Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

18 lipca St. John’s – Cape Spear – Trepassay – rezerwat St. Mary’s Cape – Placentia

W miarę wczesna pobudka, bo mamy dziś nieco skomplikowana trasę, włącznie z odwiedzeniem ptasiego rezerwatu. Pokój w hotelu nader obszerny, było cicho, tylko te nieszczęsne, nie otwierające się okna.

W Ameryce znajomość praw fizyki i praktycznej logiki są w stanie szczątkowym. Dowodem niech będą właśnie okna. Jeśli można je otworzyć, to nigdy u góry, co przecież sprzyja naturalnej wentylacji. Moja babcia, która nie była z zaboru pruskiego, lecz rosyjskiego, zawsze mówiła „otworzyć oberluft”, mając na myśli małe, górne okno wspaniale spełniające swoje funkcje wentylowania i mieszania powietrza. Tutaj małe okno otwiera się na dole, czasem niemal przy samej podłodze (a tam najczęściej są kaloryfery) lub odsuwane jest na bok. W rezultacie powietrze stoi w miejscu.

Wyszedłem na korytarz i poprzez hotelowe okno ująłem miasto

i nasz pierwszy obiekt do zwiedzenia – cytadelę na wzgórzu.

Śniadanie, pakowanie i przed dziesiąta jesteśmy na ulicach, gdzie napotkać można typowe domy, w oryginalnym stylu przypominającym okres późno kolonialny.

Ów styl nowofundlandzki jest jedynym swego rodzaju w Kanadzie. Niegdyś takie kolorowe, piętrowe lub dwupiętrowe domy stały nad samym nabrzeżem. Bulwar nabrzeżny uważany jest za najbardziej malowniczy na świecie, tym bardziej, że domy są wymalowane w różnych, jaskrawych kolorach. Podyktowane to było względami praktycznymi – statki łatwiej we mgle rozpoznawały gdzie jest wybrzeże.

Zdjęcie z Internetu

Mieszkali w nich bogaci Anglicy, właściciele rybackich spółek, dla których inni łowili, a oni zajmowali się dystrybucją. Mieszkali tu pięć miesięcy do pół roku, potem wracali na przezimowanie do Anglii. Kiedyś natrafiłem na czyjeś wspomnienia z tamtego czasu, które zadziałały na moją wyobraźnię. Opis jednego z wczesnych poranków, stojąc przy oknie, z filiżanką kawy w ręku. Krzątanina rybaków w porcie wracających z pierwszego połowu. Zielonkawoniebieski ocean i przez zatokę powolna defilada wielkich gór lodowych, olśniewająco bielejących w słońcu. W Anglii czegoś takiego nie można było zobaczyć.

Stolica Nowej Fundlandii (przeszło 100 tysięcy mieszkańców), leży o 475 km bliżej Londynu w Wlk. Brytanii niż Edmonton w Albercie. Na portugalskiej mapie pojawiło się jako przystań rybacka już w 1519 roku. Po Jamestown (Wirginia, 1607), Cupids (N.Fundlandia, 1610), St. George’s (Bermudy, 1612) jest najstarszym, stałym miejscem osadnictwa brytyjskiego w Ameryce Północnej. Jako miasto zaistniało w 1888 roku. Nazwa nadana została przez Cabota lub baskijskich rybaków, którzy obok Portugalczyków i Francuzów, przebywali tu na połowach od początku XVI wieku. W 1583 roku słynny sir Humphrey Gilbert, żołnierz i odkrywca, na podstawie królewskiego ukazu Elżbiety Wielkiej, zaanektował obszar wokół osady i cały półwysep Avalon jako zamorską kolonię Anglii. Stałe osadnictwo zaczęło się w 1630 roku i pod koniec wieku było największym liczbowo na wyspie. Charakterystycznym zjawiskiem była zawsze rosnąca liczba ludności latem, wraz z przypłynięciem sezonowych rybaków z Europy, w tym setek Irlandczyków. Po dwóch atakach floty holenderskiej pod koniec wieku XVII, miasto zaczęto umacniać. Potem pierwsze fortyfikacje i miasto niemal zrównali z ziemią Francuzi (w 1696 roku), którzy ostatecznie zajęli St. John’s w 1708 roku. Wojna Siedmioletnia na kontynencie amerykańskim zakończyła się w 1762 roku, bitwą pod Wzgórzem Sygnałowym (Signal Hill), po której Francuzi się poddali i miasto przeszło ostatecznie w ręce Anglików.

Koniec XVIII wieku przyniósł wielkie zmiany – wzrosła znacząco liczba ludności, ustanowiono rząd, rozwinął się znacznie połów ryb na Grand Banks i polowania na foki, kwitł handel. W mieście stacjonował garnizon brytyjski i w czasie walk o Niepodległość USA i wojny 1812 roku była tu baza morska. Proszę mi wybaczyć, ale nazwa Rewolucja Amerykańska nie przechodzi mi przez gardło; jest to jedno z tych utrwalonych fałszerstw historycznych, opartych na przesadnym poczuciu wartości i podtrzymywaniu mitu, a także swoistej, amerykańskiej tęsknoty za słowem „rewolucja”. Była rewolucja seksualna, rewolucja młodzieży w latach 60-tych, a teraz rewolucja ulokowała się głównie w sferze ekonomicznej (wiele produktów obdarza się dodatkiem „rewolucyjny”, włącznie np. z majtkami Calvina Klein’a).

Miasto nękało szereg pożarów, z których największy wybuchł w roku 1892 (The Great Fire) i rzeczywiście pozostawił po sobie morze ruin.

Zdjęcie z Internetu

Wiek XX rozpoczął się słynnym wydarzeniem – pierwszą transmisją sygnału przez Atlantyk, ale o tym później, gdy dotrzemy na Wzgórze. Z tutejszego lotniska wyruszył pierwszy non-stop przelot przez Atlantyk zakończony lądowaniem w czerwcu 1919 roku w Irlandii. W 2005 roku, na replice tego samego samolotu – Vickers Vimy – przelot powtórzył słynny Steve Fossett. W czasie II wojny była tu baza okrętów angielskich i kanadyjskich walczących z niemieckimi U-bootami, a potem wielka baza amerykańskiego lotnictwa (oddana Kanadyjczykom w roku 1960).

Po II wojnie zatrudnienie opierało się głównie na rybołówstwie, usługach portowych i przemyśle, lecz głównym napędem gospodarki od setek lat były łowiska Grand Banks. Ich specyfika polega na tym, że nie tylko są położone na płyciznach szelfu kontynentalnego, ale są także miejscem styku i mieszania się dwóch prądów morskich – zimnego Labradorskiego i ciepłego Golfsztrom’u. Takie miejsca stwarzają świetne warunki dla rozwoju życia i rozmnażania ryb.

W XV wieku, załoga Cabota wręcz obawiała się, że dorsze i inne ryby mogą zatrzymać żaglowiec, bo wokół nich na oceanie kłębiło się tysiące ryb. Jest słynny opis Cabota, gdy nakazał opuszczenie zwykłego kosza do wody i wyciągnięto go wypełnionego po brzegi rybami. Ryby zbytnio nie uciekały, bowiem nie znały człowieka. Upadek połowów w latach 90-tych XX wieku zrujnowała ekonomię i wielu Nufich wyruszyło w poszukiwaniu pracy do innych prowincji.

Prowincję i miasto uratowała ropa naftowa i gaz ziemny. Już w latach 80-tych odkryto i zbadano niedaleko Wyspy pola naftowe pod dnem Atlantyku, na szelfie kontynentalnym. W listopadzie 1997 roku ruszyła produkcja na pierwszej platformie – Hibernia.

Zdjęcie z Internetu

W dwa lata później otwarto inne i odkryto szereg nowych pól pod dnem Atlantyku.

Zdjęcie z Internetu

Lecz obecność tych gigantów wiąże się z ryzykiem. Pierwsze i najważniejsze to wyciek ropy. W roku 2004, z pola Terra Nova, na skutek mechanicznego uszkodzenia, wyciekło 165 tysięcy ton ropy do oceanu. Drugie zagrożenie to sztormy, ale platformy są teraz na tyle stabilne, iż ten żywioł im nie zagraża. Ostatnie niebezpieczeństwo to góry lodowe, które mają tu swoją stałą trasę wędrówek. Proszę sobie wyobrazić, że zbudowano specjalne, bardzo mocne holowniki, które potrafią zagrażającą platformie górę odholować na ocean. A zawód pracującego na holowniku człowieka – holowacz gór lodowych. Wydobycie gazu i ropy wyraźnie ożywiło gospodarkę Wyspy, przede wszystkim miasta St. John’s, które dostarcza teraz połowę ekonomicznej produkcji prowincji. A perspektywy są dalej obiecujące. Ma się również coraz bardziej rozwijać turystyka i budownictwo nowych domów, bowiem przybywa mieszkańców. Dochód na głowę sytuuje St. John’s na drugim miejscu wśród kanadyjskich miast, wskaźnik bezrobocia jest jednym z najniższych spośród dużych miast.

Tym razem dotarliśmy do drugiego krańca ulicy Water, a zarazem wyjścia z portu.

Wjechaliśmy na Signal Hill,

 zaparkowaliśmy i piechotą udaliśmy się w kierunku wieży Cabota. Już na podejściu mieliśmy rozległy widok na miasto

i jego port.

Przed wejściem zaczęły się tablice objaśniające i znalazłem tam między innymi informację o artyleryjskim pocisku zwanym szrapnelem. Ów śmiertelny wynalazek z 1804 roku był dziełem angielskiego generała, niejakiego Henry Shrapnel’a.

W latach 1796 – 1945, w trzech etapach powstało na wzgórzu około stu przeróżnych struktur. Najważniejsze były lata 1790 i 1870, gdy skompletowano fortyfikacje, które górując nad miastem skutecznie go broniły, jak i wejścia do portu. W 1879 roku St. John’s rozbudowywało się wzdłuż wąskiej zatoki i na pobliskich wzgórzach.

Wszystko w tych latach kręciło się wokół dorsza, który przed wynalezieniem chłodni i lodówek był solony i suszony w porcie. Zapach swobodnie dochodził na sam szczyt wzgórza. Przez lata port był bazą dla innych flot rybackich, z których najsłynniejszą była portugalska tzw. biała flota, zawijająca tutaj do lat 70-tych XX wieku. Równie ważną gałęzią produkcji było polowanie na foki (od roku 1793 do wczesnych lat 80-tych XX wieku) i zawijanie statków łowczych było każdorazowo wielkim wydarzeniem. W szczytowym okresie, w latach 50-tych wieku XIX, w polowaniach znajdowało zatrudnienie 13 600 osób zwanych fokarzami (swilers).

Wieża Cabota jest zaskakująco mała,

lecz przy panującej tu pogodzie (wilgotny klimat kontynentalny) i częstych mgłach, stanowiła dobry punkt orientacyjny. Przede wszystkim zdarzają się huraganowe wiatry osiągające nawet 200 km/godz (na miejskim lotnisku wiatr wieje czasem z prędkością 140 km/godz!!); jest tu największa ilość wietrznych dni w Kanadzie. Miasto jest także najbardziej mglistym w Kanadzie – 124 dni w roku. Od 1820 roku do początku wieku XX, co godzina w forcie Amherst, przy wejściu do portu, odpalano działo jako sygnalizację dla marynarzy. A propos działa… Przez 150 lat nadejście południa sygnalizowane jest ze wzgórza wystrzałem z działa. Od 1900 roku działo zamilkło tylko trzy razy, przy czym najbardziej znane było wstrzymanie odpalenia w pewna niedzielę 1906 roku, aby nie zakłócać dźwięku kościelnych dzwonów. W czasie I wojny światowej miasta i portu broniło jedno działo.

W I wojnie poległo prawie cztery tysiące żołnierzy z Wyspy. W czasie II stacjonowało tu 10 tysięcy amerykańskich i 6 tysięcy kanadyjskich żołnierzy.

W St. John’s są także największe opady śniegu – 359 centymetrów rocznie i deszczu – 1514 mm oraz największa ilość zachmurzeń – tylko 1497 godzin słońca. Czyli mieliśmy szczęście, bo było cały czas słonecznie i bardzo ciepło. Od lutego do kwietnia zdarzają się zatory lodowe (pack ice), kiedy grubość lodu osiąga do 70 centymetrów. Spośród 40 tysięcy gór lodowych, które Grenlandia wypuszcza rocznie, (zapewne na skutek zmian klimatu, teraz więcej) około 370 sztuk dociera na wysokość miasta, z tym, że większość osiada na brzegu. Typowa góra lodowa jest wysoka na 30 metrów (nad wodę wystaje tylko 1/8 jej objętości) i waży około 204 tysięcy ton. Co prawda w St. John’s są jedne z najłagodniejszych zim w Kanadzie (chociaż wszyscy narzekali nam na ostatnią, długą i dokuczliwą zimę 2016/2017), lecz zarazem największa ilość dni z marznącym deszczem, który nie raz pokrywa miasto lodową skorupą. I jak tu nie być wesołym. Nawet na siłę….Tym bardziej, gdy dodatkową atrakcją są liczne odwiedziny innych nacji – na przykład w 1989 roku przybyło tysiąc handlowych statków z 22 krajów.

W mieście jest specjalny sąd w którym rozpatruje się sprawy nielegalnych połowów na wodach okalających Nową Fundlandię. Pewien mój przyjaciel, pracujący na Wyspie jako profesor, opowiadał mi już w latach 80-tych o człowieku z Polski, który dzięki znajomości trzech języków – polskiego, rosyjskiego i angielskiego, został tłumaczem w tym sądzie, gdzie rozprawiano się z kapitanami polskich i radzieckich jednostek rybackich, które dokonywały nielegalnych połowów, głównie ze względu na nieprzepisowe oczka sieci. W końcu lat 70-tych rozpowszechniło się stosowanie sieci o małych oczkach, przez co odławiano osobniki, które nie były już zdolne się rozmnażać. (np. dorsz rozmnaża się od wieku 3 lat). Czasem wrzucano je już martwe z powrotem do oceanu. Temu skandalicznemu marnotrawstwu położone kres na początku lat 80-tych regulując problem specjalną konwencją. Ale po cichu dalej próbowano stosować nielegalne sieci wiedząc, że wybrzeże Kanady jest rozległe, a ilość helikopterów i statków straży przybrzeżnej nie wystarczająca. Dopomogło powszechne wprowadzenie obserwacji satelitarnych, dzięki czemu można było takiego „pirata” szybciej namierzyć.

Do wieży na wyższe kondygnacje wchodzi się po wąskich i kręconych schodach. Ponieważ był wtorek uniknęliśmy większych tłumów. Z najwyżej kondygnacji, przez okna widzi się wąskie wejście do portu

i jego dalszą część.

Zszedłem na niższy poziom i robiłem zdjęcia z tarasu w kierunku od lewej do prawej – kawałek miasta,

końcowy parking na wzgórzu,

morze otwarte na przestrzał

i przesmyk wiodący do portu.

Potem wróciłem do środka, aby obejrzeć dokładniej stałą ekspozycję na temat Marconiego i wysłanego stąd sygnału. Guglielmo Marconi to skomplikowana postać i kontrowersyjna, głównie z powodu przypisywania sobie pierwszeństwa w dziedzinie łączności bezprzewodowej (działał na tym polu, już od 1893 roku, wybitny geniusz, Nikola Tesla), a także dążeniu do zmonopolizowania swych biznesów. Pomińmy jego działania w Europie i skupmy się na tym czego tu dokonał. Ponieważ był znany w Anglii i współpracował zarówno z rejestrem Lloyd’a, jak i marynarką brytyjską, przez co uzyskał niemal monopol na rynku sprzętu nadawczego, zgodzono się na jego próbę przesłania komunikatu przez Atlantyk. Anglicy, dwa miesiące przed próbą Marconiego, mieli już utworzone dwie stacje nadawcze przy Labradorze (jedna na wejściu do zatoki Św. Wawrzyńca na wyspie – Belle Isle).

Marconi chciał w 1901 roku przesłać sygnał przez Atlantyk z Cape Cod w USA do Poldhu w Kornwalii. Obie stacje zdemolował sztorm, tę w Kornwalii naprawiono, ale na Cape Cod były takie zniszczenia, że Marconi zdecydował się na przeniesienie do St. John’s. Koszty tego przedsięwzięcia były olbrzymie – około 40 tysięcy funtów. Władze Nowej Fundlandii i rząd kanadyjski mocno popierały projekt ze względu na poprawę bezpieczeństwa na morzu. Marconi z początku nie przyznawał się, że chce przesłać sygnał przez Atlantyk, obawiając się blamażu. Wybrał Wzgórze Sygnałowe ze względu na dobre położenie i 9 grudnia rozpoczął próby. Było to nader skomplikowane przedsięwzięcie, głównie z powodu zabiegów wzmocnienia sygnału, aby transmisja się powiodła. Posłano na przykład w przestworza balon ze 150-cio metrowej długości anteną. Mocny wiatr porwał balon nad ocean; następnego dnia próbowano to samo z latawcem i też go stracono. Drugi latawiec zdołał utrzymać antenę i 12 grudnia piętnaście minut po południu, ze stacji w Kornwalii, nadano Morsem literę „S” którą Marconi, jak twierdził, usłyszał.

Dziś uważa się, że była to mylna ocena i odebranie sygnału mogło być spowodowane zakłóceniem atmosferycznym. Już współcześni niezbyt dowierzali Marconiemu wiedząc, że nadajnik i odbiornik pracowały na różnych częstotliwościach. Prowadzone przez cały następny rok działania, od czasu do czasu przynosiły potwierdzone efekty, włącznie z przekazaniem prawdziwego telegramu, co przyniosło Marconiemu wielką sławę. Lecz dopiero w 1906 roku inny wynalazca, Reginald Fessenden, uruchomił poprawnie działającą dwukierunkową linię transatlantycką.

Po ogłoszeniu sukcesu od razu rozpętała się afera, głównie sprowokowana przez kompanie kablowe i telegraficzne, a także część środowiska naukowego, którzy uważali, że sygnały bezprzewodowe są niemożliwe. Natomiast Kanadyjczycy zareagowali entuzjastycznie i w 1902 roku w Glace Bay (Nowa Szkocja) zbudowano stację, na którą rząd wyasygnował 80 tysięcy dolarów. W zamian Marconi zaoferował transatlantycką łączność za cenę 10 centów za słowo, co było o 60% taniej niż w kompaniach kablowych. 22 grudnia 1902 roku stacja już działała bez zarzutu. Do 1918 roku otworzono szereg stacji nadawczych przy latarniach morskich Kanady, co znacząco poprawiło żeglugę przez Atlantyk. W 1918 na najdalej wysuniętym przylądku Wyspy i zarazem Kanady – Cape Race (trwają spory czy jest także najdalej wysuniętym na wschód punktem Ameryki Północnej, bowiem dalej leży Grenlandia), uruchomiono sprzęt radiowy, co umożliwiło podawanie pozycji statku bez względu na pogodę. Na Nowej Fundlandii, do 1929 roku powstał z kolei cały system stacji, przekazujących sobie sygnały wzdłuż wybrzeża Labradoru, a potem na wyspę Fogo (w sumie 35 stacji).

Kiedy wynaleziono nowe i lepsze technologie przekazu, przedsiębiorstwo Canadian Marconi Co. zmniejszyło liczbę stacji do 14 i główny terminal przeniesiono z Fogo na drugie piętro Wieży Cabota, w sierpniu 1933 roku.

Stacja w Wieży stała się łącznikiem Wyspy ze światem. Działała codziennie na dwie zmiany od 5 rano do 9 wieczorem.

W pięć lat później uruchomiono radiotelefon. Zmilitaryzowana stacja pracowała podczas II wojny i w 1949 roku została przejęta przez rząd kanadyjski, by ostatecznie zakończyć swą działalność, w sierpniu 1960 roku. Wszystkie jej funkcje, od 1982 roku, przejęła Kanadyjska Straż Przybrzeżna (The Canadian Coast Guard) operująca z południowej części portu.

Przed wyjściem z Wieży rzuciłem okiem na błyszczącą, mosiężną tabliczkę głosząca chwałę królowej Wiktorii i Imperium.

Zszedłem na parking i ruszyłem na spacer po wzgórzu.

Znalazłem jego plan

i obok ciekawą mapę, gdzie St. John’s jest jak chińskie Państwo Środka, czyli położone centralnie.

Stąd rozciąga się wspaniały widok na miasto,

fantastycznie ulokowane przy wąskiej zatoce.

Rewelacyjne miejsce na port.

Z owego wzgórza, zaraz przy jedynym przejściu do wewnętrznej zatoki, można było nader skutecznie bronić miasta

i wejścia do portu.

Naprzeciw mnie, przy wejściu zwanym Zwężenie (The Narrows), widzę na Głowie Południowej (South Head) resztki fortu Amherst i latarnię morską.

Moja strona jest Głową Północną (North Head), za mną, zasłonięte wzgórzem, jezioro Quidi Vidi. W kanale wejściowym spory ruch, w tę

i z powrotem.

Chodzi się tutaj wyznaczonymi ścieżkami, bo wszędzie lita skała i ostrzeżenia, że musi być właściwe obuwie (sandały i klapki zabronione).

Z daleka widać ludzi siedzących na krawędzi urwiska.

Na zatoce St. John’s prądy i wiatr rysują typowe desenie.

Podrzędną zatokę Freshwater zamyka cypel Kelby.

Bliżej, po przeciwnej stronie wejścia do portu, skaliste wzgórza z zatoczką Cuckolds

 

i dalej początek Quidi Vidi Harbour.

 

Wyławiam dom w małej dolinie, pośród stojących dęba starych skał osadowych.

Zdejmuje parę siedzącą na krawędzi urwiska.

Wtem narastający wizg i huk silników samolotu podchodzącego do lądowania.

Wdrapuję się znów na wieże i filmuję panoramę miasta.

Wychodzę poza parking i kiedy jestem przy kamiennym parapecie zauważam coś ciekawego. Na wodzie kuter, parędziesiąt metrów od niego łódka z której łowią ryby.

Wtem niedaleko łódki pojawia się cielsko, z tej odległości nie potrafię odróżnić – orki? wieloryba?

Na łódce od razu mała panika, włączają silnik i gnają do kutra.

Gdy już są na pokładzie, od strony oceanu pojawia się na wodzie następna płetwa grzbietowa i znika.

A pierwszy osobnik spokojnie pruje fale ustalonym kursem.

Pojawienie się morskich zwierząt wzbudza ożywienie wśród innych łodzi za cyplem.

Ostatnie zdjęcie fragmentu miasta z góry,

za parę minut jesteśmy na dole,

przejeżdżamy pożegnalnie przez ulicę Water, skręt w Barters Hill, przy jednym z licznych, oszklonych przejść z jednego centrum handlowego do drugiego, co bardzo pomaga w zimie uniknąć nieprzyjemniej, zimnej pogody.

Zaczynam szukać wjazdu na drogę prowadzącą do przylądka Spear, bo jako geograf muszę zobaczyć ten kraniec Kanady i kontynentu (52° 37ˈW). Szukam wyjazdu z miasta, dopadliśmy go nadspodziewanie łatwo, teraz tylko wjechać na drogę Blackhead i dojedziemy jak po sznurku. Gdzie tam! Minęliśmy ją za chwilę powyżej i nie ma na nią zjazdu. Trzeba zawrócić, a tu kilometrami żadnego rozjazdu. Klniemy, bo szkoda czasu i benzyny. Rozjazd dopiero na Columbus Drive i wracamy. 

Znajduję boczną drogę biegnącą wzdłuż autostrady. Niezadługo wita nas miły, znany nam napis. 

Droga jest wąska, ma się wrażenie jazdy w małym miasteczku. Seweryna znów opadają wątpliwości i zalicza kolejny dzień w nie najlepszym nastroju. Wspinamy się długim podjazdem, cały czas słyszę z prawej autostradę, co mnie utwierdza o dobrym kierunku jazdy. Za chwilę sprzyjający znak, ze skrętem w prawo – droga Blackhead.

Na dole, po lewej, panorama St. John’s, bo wciąż się wspinamy. Koło południa jesteśmy ponownie w objęciach przyrody.

Wjazd w dolinę, zakręt pod górę i widać budynki na przylądku.

Nowa latarnia, zbudowana w 1955 roku,

na prawo od niej oryginalna latarnia z 1836 roku (wiekowo druga na Wyspie, po latarni w forcie Amherst – z 1810 roku). Latarnię, jak i dom latarnika, odrestaurowano do wyglądu z roku 1839.

W głębi, poniżej pierwszej latarni, jest stanowisko baterii z II wojny, lecz akurat przebiegały prace budowlane i teren był odgrodzony. Szkoda, bo ujęcie od strony oceanu jest bardzo malownicze.

Zdjęcie z Internetu

Latarnię przez 150 lat obsługiwała rodzina Cantwell. Postanowiliśmy zejść nad brzeg, z zachowaniem ostrożności, bowiem pary razy się zdarzyło, iż nieprzewidywalne, mocne fale zmyły ludzi do oceanu. Kolejny dzień rewelacyjnej pogody i widok bezkresnego oceanu napełniły mnie wielką radością, pełną czułych wspomnień z plaż w Sopocie. Co prawda zupełnie odmiennego krajobrazu, lecz kolor wody i nieba był niemal ten sam. Jakaś para relaksowała się na ławce.

W dali wyraźnie rysował się toporny przylądek za Cuckolds Cove

 

i widać było wejście do portu, z latarnią po lewej.

Na wprost holownik ciągnął za sobą coś co wyglądało na wielką, grubą plastykową rurę.

Zszedłem ostrożnie po skalnym rumowisku

starych skał osadowych zniszczonych abrazją.

Nadeszła fala i uderzyła o skały z donośnym sykiem i chlupotem.

Zrobiłem serię zdjęć fali w ruchu, co zawsze mnie fascynuje, włącznie z bijącą od wody mocą.

Wróciłem na górę i spojrzałem na przestwór oceanu.

Co za przestrzeń, jakież zatracenie! Jakżeż musieli się czuć żeglarze podążający za oddalającym się wciąż horyzontem. Dniem zawieszenie w niebieskościach, nocą w dookolnej czerni. Nic dziwnego, że intensywnie pracowała wyobraźnia, że z wytęsknieniem oczekiwano skrawka lądu. A co dopiero się działo podczas sztormowej pogody, kiedy dobicie do brzegu jest jeszcze najeżone skałami… Nagle z wody wychynął wieloryb,

zalśnił na swoim boku

i powrócił do dalszego żerowania.

Miałem nadzieję, że jak zejdę niżej uda mi się zrobić lepsze zdjęcie. Ale wieloryby zniknęły, natrafiłem na wzburzoną falę

i zalewowe zagłębienia w skałach,

gdzie życie toczy się od przypływu do przypływu.

Sprokurowałem portret wilka morskiego z Wieliczki, 

by za chwilę upolować zabawnego ptaszka z zadziornym czubem na głowie.

Podeszliśmy pod budynki na przylądku

idąc od jednej latarni

do drugiej.

Zeszliśmy do budynku niżej, gdzie jest sklep z pamiątkami, wystawa latarni morskich i rzecz upragniona w naszym wieku – toaleta. Stąd prowadzi ścieżka do spacerowego Szlaku Wschodniego, którym można wędrować wzdłuż wybrzeża obserwując góry lodowe, maskonury i wieloryby. Przy wyjściu zdjęcie owego stworzonka, na widok którego zaniemówiłem. Fikołek tak blisko brzegu!!

Obok plan całego wzgórza,

zarazem narodowego parku historycznego, otwartego w czerwcu 1983 roku.

Przed wejściem do auta pełen nadziei rzuciłem okiem na ocean. Pustka, jeno sznur rybitw pracowicie machał skrzydłami nad wodą.

I wijąca się droga,

która wyprowadzi nas na nadmorską 10-tkę i potem dalej ku ptasiemu rezerwatowi i półwyspowi Placentia. Atmosfera przylądka zadziałała na Seweryna tak głęboko, że upierał się by zawrócić celem sfotografowania nazwy tego miejsca, bo „potem człowiek nie pamięta gdzie był”. Zaręczyłem mu, że mam dwa zdjęcia z nazwą i mu je dam. Nadto musimy jechać jak najszybciej, bo długa droga przed nami. Seweryn jednakże wciąż się upierał, aż doszło do iskrzenia i po zruganiu go, że wpada w histeryczne stany, zamilkł i nastroszony zjechał ze wzgórza.

Wracaliśmy tą samą drogą i St. John’s nie za bardzo chciało się z nami rozstać, tym bardziej, że Seweryn zamiast skręcić w lewo i dojechać znaną już drogą do autostrady pojechał na wprost. I za chwilę wylądowaliśmy ponownie na ulicy Water.

Powitał nas znak downtown 

i teraz poprzez ślimak należało wbić się na autostradę, która przebiegała nad naszymi głowami. Ale ślimak kończył się nakazem ruchu na wprost. Zdesperowany Seweryn, korzystając z chwilowej pustki na rozjeździe, gwałtownie skręcił wbrew przepisom na lewo. Ktoś rozpaczliwie zatrąbił, lecz za sekundę już byliśmy na właściwym pasie autostrady, skąd wyraźny znak prowadził na 10-tkę. Wybrałem ponownie nowa trasę licząc na piękne widoki. Niestety nie przejrzałem w hotelu jakie tam możemy znaleźć atrakcje i pojechaliśmy w ciemno. Musiałem uważać na drogę i zarazem kontrolować przyjaciela, by się gdzieś nie zawieruszył na kolejnym rozjeździe. Na szczęście wszystko poszło zgodnie z mym pilotażem i około 13.30 opuściliśmy ciąg satelickich miasteczek St. John’s, gdzie – ku zdegustowaniu Seweryna – musieliśmy jechać maksymalnie 50 km/godz.

Minęliśmy po prawej spore jezioro o wdzięcznej nazwie Bay Bulls Big Pond i za 15 minut natknęliśmy się na znak Irlandzkiej Pętli z koniczynką.

Tą pętlą jest 10-tka, która potem przechodzi w 90 i dociera z powrotem do St. John’s. Trasa ma 312 km i biegnie w miejscach związanych z historią osadnictwa irlandzkich emigrantów na przestrzeni 400 lat. Wokół miasteczek i osad, które mijaliśmy, rozciągają się jedne z najbardziej żyznych obszarów prowincji, gdzie rozwinięto hodowlę, przemysł mleczarski i warzywniczy, zapoczątkowany w wieku XIX przez irlandzkich osadników. Następne miasteczko leży już nad oceanem, Bay Bulls z małym portem rybackim. Znane z tego, że było strategicznym portem w czasie II wojny, gdzie reperowano wojenne okręty i umożliwiano krótki odpoczynek załogom. Pod koniec wojny przybył tu niemiecki U-boot U-190, by się poddać aliantom. W parę minut później docieramy do Witless Bay

z większym portem rybackim.

Nie mieliśmy pojęcia, że tutaj, na czterech wysepkach, jest wielki rezerwat ptaków, w tym dziesiątek tysięcy maskonurów.

Zdjęcie z Internetu

Wiosną i latem można także obserwować migracje wielu gatunków wielorybów zdążających z południowych zimowisk do Arktyki.

Przejazd przez miejscowość o swoistej nazwie – Mobile, gdzie przy samej drodze wielki budynek liceum. Teren urozmaicony, wjazdy w doliny i wspinaczka i znów dolina. Przy Tors Cove z góry widzimy bardzo ładną wysepkę, częściowo zalesioną.

Cały teren jest pokryty gęstym, mieszanym lasem. Niespodziewanie za kolejną górką ukazuje się w dolinie potężna rura biegnąca pod boczne wzgórze.

Trzy jeziorka pod rząd, w wielu miejscach porośnięte roślinnością wodną, przy brzegach zabagnione i żadnych łosi. Za to temperatura tak poszła w górę (do plus 29), że musieliśmy włączyć klimatyzację. Jakaś rzeczka, jakaś bo żadnej tablicy z nazwą. Zaglądam w mapę i nie wierzę własnym oczom. Rzeczka zaczyna się nagle w lesie i kończy w lesie, bez wpływu do jeziora czy oceanu. Jest w parku prowincjonalnym La Manche, do którego właśnie wjechaliśmy. O, ma jednak nazwę, tą samą – La Manche. Bardzo popularna wśród entuzjastów przyrody i artystów z racji swego piękna i dużej ilości dzikiej zwierzyny. I jak na zawołanie przebiega nam drogę rudoszary lis. Jest bezpieczny, bo z boku drogi regularne napisy – zakaz polowań i wycinki.

Należałoby tu sprowadzić na odwyk niejakiego Szyszkę, wyjątkowo obrzydliwego typa, który w imię Boże „reguluje” właśnie Puszczę Białowieską. Znów mnie rozbawia napis pośrodku rozległego kompleksu leśnego – Monopol Expresowy za 11 kilometrów.

Opuściliśmy park, wjazd na rozległy płaskowyż, z niego widok na jezioro Island Pond.

Ze skraju szosy zachęcający widok przycumowanej łodzi. Tylko wskoczyć do wody, co by przyniosło jakże miłą ochłodę, dotrzeć do łódki i ruszyć w głąb jeziora.

Co pewien czas pojawiają się samotne wzgórza przypominające fragmenty Beskidu lub Bieszczad.

Objeżdżamy łukiem zatokę Admiral’s Cove i jej parę mniejszych zatoczek przy miasteczku Cape Broyle. Wspinaczka wzdłuż brzegu zatoki Admirała i już widzimy miasteczko po przeciwnej stronie. Skąpane w słońcu szeregi domów nad wodą i na wzgórzach. Kolejny raz dociera do mnie, że Wyspa ma piękny krajobraz i można spokojnie posiedzieć tu cały miesiąc. Przy miasteczku Calvert zaczyna się wąska zatoka Calvert i trzymamy się teraz jej południowego brzegu. Wjazd na kolejną górkę i miasteczko Ferryland, które było osadą brytyjską od 1621 roku i miało nawet fortyfikacje – armaty ustawione na wysokim klifie. Potem, kiedy armaty usunięto, miasteczko padło łupem holenderskiej floty i zostało zniszczone. Obecnie trwają tam prace archeologiczne, odkryto ślady pobytu dawnych Beothuk i ujawnia się kolejne warstwy osadnictwa europejskiego. Żyją tu potomkowie irlandzkich emigrantów, kultywujący swą kulturę na corocznym festiwalu folkowym, głównie w dziedzinie muzyki i przedstawień teatralnych.

Po lewej garb góry na przylądku, potem ku prawej mała wyspa

i niemal na środku otwierającego się widoku duża wyspa, wyglądająca jak przedpotopowy potwór wychylający się z głębin. Po lewej punkt widokowy, wjeżdżamy tam na chwilę. Strome klify naprzeciw;

odkrywam solidny, dwupiętrowy dom zawieszony nad zatoką.

W zatoce inna zatoczka okalająca łagodnym łukiem port rybacki z przystanią. Teraz fragment półwyspu z latarnią morską, wraz z jedną z wysp.

W kwietniu przypłynęła tu olbrzymia góra lodowa wzbudzając taką sensację, że po raz pierwszy w dziejach miasteczka, na dojazdowej szosie utworzył się parusetmetrowy korek.

Zdjęcie z Internetu

Na tym zdjęciu, znalezionym w Internecie, odkrywam że nie tylko ja mam problemy z aparatami. W moim przypadku jest to mały, cyfrowy Canon, który ma z reguły nieszczelny korpus. Po dwóch-trzech miesiącach, a czasem krócej, na obiektywie, i to od wewnątrz, pojawia się plama, zawsze rozleglejsza przy powiększaniu (na cytowanym zdjęciu plama jest po lewej, nad najwyższą górą lodową). Jak jest tylko jedna, od biedy można zdjęcie podczyścić. Gdy są dwie lub więcej – rozpacz. Jakość i zakres powiększania zdjęć(zoom), są w tych aparatach bardzo dobre, ale po pewnym czasie zdjęcia dostają plamy i nie nadają się do pokazania. Jestem zmuszony co roku kupować nowego Canona, w nadziei, że ten kolejny będzie już dobry. Teraz już nie mam złudzeń. Nauczyłem się nie ruszać bez co najmniej dwóch aparatów. Canon nabyty na tą podróż był już czwartym z kolei w ostatnich pięciu latach. Dwa z nich były specjalistycznie czyszczone (tylko jedno takie miejsce w Toronto i to daleko na północy miasta) i tam się dowiedziałem, że cyfrówki Canona mają feler – nieszczelny korpus. Do środka dostaje się kurz. Kurz jest tłusty i przy zmianie temperatury lub wilgotności osadza się na stałe, akurat na obiektywie. Czyszczenie niewiele pomogło – plamy wróciły, potem doszły inne kłopoty. Gwarancja się skończyła, aparaty do wyrzucenia.

W ostatnich dziesięciu latach bardzo wiele produktów ma felery i tym sposobem wręcz gigantycznie powiększamy ilość śmieci. Tej bezmyślności przyświeca także nowa zasada i „etyka” biznesu – produkować tak, aby po roku, góra dwóch latach, było do wyrzucenia. Owa krótkotrwałość zagnieździła się już w ludzkich umysłach, bo coś co wyprodukowano trzy-cztery lata temu, jest już stare i przeważnie niereperowalne – cena takiej usługi osiąga niemal cenę nowego produktu. Nadto w opinii wielu osób taka rzecz jest już nienowoczesna (w przypadku kabotynów możemy się nawet spotkać z pogardliwym uśmieszkiem), jakby nowoczesność miała być panaceum na wszelakie bolączki współczesnego świata. Szczególnie ciekawy jest ten obłęd na punkcie starzenia się rzeczy w Ameryce Północnej. Bowiem jest wprost odwrotnie proporcjonalny do oceny procesu starzenia się człowieka. W tym przypadku mamy do czynienia z próbami zachowywania młodości i pozorów. Za wszelką cenę.

W ciągu następnych 15 minut minęliśmy podobne, wąskie zatoki, wcięte w ląd. Najpierw Aquaforte, przypominające norweski fiord, gdzie w czasie wojen francusko-angielskich, by uniknąć bombardowania, francuska flota celowo osiadła na mieliznach i podwodnych skałach. Przed miasteczkiem Flat Rock na falujących wzgórzach seria wiatraków elektrowni wiatrowej.

I Fermeuse, gdzie próbowali niegdyś osiąść Walijczycy, z długą, fiordowatą zatoką. Przed Renews, daleko po prawej, formacje progów przypominające Gros Morne. 

To tu, w małej zatoce zwanej Shag Rock, jesienią 1620 roku przystanął, w celu uzupełnienia zapasów, słynny żaglowiec „Mayflower”. 10-tka prowadzi teraz blisko wody, groblą poprzez zalew, następnie wzdłuż Renews Harbour. Za Cappahayden otwiera się szeroki widok na kompletnie pusty ocean, a co najlepsze, równie kompletnie pustą szosę. Czyżby upał zmógł Nufich? Co pewien czas wyłączamy klimatyzację, ale nie da się bez niej jechać. Górki, czasem samotne, zalesione wzniesienia, jeziora i skalne progi. Las skarłowaciał, przerzedził się i zaczął zanikać.

Zielona tablica, 24 km do Portugal Cove South i rozległy płaski teren przypominający tundrę na Alasce, w Norwegii czy pewne fragmenty Islandii. W tej pustce park prowincjonalny Chance Cove.

Nagła zmiana pogody czy chmurzy się? Nie, to pasma zawiesistej mgły. Temperatura spada miejscami do 14 stopni, wyłączamy na dobre klimatyzację. Lecz za chwilę przejaśnienie, niebo nieco rozwodnionego koloru i w tej pustce całkiem nierealny mały domek, naprzeciw wjazdu do parku.

Za paręset metrów następny, sprawiający wrażenie wymarłego. Pustelnia. Typowe dla tundry małe oczka wodne, wielka płaska przestrzeń po horyzont, droga miejscami nieco zrypana.

W wyższych punktach maszty przekaźnikowe. Jedziemy wprost na zachód a potem skręt łagodny na południe. Zastanawiamy się, czy te domki w pustce nie są domkami dla myśliwych, bo ten region jest miejscem corocznych polowań na pardwy. Dodatkowo, tutejsze trzy główne rzeki, mają doskonałe łowiska łososia i pstrąga. Czasem wyskakują niedaleko drogi kępy niskich drzew i krzaków. Zapewne płoży się tutaj moroszka. Ciekawe, czy jest tak powszechnie używana jak na Labradorze? O 15.20 osiągamy Portugal Cove South

i od razu wpadamy w gęstą mgłę, która snuje się w różne strony targana wiatrem.

Zamykamy okna, bo wdziera się nam dotkliwy chłód. Co za kontrasty dziś mamy!

Wjazd jak do groźnego i tajemniczego Mordoru.

Droga idzie poprzez mierzeję, z mgły wynurza się zalew. Po lewej wychynęła nagle postać pieszego. Krótki film przez przednią szybę z przedzierania się przez mgłę.

Miejscami mgła powoli się rozrzedza ukazując zatokę Biscay Bay, czyli na pewno byli tu Baskowie.

Wjeżdżamy na groblę i kolejna mierzeję. Nagle czysto, słonecznie i niespodziewany widok mostku we wschodnim stylu.

Ale na grobli poprzez Biscay Bay znów mleczne pasma. Dojeżdżamy do Trepassey, którędy przechodzą w czasie swej sezonowej wędrówki stada karibu z rezerwatu dzikiej zwierzyny Avalon. Do zatoki Trepassey wdzierają się powoli pasma mgły.

W miarę jej objeżdżania ukazują się jeno fragmenty, bo co pewien czas mgła.

Lekko się ociepliło, możemy uchylić boczne okno, z tyłu za naszymi siedzeniami. Objechaliśmy wąską i długą zatokę Trepassey Harbour, miejscami nawet pojawił się las i skończyła płaska przestrzeń. Za Daniel’s Point powrót wypłaszczonej tundry.

Kilometrami. Lecz się teraz pięknie rozsłoneczniło i obaj w milczeniu przypatrujemy się krajobrazowi. Patrzę na mapę i widzę, że przecinamy w poprzek całkiem szeroki półwysep. Dalej pustawo, w ostatniej godzinie minęło nas parę aut i jedna ciężarówka. Czasem przy drodze stary, opuszczony dom i budynek wyglądający na magazyn.

Zatrzymaliśmy się i wyszliśmy z auta. Seweryn udał się na stronę, ja przeszedłem się kawałek wzdłuż drogi. Lekki wiatr, cisza przerywana sporadycznymi głosami ptaków. Spojrzałem w niebo i aż podskoczyłem. Nad nami tkwiło na błękicie pierzaste pióro.

Dobry znak na dojazd do ptasiego rezerwatu. Wróciłem do auta i czekając na Seweryna, który spacerował, zrobiłem kolejne zdjęcie tundry nowofundlandzkiej

 

i skusiłem się na film, kiedy akurat mijał nas samochód, wyraźnie zaprzeczając mym opisom pustej szosy.

Po paru kilometrach pojawiły się reklamy, między innymi B&B o nazwie „Śpiew wieloryba”, wiadomy znak, że się zbliżamy do brzegu półwyspu. A tam, przy St. Vincent, ponownie zaczaiły się na nas gęsta mgła i spadek temperatury.

Za mostem przejazd po wąskiej mierzei oddzielającej zalew Holyrood Pond od oceanu. Ponieważ jest tak wąsko, od strony wielkiej zatoki St. Mary’s postawiono drewniane umocnienia, z długim na paręset metrów płotem.

Jest tu bardzo dobra plaża i głęboka woda pozwala podpływać wielorybom blisko brzegu. Miejscowość znana jest także z długoletniej hodowli owiec. Pierwszy premier Nowej Fundlandii wymyślił program relokacji ludzi z małych wiejskich osad. Rząd przymuszał ich do przesiedlenia do bardziej rozwijających się ośrodków. I stąd nad zatoką mamy parę osiedli-widm (ghost town), opuszczonych wiele lat temu.

Wjechaliśmy już na drogę z innym numerem – 90,

która prowadzi na północ do autostrady, a ta z kolei do St. John’s, zamykając Irlandzka Pętlę. Z powodu gęstniejącej mgły, mogliśmy się tylko domyślać, jakie widoki są po obu stronach drogi, bo co pewien czas wspinaliśmy się, a nadto słyszeliśmy całkiem bliski, głuchy szum fal w zatoce. Z mgły czasami wynurzały się domy, lecz wszelakie dźwięki były przytłumione. Jednym słowem kontynuowaliśmy jazdę w tajemniczej krainie, jak duchy wśród duchów. Powoli, bo co chwila miejscowości i gęstniejąca mgła. Lecz za paręnaście minut rozjaśnienie i …las. Za Saint Mary’s, gdzie żyją potomkowie irlandzkich emigrantów, przybyłych tu przeszło 200 lat temu, na rybałkę i prowadzenie farm, świat widzialny powrócił.

Widać domy na farmach, po drugiej stronie zwężającej się zatoki i obaj stwierdzamy, że tu jest wykapany islandzki krajobraz. Lasu coraz więcej, lecz nic dziwnego, bo parę kilometrów dalej, na prawo od drogi, rozciąga się olbrzymi rezerwat dzikiej zwierzyny Avalon, o powierzchni przeszło tysiąca kilometrów kwadratowych. To obszary leśne i tundra. Charakterystycznym elementem tutejszego krajobrazu jest duża ilość wielkich głazów narzutowych.

Jedziemy teraz szybciej, w pustawej okolicy nadrabiając poprzednie, mgliste odcinki. Dojeżdżamy do wąskiej zatoki Salmonier Arm, zaraz boczna droga 94, my prosto, bo musimy skręcić dopiero w 91. Po przeciwnej stronie opatrzony już z wielu miejsc widok – domki przy lokalnej szosie, czasem powyżej na stoku i rybackie kutry przy małej przystani. Na środku zatoki jakaś wielka skrzynia, wąskie i długie wysepki, piaszczyste łachy. I nagle po przeciwnej stronie zaskakująco wielki kościół. To katolicka świątynia w miasteczku Mt. Carmel pod wezwaniem Naszej Pani z Góry Karmel.

Mostem nad rzeką Salmonier, miasteczko St. Catherine’s, jedziemy nad brzegiem rzeki wijącej się po rozległej łące i jest zjazd w lewo na 91. Tutaj żegnamy się z Irlandzka Pętlą. Zaczyna się piękna droga w lesie. Cieplej, otwieramy okna. Dopiero teraz dochodzi do nas, że od dłuższego czasu nie ma owadów, szyby na ogół czyste i nie atakują komary. Może tu zbyt chłodno i wietrznie? W 2008 na Labradorze, w niektórych miejscach, był istny obłęd – komary i diabelskie czarne muszki. Chodziliśmy w specjalnych siatkach ochronnych. Długa wspinaczka po wielkim garbie. Za parę minut las się gwałtownie kończy i wypadamy na rozległe łąki. Na horyzoncie ciągną się pagóry, żadnych osad i miasteczek, czasami pojedyncze domy.

Pojawia się rozjazd na 93, most i po lewej zatoka Colinet Arm. Następny most na rzece, właściwie dwa mosty, zaraz koło siebie. Ten po którym jedziemy wybudowany w 1990 roku. Rzeka kamienista i z porohami. Las karłowacieje, zastępowany obszarami gęstych krzaków. Już jest oznaczenie rezerwatu ptaków na przylądku St. Mary’s i znak drogi 92, którą pojedziemy wprost na południe. Krajobraz zaczyna być męczący w swej powtarzalności. Droga spękana i miejscami trzeba uważać na dziury. Przed siedemnastą widok na zatokę North Harbour z majaczącą sylwetką góry, która wygląda jak pancernik z filmów science-fiction. Z bliższej odległości okazuje się, że to wyspa,

lecz za chwilę kompletnie się rozmazuje. Mgła i sylwetki domów po przeciwnej stronie, w South Harbour nabierają swoistego kolorytu.

Jak tylko się oddalamy od oceanu mgła ustępuje. Podjazd, zjazd i jeszcze dłuższy podjazd, płaska równina. Ponownie landszafty Jukonu i Alaski. Brakuje tylko wiecznej zmarzliny. Rzeka Red Head płynąca zakolem wokół wielkiego wzgórza. Bardzo długi podjazd i znów na równinie.

Gdy wpadamy w postrzępione pasma mgły, wiemy że jesteśmy przy oceanie. Skręcamy na zachód i wjeżdżamy w istne mleko.

Wyłania się z niego nisko przy drodze napis – „Myśl o przyszłości. Proszę zwolnij, a przede wszystkim nie pij, gdy jedziesz”. To miejscowość Branch i przy wjeździe na most nagle cud – nie ma mgły i wszystko klarowne.

Droga zmienia numer na 100, za miasteczkiem, na rozlewiskach z łąkami, stoją konie,

w parę minut potem widzimy pasące się owieczki.

Biorę plan, który wydrukowałem w czerwcu, w szkole i odszukuję boczną drogę, która ma nas doprowadzić do ptasiego rezerwatu. Wygląda na podrzędną, pewnie szutrową. Wjazd na równinę i przed nami wielki tuman mgły. Zaczynam się martwić co to będzie nad oceanem, czy zdołam zobaczyć w takich warunkach ptasie kolonie. Jest znak,

ale zjazd w lewo nie jest dla nas. Jedziemy dalej i za parę minut upragniony symbol rezerwatu.

Ku memu zaskoczeniu asfaltowa, choć bardzo wąska droga, porośnięta po bokach gęstwą krzaków. Miejscami nieco popękana, lecz najgorsze, że wpadamy w totalnie gęstą mgłę.

Seweryn z kolei wpada w swój nastrój czarnych prognoz i wieszczy, że nic z tego nie będzie. Ja jak zwykle prę uparcie naprzód.

Nagle na drodze widzę leżącego królika. „Hamuj” wołam do Seweryna, który w tym momencie też zauważa denata. Zatrzymaliśmy się, wysiadłem i usunąłem biedaka na pobocze koło krzaków.

Dalsza jazda w mleku tak gęstym, że miałem obawy czy odnajdziemy owo miejsce. Osiągnęliśmy budynek rezerwatu, zamknięty na głucho, koło 19-tej.

Na parkingu, niedaleko morskiej latarni z 1860 roku, w aucie siedziało starsze małżeństwo i nie miało ochoty wychodzić na zewnątrz, bo mgła się skraplała i osiadała na ubraniu i włosach. Seweryn oświadczył, że nigdzie nie idzie i wraca do auta. Zdołałem przed następnym napływem mgły przejrzeć tablice informacyjne.

Z zawiesiny wynurzył się jakiś człowiek, który okazał się chińskim turystą. Zapytałem go czy warto pójść w głąb rezerwatu i dojść do urwisk, bo przecież mgła… Bez słowa podsunął mi pod oczy swoją kamerę i pokazał film, który zrobił godzinę temu. Już widok planszy na budynku dostatecznie podniósł mi adrenalinę,

lecz pokaz filmu przekonał mnie ostatecznie. Poprosiłem Seweryna aby zaczekał, sfilmowałem otoczenie budynku, tak by nagrać jednocześnie regularnie odzywający się buczek przeciw mgielny.

Założyłem kurtkę przeciwdeszczową i poszedłem ścieżką poprzez łąkę, zachęcany przez głośnego śpiewaczka siedzącego na poręczy. 

Znajdowałem się na krańcu półwyspu Cape Shore, stanowiącego część wielkiego półwyspu Avalon. Cape Shore był niezamieszkany do przełomu wieków XVIII/XIX, lecz wtedy dwaj bogaci kupcy z Placentii zaczęli sprowadzać osadników irlandzkich, bowiem tutejsze doliny rzeczne stwarzały, dość rzadką na Wyspie, możliwość rozwinięcia farm (głównie warzywnych) i hodowli (krowy i owce). Lecz w końcu wieku XIX zdecydowaną przewagę uzyskało rybołówstwo kontynuowane do dziś, nawet mimo rządowego moratorium na dorsza. Od lat 90-tych rozwinęła się znacznie turystyka.

Atrakcją przyciągającą corocznie tysiące osób, jest ekologiczny rezerwat ptaków na przylądku St. Mary’s (Cape St. Mary’s Ecological Reserve). Zajmuje obszar 64 km², z czego na część oceaniczną przypada 54 km²; utworzono go w roku 1983. Sytuuje się w ekoregionie Wschodnich Oceanicznych Jałowych Pustkowi (barrens), gdzie arktyczna tundra sięga najdalej na południe. Na rozległych płaskowyżach, z wciętymi przez ocean zatokami i mini fiordami, zalegają wielkie łąki pokryte gęstą roślinnością (trawy, alpejskie dzikie kwiaty, dzikie irysy, mchy i porosty) i nisko płożącymi się krzakami. Są tu liczne jeziorka, bagna i torfowiska oraz strumienie spadające czasem wprost do oceanu. Pionowe spadki na klifach osiągają 120 metrów wysokości i najsłynniejsza jest Ptasia Skała (The Bird Rock), pokryta tysiącami gniazd (około 60 tysięcy), gdzie można obserwować ptasie życie zaledwie z odległości 10 metrów. Zimuje tu także tysiące innych gatunków, jak kamieniuszki (harlequin duck), edredony (eider), melanity (scoter) i lodówki (long-tailed duck). To jedna z największych kolonii morskich ptaków w Północnej Ameryce i zarazem najlepsze miejsce do obserwacji, szczególnie w okresie lęgowym (od kwietnia do lipca). Jednakże o tym samym czasie istnieje tu najważniejsza przeszkoda – częsta mgła (średnio 200 dni w roku), chłód (średnia temperatura lipca wynosi 14 stopni Celsjusza) i przelotne opady drobnego deszczu. I akurat na taki dzień trafiliśmy. Jak jest ładna pogoda to widoki są takie,

Zdjęcie z Internetu

lecz mnie niestety czekało ostrożne przedzieranie się ścieżką

poprzez mokrą zawiesinę.

Szedłem klucząc około 20 minut napotykając dwie powracające osoby, które mnie zachęciły by dojść, bo widok jest fantastyczny, mimo mgieł i osiadającej na wszystkim wilgoci. Miałem już mokre włosy i buty. Idąc ku niewidocznemu oceanowi słyszałem coraz głośniejszą wrzawę ptaków. Kawałek w dół, troszkę pod górę i wtedy usłyszałem szum, a czasem ryk oceanu, wdzierającego się bulgoczącym dźwiękiem w głąb skalnych korytarzy. Dobiegł mnie rybny zapach i fetor guana. Przy krawędzi stała dwójka dorosłych, dwóch nastolatków siedziało na skałach. Rozmawiali po niemiecku, przeto grzecznie ich pozdrowiłem zapamiętanym niemieckim zwrotem- wie geht’s?, co ich zaskoczyło, a potem nieco skrępowało, bowiem sądzili, że rozumiem o czym mówią. Byli z Drezna, czyli Ossi, małżeństwo z dwójką synów i w rodzicach była resztka typowej nieufności, wyniesionej z długich lat życia w Enerdówku. To się często rzuca w oczy. Podobnie było w Patagonii, gdy wzięliśmy do auta młodą parę z Lipska – dystans. W Niemczech Zachodnich, czy Berlinie Zachodnim, było zupełnie inaczej. Panowała niczym nie wymuszona swoboda kontaktu i konwersacji.

A przede mną wspaniałe w swej różnorodności ptasie życie na słynnej Ptasiej Skale.

Gniazda założone czasem w najbardziej stromych miejscach.

Towarzystwo nader rozgadane, czulące się pary, czasem zawzięte dialogi i nawet kłótnie. Kto mieszka na przeszło stumetrowym piaskowcu Ptasiej Skały i w okolicach? 24 tysiące północnych głuptaków białych (gannet), 20 tysięcy czarnonogich mew trójpalczastych (black-legged kittiwake), 20 tysięcy nurzyków zwyczajnych (common murre), 2 tysiące nurzyków grubodziobych (thick-billed murre), przeszło sto par alki zwyczajnej (razorbill), 60 par nurnika białoskrzydłego (black guillemot) oraz różne kormorany i północne fulmary (Nothern fulmar). A jeszcze dodajmy ptaki zimujące. Istna ptasia metropolia.

Niektóre miejsca napełniały grozą,

tym bardziej, gdy przebijała się do świadomości wyobraźnia i poczucie, iż tutaj jeden fałszywy krok oznacza koniec człowieczego życia.

Ptaki ze swobodą szybowały w różnych kierunkach nad przepaściami,

rozharatanymi skałami,

nad walącą wściekle wodą w załomach i skalnych korytarzach.

A stateczny spokój emanował z alki stojącej na skalnej ambonie.

Niedaleko mnie para głuptaków wdała się w ostry dialog.

Trochę powyżej następna alka zachowująca olimpijski spokój.

Podobnie jak mewy

i nurniki.

Za to na dolnych półkach wielki harmider,

a ponad nimi szybujące białe głuptaki.

Skierowałem znów aparat na Ptasią Skałę

 

żałując, że nie ma lepszej pogody, gdy ptaki są wyraźniej widoczne.

Zdjęcie z Internetu

Przełączyłem aparat na filmowanie fascynującej kolonii głuptaków na Skale.

Niemiecka rodzina grzecznie powiedziała „Auwidersein” i się oddaliła. Zostałem sam na sam z królestwem ptaków, skał i oceanu. I wtedy zauważyłem parę alek na skalnym występie.

Za chwilę nastąpiły odwiedziny,

połączone z seria pytań ze strony małżeństwa.

Po nich nastały nawet pewne czułości przy pomocy dziobów,

 

spojrzenie w kierunku innych, czy widzieli jak łatwo można się dogadać, 

poparte zadowolonym rozłożeniem skrzydeł przez głównego negocjatora.

Samica, komuś tam u góry odpyskowała, kto się widocznie próbował wtrącić z niestosownymi komentarzami.

Zaprawdę żal było stamtąd odchodzić, ale od oceanu przylazło następne pasmo tak gęstej mgły, że nie tylko Skała prawie zniknęła, lecz zaczął zacinać deszcz. Postanowiłem wrócić, tym bardziej, że była już prawie dwudziesta, a przed nami jeszcze nieco kilometrów. W pewnym miejscu mgła ustąpiła i otworzył się widok na wielkie pole paproci. 

Z parkingu wracaliśmy do 10-tki w bardzo gęstej mgle. I nagle coś zdumiewającego, zaskakującego, rozegrało się przed naszymi oczami. Mała kuna z wysiłkiem targała owego padłego królika, przecież o wiele od niej większego, w gęste krzaki. Spanikowana próbowała go szybko wciągnąć, lecz zanim otworzyłem okno i dobyłem aparat, zrezygnowała czmychając w krzaki. Dojechaliśmy do 100 i z mgły wyłania się tablica – do Placentii tylko 50 kilometrów. Za parę minut zabawna historia. Jadący naprzeciwko we mgle samochód, daje nam znaki światłami. Zwalniamy, zrównujemy się, otwarcie szyb, kierowca pyta o ptasi rezerwat. Z przodu kobieta, z tyłu dwójka ożywionych dzieci. Włoska rodzina na wakacjach, zagubiona w tym krajobrazie i we mgle. Tłumaczymy jak dojechać do rezerwatu, pocieszamy, że niedaleko i radzimy szybko jechać, bo już zmrok. W końcu mówimy, że najlepiej zanocować gdzieś niedaleko i wybrać się tam jutro rano, bo może nie będzie mgły, a widoki są wspaniałe. Dziękują i mówią, że przemyślą sprawę. Wyglądali na nieźle skołowanych.

Zmrok zapada szybciej niż sądziliśmy, mgła się przerzedza, ale już mam dość zdjęć na dzisiaj i odkładam aparat. Za parę minut mgła gęstnieje, wiadomy znak, że jesteśmy blisko oceanu. Miasteczko St. Bride’s i za nim skręt wprost na północ. Światła w domach przy drodze, za nimi już głęboki zmrok. Znów się zastanawiam jak tu ludzie żyją… Teraz jest szybka łączność ze światem, świat włazi do ciepłego domu, czasem natrętnie. Nieraz przeraża, szokuje lub bulwersuje. Bo tu inny rytm życia. Przede wszystkim nie ma cywilizacyjnego zgiełku, pośpiechu i owego nienaturalnego hałasu. Bo szum wiatru, ryk sztormu na oceanie, szmer strumienia lub jego łoskot na kaskadach, wszystko dźwięki naturalne do których człowiek przyzwyczajony, ba, lubiący je. I ta przepiękna cisza w nocy, gdy rzeczywiście można odpocząć. Mimo wspomnianego wiatru, sztormowej pogody. Lecz mogę sobie tylko spróbować wyobrazić, jak tu jest zimą, na tych wychłostanych przestrzeniach.

Wjeżdżamy w małe doliny i skalne korytarze. Tradycyjnie na tej drodze co pewien czas długie podjazdy. Czerwone światełko na wieży transmisyjnej i pustka płaskowyżu. Osada Angels Cove; czyżby opadały tu anioły, jak w pięknej piosence Stinga „Kiedy opadają anioły” z albumu The Soul Cages. Potem, co parę kilometrów, ciąg nazw wzdłuż brzegu zatoki Placentii – miasteczko St. Patrick’s, ostry podjazd, Stoney House, park prowincjonalny Gooseberry Cove, następny podjazd, dalekie, mrugające światełko na oceanie, duże „S” na drodze, Seweryn, jak to u niego zazwyczaj wieczorem, coraz pewniej prowadzi. Dolina, następny podjazd, Ship Cove – zdołaliśmy zoczyć dwie farmy i jeden samotny dom. Coraz większe urozmaicenie, górki, koniec płaskiej tundry, las nas znowu otacza po obu stronach 100-tki. Z powodu braku łączności nie mogliśmy się dodzwonić do noclegu w Placentia. Wreszcie koło 21.30 się udało, pani potwierdziła, że będzie na nas czekać.

Most nad rozlewiskiem w Great Barasway, jazda nad ciemniejącym oceanem, niemal na jego niewysokiej krawędzi, Little Barasway, potem grobla po mierzei przy Glennons Cove, zakrętasy w Point Verde, skręt na wschód, strzałka w lewo na prom do Nowej Szkocji, my też w lewo, tabliczka z nazwą Placentia, a za nią … wjazd w krainę wysterczonych wzgórz, wypiętrzonych nad nimi chmur, snujących się dołem mgieł, wyróżniającą się kratownicą wysokiego mostu i dziesiątkami rozsypanych świateł.

Widok miasta pod wzgórzami, co najmniej z filmów Davida Lynch’a.

Zadzwoniłem do naszej gospodyni, że już jesteśmy. Wyczułem na mej mapce z internetu, że będzie to przed mostem, po prawej. Dojechaliśmy, zapukałem, wyszedł jakiś gość, powiedział, że wszystkie pokoje są zajęte, na co mi opadła szczęka. Lecz pocieszył mnie, że pewnie mamy pokój w innym miejscu, w „Phillip’s Cafe” i tam czeka na nas gospodyni. Nadał nam kierunek, przejechaliśmy po moście robiącym wrażenie, bo jest wysoki i zwodzony nad wąską zatoką Northeast Arm, do której dobiega druga, Southeast Arm. Dlatego główna część miasta jest na półwyspie. Zagrzechotaliśmy Dożą na kratownicy mostu i kawiarnia okazała się ładnym, piętrowym domem z pokojami na górze, nazwanymi Wronim Gniazdem (The Crow’s Nest). Kawiarnię już zamknięto, co nas nieco spłoszyło, bowiem po śniadaniu cały dzień spędziliśmy na bananie i dwóch jabłkach na głowę. Spytaliśmy co jest jeszcze otwarte i pani oznajmiła, że chyba tylko Tim Hortons. Pobraliśmy klucze i ruszyliśmy na poszukiwanie Hortons’a, do którego dojechaliśmy po 22-giej i klops – nieczynny.

Seweryn próbował jeszcze negocjować, ale była to strata czasu. W drodze powrotnej pojękiwał, że będzie się musiał wspinać na piętro, „A przecież miałeś załatwiać pokoje tylko na parterze”, ja do niego żeby „Zamknął dziób i jechał”, bo obaj byliśmy już rozdrażnieni, bowiem głodni potężnie. Dojazd nie poszedł nam łatwo, bo oprócz rozdrażnienia nie znaliśmy rozkładu ulic i było ciemno. Chcieliśmy zasięgnąć języka, a tu żadnej żywej duszy. Na szczęście znakiem rozpoznawczym był most, który wreszcie odnaleźliśmy i potem nasze noclegowisko. Wniosłem rzeczy Seweryna i zabrałem się za robienie kolacji, bo mieliśmy jeszcze zapasy konserw i zup w proszku. Po kolacji jeszcze butelka wina, Seweryn czytał coś na tablecie, ja przerzucałem zdjęcia i czułem mimo wszystko pewne rozczarowanie, bo ani łosi, ani maskonurów, a w rezerwacie przeszkodziła mgła. Ale co zobaczyłem i usłyszałem to moje.

W komputerze zastanawiający mail od pani Katarzyny z Wrocławia, którą znam mailowo, od może dwóch tygodni – istna powódź informacji i miły entuzjazm względem mej osoby. Gdy wyjadę do Polski będzie opiekowała się przez dwa miesiące mym mieszkaniem. Potem zawita Bogdan z Danką. Planuję powrót z Polski w listopadzie.