mają, owi rabusie świata, po którym bezlitośnie buszowali przez co najmniej 400 lat, wcześniej przeprowadzając trening na sąsiadach – Irlandczykach, Szkotach i Walijczykach. Ten gen zdobywczy rozkwitł obficie w Ameryce, wciągając w siebie emigrantów z różnych stron świata. Dziś zamiast pogardy króluje arogancja, a wyższość uwidacznia się w ignorancji.

Siedliśmy na tarasie, zjedliśmy coś na ciepło i wypiliśmy po piwie. W zapadającym z wolna zmierzchu wyraźnie było słychać rozmowy z kempingu. I nagle usłyszałem ten specyficzny polskoangielski, charakteryzujący się raczej ubogim słownictwem i równie specyficznym akcentem, który i ja posiadam. Jakaś polska para w średnim wieku, przechwalała się Polską, naszymi osiągnięciami – „you know, Solidarity, you know” i naszym rozwojem – „you are still behind, you know”; koktajl, który znam od lat i w którym wszystkie niemal polskie składniki są wybitne, niepowtarzalne i powinny co pewien czas rzucać świat na kolana. Ale, jak pamiętam, to my się z tych kolan dopiero podnosimy. Jezu, co to dopiero będzie jak wstaniemy do końca i się wyprostujemy… Coś tu do rzeczy ma zdanie Schopenhauera: “ […] każdy żałosny dureń, który nie posiada nic na świecie, z czego mógłby być dumny, chwyta się ostatniej deski ratunku, jaką jest duma z przynależności do danego narodu. Z wdzięczności gotów jest bronić rękami i nogami wszystkich głupstw, jakie ten naród reprezentuje”.

Przed odjazdem zdjęcie domu fantastycznie uczepionego stoku.

Kolejny powracający z morza kuter.

Próbowałem wyobrazić sobie co tu się dzieje podczas sztormowej pogody. Jak zabełtany jest cały dookolny świat, jaką kolorystykę i jakie kształty ma niebo i woda. Wtedy przypomniały mi się obrazy Turnera, które oglądałem w Tate Gallery w Londynie, w 1973 roku. Obrazy miały wspaniałą, otwartą przestrzeń wystawienniczą. Niektóre z nich były olbrzymimi płótnami, z których wyrywał się wiatr, a woda chlustała na człowieka. Taka była siła talentu Turnera, zaklętego w innym, rozkołysanym żywiole – w farbach. W ujęciach, dynamice, pasji. Każdy następny obraz porażał coraz bardziej, jego realizm był tak silny, że zdawało się słyszeć ryk wiatru i jego zawodzenie w olinowaniu, huk dział i okrzyki komend. Wędrowałem z sali do sali zdumiony i oszołomiony. Kolejne obrazy i nagle odmiana. Jakby cała pasja wyblakła, w zadziwiający sposób się wyciszyła, wręcz z nich uciekła. Coś mnie tknęło i podszedłem do jednego z obrazów, aby odczytać datę. Potem wróciłem do początku wystawy i wtedy pojąłem, iż obrazy są wyeksponowane chronologicznie, narastającymi datami tworzenia. I nagle mnie olśniło. Kres. Ależ tak, kres możliwości twórczych człowieka. Osiągnięcie takiego punktu, że już dalej nie można go przekroczyć. Mistrzostwo całkowicie spełnione. A potem może bezsilność… Rezygnacja? Wytchnienie?

Parę minut do ósmej na tej samej, miejscami błotnisto-żwirowej trasie.

Ostatnie ujęcie osłonecznionych klifów.

Przed 19.30 dotarliśmy do małego kościoła z czerwonym dachem i wieżyczką

i skręciliśmy w prawo, w Cabot Trail, ku Pleasant Bay i Cheticamp. Trochę mnie zatkało, gdy ujrzałem na tablicy odległość do cieśniny Canso – 224 kilometry, skąd wjedziemy poprzez groblę do Nowej Szkocji. Hm, co najmniej trzy godziny, bo zaczną się kręte i strome odcinki ograniczające szybkość, a tu już przed ósmą. Postanowiłem, że przed 22 zadzwonimy do hotelu w Antigonish.

Jechaliśmy na zachód, droga była w dobrym stanie, niewielki ruch, przeto nadrabialiśmy czas i gnaliśmy czasem 100 do 120 km/godz., korzystając z prostych odcinków wiodących zadrzewionym korytarzem. Za paręnaście minut zaczął się długi zjazd, droga pomiędzy wzgórzami zrobiła się nieco kręta i jechaliśmy szeroką doliną z ciągnącym się wałem wzgórz.

Na dnie doliny przekraczamy południowe ramię rzeki North Aspy, za chwilę ramię północne, cały czas łagodnie w dół. I wtem zaczyna się wspinaczka długim podjazdem.

Pokazują się wielkie, zalesione wzgórza

i docieramy na punkt widokowy, skąd widać rozchodzące się na lewo od szosy boczne doliny.

To jedna z części słynnego uskoku Aspy, ciągnącego się przeszło 40 kilometrów z północnego wschodu na południowy zachód, będącego pozostałością dawnego połączenia lądowego z Afryką – raj dla geologów, którzy licznie tu ściągają. I zaraz zjazd serpentynami.

Z prawej ociosane skały z gruzem w zagłębieniach i na poboczu drogi. Z lewej, za krawędzią szosy, parów i zielony stok. Znów kręty podjazd. Ograniczenia do 30 km/godz. Dolina nagle się rozszerza, wjeżdżamy na szczyt płaskowyżu pokryty skąpą roślinnością, z wyraźną przewagą drzew iglastych. Mokradła, więc od razu znak z wielkim, brodatym łosiem. Ale nie ma żadnego łosia, mimo że już zapada zmrok.

Po lewej surrealistyczna mała budka – schronienie ze znakiem “Emergency” – na wypadek sytuacji kryzysowej. Podejrzewam, że można tam nawet przenocować i zapewne jest telefon. Jesteśmy w Północnych Górach, o wysokości 445 m n.p.m.

Lekko w dół i znów długi podjazd. I znak – znaczny spadek przez następne dwa kilometry. Powtórka – z prawej skały, z lewej parów i zadrzewiony stok. Parów o wiele rozleglejszy od ostatniego.

Wspaniałe widoki na zakrętach. Daleka perspektywa górskich pasm zachodzących na siebie.

Na chwilę wyskakuje obszar wody usiany cyplami i zatokami.

Musimy zwolnić, bo zaczynają się odcinki robót drogowych.

Ciągle w dół i po w miarę łagodnych zakrętach. Z lewej, skryta przed wzrokiem, rzeka Grand Anse, w pewnym momencie nad nią przejeżdżamy. Ta droga jesienią to musi być bajka, jazda w kolorowym kalejdoskopie. Prosty odcinek i następny, długi zjazd. Pojawia się duży kemping “MacIntosh Brook” i zaraz w dół, w dół, w dół…Szaleństwo rozbuchanej zieleni. “Mountain View” motel i restauracja plus znak obserwacji wielorybów – jesteśmy już blisko Zatoki Św. Wawrzyńca.

Będąc nad nią, w 2008, z wysokich skał obserwowałem wielki wycieczkowiec, co najmniej na tysiąc pasażerów. Na tle przeciwległego, skalnego brzegu, wyglądał jak zabawka.

Stajemy, bo wielkie pokuszenie. Jeden z najbardziej atrakcyjnych odcinków Cabot Trail.

Zatoka rozmazuje się z niebem na perłowy opal.

Przed nami znany i charakterystyczny kawał skały zwany “Le Bloc”.

Jesteśmy na przylądku Rouge, gdzie kiedyś była słynna wieś akadyjska, która ocalała z Wielkiej Deportacji w 1755 roku. Anglicy, po zajęciu Akadii i zmienieniu jej nazwy na Nową Szkocję, uważali iż Francuzom nie można ufać i jak już pisałem wcześniej postanowili ich wygnać. Wygnańcy udali się w trzech kierunkach – część do Francji, lecz wielu z nich utonęło podczas sztormów, inni wylądowali w dzisiejszej Luizjanie, stwarzając podwaliny tzw. kultury Cajun, włącznie ze słynną, ostrą kuchnią; trzecia grupa osiedliła się w Quebecu. Nieznaczna część Akadyjczyków jakoś przetrwała ukrywając się po lasach, a potem chyłkiem powracali. Jeśli mieli do czego, bo wiele ich gospodarstw zajęli angielscy osadnicy. W przypadku ocalałej wsi, Cap Rouge, zadecydowały inne okoliczności. Wysiedlono ich w 1939 roku, kiedy zakładano narodowy park Cape Breton Highlands. Natomiast wiele szkockich wsi pozostawiono w spokoju. Tu są m.in. źródła późniejszego buntu w latach 70-tych francuskich Kanadyjczyków, co doprowadziło aż do terroryzmu i wprowadzenia w Quebecu stanu wojennego.

Gdy jesteśmy blisko wyrazistej skały zwalniamy, aby wyszły zdjęcia.

Kolejna fotka esowatego podjazdu z malutkim jeziorem na pierwszym tle.

Po przeciwnej stronie zaskakująco płaski brzeg, gdzie za parę minut będziemy.

Za kolejnym podjazdem zjazd w dolinę.

Las na stoku wygląda jak gęsty kożuch.

Po 21-ej dojeżdżamy do Cheticamp, strzelam zdjęcia zza szyby auta i czasem wychodzą zaskakujące ujęcia w ruchu.

Jeden z ostatnich urwistych cypli przypominający twarz Mikmaka.

Przed miejscowością Grand Etang, leżącą nad workowatą zatoką o tej samej nazwie, musimy czekać aż wielka ciężarówka wykręci do miejscowego centrum handlowego. Skomplikowany manewr, wszyscy wykazują zrozumienie dla ciężkiej pracy truckera.

Mamy teraz długi, prawie prosty odcinek Cabot Trail, często biegnący niskimi terenami nadbrzeżnymi,

aż do Margaree Harbour, gdzie po przejechaniu grobli z mostem nad rzeką Margaree,

natknęliśmy się na rozbrykaną gromadą dziewcząt o azjatyckim wyglądzie. Poprosiłem Seweryna by zwolnił i z ciekawości, przez otwarta szybę, je zaczepiłem. Okazały się Filipinkami spędzającymi wakacje na obozie. Zaniemówiły kiedy w języku Tagalog zapytałem je: “Pagod ka na?” –  “Czy jesteś zmęczona?”. Nauczyły mnie tego zwrotu Filipinki z którymi pracowałem w Kanadyjskim Związku Motorowym. Dość długo jedziemy wzdłuż krętej, z licznymi bocznymi zalewami, rzeki i gdy dojeżdżamy do jej zbiegu z inną, Cabot Trail odchodzi wprost na wschód, by dotrzeć do Baddeck. Czyli pełnej pętli tego szlaku nie zamkniemy. Kierujemy się 19-tką na południe i przez Inverness

…aż tu niespodziewanie przyszło do mnie inne wspomnienia ze Szkocji, gdy w tamtejszym, oryginalnym Inverness, siedziałem w ogródku restauracji nad rzeką i obsługiwała mnie nader wdzięczna, francuska studentka, kelnerująca na wakacjach. Właściciel bardzo źle ją potraktował, co mnie tak wściekło, iż kazałem go zawołać i wyrąbałem mu ostrą reprymendę. Przeprosił mnie, na co mu rzekłem, że powinien przeprosić dziewczynę, co obiecał uczynić. Wdzięczątko serdecznie mi podziękowało i wysłało mi tak piękny uśmiech, że go jeszcze długo pamiętałem.

Przemykamy koło Glenory, tej od świetnej whisky i docieramy do Port Hastings. Oba porty – Hastings i Hawkesburry są tak głębokie, że mogą tu zawijać największe tankowce świata, o czym już też wspomniałem przy pierwszym objeździe Cabot Trail.

Po drugiej stronie cieśniny dostaliśmy się na 104 czyli TCH. Stamtąd dzwonię do nowego noclegu – “Keppoch Inns” w Antigonish, że będziemy dopiero przed północą. Ale wyrobiliśmy się na parę minut po 23-ciej. Strzeliłem nocną fotkę przed dojazdem do miasta i wyszła nader tajemniczo.

Trochę zamieszania z hotelem, bo okazuje się, że pokój dla nas jest po drugiej stronie drogi, gdzieś w głębi. Jakoś trafiliśmy, senna panienka w recepcji dała nam klucz, wtarganie rzeczy do małego pokoju, ale łóżko całkiem wygodne. Skromna kolacja z zapasów, podwójna miętowa herbata, sprawdzenie maili i już nie miałem siły na obróbkę zdjęć. Obaj padliśmy.