Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

19 kwietnia, 2014 (Wielkanoc) – Villarica – Pucon – wulkan Lanin – Villarica

                                                 „Decyzja oswojenia niesie w sobie ryzyko łez
                                                                         „Mały książe” A.de S.Exupery

Ten odcinek zapisków dedykuje pamięci mego młodego kuzyna, Mikołaja Łaniewskiego-Wołłka, który zginął latem 2015 roku w górach Kirgizji.

Villarica – Pucon

Po przebudzeniu, leżąc w łóżku, nasłuchiwałem czy nie pada deszcz, bo szemrał po dachu do późnej nocy. Cisza. Jakaś inna, nie stężała, nie przyczajona. Łagodnie zalegająca. Wstałem, odsunąłem powoli kotary i buchnął strumień światła. W oddali dostrzegłem coś, co skłoniło mnie do trochę większego rozsunięcia kotar. Powróciłem na łóżko z aparatem i zrobiłem zdjęcie. Zdjęcie tego co widziałem wprost z łóżka, podobnie jak trzy lata temu w hotelu, w Puerto Natales. Lecz teraz, zamiast gór z oceniczną zatoką, miałem w dalekiej perspektywie jezioro i wulkan.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem zdjęcie tego samego landszaftu w zbliżeniu z wulkanem,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

który stał równie cichy, maźnięty z jednej strony porannym słońcem. Z przeciwnej strony podążało gdzieś parę ptaków zmierzających wprost napowietrzną ścieżką ponad kraterem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zszedłem do restauracji, znalazłem kucharza, przygotowałem dla nas świąteczne, skromne śniadanie. Takie jakie powinno odpowiadać skromności religii a przede wszystkim Kościoła, który się w moim starym kraju, kompletnie z nią rozminął. W miejsce skromności, pycha i triumfalizm. Półmisek jaj na twardo z majonezem i szczypiorkiem, pieczywo, pomidory, liście sałaty z oliwą i balsamicznym octem. Na osobnym talerzyku jajko do podzielenia. Sok pomarańczowy i herbata.

Seweryn był jeszcze na górze. Poszedłem po aparat, zrobiłem kolejne zdjęcie osłonecznionej Villarici

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

a potem parę zdjęć wnętrza restauracji, z gauczowskimi ostrogami,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

rusztem do pieczenia mięsa

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i wzorzyście ułożonymi butelkami wina różnych gatunków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zasiedliśmy do śniadania, podzieliliśmy się jajkiem i złożyliśmy sobie życzenia. Nastrój był raczej minorowy. Seweryn dalej strapiony komputerem, ja z kolei brakiem wiadomości od rodziny. Próbowałem rano złapać ich na Skypie, lecz wszyscy – w Gdańsku i Warszawie, byli z dala od komputera.

Wokół krzątał się już personel restauracji i przygotowywał salę na porę lunchu. Odnosiło się wrażenie, że to zwykła niedziela lub wolny dzień, tym bardziej, że wczoraj w obu miastach nie widzieliśmy żadnych ludzi z koszykami do święcenia. Obaj odczuliśmy odmienność miejsca i obyczaju. A co to by dopiero było na Boże Narodzenie, gdy po śniadaniu idzie się jak najszybciej na basen, bowiem jest pełnia lata…

Seweryn mnie mile zaskoczył wręczając prezent – ową paczkę, którą wczoraj dźwigał z mapuczańskiego centrum. Odwinąłem papier a tam wielki dzięcioł patagoński wczepiony pazurami w kawałek drewna, mój prześladowca, moja obsesja, by go znaleźć i zrobić zdjęcia. Uściskałem go i wnet się zacząłem głowić, jak ja to przetransportuję poprzez Chile, Peru, Boliwię i Ekwador do Kanady, by zawiesić w głównym pokoju. Wczoraj, w centrum indiańskim, zapłaciłem Sewerynowi za małą rzeźbę którą chciał kupić, prosząc go aby przyjął to jako Wielkanocny prezent, a on tak ładnie mi się zrewanżował. Dzięcioła nie naszłem ale mam chociaż pamiątkę. Zaprawdę wygląda imponująco i jeszcze ta nazwa – carpinterio macho.

151a

Z Internetu

Po śniadaniu wyszedłem na zewnątrz. Rześkie powietrze powoli się nagrzewało. Zaszedłem na kamienną przystań. W wodzie pluskały się wodne ptaki – łyski żółtodziobe.

151c

151d

Koło naszego hotelu, półokrągły od frontu, budynek mieszkalny, po lewej,

151b

za rozsrebrzoną wodą charakterystyczna sylwetka wulkanu Llaima.

151e wul Llaima

Po prawej kępa bardzo gęstych w koronach drzew, przypominających wierzby.

151f

Przy krawężniku trzy wróble zażywające kąpieli. 

151g

Na wprost, w pełnej krasie, na pierwszym planie, na podkładzie jesiennych kolorów, jarzący podszczytowym śniegiem wulkan Villarica.

151h

Po jedenastej wyruszyliśmy do Pucon. Minęliśmy znak ewakuacyjny,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

wyskoczyliśmy na przedmieścia wzdłuż jeziora i nagle zauważyłem coś niecodziennego. Powiedziałem do Seweryna: „Spójrz! Wulkan dymi” Wysiedliśmy z auta podchodząc na skraj drogi. Nad Villaricą unosiły się pasemka dymu.

151j

Z emocji pomyliliśmy wyjazd na drogę do Pucon i kiedy tam w końcu dotarliśmy potrzebowaliśmy wzmocnienia kawą espresso. Na ulicy znów sporo ludzi i co za kontrast z wczorajszym dniem. Większość ubrana na letnio, twarze pogodne i promieniująca z ludzi energia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zwróciliśmy uwagę na dwie hoże blondyny, które od razu wyróżniały się w tłumie, nie tylko swym kolorem włosów, lecz także zgrabnością i wysokością, bo dziewczyny tutaj są z reguły niewysokie. Rozdawały jakieś ulotki. Przejechaliśmy koło głównego placu – Patagońskiego Bulwaru, z teatrem i budynkami administracji oraz z fikuśnymi lampami ulicznymi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przeglądnąłem mapę w przewodniku patagońskim i nagle olśniła mnie myśl – Lanin! Jedna z najpiękniejszych gór świata, która paręnaście dni temu, dokładnie 6 kwietnia, skryła się totalnie w chmurach i przelotnych deszczach, gdy zaszliśmy ją od argentyńskiej strony. A teraz piękne słońce i coraz cieplej.

Z Pucon wyjeżdżaliśmy już w podkoszulkach i sandałach. Nie będzie powrotu do hotelu i smętnego rozmyślania. Pojedziemy ku granicy, znów do przejścia Mamuil-Malal (od nazwy wielkiej doliny). Gdy objeżdżaliśmy wulkan Villarica, od innej strony, dym się ledwo snuł. Temperatura osiągnęła 21 stopni Celsjusza.

151m

Pucon – Lanin

W szpalerze wysokich drzew

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

minęliśmy tablicę z mapą dróg w Araucanii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Skręciliśmy na wschód i za parę minut odbieraliśmy defiladę wulkanów. Najpierw pokazał się z daleka Lanin i inny wulkan – Quetrupillan,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

151q

pomiędzy nimi góra w kształcie zęba rekina.

151r

Gdy wspiąć się na Villaricę w pogodny dzień, z jej szczytu widać oba wulkany – Quetrupillan, z kalderą wypełnioną jeziorem i stożkowaty, wysmukły Lanin.

151r1

151s

2 zdjęcia z Internetu

Pojechaliśmy w kierunku Curarrehue, zapowiadanego tablicą z dwoma informacjami: że jest to terytorium Mapuczów, bez hydroelektrowni i oferują tutaj swoją kuchnię, z lokalnymi specjałami. Pisownia miejscowości na tablicy Indian była odmienna – przez „K”: Kurarrehue.

151t

Na drodze prowadzącej przez terytorium Mapuczów postawiono bardzo oryginalne przystanki autobusowe, przy czym każdy był odmienny, zbudowane z kamienia i drewna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Natrafiliśmy na zachwycającą roślinę, wyglądającą jak bardzo wysoka trawa, z olśniewająco aksamitno-białym pióropuszem na szczycie.

151w

151x

A po prawej kolejny znak powiadamiający o możliwości skorzystania z gorących źródeł.

151y

Koło drugiej przejechaliśmy pod drewnianą bramą powitalną Curarrehue.

151z

152

152a

Za nią skręt wprost na południe, na Czerwoną Drogę Międzyjeziorną i dolinami ku jezioru Quillelhue,

152d

zza którego powinien wynurzyć się Lanin.

152b

152c

Nagle asfalt się skończył, co było widomym znakiem, iż wjeżdżamy w pas przygraniczny.

152f

Pojawił się las bukowy,

152g

pasma fantazyjnie ukształtowanych skał

152e

i zza zakrętu wyłoniło się jezioro.

152h

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

152j

Nad nim sporo ludzi, znad naszego i przeciwległego brzegu snuły się pasma błękitnawych dymów z licznych grillów.

152k

Wokół biegały hałasujące dzieciaki, na jeziorze paru ludzi łowiło ryby z pontonów lub łódek.

152l

Było 25 stopni, pełne nasłonecznienie i pastelowa oprawa jesiennych kolorów.

152m

Poszliśmy na krótki spacer do lasu, który przemawiał głosami dziesiątków strumieni i potoków z nanizanymi nutami ptasich głosów. Kępa wysmukłych araukarii przy parkingu,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

z boku duża tablica z mapą okolicy i objaśnieniami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pozostało parę kilometrów do granicy, z widokiem na wulkan Lanin. Byłem podekscytowany i pełen oczekiwań.

Lanin

Najpierw minęliśmy gromadę piechurów z osprzętem na plecach i widać było, że szykują się na kemping, by potem wejść na wulkan. Krótkie pozdrowienia przez okno auta i znany na całym świecie znak – kciuk w górę, za ich powodzenie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Lanin już bliżej, w pełnej krasie.152q

Zatrzymujemy się i robimy zdjęcia. Zbliżenia na desenie śniegu i ciemnego popiołu.

152r

Dalej drogą prosto, kolejny zakręt i nagle wynurza się rozległa panorama szczytu.

152s

Jest gorąco i sucho przez co mamy doskonałą widoczność. Objeżdżamy Lanin półkolem robiąc zdjęcia.

152t

152u

152w

152x

Dobiliśmy do granicy z Argentyną.

152y

Na araukarii, na ostrych szpicach skórzastych liści osiadają jastrzębie.

152z

Tablica parku narodowego, 153

kierunek na granicę,

153a

ładny budynek przejścia granicznego od strony Chile.

153b

Przypominam sobie jak 13 dni temu stałem zawiedziony po drugiej stronie, rozżalony, że utraciłem widok jednej z najpiękniejszych gór świata. A tu prawie cztery kilometry majestatu pyszniącego się w słońcu. I uczucie słodkiego triumfu w jestestwie.

Lanin jest wciąż obecny w świadomości Mapuczów (w ich języku nosi nazwę Pillañzegüñ). Jest jedną z tych gór, która ma ducha – zwanego Pillan , opiekuna szczytów i okolicy wokół, by nie niepokoić lasów i zamieszkujących je zwierząt. Gdy duch się rozgniewa sprowadza wichry, gdy chce karać powoduje trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów. Ciekawe, że podobnie jak w wielu mitach i legendach na świecie, dla przebłagania złego i zagniewanego bóstwa poświęca się dziewice( z powodu czystości czy za karę?…). Takowa legenda związana jest z górą Lanin. Jest szaman wyjawiający w transie wolę bóstwa, córka wodza i jej nieszczęśliwy narzeczony, który próbuje się przeciwstawić woli rozwścieczonego Pillana, dziewica porwana przez kondora i wrzucona w czeluść wulkanu, który się natychmiast uspokaja a z nieba zaczyna padać śnieg, tak długo, aż pokrywa cały szczyt góry. Na wieki. Raz do roku pod wulkanem, zamkniętym wtedy dla turystów, odbywa się wielka ceremonia, zwane rewe (rehue).

Rewe jest świętym ołtarzem zrobionym z drewna (czasem skały), służącym do komunikacji pomiędzy bóstwem zarządzającym światem – Ngünechen a ludźmi. Uzdrawiacze (w przypadku słowa medicine man lub woman nie używam tłumaczenia „znachor”, ze względu na negatywne konotacje w języku polskim) – kobieta lub mężczyzna, wyszukują specjalny drewniany pal, który jest przekształcany w rewe (czysta i święta przestrzeń). W palu są wyrzeźbione cztery stopnie (czasami siedem; znów magia siódemki związana z fazami Księżyca) reprezentujące cztery główne święte przestrzenie. Na szczycie rewe wyrzeźbiona ludzka głowa, symbolizująca duch ludzki uczestniczący w ceremonii. Rewe zawsze stoi na froncie domu uzdrawiacza (zwanego Machi), lub w wyznaczonym przez niego miejscu i służy zapewnieniu duchowego przepływu ku niebieskiej przestrzeni (niebiosa), gdzie przebywają bóstwa, by w ten sposób podtrzymać związek ze świętym duchem. Jedna część ceremonii poświęcona jest walce ze złymi duchami. Czasem rewe otoczone jest wieńcem drewnianych palików drzewa colihue przybranych w białe, niebieskie lub żółte chorągiewki z dodatkami gałązek innych drzew. Sądzę, iż chorągiewki są echem dziedzictwa wyniesionego z Azji, bo są obecne zarówno wśród Indian północnoamerykańskich, jak i buddystów, szczególnie tybetańskich, w ich religijnych ceremoniach.

Niechętnie zawracamy, okna szeroko otwarte, bo ciepło staje się wręcz nieznośne. Przy pustej uprzednio drodze tłok – jakieś krótkie, ciężarowe auta, autobusy z ludźmi. Na drogę wychodzi kobieta i nas zatrzymuje. Przechodzimy na angielski. Prosi abyśmy zaczekali, bo kręcą tutaj film. Nagle, po lewej stronie, zza araukarii i kępy kolczastych krzaków, wyjeżdżają indiańscy jeźdźcy z twarzami umalowanymi wojennymi barwami. Rozebrani do pasa, muskularni i dumnie wyprostowani, z powiewającymi na wietrze kolorowymi wstążkami we włosach. Wtedy zauważam stojącą z boku kamerę na wózku jeżdżącym po szynach. Widok był tak zaskakujący i niecodzienny, że zupełnie zapomniałem o aparacie i nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. Zdążyłem tylko dowiedzieć się, że kręcą kolejny odcinek serialu o Mapuczach, o ich wodzu Lautaro.

W pełnym słońcu mijamy z bliska „ząb rekina”, żegnając się z przepięknym krajobrazem gór i doliny Mamuil-Malal.

153c

153d

Lanin – Villarica

O czwartej, w górskim krajobrazie, zaczęła się gra świateł i cieni. Wstępne przygotowania do zmierzchu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pewne fragmenty łagodnieją, stają się rozmazane. Inne wyostrzone, podkreślone w tle nieba. Zalesione wzgórza pokrywają się niebieskawą mgiełką.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zatrzymujemy się w przydrożnej, pustej restauracji.

153g

Świetna, ostra sałatka, kawałek kury, czerwone wino. Kobieta w średnim wieku i młodsza, strzelająca w naszym kierunku oczami. Przysłuchuje się naszej rozmowie, pyta co to za język. „O, Polacos – mówi – muy bien”. Dalej nie wyjaśnia czemu to takie dobre, lecz zdaje się, że wszystko polega na specyficznej zasadzie – oni egzotyczni dla nas, my dla nich. Wzajemnie.

Powrót tą samą trasą. Ośnieżona Villarica,

153h

potem wpadamy w spory ruch na szosie dojazdowej do Pucon.

153i

Nagle zauważam sporego zimorodka siedzącego na drucie, koło mostu, nad potokiem. Skręcamy w boczną drogę, zawracamy i ustawiamy się tak aby go obserwować. Zimorodek co pewien czas zastyga, a potem szybki ruch głową w kierunku płynącego dołem potoku. Wtedy czupurnie zjeża pióra na łebku.

153j

153k

Na jeziorze Villarica kładły się złotawe pasma.

153l

Daleko za rozmazaną mgiełką pojawił się Llaima.

153m

Po szóstej w hotelu. Wyszedłem na jego podjazd, siadłem i przypatrywałem się wulkanowi po drugiej stronie jeziora. Strzelam jedną fotkę

153n

i po niemal godzinie drugą.

153o

Wróciłem do restauracji, wypiłem dwie miętowe herbaty, bo miałem jakieś kłopoty żołądkowe. W pokoju przeglądałem zdjęcia z dzisiejszego dnia, uzupełniałem notatki i zacząłem pisać kolejny odcinek zapisków patagońskich.

Przed ósmą gaszę światło w pokoju, by zrobić zdjęcie majaczącego w ciemnościach wulkanu.

153p

Za chwilę świat rozpłynie się w nicości. Niektórzy się nią fascynują, wciąga ich, staje się filozofią życiową. Sposobem bycia, receptą na trwanie. Jest świat w pełnych barwach, zawieszony na wyostrzonych konturach, a oni widzą nicość. W obliczu tak przeraźliwej nicości wszystko blednie, sczeźnie, nie ma uzasadnienia. Piękno, pasje, miłość. Bo przecież wszystko pochłonie nicość, pustka dojmująca. Zero. Filozofia grecka nie ufała nicości i dlatego nieufna była wobec zera z nią związanym. W greckim systemie liczbowym zera nie było. Wiem, że jest nicość, ale w takim stanie jak wszystko inne. Wypełnia się, kończy i powstaje na nowo. Jest stanem przelotnym, jednym z przejawów istnobycia.

Przypominał mi się fragment z książki ” Jedno indiańskie życie” Richarda Wagamese, pisarza ze szczepu Ojibway: ” Nikt i nic naprawdę nie jest stracone. Wszystko egzystuje dzięki energii, niewidocznej i wiecznej. Najwyższą formą, jaką przybiera ta energia, są uczucia. Serce nie zadaje pytań, głowa nie przynosi odpowiedzi. Nasze głowy przekonują nas by wierzyć w finał, koniec. Lecz tak naprawdę nic nigdy nie jest stracone”. 

Przed północą, nad jeziorem kolebie się księżyc. Światełka po drugiej stronie, pas zaskakująco soczystej zieleni, rozświetlony nadbrzeżnymi lampami.

153q

Skierowuje aparat na księżyc, przybliżam go aż po chropowatość kraterów.

153r

Jak zawsze fascynuje, jak zawsze rozmarza. Ściele się po wodzie i od razu przypomina mi się historia chińskiego poety Li Bai (zwany Li Po i szeregiem innych imion), który nadużywał trunków, głównie wina. Powiada się, iż pewnego dnia, wracając w nocy łódką, usiłował pochwycić odbicie księżyca w wodzie, wypadł i się utopił.

Li Bai przez szereg lat wędrował po Chinach zaznając różnych przygód. Trawiła go pasja życia, życia zgodnego z pasjami, nieobliczalna obliczalność. Nic dziwnego, że Charles Bukowski w swym wierszu „Plusk” wyznał: „to jest Li Po śmiejący się z podziemi”.

Gdy Li był jeszcze na ziemi napisał:

Światło księżycowe przed moim łóżkiem

Być może tylko szron na powierzchni

Podnieś mą głowę to zobaczę księżyc

opuść a będę tęsknił za domem”.