Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

20 lipca Deer Lake – Port Aux Basque – prom – North Sydney

Wstaliśmy o 6 rano, słońce poprzez firankę nasyciło pokój porannym światłem.

Seweryn się tym razem chwacko spisał i o siódmej byliśmy już w aucie. Wyjechaliśmy bez problemów trafiając od razu na Jedynkę. Przez długi czas jechaliśmy wzdłuż jeziora. O tak wczesnej porze z nadzieją rozglądałem się za jedynym obiektem mych marzeń – łosiem. Gdzie tam, już zapowiadał się ciepły dzień, łosie kompletnie wywiało, co było dla mnie niemiłym zaskoczeniem. Liczyłem na parę zdjęć, przede wszystkim samca z łopatami.

W miarę zbliżania się do Corner Brook przybywa wzgórz i wyłaniają się Appalachy. Miejscami Jedynka w poprawkach i szosa czasami wygląda jakby pomyliły się jej kierunki.

Co pewien czas strzelam fotki, bo dziś przecież pożegnanie z Nową Fundlandią, z jej charakterystycznym krajobrazem.

W niektórych miejscach widoki jak z XIX wieku – drewniane słupy gęsto natkane wzdłuż drogi.

Przed ósmą natykamy się na wyraźne zarysy tras stoków narciarskich,

jest już Humber Arm, czyli początek fiordu.

Im bliżej oceanu tym bardziej robi się mgliście.

Seria zakrętów w górach Marmurowych i w dole wyskakuje Corner Brook.

Jazda w wyrąbanych skalnych korytarzach. Przed zjazdem na Gallants wycięty las na stokach i szczyt góry spowity mgłami.

Płoty grodzące po obu stronach

 i oto jak wydajnie pomagają.

Zdjęcie z Internetu

Po ósmej wjazd na tereny parku Barachois Pond,

 za niepełną godzinę ostatnie charakterystyczne ujęcia Wyspy,

w paśmie górskim Anguille.

Coraz bliżej wybrzeża i zmiana krajobrazu.

Parę minut po dziewiątej wynurza się z mgieł Port aux Basques

i za chwilę oznaczenie promu.

O 9.30 jesteśmy na przystani.

Teraz oczekiwanie na wjazd i powolne posuwanie się do przodu.

Dość drobiazgowa kontrola; kazali nam otworzyć bagażnik i sprawdzali czy nie przewozimy jakiś warzyw. Widzimy nasz prom – „Highlander”,

bierzemy zakręt

i wjazd na rampę po 30 minutach czekania.

Pokład dziewiąty, miejsca siedzące i znowu się potwierdza, że to był niepotrzebny wydatek. Sporo wolnych miejsc poza strefą zamkniętą, tam gdzie wykupiłem nam miejscówki.

MV „Highlanders” jest siostrzaną jednostką MV „Blue Puttees”, także budowaną głównie przez Rosjan, z wykończeniem w Norwegii, pływającą regularnie w latach 2007-2009 w linii Stena, pomiędzy Wlk. Brytanią a Holandią. Również wydzierżawiona przez linię Marine Atlantic i skierowana do ulepszenia w Bremie, by mogła odpowiednio obsługiwać żeglugę pomiędzy Nową Szkocją a Nową Fundlandią (dodanie trzeciego steru strumieniowego, skrócenie statku o 12 metrów, powiększenie i renowacja pomieszczeń pasażerskich). Rejsy w Kanadzie rozpoczęła w kwietniu 2011 i została zakupiona w maju 2015 za 100 milionów kanadyjskich dolarów. Jej nazwa nawiązuje z kolei do regimentów piechoty z Nowej Szkocji, które walczyły w I i II wojnie światowej, lecz ich początki sięgają roku 1871, gdy uformowały się w Truro i Amherst. Podobnie jak Blue Puttees, służyły w Afganistanie w latach 2002 – 2014.

Port

i miasteczko spowite fantasmagoryczną zawiesiną,

rampa przeładunkowa już pusta.

O 10.17 prom drgnął i szparko ruszył do wyjścia z zatoki.

Gdy Port Basków zniknął za horyzontem ogarnęła mnie senność, która z przerwami nie opuszczała mnie przez następne dwie godziny. Koło południa przeszliśmy przez strefę mgły,

po godzinie wejście w rozsnutą na niebie i wodzie rozprzestrzenioną niebieskawość i jak zjawa pojawił się mały jacht,

by za parę minut niepodzielnie królowała znów niebieskość.

Po dospaniu przechadzałem się po pokładzie i zaszedłem do pomieszczenia dla zwierząt. Tym razem, samotny i cichy, czarny pudelek. Cieśnina całkowicie spokojna, rozpogodziło się, żadnych śladów życia, a przecież tam, w tych gigantycznie rozległych głębiach toczy się intensywne życie, całkowicie skryte przed naszymi oczami. Czasem pokaże się wieloryb, czasem orka lub delfin.

Rozmyślałem o zagubieniu człowieka-żeglarza, a także pasażera w tym gigantycznym pustkowiu, które potrafi nagle przewrócić świat do góry stępką i pochłonąć ludzką drobinę. Przypomniałem sobie sytuację (najpierw ona przyśniła mi się w wieku nastolactwa i mamę zamurowało, kiedy o to zapytałem), gdy będąc niemowlakiem, wraz z matką byłem o krok od śmierci. Brnęliśmy w lutowym sztormie 1947 roku, poprzez Morze Północne, z Niemiec do Anglii, gdzie w Southampton czekał na nas ojciec. Matka na pokładzie, już w kamizelce ratunkowej, drugą wdziała na becik w którym, wyczerpany długim płaczem z powodu kołysania i zamieszania, zasnąłem. Stała przyciśnięta do ściany i jak mi opowiedziała, klęła. Po strasznych przeżyciach udało się jej ocalić z Powstania Warszawskiego, a tu taki klops, w dodatku ze mną, jej symboliczną nadzieją na nowe, pokojowe życie. Na to cholerne zaczynanie ludzi wciąż od początku. A potem znów obsuwa i znów zaczynanie… Stała i powtarzała przez zaciśnięte zęby “Niedoczekanie, niedoczekanie”. I wyzywała los – “Nie może tak być, muszę z tego wyjść”. I się udało…

Również udało się w parę miesięcy później, gdy ciężko zachorowałem na krwawą biegunkę i leżałem w londyńskim szpitalu. Po paru dniach, gdy byłem już niemal samym szkieletem lekarze powiedzieli, że może mnie uratować tylko jedno – jakieś specjalne lekarstwo podawane w formie zastrzyku. Ojciec zapytał gdzie je zdobyć i otrzymał odpowiedź – w Kanadzie. Rodzice popadli w rozpacz i wtedy jeden z kolegów ojca, pilot, bodajże z jego byłego dywizjonu 308 (ojciec został wcielony w 1943 roku do angielskiej jednostki inwazyjnej i dlatego był w pierwszej linii lądowania podczas D-Day w Normandii), powiedział, że poleci na Nową Fundlandię i lekarstwo przywiezie. Niestety poza tą lakoniczną informacją, mój ojciec nie podał mi żadnych innych szczegółów i do dziś nie wiem komu zawdzięczam życie. Taki lot, w 1947 roku, musiał być z międzylądowaniem na Islandii i był możliwy do zrobienia w ciągu 30 do 40 godzin. Ojciec tylko mi kiedyś dodał, że gdy szpital w Londynie lekarstwo otrzymał, poproszono moją matkę aby wyszła z sali zabiegowej. Ojciec został i mimo przeżyć wojennych zrobiło mu się słabo, gdy zobaczył jak wbito mi cztery igły w ręce i nogi i pompowano jakiś roztwór z wielkich strzykawek, przez co wzdąłem się jak balon, drąc się wniebogłosy. Po tygodniu mogłem wrócić do domu, ale sensacje żołądkowe miałem do 16 roku życia. Każde, zjedzone z powodu łakomstwa, ciastko z kremem kończyło się wielkimi bólami brzucha i nieraz wymiotami. Od tamtego czasu mymi ulubionymi ciastkami stały się jabłecznik i sernik, po których nie miałem żadnych sensacji. Do 27 roku życia miałem także kłopoty po alkoholu, które – o dziwo – skończyły się, gdy wpadłem w tym wieku w sporą nerwicę. Po latach nerwica przeszła, a przyszło lubienie dobrego alkoholu, szczególnie czerwonego wina, w czym gustuję z radością do dzisiaj. I pomyśleć, że osiedliłem się w Kanadzie. Tajemniczy zapis losu…

Pomyszkowałem we wnętrzu promu przechodząc po różnych pokładach. Na półpiętrze przy schodach trafiłem na ścianę wyłożoną na całej powierzchni także zdjęciem gór Torngat.

Niesamowite góry w parku narodowym (9.700 km² powierzchni) o tej samej nazwie, gęsto znaczone systemem fiordów.

Zdjęcie z Internetu

Dzikie, bo żadnych dróg i kempingów, poruszanie tylko z przewodnikiem. Są częścią Kordyliery Arktycznej i zajmują ponad 30 tysięcy km²; bezleśne, bo leżą na terenie tundry, lecz o niezwykłych kształtach i kolorach.

Zdjęcie z Internetu

Zawierają stare, prekambryjskie skały i na półwyspie Ungava, od strony zatoki Hudson’a, znaleziono w roku 2008 najstarsze skały na Ziemi, liczące 4.28 miliardów lat. Potem góry uległy sfałdowaniu, a ponieważ są stare znaczą je spękania i uskoki, co nadaje im dramatyczny wyraz.

Zdjęcie z Internetu

Ostatnim rzeźbiarzem był oczywiście lodowiec kontynentalny.

Zdjęcie z Internetu

Dziś mają około stu lokalnych lodowców. Nie ma tam jakichkolwiek oznaczeń dla turystów i włóczęgów, wałęsają się natomiast karibu i białe niedźwiedzie. Jednym słowem jeden z ostatnich dzikich zakątków Ziemi. Sezon dostępności także nader krótki – od lipca do końca sierpnia.

Na dwie godziny zasiedliśmy na wykupionych miejscach. Potem siadłem na rufie i wgapiałem się w zatokę poprzez wielką szybę. Nagle, ku memu zdumieniu, pojawił się gołąb i zaczął okrążać prom. Potem przemknęła mewa. Wiedziałem, że jesteśmy blisko wybrzeża Nowej Szkocji. Wyszedłem na pokład i od razu zauważyłem mglisty zarys lądu.

Za burtą, rozcinana pędem promu, woda imitowała marmurowy blat.

Pojawił się holownik eskortujący jakiegoś drobnicowca,

którego za chwilę pozostawił i obok nas zdążał do portu.

Za parę minut pokazały się zabudowania North Sydney

z charakterystyczną sylwetką kościoła.

Krótki film z powolnego i nader dostojnego podchodzenia

i o 16.30 weszliśmy na redę portu

dobijając do nabrzeża.

Na jednym z pirsów wygrzewały się w popołudniowym słońcu stada kormoranów.

Na prawo od nas kierował się do przystani inny prom – „Leif Ericsson” – zapewne płynący z Argentii.

Dobiliśmy po 16.30; rozładunek aut poszedł sprawnie, Iecz znów nas wyprowadziło gdzieś za daleko. Na szczęście nawrotka była krótka i trafiliśmy w miarę szybko na właściwą ulicę, dojeżdżając do miejsca spania – “A Bot to Sea”. Przywitała mnie urokliwa pani w średnim wieku, jak się okazało wdowa, pielęgniarka, od 7 lat prowadząca ów Bed&Breakfast. Udawała, że jest ostra i zasadnicza, ale z oczu wiało jej tęsknotą za ciepłem mężczyzny, co potwierdził jej gest – na koniec rozmowy poprosiła mnie o serdeczny uścisk. Teraz już wiem co to znaczy określenie „ciepła wdówka”. Jej osobowość, w połączeniu z przepięknie położonym domem,

urządzonym w starym stylu secesji z okresu po I wojnie, wręcz skłaniała do „dobicia do portu”. Ech… życie. Dom ma w środku kręcone, metalowo-drewniane schody na pięterko. Przepiękna posesja schodzi na nabrzeże zatoki (tzw. Narrow Arms), przy drewnianej przystani łódź motorowa, obok dom z basenem, w którym pływał nadmuchiwany rekin.

Rozpakowaliśmy się i pojechaliśmy do miasta szukając restauracji. Minęliśmy górującego nad nabrzeżem „Leifa”,

za nim stojący na pochylni rybacki kuter.

Przy głównej ulicy spostrzegłem malutki park

i coś mnie tknęło, aby zaglądnąć do Internetu i sprawdzić czyjej jest pamięci. I natrafiłem na coś, co bardzo mnie w Kanadzie ujmuje (podobnie jest w Stanach). Sporo parków, pomników, miejsc pamięci poświęconych jest zwykłym ludziom, niekoniecznie wielkim bohaterom lub wybitnym postaciom. Bobby Joe Rayan w 1999 roku miał pięć lat i uczył się grać w hokeja. Podczas jazdy po lodowisku rozpędzony krążek trafił go w klatkę piersiową i zabił na miejscu. Po paru miesiącach od tej tragedii, lokalna drużyna hokejowa zaproponowała organizacje corocznego turnieju dla młodocianych, imienia Rayan’a. Potem utworzono ów mały park.

North Sydney (ponad sześć tysięcy mieszkańców), jak wiele innych miejsc w Kanadzie, zrazu było indiańskim letnim obozem nad zatoką. Około roku 1785 osiedlili się tu pierwsi Europejczycy i tzw. Lojaliści, czyli ci, którzy w czasie wojny o niepodległość USA, opowiedzieli się po stronie angielskiego króla i wyemigrowali do Kanady. W XIX wieku Sydney stało się centrum przemysłu stoczniowego, zaczynając od drewnianych brygów i brygantyn budowanych dla Anglii (tutaj zbudowano w 1851 roku największy w dziejach Cape Breton drewniany statek „Lord Clarendon”, który nigdy nie dopłynął do Anglii i został całkowicie zniszczony w przeciągu dwóch tygodni podczas kolejnych trzech sztormów), poprzez parowce wywożące wydobywany węgiel, w pobliskiej miejscowości Sydney Mines.

Węgiel zaczęto dobywać okazjonalnie w 1766 roku, a systematycznie od 1830 roku. Jedna z kopalń miała korytarz prowadzący pod dno oceanu na odległość ośmiu kilometrów. Tę kopalnię zwiedzał, jako mały chłopak, student geologii z mego kanadyjskiego uniwersytetu w Antigonish i opowiadał mi, że ogarnęła go groza, gdy sobie uświadomił ile milionów ton wody unosi się nad jego głową. Natychmiast zaczęła mu pracować wyobraźnia, że pęka podsufitka i woda wdziera się do sztolni. Ostatnią kopalnię zamknięto tu w 1975 roku.

W 1870 roku był to czwarty pod względem wielkości port w Kanadzie, do czego przyczyniło się także otwarcie, w pięć lat później, biura kompanii kablowej Western Union. North Sydney stało się miastem w 1885 roku, po 16 latach doprowadzono linię kolejową. Od 1898 jest głównym portem promowym do Nowej Fundlandii. Podczas obu wojen światowych biuro Western Union (byli pierwszymi powiadamiającymi świat o katastrofie „Titanica”) pełniło ważną rolę w przekazywaniu zakodowanych informacji, z i do Europy. W związku z tym zdarzyła się niecodzienna historia, bowiem rankiem 10 listopada 1918 roku otrzymano tajną wiadomość, iż następnego dnia o godzinie 11-tej zakończy się wojna. Ktoś nie wytrzymał i puścił wiadomość w miasto. Tej samej nocy w Sydney i North Sydney, leżących nad zatoką North Arm, stacjonujący tu żołnierze, jako pierwsi na świecie, zaczęli celebrować zakończenie wojny, maszerując radośnie ulicami. Zarówno podczas I, jak i II wojny, operowała stąd amerykańska marynarka. W pobliżu portu, w 1942 roku, niemiecki U-boot storpedował prom SS „Caribou” i zginęło 136 pasażerów. Wejście do portu było zabezpieczone w obu wojnach specjalną, stalową siecią. Rozmieszczono cztery baterie dział skutecznie zabezpieczające wokół wszystkie miasta i porty.

Swoistym rozdziałem w historii tej okolicy jest prohibicja i wielki przemyt alkoholu na przełomie wieków XIX/XX. Zwolennicy życia o suchym pysku przeforsowali akt prohibicji, która trwała przez dziesięć lat – od 1915 do 1925 roku, początkowo w Kanadzie, a przez cały czas w Stanach. Z tego powodu miasto stało się centrum aktywnego przemytu rumu i whisky; whisky przemycano z francuskich wysp St. Pierre i Miquelon, gdzie szkocka whisky ( a potem kanadyjska) płynęła do Nowej Szkocji bez ograniczeń. Z Barbadosu i innych wysp karaibskich szeroką strugą płynął z kolei rum. Wszystkie te alkohole dostarczano spragnionym Jankesom. W przemycie dochodzono do mistrzostwa. Przemycali alkohol księża w pogrzebowych karawanach, światła pozycyjne na łodziach zmieniono tak sprytnie, że RCMP czyli Królewska Kanadyjska Konna Policja regularnie była wprowadzana w błąd. Kiedy ich ścigano przemytnicy podpalali olej i słali za sobą dymną zasłonę. Kolejnym sprytnym manewrem było ewentualne wyrzucanie ładunku za burtę przyczepionego do worka soli. Po pewnym czasie sól się rozpuszczała i wracano po kołyszące się wesoło na fali butelki. I ostatnim pomysłem było kopanie tuneli prowadzących wprost od zatoki do podpiwniczeń domu. To wszystko trwało także w latach 60-tych i 70-tych, gdy przemycano whisky i rum z wysp francuskich, bowiem były tam tańsze i można było w Nowej Szkocji, a przede wszystkim Nowej Fundlandii, sprzedać je po lepszej cenie i nieźle zarobić. Jest to nader zabawnie opisane przez kanadyjskiego pisarza Farley Mowata (1921 – 2014; 17 milionów sprzedanych książek tłumaczonych na 52 języki) w wydanej w Polsce książce „Zwariowana łódka” (The Boat Who Wouldn’t Float, wyd. 1969), przy której się zaśmiewałem, szczególnie z charakterystyki Nufich i właśnie opisu sposobów przemytu alkoholu, a także papierosów.

W mieście odbywają się coroczne targi rolnicze (od 1916 roku, w sierpniu) przyciągające masy turystów. Wystawiają się farmerzy ze wszystkich atlantyckich prowincji. Zaparkowaliśmy i poszliśmy piechotą przez główną ulicę. Pod jakimś magazynem natrafiliśmy na wielkie zębatki

i gdy opuściłem aparat, na dachu wylądował kruk i zaczął zagadywać.

Zupełnym przypadkiem trafiliśmy na rewelacyjną restaurację – Black Spoon.

Tam wrąbałem na przystawkę wspaniały humus z orzeszkami i opiekanym, cienkim chlebem maczanym w gęstym occie winnym oraz zestaw frutti di mare (małże, krewetki, przegrzebki, kawałki homara) w stylu cajun, z makaronem fratteli, w rewelacyjnym sosie. I wypiłem dwie Stella Artois, które bardzo lubię.

Dom powitał nas niebieskawym odcieniem zmierzchu.

Wdrapaliśmy się na piętro do naszego malutkiego pokoju. Odpaliłem kompa i zacząłem przygotowania do przerzucenia zdjęć. Gdy siadłem w zabytkowym, bujanym fotelu zawalił się z trzaskiem pode mną. Seweryn był szczęśliwy, że wreszcie mnie się coś przydarzyło, a nie jak zwykle jemu. Fotel nieco skleciłem, ale wyłamanej części nie dało się nareperować. Zmogło mnie szybko po wczesnym wstaniu. Zasypiałem z cudownymi smakami w ustach.