Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

18 marca, 2014 – El Chalten – Las Posadas (Hipolito Yrigoyen)

Wczoraj z rozpędu zapisałem inną nazwę naszego hotelu – “Sur”. A ponieważ był przytulny i tani podaje prawidłową “Pudu Lodge”. Ma piękną salę jadalną z kominkiem. Wokół drewno i kamień, jeno z zewnątrz wygląda niepozornie. Dwa jego zdjęcia;

1

na drugim można zobaczyć całość naszych bagaży – te dwa wielkie czemodany i plecak na froncie są Seweryna, za nimi dwie moje małe walizki i niewidoczne dwa plecaki. Na zdjęciu brakuje naszych laptopów.

2

Oto cały nasz majątek wleczony w bagażniku Nissana. Tylne siedzenia służą za podręczny magazyn – plasytykowe torby z jedzeniem i piciem, swetry, przeciwdeszczowe ubrania, większe aparaty foto, buty na zmianę. Jeździłem z reguły w sandałach, na chłodniejsze dni były stare adidasy i specjalne buty na łazęgę. Na przednim siedzeniu moje wyposażenie. Szkicowe mapy, patagoński przewodnik, który znalazła niezawodna przyjaciółka ma Jolantka i wręczyła jako wspólny prezent przyjaciół w czasie mych wrześniowych urodzin, w zeszłym roku; dwa małe aparaty, notatnik, przeciwsłoneczne okulary i zwykłe, które od tego roku zacząłem używać coraz częściej. Czas robi swoje.

Po wczorajszym halo wokół księżyca wyraźne ochłodzenie. Przemknęliśmy wzdłuż znanych nam miejsc,

3

4

5

wciąż rozbudowującego się El Chalten,

6

od którego zaczęliśmy się powoli oddalać. Wręcz niechętnie. Seweryn jechał wolno i co chwila spozierał w lusterko. Otoczenie miasteczka jawiło nam się w pełnej krasie,

7

z rzeką Fitz Roy

8

i wyniosłym szczytem Fitz Roy’a.

9

10

Zdejmowałem całe otoczenie tego szczytu

11

i jakby na pożegnanie ustąpiły chmury i zalśnił w popołudniowym słońcu kompleks Cerro Torres.

14

Zza kolejnego zakrętu następna panorama masywu;

15

pojawiły się chmury i zaczęły układać w horyzontalne pasma.

13

Z prawej pokazały się następne łańcuchy Andów,

12

Cerro i Roy zniknęły,

16

aż do tego zakrętu, gdy ostatni raz mogłem omieść je spojrzeniem w bocznym lusterku.

17

W trzy minuty potem, gdy się obróciłem, w tylnej szybie zobaczyłem zamazane wierzchołki szczytowych iglic.

18

Gdyby kogoś interesowało więcej szczegółów na temat obu masywów, Torre i Fitz Roy, polecam stronę http://www.pataclimb.com/knowledge/toponyms.html

Oddaliliśmy się od Andów

19

wjeżdżając w niskie wzgórza z wychodniami skał osadowych

20

i asfalt przeszedł w ripio. Zatankowaliśmy w przedziwnym miejscu – osadzie Tres Lagos – zatopionej w zakurzonym pustkowiu.

21

Rachityczne drzewka, dwa szeregi parunastu wielkich motocykli. Przy nich faceci w chustach na głowie, wytartych skórach i ciemnych okularach. Knajpy ze skrzypiącymi drzwiami, ich ramy obite siatką. Kościół w typowym stylu hiszpańskiego kolonializmu, wielkie agawy, boczne ulice obramowane wysokimi topolami, z wyjeżdżonymi koleinami i dziurami. Leniwie łążące kury, psy polegujące w cieniu i wszędzie pył, tym bardziej, że wokół trwają wielkie roboty drogowe.

22

23

Będą chyba asfaltować 40-tkę. Dobrze to czy źle? Czy asfalt dobije ostatnie tchnienia romantyzmu ripio, słynną Ruta Cuarenta (Droga Czterdziesta). Bo otoczenie długo się jeszcze nie da. Rozległe, suche równiny, poorane wzgórza, gdzieniegdzie nikłe strumyki i jeziorne oczka. Obramowanie horyzontu wysokimi pagórami. I taka plątanina dróg, że sporo czasu nam zajęło znalezienie benzynowej stacji na rogatkach osady. Nie mieliśmy już gotówki argentyńskiej, o wizie nie chcieli nawet słyszeć. Musieliśmy naruszyć część naszego żelaznego zapasu amerykańskich dolców.

Powróciliśmy na ripio. Część drogi już ubita, wykańczają pobocza.

24

Przedziwne blokady miejsc, gdzie nie można jechać – kamienie w poprzek szosy.

25

Znów odcinek rozwalony, rozjeżdżony, z tzw. pralkami i trzęsawką. W pewnej chwili dwa strusie na poboczu

26

i spanikowany nandu wbiegł nam pod maskę i gnał przed nami kłusem.

27

Wielki głaz przy drodze dodatkowo ozdobiony przez turystów, którym nie dość fantazji natury. Muszą dodać swoją.

28

I bohaterowie tutejszych dróg – rowerzyści.

29

Proszę zwrócić uwagę na poniższe zdjęcie, na którym widać jaka jest jakość drogi i jaki przed nimi wysiłek.

30

Droga wije się pośród pylastych, suchych pagórów.

31

Objeżdżamy większe wzgórze

32

i za nim przydrożny napis “Siberia” – zakwaterowanie i śniadanie.

33

Daleko pod wzgórzem dachy domostwa i rzędy posadzonych drzew.

34

Potem wielkie koło z powtórzoną nazwą – La Siberia i zachętą – ciebie oczekujemy.

35

Pomiędzy wzgórzami toń rozległego jeziora. Gdybyśmy mieli czas, zjechalibyśmy z trasy wypytać skąd tutaj taka nazwa. Może rosyjscy emigranci?

Objazdy, nierówności, na horyzoncie kłęby pyłu pozostawione przez inne auta.

36

Seweryn zawsze stara się być pierwszym, by uniknąć zasłony, by nie poczuć po paru minutach mikroskopijnych ziarenek w zębach, nosie i uszach. Włosy robią się badylowate, drapanie w gardle. Gdy ktoś nas dogania Seweryn stara się dojść auta przed nami i je wyprzedzić. Seweryn bardzo lubi wyprzedzać i czasem muszę hamować jego zapędy, mitygując go, bo przecież nigdzie się nie spieszymy. Przed nami 174 km do Gobernador Gregores. Kolejna mesa z utwardzoną warstwą skał na szczycie wzgórza.

37

Objazdy, kawałki wyasfaltowane, objazdy, pył. Gliniaste monumenty przy samej drodze. 

39

Za parę minut wjazd w rozległą, totalnie zniebieszczoną dolinę, z taflą małego jeziora lśniąca matowym srebrem.

38

W aucie gorąco, na zewnątrz ostre i chłodne powietrze. Mijający nas kierowcy podnoszą rękę w pozdrowieniu. Dojazdowa droga do miasta elegancko wyasfaltowana.

40

Na niej duży jastrząb nad truchłem przejechanego królika.

41

Spłoszony odleciał kawałek i przysiadł na płocie.

42

Mijamy most nad wijącą się rzeką Chico,

43

potem pięknie zadrzewiona aleja,

44

brama powitalna miasteczka

45

i charakterystyczny pomnik patagoński. Tym razem nie pieszy wędrowiec z psem, lub farmer z owcami, lecz jeździec na koniu i przy nich pies.

46

Gobernador Gregores było onegdaj wsią, o nazwie Canadon Leon, bowiem w niedalekim wąwozie żyły liczne pumy. W listopadzie 1921 roku, rozstrzelano tutaj Ramona Outerello, jednego z przywódców wielkiego strajku robotników rolnych, znanego w historii jako “Rebelia patagońska” lub “Patagońska tragedia”. Strajki w prowincji Santa Cruz trwały w latach 1920 – 22. Na rozkaz ówczesnego prezydenta Hipolito Yrigoyena, zostały stłumione przez armię, pod dowództwem pułkownika Hectora Vareli. Armia argentyńska, jak i armie szeregu innych krajów latynoskich, niezbyt chlubnie zapisały się w dziejach kontynentu. W potyczkach i od kul plutonów egzekucyjnych poległo około 1500 peonów. Większość z nich była Chilijczykami i Hiszpanami, którzy uciekli z południowego Chile, po stłumieniu tam innego strajku w roku 1920. Był to świetny pretekst do podjudzenia opinii społecznej Argentyny, że za strajkami stoją Chilijczycy. W czasie tej brutalnej kampanii zginęło także dwóch żołnierzy, żandarm, czterech lokalnych policjantów oraz parunastu ranczerów i członków ich rodzin.

W 1938 wieś otrzymała prawa miejskie, a w dziesięć lat później zmieniono jej nazwę na cześć gubernatora prowincji z lat 30-tych. W 1944 roku utworzono przedsiębiorstwo autobusowe El Cordillerano, które Studebakerami woziło ludzi z Puerto San Julian do Lago Posadas przez Gobernador Gregores (około tysiąc kilometrowa trasa). Autobusy dostarczały także pocztę i inne przesyłki do leżących na drodze małych osad i estancji. W czasie ciężkiej zimy roku 1963 serwis zamieniono na lotniczy, używając Cessny 180 (brała zaledwie trzech pasażerów). Co ciekawe utrzymano tę samą cenę biletów, co na autobus. W dwa lata później powrócono do autobusów. Tym razem były to solidne Fordy, mogące przewozić 14 pasażerów i zdolne poruszać się na błotnistych lub zaśnieżonych drogach.

Ponieważ stepowa prowincja Santa Cruz, z chłodnym i suchym klimatem, ma największą skalę pustynnienia, obecnie rezygnuje się z hodowli owiec, na rzecz zakładania sadów i plantacji tulipanów, które nie wymagają żadnych pestycydów, właśnie z powodu klimatu i niezwykłej czystości ekologicznej tego rejonu. W tym siedmiotysięcznym mieście nowym biznesem jest także turystyka.

Zajechaliśmy do informacji turystycznej, aby dowiedzieć się o dalszą drogę i coś przekąsić. Okazało się, iż mamy jeszcze spory kawał do przejechania, przeto zrezygnowaliśmy z posiłku i postanowiliśmy jechać dalej. Nocleg w Posadas znalazłem dzień wcześniej w internecie i dokonałem rezerwacji. W Gregores, po raz pierwszy od początku naszej podróży, czyli 2 lutego, zauważyłem na ulicy wyraźnie pijanego faceta, który chwiejnym krokiem gdzieś podążał.

Najpierw pojechaliśmy w złym kierunku, pnąc się wąską i stromą drogą na przeciwległy, bardzo stromy brzeg rzeki.

47

Na szczęście ktoś zjeżdżał z przeciwnej strony i pokierował nas na właściwą trasę.

48

Powróciliśmy na 40 i po kilkudziesięciu metrach wjechaliśmy na bardzo porządny asfalt, co napełniło nas otuchą, że szybciej dojedziemy do celu.

49

Droga miejscami biegła prosto, lśniąc w słońcu przebijającym się poprzez warstwę chmur.

50

Zamiast kota, drogę przebiegł nam mały pancernik. Następne kilkadziesiąt kilometrów przemierzyliśmy w zachodzącym słońcu,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

które rzucało powiększony cień naszego pojazdu na pobocze drogi i mieliśmy jazdę stereo.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W argentyńskiej Patagonii obowiązuje zapalenie świateł przez cały dzień, co przy drganiu powietrza nad nagrzaną szosą, jest jak najbardziej wskazane.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na skręcie w drogę 39, za zapyziałą osadą Bajo Caracoles, znów zaczęło się ripio, a wkrótce przepastne ciemności. Reflektory naszego auta wyławiały z nich kicające na poboczach hordy królików, przedziwne kształty urwisk i krzaków. Co pewien czas zjeżdżaliśmy ślimakami w głębokie wąwozy, potem pokazały się zarysy jakiś bardzo wysokich pagórów i wzeszedł piaskowy księżyc, wycofujący się już z pełni.

54

Gdzieś daleko przed nami łysnęły mdławe światełka i ucieszyłem się, że już niedaleko. Lecz było to całkowicie złudne. Światełka pokazały się jeszcze parę razy, gdy braliśmy kolejne zakręty, lecz miasteczka wciąż nie było. Okazało się, że od Bajo Caracoles do Posadas jest przeszło 75 km, a nie mogliśmy jechać szybciej niż 40 do 50 km/godz.

Wreszcie aleja ciemnych i wysokich drzew szumiących na wietrze. Plątanina ulic i zaczęło się poszukiwanie hotelu. Nigdzie nie mogliśmy go znaleźć. Wpadliśmy nawet na posterunek policji, ale oni też nie mogli nam pomóc. Przy którejś uliczce zauważyłem ładny, oświetlony dom z napisem hosteria “Rio Tarde”. Zajechaliśmy, zadzwoniłem z lekką obawą do drzwi, bo była już jedenasta. Pokazał się szczupły pan o miłym obliczu i… okazało się, że w całym miasteczku nie ma hotelu o nazwie „Posadas”. Zdębiałem.

Poszedłem do auta po komputer, aby mu pokazać rezerwację. Jego angielski był bardzo przeciętny, ale sądziłem, iż to co zobaczy w komputerze, coś mu wyjaśni. Uruchomiłem kompa i wtedy się zaczęło. Najpierw ekran pociemniał, potem pokazał się znak firmowy Toshiby z żądaniem, abym jak najszybciej nacisnął wyświetlone pole. Ponieważ w tej całej, niezręcznej przecież sytuacji, ogarnęło mnie coś, co onegdaj pięknie nazwał jeden przyjaciel z mej sopockiej paczki, Andrzej O. – strachulec połączony z nerwulcem – to bez zastanowienia nieopatrznie nacisnąłem klawisz i wszystko szlag trafił. Zniknęły ikonki zdjęć, archiwum informacji o Patagonii, które na całej trasie uzupełniałem i dotychczasowe notatki z podróży oraz cały brudnopis bloga. Zdjęcia miałem w zapasowej pamięci, blog mogłem skopiować ze “Zwierciadła”, ale reszta, włącznie z wgranymi programami, przez niezawodnego Bartka z Toronto, zniknęła na amen. Oszczędzę Czytelnikom wrażeń i szczegółów, co wtedy myślałem i co w głębi duszy mówiłem. Wpadłem w wewnętrzny dygot i materii pomieszanie. I przez parędziesiąt minut komputer ładował się od nowa, przywracając fabryczne ustawienia.

Na szczęście pan okazał anielską cierpliwość, a Seweryn zrozumienie i współczucie. Pan Horacio zaoferował nie tylko nocleg, ale zrobił nam coś do jedzenia, bo byliśmy straszliwie głodni. Cała energia kompletnie we mnie tąpnęła i miałem tylko jedno wyjście – pójść do łóżka i przespać stress. Wystrój domu i jego piękny zapach – drewno wokół i swąd kłód lengi dobiegający z kominka, wyciszyły mnie i pozwoliły w miarę szybko zasnąć.