Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

20 marca, 2014 – Lago Posadas – Chile Chico

Sztorm zaczął się nocą. Wiatr wył w występach i załomach domu, targał szumiącymi głośno drzewami. Rano, po śniadaniu, zrobiło się ciemno,

1

wiatr się wzmógł i nagle gwałtownie zmienił kierunek na południowy i chlusnął gęstym deszczem. To było jak mini potop. Spadło tyle wody, że zalało parapety i w dwóch miejscach zaczął przeciekać dach. Pomagałem panu Horacio podstawiać miednice. Wszystko, tak jak się raptownie zaczęło, tak też skończyło. Po mglistej szarości, gdy dalej w domu były zapalone światła, wyszło słońce i ukazało się błękitne niebo.

2

Przestudiowałem mapę okolicy wiszącą na ścianie i postanowiłem pojechać wiejską drogą pomiędzy wzgórzami do ripio 41, aby skrócić trasę i stamtąd dojechać do Chile, ku przejściu granicznemu. Zaczynał się dla mnie powrót na stare szlaki sprzed trzech lat. Do mapy ruta 40

3

Mapa z Internetu

dołączam mapę słynnej PanAmerican Highway (Autostrady Panamerykańskiej).

4

Z Internetu

To jedno z mych nieziszczonych marzeń – przejechać całą trasę z Prudhoe Bay na Alasce do Ushuaia na Ziemi Ognistej. Udało mi się tylko łyknąć niektóre odcinki PanAm. W Kanadzie, w 2010 koło Edmonton i Calgary, w 2005 alternatywną odnogę wschodnią w USA, od Dallas do Nueva Laredo w Meksyku, gdzie wylądowałem robiąc reportaż dla “Polityki” o polskich kierowcach ciężarówek. Resztę w 2011, w Ameryce Południowej; Chile i Peru, fantastyczna droga pomiędzy wybrzeżem Pacyfiku a Andami i pustynią Atacama. W tym roku odnoga w Argentynie plus czekająca mnie powtórka Chile i Peru oraz nowy odcinek w Ekwadorze, gdzie mam się znaleźć w drugiej połowie czerwca.*

Opuściliśmy hosterię o 10.15. Na zewnątrz dalej ostry wiatr, aż na głównym skwerze (tam z kolei pomnik strusi nandu) rozczesywał dziewczynom włosy.

5

Tankowanie do pełna i udaliśmy się w kierunku jeziora. Posadas (45 km²) leży przy wschodnim stoku Andów i sytuuje się w dorzeczu sporej rzeki Baker uchodzącej do Pacyfiku. W odległych epokach geologicznych, na skutek ruchów wypiętrzających, wielkie jezioro zyskało wąski przesmyk (La Peninsula, około 200 metrów szerokości), który rozdzielił je na dwie części. Dlatego teraz rzeki Furioso i Tarde wpadają do jeziora Pueyrredon i są w zlewisku Pacyfiku. Dawniej wszystkie wody z jeziora Posadas uchodziły do Atlantyku. Basen jeziora Posadas jest najniższą, glacjalną depresją w Andach na południu Patagonii – 150 metrów nad poziomem morza.

Przy pięknej pogodzie ukazała się panorama wzgórz nad jeziorem,

6

dalej za nimi łańcuch Andów.

7

Miejscami popękane pobocza drogi wyglądały jak fragment afrykańskiego sahelu.

8

Dojechaliśmy do wysokiej krawędzi,

9

zatrzymaliśmy się, aby zrobić zdjęcia jeziora, którego kolor przechodził od ciemnoniebieskiego w turkusowy.

10

12

Wokół płożyły się kolczaste zarośla,

11

niektóre w formie kulistej,

13

kępy charakterystycznych patagońskich traw, wyglądających jak punkowe czupryny i kolorowe porosty na odłamkach skał.

14

W dole widniały wielkie osypiska

15

a na środku jeziora sterczała z wody unikalna skalna brama (El Arco).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zjechaliśmy karkołomną drogą, z licznymi dziurami,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

ku krawędzi jeziora.

17

Musiałem bardzo uważać na drogę, bo Seweryn pchał się miejscami na oślep. Gdybyśmy tu się rozkraczyli, zapewne zabrałoby sporo czasu, aby nareperować auto, które do tej pory spisywało się bez zarzutu. Ponowny postój i gdy poszedłem kawałek pomiędzy skałami, natrafiłem na odcisk potężnej łapy pumy

19

i niedaleko niego odcisk zwierzęcego kopyta.

20

Zdjęcie skalnej bramy i jej otoczenia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z wysokiej skarpy zdjęcie w dół, na lustro niebiesko-zielonkawej wody,

22

na jeden ze stoków naprzeciwko, gdzie tkwiący, olbrzymi głaz, runie zapewne  przy najbliższym wstrząsie

23

i małą zatoczkę utkaną gęstym sitowiem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Powrót na górny taras i za paręnaście minut wyłonił się wspomniany uprzednio przesmyk.

25

Turkusowe Posadas wyraźnie różni się od Pueyrredon, które ma inny kolor – intensywnie niebieski – z powodu jego wielkości, głębokości, a co za tym idzie, temperatury wody.

27

Przed wielką skałą zatrzymaliśmy się na chwilę,

26

bowiem rozpoczęła się plątanina wąskich dróg prowadzących w trzech kierunkach. Zadecydowałem udać się w prawo, zjechaliśmy w rozległą i płaską dolinę, na której dnie były owalne struktury.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Spękana ziemia, typowa dla półpustyń. Potem droga dosłownie zanikła w sporym obszarze spękanej przestrzeni, w oślepiająco białoszarym kolorze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie mieliśmy wyjścia. Musiałem wysiąść i pójść na piechotę, by odnaleźć dalszy ślad drogi. Ku mej uldze po paruset metrach natrafiłem na koleiny. Dałem znak ręką Sewerynowi, podjechał po mnie i za niskim wzgórzem wjechaliśmy w coraz węższą drogę, na której co pewien czas, w mokrych miejscach, widniały ślady końskich kopyt.

29

Seweryna znów opadły czarne myśli i zastanawiał się co będzie, gdy zostaniemy zmuszeni do odwrotu i nie zdążymy dojechać do granicy. Ja, swoim zwyczajem, parłem by jechać dalej.

Droga stawała się coraz trudniejsza.

31

Jechaliśmy 10-20 km/godz i miotało nami na wszystkie strony.

32

Następna dolina i droga się rozdwajała. Wjechaliśmy w tę po lewej i po paru minutach osiągnęliśmy wielką, drewnianą bramę w ciągnącym się po wzgórzach ogrodzeniu, w postaci drucianego płotu rozpiętego na drewnianych palikach. Brama była zamknięta na łańcuch, ale bez kłódki. Otworzyłem ją, wjechaliśmy kawałek do środka, wysiadłem i znów poszedłem spenetrować okolice. Musiałem iść aż do małego wzgórza, aby zobaczyć co jest dalej. Droga prowadziła pod górę, prosto w niebo i coś mi się nie spodobało. Wróciłem i pojechaliśmy tym razem w prawo. Ponownie ogrodzenie z wielką bramą, tym razem zamkniętą na kłódkę. Znaleźliśmy się w potrzasku. Seweryn wygłosił swoje sakramentalne “A nie mówiłem” i zaczęliśmy się naradzać, co tu zrobić. Optowałem za powrotem do pierwszej bramy i pojechanie przez posiadłość w ogólnym kierunku północnym. Punktem orientacyjnym były bielejące daleko na horyzoncie po lewej, zachodniej stronie, Andy. Seweryn był innego zdania. I nagle je zmienił mówiąc “Dobrze, pojedziemy tam, bo..” i tu wskazał palcem w niebo po prawej stronie. Nad krawędzią wzgórza przelatywała para kondorów.

33

Zataczała koła, chowała za wzgórzem i znów pojawiała, szybując wzdłuż skalnego urwiska.

34

Seweryn już wierzył w moje znaki, które z reguły otrzymuję od drapieżnych ptaków. I tym razem znów się nie zwiodłem na mych skrzydlatych przyjaciołach.

Powrót do pierwszej bramy, otwarcie i zamknięcie łańcucha. Przez podniebną drogę; za wzniesieniem otworzyła się rozległa panorama.

35

Jechaliśmy wzdłuż Andów i biegnącej po nich granicy argentyńsko-chilijskiej. Do barwy gór doszedł nowy kolor, czerwono-rudy od domieszek miedzi.

36

Na pierwszym planie żółtawe kępy trawy i skupiska niskich, ciemnozielonych krzewów.

38

Landszaft płaskowyżu miał wygląd wręcz ospowaty.

37

Kolejne wzniesienie a za nim, ku naszej radości, zobaczyliśmy maleńką sylwetkę auta jadącego po drodze 41, a jeszcze dalej parę pojazdów na Ruta 40. Po prawej łysnęła tafla jeziora Ghio. Wyprawa na szagę się powiodła.

39

Długi zjazd ku rozległej dolinie.

40

Przekraczanie kolejnego wzniesienia, z widokiem na przedgórza Andów.

42

Następna dolina. Pod górę znów i olbrzymia, zielona dolina przecięta biczem rzeki.

41

Nad nią estancja otoczona posadzonymi drzewami. Wszystkie pochylone na prawo.

43

Przejechaliśmy koło rzeki przez wąski most. Na łące patagońskie gęsi,

44

w rozlewiskach kaczki

45

i flamingi.

46

Nagle spod kół prysnął spory zając i gnał jak opętany.

47

48

Samotny, nader dostojny, flaming iskający swe pióra.

49

W głębi następny kroczy wolno wśród wysokich traw. Byliśmy zdziwieni widząc flamingi na takich wysokościach i w tak chłodnym klimacie, dodatkowo przewiewanym mocnym wiatrem.

50

Wspięliśmy się na przeciwległy brzeg doliny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przy skręcie na wpół zrujnowany budynek z wysuszonej gliny i drogowskaz. Na wprost Los Antiguos (97 km) i przejście graniczne Roballos, tylko cztery kilometry. Do Cochrane w Chile jeszcze 89 kilometrów, ale najpierw pojedziemy przez inne przejście, nad rzeką Jeinimeni, by dotrzeć do miejscowości Chile Chico, którą gorąco mi polecał chilijski przyjaciel Claudio. Cochrane będzie później.

Zaczęła się znów długa droga pod górę.

55

Na pierwszym planie stoki upstrzone kępkami słomianej trawy,

53

potem skały ze smugami śniegu.

52

W wielkim pustkowiu zaskoczenie – zagroda z końmi, które nam się uważnie przyglądają.

56

Temperatura zaczęła spadać, pojawił się zacinający śnieg.

57

Wjechaliśmy powyżej 1800 metrów nad poziom morza,

58

długa przełęcz z lekko błotnistą drogą.

59

60

Zjazd zakrętem.

54

Teraz rozmamłane błoto a droga pochylona na lewo. Zwalniamy, proszę Seweryna aby stanął,

61

bo Nissan zaczął nam miejscami grzęznąć, a tył co pewien czas odjeżdżał.

Obaj przypomnieliśmy sobie naszą przygodę z roku 2011, gdy w Chile zapadliśmy na amen w zdradliwym, andyjskim błocie. Spływało ono z gór i z wierzchu wyglądało całkiem solidnie. Okopaliśmy auto, podkładaliśmy kamienie, każda próba wyjazdu kończyła się niepowodzeniem. Auto zapadało głębiej. Mieliśmy niezwykłe szczęście. Po dwóch godzinach pojawili się dwaj górnicy w solidnym Fordzie terenowym. Podwiązali linę i nas wyciągnęli, w już zapadającym zmierzchu. Byli jedynym autem, które tego dnia przejeżdżało tą trasą.

Otwieram drzwi auta, stawiam nogę, dostawiam drugą, prostuję się i w ostatniej chwili kurczowo łapię drzwi, bo stopy mi gwałtownie odjeżdżają. Totalna ślizgawka. Nie można nawet zbadać podłoża. Powolutku toczymy się w dół, wyrównanie drogi i zmiana podłoża. Łapiemy solidniejszy grunt.

Chmury osiadły na górach,

62

kolejny zakręt i jeziorko kompletnie zarośnięte niezwykle gęstą roślinnością.

63

Na nim czarne łabędzie i małe, czarnogłowe kaczki.

64

Za jeziorkiem skręciliśmy w prawo, objechaliśmy wzgórze

66

i na jego krawędzi pojawiło się stado guanako.

65

Wciąż było zimno w krajobrazie surowego piękna.

68

Znad szczytu wystrzelił wysoko kondor

69

i poszybował wprost ku nam.

71

Droga powoli schodziła i na zboczach ukazały się przedziwne figury, jakby utoczone z gliny.

74

75

76

Za nimi strumień spadający po rozszerzającej się skarpie

72

i dalej szemrzący wzdłuż drogi, na którą miejscami się wylewał. Ze stoku wzbijała się pod niebo kolorowa góra zwana Monte Zeballos (2743 mn.p.m.)

73

i po chwili znów przedziwne, gliniane figury.

77

Zaczęliśmy nieustannie zjeżdżać w system obszernych dolin.

78

Góry nabrały jasno-niebieskiego odcienia.

79

a blisko drogi wciąż pojawiały się gliniaste figury, jak z opowieści o koboldach zasiedlających krainę gór.

80

Zrobiło się cieplej i pojawiły się drzewa, czasem samotnie stojące przy krawędzi ripio.

82

Przejechaliśmy wzdłuż ogromnych osypisk i wąwozów,

83

z których odchodzą boczne kaniony,

88

spękania i obrywy stoków, kolorowe pastele pasm poziomych i pionowych.

86

87

Są to tzw. paleowydmy i znaleziono tutaj wiele szkieletów dinozaurów. Zatrzymaliśmy samochód. Gdy wysiadłem, wiatr odrazu chlasnął mnie po twarzy drobinami pyłu. W pewnym momencie musiałem zamknąć oczy, bo pył wdzierał się z boków przeciwsłonecznych okularów. W dole, na drodze którą przebyliśmy, tańczyły wiry pylaste szybko przemieszczając się wzdłuż lub w poprzek drogi, by następnie zamrzeć pod osypiskiem lub sypnąć piaskiem na rzeczną taflę. Po lewej, w głębi pod małym wzniesieniem, jakieś ubogie gospodarstwo, dom z przechylonym dachem, uwiązane dwa konie, mostek.

81

Wjazd spiralą pod górę, gdzie na szczycie pagórka spłoszyliśmy stado jastrzębi szybujących wzdłuż stoku,

84

by po chwili osiąść pomiedzy kępami traw.

85

Ostatnie, drapieżne bastiony gór,

89

spojrzenie za siebie na drogę, którą niedawno przemierzaliśmy. 

90

 Potem wjechaliśmy w przestrzeń  rozległych wzgórz,

91

usianą plackami  łąk, kępami drzew i pojedynczymi, małymi estancjami,  zatopionymi w krajobrazie. Miniaturki ludzkiej wytrwałości w tym gigantycznym pustkowiu. I kropki pasących się koni, owiec i krów.

W powietrzu unosiły się pyłki podobne naszym dmuchawcom. Przy drodze zaczęły pojawiać się dziwne rośliny, rosnące w kępach lub samotnie. Czasem ich górne części, obsypane ziarnami i w niektórych miejscach małymi, żółtymi kwiatkami, były bardzo wysokie.

92

Gdy minęliśmy kolejne wzgórze z odsłoniętymi warstwami piaskowca, za zakrętem, kątem oka, zauważyłem jakiś ruch. Stanęliśmy, otworzyłem okno i odnalazłem na tle trawiastych kęp sporego zająca.

94

Siedział nieruchomo i udawał, że go nie ma.

95

Droga 41 dalej biegła przez niesamowite tereny. W dolinach zrobiło się bardzo ciepło i pojawiło się coraz więcej drzew. Jedno z daleka wyglądało jakby obsypane białymi kwiatami.

96

Były to tymczasem jasne, spodnie blaszki liści, poodwracane przez wiatr. Ich szum jest bardzo podobny do dźwięku liści osiki. W oddali ujrzeliśmy dolinę rzeki Los Antiguos,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

która spomiędzy zieleni znów przedzierała się poprzez suche osypiska i wzgórza.

W pewnym miejscu droga miała tzw. agrafę i mieliśmy wrażenie, iż wracamy w głąb gór.

98

Tym bardziej, że ponownie wjeżdżaliśmy w suche parowy, z zerodowanymi  skałami, imitujące ruiny starożytnych murów.

99

Blisko drogi, na pylastym stoku uwiązł gigantyczny głaz.

100

Po parudziesięciu minutach zobaczyliśmy po lewej rzekę Jeinemeni i droga 41 znalazła się pomiędzy obiema rzekami. W oddali, za niebieskawą mgiełką, widniało jezioro Buenos Aires (880 km², czwarte w Argentynie pod względem wielkości).

101

Ponieważ przebiega przezeń granica, po chilijskiej stronie znów mamy inną nazwę – General Carrera (970 km², największe jezioro w Chile). W sumie to wielkie jezioro ma 1850 km² (dla porównania Śniardwy – 113.8 km²; jezioro Ontario – około 19.000 km²) i w jednym miejscu 586 metrów głębokości.

Ku memu zaskoczeniu wśród miękkich, polodowcowych materiałów

103

ukazała się nagle solidna skała, wyraźnie wskazująca na dno byłego morza.

93

Po kilku zakrętach droga biegła prosto i dojechaliśmy do miejsca, gdzie się rozdziela na dwa ramiona.

104

Przed sobą mieliśmy miasto Los Antiguos ( w j. hiszpańskim Antyk), nazwane tak z powodu wielkiej liczby starych, indiańskich grobowców oznaczanych czarnymi kamieniami. Było to święte miejsce Tehuelche, gdzie ludzie tak starzy, iż nie mogli więcej brać udziału w nomadycznych wędrówkach, dożywali swych dni. Panuje tu mikroklimat i okolica jest czereśniowym zagłębiem Argentyny. Pewna część eksportu czereśni wysyłana jest nawet do Europy.

W prawo, droga 43 prowadziła do miasta Perito Moreno i parku narodowego o tej samej nazwie.

106

Pojechaliśmy w lewo, wpierw wzdłuż jeziora,

105

dalej koło rzeki Jeinemeni,

107

potem przez most nad nią, ku granicznemu posterunkowi argentyńskiemu, a następnie chilijskiemu. Na granicy znaleźliśmy się o 17.30,

108

wszystko poszło gładko i sprawnie, mimo tradycyjnie szczegółowego prześwietlania bagażu po stronie chilijskiej. Tu się dowiedzieliśmy, iż droga którą przejechaliśmy (nr. 41) jest bardzo skomplikowana, szczególnie w czasie opadów. Auto musi być z napędem na cztery koła i przed wyruszeniem zaleca się zasięgnięcie opinii o warunkach drogowych u żandarmerii.

Drogą 265, za półtorej godziny, wjechaliśmy do Chile Chico. Pokręciliśmy się po mieście szukając kwatery według mego przewodnika patagońskiego, lecz okazało się, że to miejsce już nie istnieje. Zdecydowaliśmy się na narożny hotel “Ventura Patagonia”, dość ubogi, ale znośny. Najważniejsze, że niedrogi i z ogrzewaniem, bo znów zaczął się chłód. Łazienka i toaleta były na korytarzu, w innym pomieszczeniu. Woda była ciepła. Hotel prowadziły dwie niewiasty w wieku balzakowskim i odrazu zaserwowały nam kolacje na ciepło, z butelczyną wybornego wina – Tarapaca szczepu carmenere. Przy sąsiednim stole siedziała gromada mężczyzn w bardzo dobrych humorach. Nastrój był domowy. Któryś z gości otworzył drzwi wejściowe i do pomieszczenia wdarł się sympatyczny pies rasy labrador, bardzo rozgadany w swym psim języku.

Ku naszemu zaskoczeniu świetnie działał Internet. Los Krymu, póki co, przesądzony. Zastanawiałem się, czy zaspokoi to apetyt putinowskich bestii. Zasypialiśmy znów w poszumie wiatru gnającego wzdłuż jeziora.

—————

* w roku 2015 przejechałem z Sewerynem cały odcinek PanAmerican na Alasce – od Prudhoe Bay do Fairbanks, dalej do granicy z Kanadą i poprzez Whitehorse na Yukonie do Edmonton i Calgary w Albercie.