Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

19 lipca Placentia – Gander – Deer Lake

Z okna naszego pokoju poranny widok, wprost na most.

Nasz pokój ma w sobie styl początków wieku XX. Ślady secesji w abażurach, małych witrażach w rogach okien. Komódki, lustra, bibeloty. Pokój frontem do ruchliwej szosy, ale wczoraj po 23-ciej zapadła cisza. Po prysznicu wychodzę przed dom. Ciut na lewo mały port,

nad nim droga wyjazdowa z miasta na północ, ku TCH. Z prawej miejsce na piknik,

obracam się i zdjęcie naszego noclegu z ekscytującą zapowiedzią na ścianie – kawa espresso.

Teraz za moimi plecami część wielkiej zatoki Placentia o szerokości 145 i długości 125 kilometrów (przeciętnie 240 metrów głęboka). Jest w niej wiele wysp, płycizn, raf i podwodnych wzgórz; ma trzy wyraźne kanały, z których Wschodni jest największy i on jest przede wszystkim używany w żegludze i transporcie towarów. Miasto Placentia i sąsiednie – Argentia, oraz parę pomniejszych osad, leżą w niemniej interesującym miejscu. Cała mozaika wąskich zatok, kanałów i przejść, wysp i jezior. W prawym rogu dołączyłem mapę okolicy z 1744 roku i można sobie porównać jakie zaszły zmiany na przestrzeni wieków.

Zasiadamy do znakomitego śniadania (wreszcie mocna, aromatyczna kawa) w równie znakomitym otoczeniu.

Bardzo przytulne i gościnne miejsce, gospodyni pełna ciepła i energii. Zachęca nas do zwiedzenia starego fortu. Mówi nam, że w ostatnich 15 latach miasto się wyludnia – teraz ma koło 3,5 tysiąca mieszkańców (2001 – 4,5 tysiąca, w 1991 przeszło pięć tysięcy; po 1991 roku Placentia była drugim w Kanadzie, najszybciej wyludniającym się miastem). W 1940 roku na podstawie porozumienia amerykańsko-brytyjskiego w pobliskim Argentia (dziś w obrębie miasta) zbudowano wielka bazę USA, największą poza granicami Stanów, ze względu na swą rolę zwaną „Gibraltarem Atlantyku”. 14 sierpnia 1941 roku odbyła się tu Atlantycka Konferencja, kiedy pierwszy raz nastąpiło osobiste spotkanie pomiędzy Churchillem a Rooseveltem.

Wybudowanie bazy odmieniło całą okolicę, ekonomicznie i kulturowo. Nagle, zamiast rybołówstwa kontynuowanego od wieków z pokolenia na pokolenie, pojawiła się możliwość dobrze płatnej pracy w bazie i usługach dla amerykańskich żołnierzy. Wprowadzono najnowocześniejsze technologie, które podniosły standard życia, a amerykański styl kultury znacznie wpłynął na lokalną. W 1935 roku mieszkało tu 1900 osób, do lat 60-tych było przeszło osiem tysięcy. W okresie „zimnej wojny” baza służyła do śledzenia aktywności radzieckich okrętów podwodnych przez siły lotniczo-morskie USA i Kanady (w ramach systemu obronnego NATO) i dlatego, aż do lat 90-tych, były próby jej szpiegowania przez agentów sowieckich. W 1994 roku Amerykanie opuścili bazę, która dziś służy kadetom-pilotom kanadyjskim jako miejsce treningów, głównie na szybowcach. Zamknięcie bazy negatywnie wpłynęło na rozwój miasta. Po roku 2000 wkroczył brazylijski gigant wydobywczy Vale Inco z obietnicą uruchomienia rafinerii niklu. Lecz nie dość, że ostatecznie zakład wybudowano prawie 50 kilometrów dalej, w Long Harbour, to inne zakłady tej samej kompanii w Argentii ostatecznie zamknięto. Niektórzy mieszkańcy odetchnęli z ulgą bowiem obawiali się o środowisko.”Dlatego” – podsumowała swe informacje pani Linda – „nastawiamy się na takich ludzi jak wy, na turystów”.

Na terenie zatoki Placentii i jej okolic, zamkniętej półwyspami Burin od zachodu i Avalon od wschodu, zasiedlili się najpierw Beothuk, zajmując się głównie łowieniem ryb i polowaniami. Od początku wieku XVI zapuszczali się tu Baskowie i byli tak zachwyceni okolicą, iż w odnalezionym w archiwach hiszpańskich dokumencie, w 1563 roku Domingo de Luca wyraził wolę pochowania go w Plazencia, na lokalnym cmentarzu. Ów dokument uważa się dziś za najstarszy cywilny dokument napisany w Kanadzie. W wieku XVII okolice zaczęli zasiedlać francuscy i angielscy rybacy, którzy zmusili Beothuk do opuszczenia terenu. Później w ich miejsce pojawili się Mikmak handlujący z Francuzami. W 1655 roku Francuzi kontrolowali przeszło połowę Wyspy i sporą część atlantyckiej Kanady i ustanowili Placentię swoją stolicą. Na pobliskim wzgórzu w latach 1662-1691 wybudowali fort. Francuski garnizon oparł się brytyjskim atakom w czasie Wojny Dziewięcioletniej i Wojny o Hiszpańską Sukcesję. Ostatecznie w 1713 roku na podstawie traktatu w Utrechcie Placentia przeszła w ręce brytyjskie, Francuzi wycofali się do twierdzy w Louisbourgu, co ciekawe wraz z Mikmakami, którzy podobnie jak inne narody indiańskie woleli zadawać się z Francuzami niż z Anglikami. Natomiast lokalni francuscy rybacy przenieśli się gromadnie na wyspę Cape Breton. Placentia przez dłuższy okres była nawet konkurencyjna wobec St. John’s i osiągnęła w 1768 niemal dwa tysiące mieszkańców (liczba mieszkańców Nowej Fundlandii wynosiła wtedy przeszło 8 tysięcy).

Od połowy wieku XVIII do lat 30-tych następnego wieku przybyło na osiedlenie wielu Irlandczyków, przez co dzisiejszy skład ludności jest mieszaniną Anglików z zachodnich połaci Anglii i Irlandczyków. Najważniejszą gałęzią gospodarki stało się łowienie dorsza i jego eksport w postaci dorszy solonych. Nowa Fundlandia była w tamtym czasie największym eksporterem na świecie tego typu dorszy. Już w 1698 roku wysłano stąd do Francji 3,916 ton spreparowanego dorsza. W wieku XX nastąpiło moratorium i załamanie znane z wielu innych miejsc na Wyspie. Jednakże piękne położenie miasta i niedalekie atrakcje (rezerwat ptaków St. Mary’s, przepiękne drogi widokowe wzdłuż wybrzeża zatok Conception i Placentia, tylko 130 km do stolicy St.John’s) zaczęły przyciągać turystów. W mieście można napotkać stare style budownictwa francuskiego i brytyjskiego; stąd prowadzą także dwie linie promowe do Nowej Szkocji. Wąska zatoka umożliwia obserwowanie nieraz bardzo gwałtownych przypływów i dodatkową atrakcją jest ów zwodzony most. W roku 2009 otwarto duże centrum kulturalne, gdzie odbywają się cykliczne wystawy, przedstawienia teatralne i występy muzyczne. Latem w forcie odbywają się teatralne przedstawienia, głównie o treści historycznej, w wykonaniu studentów szkół policealnych, pod kierunkiem zawodowych reżyserów z Wyspy.

Mieliśmy dziś dłuższą trasę przed sobą i dlatego na drodze znaleźliśmy się już przed dziewiątą. W porannym zachmurzeniu, ściana zadrzewionego klifu w zatoce, nabiera ponurego wyglądu.

Na chwilę przystajemy na drodze, by zdjąć wąską zatokę

i panoramę miasta.

Wyraźnie widać klasztor Franciszkanów z 1689 roku, gdzie francuscy mnisi siedzieli do roku 1714 – do wygnania Francuzów z Wyspy i nadatlantyckich kolonii. A wysoko, po lewej stronie cmentarz, jakby zmarli ze wzgórza przyglądali się żywym.

 I charakterystyczne domy nowofundlandzkie, kolorowe, pnące się po wzgórzach.

Skusiło mnie jednak by zajechać na wzgórze zwane Castle Hill, gdzie niegdyś był fort.

Został zbudowany przede wszystkim w celu ochrony francuskiego rybołówstwa i był jednym z wielu chroniących francuską kolonizację Ameryki Północnej. Pierwszy fort zwany Plaisance lub Vieux Fort (1662), został zniszczony przez Anglików w roku 1690. Po ich wycofaniu Francuzi powrócili i zbudowali dodatkowy fort, tym razem wewnątrz zatoki, pod nazwą Fort Saint Louis. Anglicy zaatakowali go ponownie w dwa lata później, lecz nie potrafili go zająć. Nic dziwnego, bowiem fort miał kamienne mury o wysokości czterech i grubości dwóch metrów, wyposażony w 30 dział. W rewanżu Francuzi zaatakowali Saint John’s, jednocześnie umacniając się w Placentii poprzez rozbudowę starego fortu na wzgórzu (tym razem nie był drewniany i nazwali go Fort Royal) i powiększając jego załogę do 60 żołnierzy. Wojny na kontynencie amerykańskim toczyły się wtedy niewielkimi siłami, które wzmacniała zawsze flota i oddziały indiańskie. Rozbudowany fort miał trzymać w szachu flotę angielską, będąc jednocześnie bazą wypadową przeciwko angielskim osadom. W latach 1693-97 stąd poprowadzono atak na wiele miejscowości, włącznie z St. John’s.

Wiek XVIII nie przyniósł zmian – wciąż powtarzały się wzajemne ataki. W 1705 roku 500 żołnierzy francuskich, wzmocnionych korsarzami i Mikmakami, zniszczyło większość osad angielskich rozlokowanych w zatokach Conception, Trinity i Bonavista. Plaisance i St. Joh’n były na zmianę atakowane do 1710 roku. W trzy lata później Francuzi odpuścili Nową Fundlandię i skupili się nad rozbudową twierdzy w Louisbourgu. Anglicy natomiast dobudowali do istniejącego fortu redutę i zmienili nazwę miasta na Placentia. Po pokoju w Utrechcie (1713) fort stał się ruiną i jego łabędzim śpiewem była częściowa odbudowa w 1762 roku (wraz z ponowną zmianą nazwy – Castle Graves, na cześć ówczesnego gubernatora angielskiego), podczas jednego z końcowych konfliktów angielsko-francuskich na Wyspie. W 1811 ostatni żołnierze opuścili fort i zostali przeniesieni do St. John’s. W dniach świetności fortu broniły go i strzegły okolicy 32 armaty ustawione w bastionie głównym i trzech podbastionach.

Wykopaliska archeologiczne zaczęły się w późnych latach 60-tych.

Seweryn został na parkingu i wczytywał się w tablice informacyjne przed wejściem do małego muzeum, ja pognałem stromymi schodami na wzgórze. Zaraz wyłoniły się armaty w jednym z bastionów,

wyrastającym wprost ze skalnego podłoża.

W dole widziałem umocnienia pierwszej linii obrony fortu,

 panowała cisza przerywana czasem skrzeczeniem wielkich wron.

 Z najwyższego poziomu fortu wspaniały widok na wewnętrzną zatokę i miasto,

 z wąskim wyjściem do zatoki Placentia.

Wszedłem na mur i sfotografowałem leżące w dole miasto

 i zwodzony most.

Wracając, napotkałem przy parkingu niezwykle gęsty cedr.

Zjechaliśmy ze wzgórza na drogę nr 100 i za parę minut natrafiliśmy na punkt widokowy Siedmiu Wysp położony przy zatoce Northeast Arm.

Zdjąłem z tego miejsca wszelkie możliwe atrakcje widokowe,

z małym archipelagiem wysepek, które ku memu zdziwieniu nazywane są Ontario Isles.

Pożegnalne ujęcia Placentii

zakończyłem fragmentem gałęzi jodły upstrzonej niebieskawymi szyszkami.

Kontynuowaliśmy drogę do TCH, gdzie zamkniemy naszą pętlę wokół półwyspu Avalon. Setka jest w całkiem dobrym stanie i mogliśmy w miarę szybko jechać. Pobocza na znacznej przestrzeni oczyszczone z drzew i krzaków. Ale nie wędrowały nimi małe i wielkie zwierzęta, jak na Jukonie lub Alasce. Było lekko parno, pochmurzyście i znowu ciepło. Te same widoki co od paru dni – ściana lasu, jeziora i jeziorka, czasem wychodnie skał. Właśnie wjechaliśmy w skalny korytarz,

za nim rozległość wielka

 z samotnymi wzgórzami.

Za chwilę dojeżdżamy do Jedynki i skręt w lewo. Do Gander mamy 246 km, a do noclegu w Deer Lake 460 km.

Na zjeździe człowiek na trójkołówce,

z kolejnego wzniesienia widok na pasma Appalachów.

 Miejscami znów podobnie do Gros Morne.

Dojeżdżamy do nasady szyji łączącej półwysep Avalon z resztą wyspy.

Natrafiamy czasem na kawałki tundry

 i zamglone, parujące doliny,

 bo temperatura ponownie wzrasta.

Mijamy zjazd na Arnold’s Cove, 45 km do Clarenville, gdzie onegdaj spaliśmy. Osiągamy koniec „szyji”, znak promu do wysp St. Pierre i Miquelon, zatoki South– and North-west Arms,

zostawiamy za sobą przymglone Clarenville.

Od pół godziny jedziemy z klimatyzacją, bo nie da się inaczej wytrzymać. Zjazd na Bonavistę,

 za nim rozsądny znak przypominający o odpowiedzialności – „To jest twoje, trzymaj w czystości. Proszę…nie śmieć”.

 Za Port Blanford wjeżdżamy w obręb parku Terra Nova i tam informacja o niewidzialnych łosiach.

W tym roku były dotychczas cztery wypadki.

Podczas przejazdu przez park, na jego pożegnanie nagle się przejaśnia.

 Lecz jednocześnie temperatura dobija do 30 stopni.

 Po raz pierwszy od czasu rozpoczęcia naszej podróży nie mam ochoty na robienie zdjęć. Obiecujemy sobie postój w Gander, mocną kawę i rosół z super bułą w Tim Hortonsie. Po pierwszej pojawia się jezioro Gander,

 skręcamy do miasta i za chwilę posiedzenie w Hortonsie. I znów w drogę, w niesłabnącym upale. Uśmiechamy się na widok rozjazdu na 340, na prom do wyspy Fogo. To już ostateczne zamknięcie objazdu Wyspy po stronie wschodniej. Większość naszego czasu dzisiaj jest pożeraniem kilometra za kilometrem, by dojechać wcześniej do Deer Lake, bo jutro wczesna pobudka i trzeba zdążyć na prom powrotny na kontynent.

Dalsza jazda w wielkim upale, dziś padł rekord – w pewnym momencie 31 stopni, w powietrzu zawiesina.

Minęliśmy Grand Falls-Windsor i jedziemy wzdłuż rzeki Exploits

usianej licznymi wyspami.

Potem ogromne, rozczłonkowane jezioro Joes

połączone z dwoma następnymi – Pauls i Crooked. Co za wspaniały szlak wodny do przemierzenia kajakiem lub canoe. Kierowaliśmy się teraz wprost na północ, by za South Brook skręcić na południowy-zachód. Stąd można już wypłynąć wprost na Atlantyk. Do Deer Lake tylko 128 kilometrów; niesamowity kemping na wąskiej mierzei w zatoce Wilczej. Jechaliśmy za szybko, bo szosa pustawa i nie zdążyłem zrobić zdjęcia. Zaczynają się łagodne łuki, niekiedy połączone ze zjazdami i wspinaczką.

Za boczną drogą Scab Cove wyskakują zręby gór.

 Łańcuchowy system jezior z dwoma wielkimi zatokami – Herbacianą i Foczą, następne ogromne jezioro Piaszczyste (Sandy Lake), gdy mamy wrażenie, że droga wprost w nie prowadzi.

Do hotelu w Deer Lake dojechaliśmy dopiero po osiemnastej, bo nam ze dwa razy umknął zjazd z autostrady. Lecz dzięki temu po drodze zoczyliśmy plażę nad jeziorem Jelenim (Deer Lake) i natychmiast zapragnąłem się tam wykąpać. Po rozpakowaniu odrazu tam pojechaliśmy.

 Jezioro jest zaskakująco płytkie. Najpierw brodziłem w nim przez wiele metrów i jak było po pas wody, zdołałem trochę popływać, niestety czasem obijając kolanami płycizny. Szybko odczułem dobrą jakość wody i zmyłem z siebie ostatnie, upalne dni. Jakaż ulga. Daleko po lewej majaczyła elektrownia wodna,

z prawej przepyszny widok na ciąg wzgórz.

Byłem zachwycony zmiennym landszaftem

i kolorystyką nieba.

Plaża ma prysznice, kilka budek z jedzeniem i małe przebieralnie. Parę zdjęć przed jej opuszczeniem,

 z przybliżonym budynkiem elektrowni.

Założono ją w 1925 roku, na uchodzącej do jeziora rzece Humber, by dostarczać elektryczność dla wytwórni papieru i celulozy w Corner Brook.

Koło siódmej niebo zabarwiło się ciemniejszym podbiciem i upał zelżał.

 Przejechaliśmy przez miasto koło elektrowni

 i znów trochę nas zmylił układ dróg prowadzących do naszego hotelu.

 Przebranie i na kolację do motelu Deer Lake, gdzie zjadłem lokalny przysmak – opiekane języczki dorsza podlane Quidi Vidi. Po raz kolejny przekonałem się, że to piwo jest doskonałe. Po kolacji podjechaliśmy do monopolowego i kupiłem 12 butelek Quidi Vidi, zamierzając dowieźć je do Toronto, bo tam tego piwa nie znajdę. Ponoć nie wysyłają go poza Wyspę. W drodze powrotnej, po raz ostatni ironicznie spojrzał na mnie łoś, ustawiony przy stacji benzynowej.

W hotelu zaglądnąłem do historii miasta. Ma dziś 2549 mieszkańców i jest ważnym węzłem drogowym i najbliższym dużym miastem w drodze do parku Gros Morne. Leży u ujścia rzeki Humber do jeziora, od którego wzięło swoją nazwę. Pierwsi osadnicy pojawili się w 1864 roku – drwale i traperzy. Potem zajęto się rolnictwem, zakładając liczne farmy. W 1922 roku założono obóz dla robotników pracujących w celulozowni i to był właściwy początek miasta, które oficjalnie stało się nim w 1950 roku. W pięć lat później zbudowano lotnisko, które przebudowano w latach 2004-2007, tak by służyło wszystkim miasteczkom i osadom w okolicy. Poszliśmy spać wyjątkowo przed dwudziestą drugą. Jutro wczesna pobudka i dojazd na prom do Aux Basque.