Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

17 lipca Clarenville – droga 80 i 70 – St. John’s

Do Saint John’s mamy niedaleko i dlatego pospaliśmy nieco dłużej. Przygotowałem śniadanie, a tu od rana Seweryn na dołowaniu. Potwornie zagubiony, w totalnym chaosie i bezmyślnie gada o niczym. Wyszedłem z pokoju przed nasz hotel,

by się nie dać ponieść, przeszedłem kawałek po parkingu i siadłem w restauracji zagłębiając się poprzez Internet w Clarenville.

Miasto leży w centrum zbiegu trzech półwyspów – Bonavista na północy, Avalon na wschodzie i Burin na południu.

Prowadzą doń dwie, wąskie cieśniny (25 km długości, 450 do 600 metrów szerokości) i port tutejszy jest najdalej wsuniętym w ląd, choć panuje tu klimat morski. Jest najbardziej bezpiecznym i wolnym od lodu portem na wschodnim wybrzeżu Wyspy. Niejako dowód na to tkwił w oddali, za oknem restauracji, gdzie raczyłem się kolejną kawą.

Okna są w tej części wielkie

i mam widok na wewnętrzne podwórko, z basenem i leżakami.

Wracając do opisu miasta – ma ono 6290 mieszkańców; pierwsi osadnicy przybywali w 1848 roku osiedlając się w pięciu różnych miejscach, które potem, w 1892 roku, połączono w jeden organizm miejski, tym bardziej, że dotarła tu kolej. Linia kolejowa biegła z Port Basque przez Deer Lake, Gander, Clarenville, Arnolds Cove do St. John’s. Ukończono ją w 1898 roku, miała węższy rozstaw torów (1067 mm) i po 1949 roku stała się częścią Narodowych Kolei Kanadyjskich (CNR). Pociąg pasażerski nazwano Karibu, lecz powszechnie mówiono nań Nufi Pocisk (The Newfie Bullet). Wzmożona konkurencja ze strony linii autobusowych ostatecznie zlikwidowała ruch pasażerski w 1969 roku. W latach 70-tych konkurencja ze strony ciężarówek wykończyła transport towarowy. Historia kolei na Wyspie skończyła się 1 października 1989 roku. Poza rybołówstwem i fabryką konserw rybnych rozwijały się tartaki, a później doszła turystyka. W 1993 roku do miasta dołączono leżące niedaleko na północ Shoal Harbour.

O wpół do dziesiątej, we wzrastającej temperaturze, zapowiadającej następny gorący dzień, spakowałem wiktuały i wodę do chłodziarki, wręcz zmusiłem Seweryna do wykrzesania nieco energii i zapakowania wszystkiego do auta i przed dziesiątą byliśmy na trasie.

Od razu wpadliśmy w typowy krajobraz – droga wycięta w skałach i zatopiona w gęstych lasach,

co pewien czas dochodzi do Północnozachodniego Ramienia. Przy Deep Bight wspaniały widok na zatoczkę Dno (The Bottom)

z daleką perspektywą Ramienia.

Widać także fragment naszej drogi na której byliśmy parę minut temu. 

Przed zjazdem do miasteczka Adeytown, wyróżniająca się na horyzoncie góra wygląda na bardzo stary wulkan.

Dojeżdżamy do Południowozachodniego Ramienia otoczonego górami.

Szosa dobiega do pionowej krawędzi rozległego urwiska.

Za parę minut zdecydowanie odjeżdżamy wprost na południe. Do St. John’s tylko 155 km i zagłębiam się w mapę, by znaleźć coś poza planem. Ostatnie dwa dni kompletnie poprzewracałem i koryguję trasę na bieżąco. Gdy przejedziemy wąski pas lądu, łączący nas z półwyspem Avalon, skręcimy w 80 i objedziemy jedno z mniejszych ramion półwyspu. Wielki Avalon ma cztery ramiona z czterema wielkimi zatokami: Trinity, Conception, St. Mary’s i Placentia

w sumie 9.220 km² z 262 tysiącami mieszkańców (51% całej populacji Wyspy). Avalon położony jest najbliżej słynnych łowisk Grand Banks i stanowi centrum nowofundlandzkiego rybołówstwa.

Po dziesiątej docieramy do miejsca, gdzie od Jedynki odchodzi droga nr 210, zwana Drogą Dziedzictwa.

Biegnie ona po półwyspie Burin z którego jest zaledwie 25 km do wysp St. Pierre i Miquelon, ostatniej posiadłości francuskiej w Ameryce Północnej. Za rozjazdem zajeżdżamy na tankowanie do stacji Irvinga. Kiedy z niej ruszamy dobiega nas narastający łoskot wirnika helikoptera. Nisko na niebie pojawia się wielka, tak rozmazana w pyle maszyna,

iż sądziłem, że gasi pożar lasu. Lecz za chwilę widzę, że helikopter manewruje ustawieniem wieży dla linii przesyłowej wysokiego napięcia.

Po przejechaniu nasady wąskiego przejścia lądu na półwysep Avalon, zza krawędzi lasu wynurzają się urządzenia rafinerii w miejscowości Arnold’s Cove.

Miasto na szczęście jest oddalone od rafinerii i zajmuje przylądek Arnold’sa.

Przed tą miejscowością szosę przecina specjalny szlak, zwany The Great Trail (Wielki Szlak), dawniej nazywany Szlakiem Transkanadyjskim. Pomysł powstał w 1992 roku i obejmuje 24 tysiące kilometrów specjalnych dróg – turystycznych, pieszych i wodnych, od Atlantyku do Pacyfiku. Szlak można przejść pieszo: trwa to dwa lata, dwa miesiące i tydzień (średnio 30 km dziennie); można przebyć rowerem i jeden z rowerzystów zrobił to w sumie przez 202 godziny i 17 minut. Szlak ma być kompletnie ukończony w styczniu 2018 roku. Wspaniały pomysł, który pilotowany był przez niedochodową organizację Trans Canada Trail, jest zarządzany na szczeblach lokalnych, przez władze powiatowe i prowincjonalne, a w parkach narodowych przez federalne. Na donacje złożyły się darowizny rządu federalnego i prowincjonalnych, wielu korporacji, a także indywidualnych osób. Można było za konkretną sumę (bodajże 100 CAD) wykupić kilometr lub parę kilometrów szlaku, co zostało uwzględnione w oficjalnych dokumentach. Ale…

To „ale” nieraz powinno być z dużych liter „ALE”, bowiem sporą część szlaku zrobiono po łebkach i niestety wzdłuż autostrad, w niektórych prowincjach wzdłuż TCH. Już w roku naszej podróży zaczęły się ostrzeżenia i odradzanie ludziom poruszania się pieszo lub rowerem, w parudziesięciu miejscach szlaku i to na sporych kilometrażowo odcinkach. Sama idea i entuzjazm nie wystarczą, niezbędny jest jak zwykle zdrowy rozsądek. Wielu, dobrych w zasadzie i wrażliwych ludzi, wykazuje się zbyt płomiennym entuzjazmem, powierzchowną znajomością tematu, a także swoistym fanatyzmem (im mniej wiedzy tym fanatyzm większy), co w sumie przyczynia się do złych opinii i lekceważąco-niechętnego nastawienia do problemów. To jeden z głównych grzechów nawiedzonych amatorów ekologów i ochroniarzy środowiska.

Odnoszę wrażenie, że co pewien czas wspinamy się na kolejny, rozległy obszar. Droga wije się łagodnie pomiędzy bardzo malowniczymi jeziorami, na przemian po lewej i prawej stronie. Na zjeździe pojawia się tablica z numerem bocznej drogi do wioski Little Harbour.

W oddali ciąg górskich grzbietów, o przeciętnej wysokości 250 metrów n.p.m., będący częścią obszernego płaskowyżu w środku półwyspu. Są to w większości pofałdowane skały osadowe z paleozoiku, z nielicznymi intruzjami skał ogniowych. 250 milionów lat temu była to część południowo-zachodniej Europy i północnej Afryki. Nazwano ten mikrokontynent Avalonia. W paru miejscach na wybrzeżach można znaleźć także najstarsze skały– prekambryjskie. Avalon ma ciekawy i niezwykle malowniczy krajobraz oraz wiele atrakcji: dryfujące góry lodowe, stada wielorybów, miliony ptaków gnieżdżących się na morskich klifach (półwysep nazywa się stolicą morskich ptaków Ameryki Płn. – 35 milionów osobników, w tym pół miliona maskonurów przy zatoce Witles w ekologicznym rezerwacie) i wędrujące stadka karibu. Wzdłuż wybrzeża ciągną się ścieżki spacerowe tworzące w sumie 500 kilometrowy Szlak Wschodniego Wybrzeża (East Coast Trail).

Należy pamiętać, że to pierwszy region Wyspy, który został zasiedlony przez emigrantów z Europy, region pełen legend, prawdziwych, podbarwionych lub wręcz zmyślonych historii europejskich żeglarzy i kolonizatorów i przez długie lata przemilczanej historii indiańskich narodów, wymarłych Beothuk, których Anglicy nazwali czerwonoskórymi, co rozeszło się na setki lat po całej Europie. Wśród Beothuk istniał bowiem ceremonialny zwyczaj malowania ciała i ubrania czerwoną ochrą (inne szczepy używały jej często jako impregnat przeciwko owadom). Jeszcze w wieku XVI przedstawiano obie Ameryki jako bogaty i przedziwny kontynent, wzbudzając tym samym konkurencje pomiędzy europejskimi państwami i niejako wymuszając na władcach fundowanie następnych ekspedycji. Po drodze był rozległy, tajemniczy i groźny ocean zasiedlony przez morskie potwory, olbrzymie ryby, syreny i jeźdźców morza z orszaku Neptuna. Wystarczy przypatrzeć się słynnej mapie Diego Gutierreza z 1562 roku (po lewej obie Ameryki, po prawej powiększony fragment mapy).

Skąd wzięła się nazwa – Avalon? Pierwszą osadę angielską założono w 1610 roku. Potem możnowładca angielski, sir George Calvert, otrzymał wielkie prawo własności na półwyspie i stworzył kolonię Ferryland. W 1632 roku król dokonał nowego nadania i całość nazwano Prowincją Avalon na cześć Old Avalon w Anglii, gdzie powstał jeden z najwcześniejszych ośrodków chrześcijańskich. Intencją Calverta było utworzenie kolonii dającej schronienie angielskim katolikom, którzy byli wtedy w Anglii prześladowani. Dla mnie nazwa Avalon kojarzy się z przepięknym utworem Van Morrisona (ach, jego niezapomniany, awangardowy zespół „Them”!) z albumu „Enlightenment” – Avalon of the heart. [https://www.youtube.com/watch?v=550VZHwxd8E ] Utwór ten dotyczy romantycznego okresu europejskiego Średniowiecza, z królem Arturem na czele.

Rzeczywistość po drugiej stronie oceanu była inna. Wpierw zaczęły się wojenne potyczki z Francją, przeradzające się miejscami w bardziej poważne starcia. Anglicy przechwytywali francuskie okręty i niszczyli ich osady na półwyspie. Francuzi czynili podobnie, włącznie z kompletnym zniszczeniem miasta St. John’s. W czerwcu 1755, niedaleko przylądka Race, mimo iż panował pokój między Anglią a Francją, trzy okręty angielskie starły się z trzema francuskimi, co wywołało pierwszą wojnę europejską zapoczątkowaną w Ameryce Północnej – Wojnę Siedmioletnią. Wojna zakończyła się w tym miejscu, gdzie się zaczęła – ponownym i ostatecznym zdobyciem miasta St. John’s przez armię angielską. W czasie wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych i w roku 1812 półwysep służył jako miejsce treningu angielskich marynarzy i żołnierzy.

Znak Szlaku Rybołowa (Osprey Trail), który przechodzi groblą przez część jeziora Blue Gull Pond i odchodzi w lewo jako droga nr 201. Do St. John’s 109 km, ale nas to nie dotyczy, bo zrobimy jeszcze dodatkowy objazd po drodze nr 80. Zakręt i jazda w skalnym korytarzu,

krótką groblą poprzez małe jezioro, dłuuugi zjazd i znów lekko pod górkę. Na dół do rozjazdu – 203 na lewo, a po prawej niespodziewanie ukazuje się ponownie 201. Pokonujemy kolejne siodła, ruch się zagęszcza,

jak zazwyczaj przed większym ośrodkiem miejskim. Siodło, łęk, siodło, łęk, 

jezioro przy wzgórzach Tappers, siodło i za nim Seweryn rzecze „Co jest do cholery! Znów droga 201”. Nie tylko; jest kolejny rozjazd na 202. Trzeba być nie tylko uważnym, ale pogodzić się z myślą, że ta sama droga może mieć różne nazwy. 201 zamknęło tu swą pętle zawile prowadzącą po wschodnim wybrzeżu. Długi łuk,

po paru minutach zjazd na 100, do Placentia, gdzie za dwa dni mamy nocleg. I dodatkowa nazwa drogi – Wybrzeże Przylądkowe (The Cape Shore) z ładnym znakiem głowy ptaka… głuptaka po polsku, a gannet po angielsku. Znak zjazdu do ptasiego rezerwatu, gdzie także zawitamy później.

Brama nad autostradą z oznaczeniem zjazdu na 80, pierwszą w prawo. Nieco skomplikowany zakrętas, Seweryn panikuje, przymuszam go by kierował się moimi wskazówkami i nie salomoncił. Za chwilę się śmieje, bo widzę że 80-tka nazywa się Baccalieu Trail

i przypominają mi się portugalskie uczennice z mej szkoły. Gdy były trochę nieznośne upominałem je, mówiąc „Quiet Bacalhau” (jaka fajna wymowa tego słowa – bakaljeu; pisownia baccalieu jest derywatem), czyli „spokój dorsze”. Podobnie brzmi nazwa dorsza po hiszpańsku – bacalao lub po baskijsku – baccalos, ale portugalska wymowa najbardziej mnie ujmuje. Potrawa z dorsza to niemal narodowa obsesja w Portugalii. Nazywana jest pieszczotliwie „wiarygodny przyjaciel” i tradycyjnie spożywa się ją na Wigilię. Przyrządzana na przeszło sto różnych sposobów, lecz najlepsze jest bacalhau á brás – smażenie dorsza w cebuli, podpiekanych ziemniakach lub frytkach, z oliwkami, pietruszką i jajkiem.

Teraz prosto Szlakiem Dorsza (przeszło 230 km długości), jednym z najbardziej malowniczych przejazdów w Kanadzie nad oceanem Atlantyckim. Idzie najpierw na północ jako 80 N, niedaleko krańca półwyspu łączy się z 70, którą z kolei zjeżdża się na południe.

Przy tych dwóch drogach jest szereg interesujących miejsc, związanych z historią Nowej Fundlandii. Od tej najdawniejszej, archaicznych Indian sprzed 5-6 tysięcy lat, do okresu intensywnej kolonizacji i czasów nowożytnych. Na przykład za Cavendish jest seria małych miasteczek związanych z nazwą serca (heart). Zadowolone Serce (Heart’s Content) było miejscem pierwszego stałego połączenia kablowego Ameryki Płn. z Europą (rok 1866) i latem można zwiedzać starą stację telegraficzną, zachowaną wraz z urządzeniami. Niedaleko od Winterton, pomiędzy zalesionymi wzgórzami są na jeziorach jedne z najlepszych terenów wędkarskich (pstrągi). Na samym końcu półwyspu, w miejscowości Grates Cove przez lata był legendarna skała, na której ponoć wyrył inskrypcje John Cabot. W latach 60-tych jacyś ludzie, podający się za historyków z uniwersytetu Memorial, zabrali skałę i do dziś nie wiadomo gdzie jest. Niezrażeni tym mieszkańcy, co roku dalej organizują festiwal „Cabot Rock”.

Niedaleko Grates, w zatoce Redhead, klify mają czerwony kolor. Jadąc dalej, tym razem na południe, przy Lower Island Cove natrafiamy na zatokę znaną ze swych spektakularnych widoków. Western Bay jest miejscem urodzenia jednego z najwybitniejszych poetów kanadyjskich E.J. Pratt’a. W miasteczku Blackhead mamy pierwszy kościół Metodystów w Kanadzie, postawiony w 1769 roku. I dojeżdżamy do miasteczka Harbour Grace, założonego przez Francuzów, które od wieku XIX stało się drugim, największym na Wyspie. Pomiędzy latami 1814 a 1944 siedmiokrotnie wybuchały wielkie pożary, które drastycznie zahamowały rozwój miasta, lecz na szczęście ocalało wiele zabytkowych budowli. Miasto jest związane z historią lotnictwa, bowiem stąd odbywało się wiele pierwszych prób pokonania Atlantyku, co w końcu dokonano w 1927 i w tym samym roku otworzono tu pierwsze cywilne lotnisko w Ameryce Północnej. W 1932 roku z Harbour Grace wystartowała słynna Amelia Earhart, by stać się pierwszą pilotką, która samotnie przeleciała Atlantyk.

Baskowie, od XVI wieku, dokonywali sezonowych połowów w dzisiejszej zatoce Hiszpańskiej (Spaniard’s Bay). Leżące przy niej miasto Bay Roberts jest wielkim centrum handlowym. Na jednej z ulic mamy starą stację kablową, która w czasie II wojny służyła do wymiany informacji pomiędzy Churchillem a Rooseveltem. Z innej ulicy zaczyna się znany, długi szlak spacerowy wiodący do zatoczki Francuskiej, skąd można obserwować góry lodowe i stada wielorybów. Drogą 72 wjeżdża się na wąski półwysep Port de Grave odwiedzając szereg rybackich wiosek, leżących w fantastycznej wręcz scenerii wybrzeża. Następnie dobijamy do miasteczka Cupids, miejsca pierwszego osadnictwa angielskiego na Wyspie i w całej Kanadzie, z roku 1610. Równie malowniczym miejscem jest miejscowość Brigus, uznawana przez niektórych za jeden z największych skarbów Szlaku Dorsza, pod względem zachowanego staroangielskiego charakteru budynków i okolicznej scenerii naturalnej. Osiadł tutaj w letniej rezydencji i otworzył swą pracownię znany amerykański artysta, Rockwell Kent. Także tutaj urodził się w 1875 roku słynny żeglarz, pionier nawigacji po Dalekiej Północy, kapitan Bob Bartlett, który w 1909 roku towarzyszył komandorowi Peary w jego ekspedycji do bieguna północnego. Do tego wszystkiego dodajmy obecność piratów, romantyczne historie i długoletnie starcia francusko-angielskie. Pozwoliłem sobie opisać ów szlak bardziej szczegółowo z jednego powodu – straciliśmy jego część biegnącą dalej wzdłuż wybrzeża. Całkiem niepotrzebnie, mimo zapasu czasu, zdecydowałem zjechać na 75, by szybciej dotrzeć do autostrady TCH – Jedynki.

Póki co podążamy 80-ką i Seweryn niepokojąco przyspiesza, a zarazem zaczyna przysypiać. Jak zwykle odbija mu się zarwana nocka i organizm broni się wyrównując niedobór snu. Postanawiam wzmóc czujność obserwacji szosy, jej znaków i nazw mijanych miejscowości, jednocześnie bacząc na przyjaciela, by nie odpłynął na dobre. Zaczyna się podobny układ zabudowy – domy wzdłuż szosy, parę albo i paręnaście kilometrów przed i za głównym miasteczkiem. Jedziemy wzdłuż brzegu pięknego, zalesionego jeziora Blaketown Pond; drewniane domki, głównie parterowe, jedne nad wodą, inne na łagodnym zboczu. Zbliża się południe, znów bardzo ciepło, choć temperaturę, a przede wszystkim nagrzanie auta w środku, schładzają lekkie wiatry od oceanu. Od czasu do czasu włączamy klimatyzację, jednakże preferując naturalną wentylację, uchylamy co pewien czas okna Doży.

W oddali jasnoniebieska woda ze smugami, przeciwny brzeg zatoki z rozsypanymi skupiskami domów, stary wulkan na horyzoncie i plątanina przewodów na pierwszym planie.

Za chwilę jazda brzegiem zatoki i znowu, co ? Dildo!. Przed nami miasteczko Dildo Południowe, a daleko w głębi większe Dildo. Z dwóch zdjęć sklejam jego panoramę.

Zmasowana ilość Dildo zachęca mnie później do poszukiwań skąd się to tutaj wzięło, tym bardziej, że Nufi są znani ze swego poczucia humoru i swoistego podejścia do życia. Najpierw znalazłem informacje, że tutejsze Dildo jest stare, bo założone w 1711 roku. Skąd się wzięła takowa nazwa nikt nie ma pewności. Już źródłosłów owego słowa jest niejasny. Na pewno było używane dla określenia sztucznego fallusa, mniej więcej od XVI wieku. Nadto służyło do pogardliwego określania pewnego typu mężczyzn, w najłagodniejszej formie jako pacan lub patafian, w bardziej obcesowej jako fiut, najczęściej z przydomkiem „tępy” (dumb dildo). Gdy kapitan Cook i jego asystent Michael Lane, dokonywali pomiarów Wyspy i sporządzali jej mapy, często używali zabawnych nazw, lecz starannie wystrzegali się słów uważanych w tamtym czasie za obsceniczne. Obojętnie jak było, wiadomo, że miasto z racji swej nazwy, od dawna miało rozgłos i stało się obiektem dowcipów, niekiedy niewybrednych. W ostatnich latach jest także ulubionym miejscem robienia sobie zdjęć pod tablicą z nazwą, przede wszystkim z pozującymi pod nią niewiastami. W XX wieku było parę lokalnych akcji, aby nazwę miasta zmienić, lecz wszystkie zakończyły się niepowodzeniem.

W zatokę wchodzą trzy mniejsze półwyspy, które z naszej perspektywy wyglądały jak nałożone jeden za drugim.

Jest mała platforma widokowa, gdzie się zatrzymujemy, by rozprostować kości i porobić zdjęcia. Środkowy półwysep ma wysoki, stromy klif,

na przeciwnym brzegu zatoki widać zabudowania osady Old Shop.

Na koniec robię ujęcie na filmie, pełne 180 stopni.

Ruszamy dalej. Wzdłuż drogi cały czas zabudowa, nieraz z obu stron i po paru minutach wyskakuje koło przydrożnych drzew dumny napis Dildo. A pod nim reklamy paru lokalnych atrakcji, z dowcipnym dopiskiem pod mariną – dom kapitana Dildo.

Małą groblą, poprzez jeziorko połączone z zatoką i dlatego nazwane Jeziorem Słonej Wody (Saltwater Pond), wjeżdżamy na teren schludnego miasta New Harbour. Typowa zabudowa Maritimes – domy czasem w zupełnie pustych miejscach.

Przejazd pomiędzy dwoma taflami wody, z prawej jezioro Scotch Pond, z lewej zatoczka Greens Harbour i miasteczko o tej samej nazwie. Domy są ładne, zróżnicowane, raczej skromne, w zdecydowanej większości bardzo zadbane, z obszernymi trawnikami na froncie. Bardzo lubię te, które mają kolor przypalonej czerwieni. Na wielu drzwiach wiszą wieńce.

To stary obyczaj częściowo wywodzący się z obrzędów starogermańskich. Zyskał całkowicie nowe znaczenie, od roku 1839, za sprawą niemieckiego pastora ewangelickiego, Johanna Wichern’a. W przytułku dla sierot, który pastor prowadził w Hamburgu, wpadł na pomysł wzbogacenia dekoracji świetlicy przed adwentem drewnianym kołem, na którym umieszczano i zapalano 24 świeczki. Gdy pastor przeprowadził się do Berlina zredukował ilość świeczek do czterech, a koło miało wplecione gałązki jedliny. Tradycja ta szybko się rozpowszechniła wśród niemieckich ewangelików, a w latach 20-tych XX wieku przyjęła wśród katolików. Pierwsze wieńce pojawiły się w Polsce w 1925 roku, najpierw we Wrocławiu, co zrozumiałe ze względu na położenie miasta na terenie ówczesnych Niemiec. Dziś często zawiesza się wieniec na drzwiach jako symbol harmonii, miłości i domowego ciepła i wisi on przez cały rok.

Przy tutejszych domach, na trawniku lub przy drodze, są jeszcze inne, typowe widoki – klatki na homary.

Nic dziwnego, bowiem mijamy parę wiosek rybackich, jedna za drugą. Przed Whiteway widok na grupę skał, niemal na środku zatoki,

zaraz przy drodze malutka marina i za chwilę wioska Eastern Corner. Kościoły tutaj są nieduże, ładne architektonicznie i czasem na froncie, na trawniku, mają zainstalowane takie maszty jak na żaglówkach, na których powiewają flagi Nowej Fundlandii i Kanady. Już widać daleko przed nami miasteczko Cavendish. Niedługo powinny się zacząć „sercowe” miejscowości. W wodzie malutkiego jeziora odbija się sylwetka kościoła i paru kolorowych domów; zatoka Cavendish i na wprost, daleko na horyzoncie, majaczą zarysy lądu po którym jechaliśmy pół godziny temu. Nagle, wysoko na niebie, pomiędzy drutami zauważam biały wulkan podobny do Fudżi, którą widziałem cztery miesiące temu. To wypiętrzone dobrą pogodą cumulusy stwarzają złudzenia ośnieżonych górskich szczytów.

 

Teraz zgodnie z linią brzegu zatoki, miejscowość Islington, za nią wjeżdżamy po wielkim łuku do Rozkoszy Serca (Heart’s Delight). Rzeczywiście rozkoszna okolica. Rowy przy drodze pokryte fioletoworóżowymi dzikimi kwiatami, kosmate, niewysokie jodły i świerki, drzewa owocowe i soczysta zieleń trawy. Wszystko ujęte w ramy nadbrzeżnych skał, wody i wzgórz.

Potem wielka pustka wody z paseczkiem wzgórz po drugiej stronie i obu nam się skojarzyło z podobnym krajobrazem, podczas jazdy do Wikingów. Tym bardziej, że las zrzedł a potem, na niewielką chwilę, zupełnie zniknął. Pojawiła się tablica miasteczka Pożądliwość Serca (Heart’s Desire), nad małą zatoką, oczywiście o tej samej nazwie. Za nią las powrócił w całej okazałości. Groblą poprzez okazałe jezioro Seal Cove Pond, za nią następne jezioro Southern Cove Pond, przeskok przez górkę i piękny widok na zatokę Zadowolonego Serca (Heart’s Content), gdzie na końcowym cyplu morska latarnia.

Z następnego łuku drogi widok na miasto,

do którego za parę minut wjeżdżamy. Przejazd pomiędzy zachwycającymi domami, niektóre okazałe, dwupiętrowe i ze strychówką. Mijamy parterowy budynek z czerwonej cegły – dawna stacja kablowa przekształcona w muzeum. Jakoś od paru lat zbytnio nie ciągnie mnie do muzeów. Po moich europejskich wojażach w parunastu krajach, doznałem przesycenia nagromadzonymi, niekiedy nader ciasno, eksponatami. I te gęgające wycieczki! Lecz pół godziny spędzone przed „Ogrodem ziemskich rozkoszy” Boscha, w muzeum El Prado w Madrycie… nie-do-za-pomnienia. Tym bardziej, gdy na tle piekła stanęła mała dziewczynka, blond aniołek i była tym piekłem niemożebnie zafascynowana. A tu miasto w amfiteatrze zatoki godne pędzla Wiliama Constable’a.

Dojeżdżamy do miejsca zwanego Butchers, czyli Rzeźnicy. To część Zadowolonego Serca i nie mam pojęcia skąd taka nazwa. Być może mieszkali tu kiedyś rzeźnicy. Teraz port rybacki, z małą przystanią dla łodzi i motorówek.

Jakaś matka wyglądająca na turystkę (szczególnie ujęły mnie jej kalosze w duże kwiaty) pomaga synowi w przechodzeniu po chwiejnym pomoście.

Po południu znów gorąco, z dużą wilgotnością. Pod górę i w las, z obu stron przybywa samochodów.

W pewnym miejscu przy szosie jeziorko, za nim trawiasty wzgórek i ściana lasu. Na wzgórku stoi wielka, ciemnobrązowa klępa i się gapi na szosę. Nareszcie! Pełna ekscytacja. Seweryn, w tym momencie, nie dość że na przysypianiu, to po drodze z maksymalną prędkością 80, gnał powyżej 110, a nawet dochodził do 120. Gdy mu krzyknąłem “łoś, hamuj”, obudził się z letargu i zaczął panikować. Potem, zamiast jak najciszej i w miarę szybko pojechać do tyłu, marudził i łosica zniknęła. Byłem wściekły. Kolejny raz, jego niczym nieuzasadnione rozwijanie szybkości, doprowadziło do utraty zapewne świetnego zdjęcia. Bo klępa była potężna, dostojna i tak przepięknie gapiąca się ze wzgórka na szosę. Mój błąd polegał na tym, że krzyknąłem przy otwartym oknie. Na dźwięk ludzkiego głosu dzikie zwierzę od razu daje w długą, czyli w tym przypadku w krzaki i pomiędzy drzewa. Przeżuwałem swa klęskę jeszcze co najmniej przez godzinę i aby nie wyżywać się na przyjacielu (bo go z początku zbeształem nieźle, głównie za przekraczanie prędkości) zapadłem w milczenie.

Przed New Perlican pokazały się pofalowane wzgórza. Miasteczko rozłożone wzdłuż drogi, wąska zatoka zawalona wielkimi głazami. Stanęliśmy na chwilę koło nader kolorowej restauracji,

bo Seweryn, aby otrzeźwieć, musiał chwilę pospacerować. Ja też kawałek się przeszedłem i robiłem zdjęcia miasteczka.

Dojeżdżając do Turks Cove, zobaczyłem z daleka dwa bochniaste wzgórza, wyższe z punktem widokowym.

Zapewne jest stamtąd rozległy widok na zatoki, które minęliśmy i następne jakie mamy przed sobą. Potem przyuważyłem, iż punkt widokowy jest nad kempingiem przed miasteczkiem Wintertown. W Wintertown ulice wijące się wzdłuż kolejnej zatoki, bardzo gęsta zabudowa. Długi podjazd i ze szczytu bajkowy widok na dwa jeziora zwane Hant’s Harbour.

Ta sama nowofundlandzka melodia – las, skały, jeziorka. W pewnym momencie nie wierzę własnym oczom. Przy drodze maszeruje spory drop. Na szczęście Seweryn wyraźnie się poprawił i jechał spokojnie. Półgłosem mówię mu by zwolnił i stanął, bo jest ptaszydło do zdjęcia. Nie tylko go nie zauważył, ale muszę jeszcze wyraźnie mu wskazać, gdzie drop czujnie przystanął. Nawet zapozował i zaraz truchcikiem zniknął w krzakach.

Parę kilometrów w gęstym lesie i wpadamy pomiędzy domy New Chelsea, rozłożonym nad małą zatoką o tej samej nazwie. Esowate wjazdy na górkę, jedna za drugą, przy punkcie widokowym na chwilę stajemy. Trzy ujęcia – płynącej daleko od brzegu góry lodowej,

widok w dół na miasteczko New Chelsea

i półwysep zamykający zatokę.

Zwracam także uwagę na najbliższe otoczenie pełne traw i kwiatów.

Już mam zawrócić do auta, gdy od prawej, w sinoniebieskiej poświacie morza i na tle zamgleń dalekich wzgórz na półwyspie Bonavista, tam gdzie byliśmy wczoraj, ukazują się następne góry lodowe płynące w szyku.

Droga wycięta na skalnym zboczu, podjazd i panorama początku większej zatoki Russels Cove,

przechodzącej potem w inną, Old Perlican, ze sporą wyspą Perlican na środku. Miasteczko New Melbourne jest jednym z bardziej popularnych miejsc na Wyspie dla windsurfingu.

Około 20 kilometrów dalej, przy miasteczku Old Perlican, jest dobry punkt obserwacyjny wielorybów.

Gdy znaleźliśmy się na wysokości zatoki Russels Cove, otworzył się obszerny widok. Na horyzoncie pasek zamykającego półwyspu, na wprost wyniosły garb wzgórza, na pagórku po prawej, dom zbudowany częściowo z wielkiej przyczepy kempingowej. Lekko pod górę, rzadsze połacie lasu i znów schludne domy wokół zatoczki Brownsdale Cove. Za parę minut kolejne miasteczka: Sibley Cove i Lead Cove, za nimi wpadamy na rozległą przestrzeń, przejazd koło potrzaskanego, skalnego wzgórza i za nim pierwszy znak dojazdu do 70-tki. Po lewej, z dala od szosy, czerwonawy, duży budynek liceum Baccalieau Collegiate, należącego do miejscowości Old Perlican. Z ciekawości zaglądnąłem na stronę szkoły i znalazłem między innymi nazwiska wszystkich 28 nauczycieli, z otwartym miejscem na ocenę i komentarz. Bez ogródek, szczerze, aż do bólu. Zaglądnąć może każdy nauczyciel, uczeń i rodzic.

Dojechaliśmy do skrzyżowania i pokazała się przystań rybacka w Old Perlican

z zakładem przetwórstwa rybnego obok. Nie chcieliśmy wjeżdżać w głąb miasteczka, zawróciliśmy do skrzyżowania i wjechaliśmy na 70-kę, wprost na południe, gdzie będziemy tym razem jechać wzdłuż zatoki Conception Bay. Niestety nie starczyło nam czasu (może chęci? upartości?) by najpierw podjechać odnogą 70-ki do miejscowości Bay de Verde. Ale i tak nie moglibyśmy tam nocować, by zobaczyć coś takiego, jak na zdjęciu znalezionym w Internecie.

Zdjęcie z Internetu

Zarezerwowany nocleg czekał na nas w hotelu w St. John’s. Najpierw trzeba pokonać 104 kilometry do Jedynki.

Ku naszemu zdziwieniu, na rozległym i raczej płaskim terenie, zamiast lasu ciągnęły się po obu stronach drogi gęste krzaki, z których czasami sterczały pojedyncze drzewa. Za parę minut las powrócił zapełniony iglakami. I za moment rozsłonecznione wody zatoki Caplin i miasteczko na dolnym poziomie, nad wodą i także na górze, na wzniesieniach. Około trzech kilometrów za górną częścią miasteczka Caplin punkt widokowy. Wielki cypel nad dolnym poziomem

z drzewami wspinającymi się po pochyłym stoku.

Kiedy oba zdjęcia próbowałem powiększyć na miejscu, w aparacie, zauważyłem nad szczytem wzgórza jakiś obiekt. Niestety przy powiększeniu siada jakość zdjęcia, obraz jest niewyraźny i sądziłem, że przypadkiem uchwyciłem przelatujący samolot. Natomiast Seweryn był przekonany, iż pojawiło się UFO, którego od lat stale wypatruje i jest niepocieszony, że nigdy nie miał z nim spotkania bliskiego stopnia. Później się okazało, że to była przedziwnie ułożona w locie mewa. Tak to, przy pobieżnej interpretacji lubo ekscytacji, powstają plotki i sensacje. Za wysokim cyplem, tkwi inny, z wysuniętymi w zatokę trzema palcami.

Gdy spojrzeć na prawo od niego, daleko widać rozsypane na wzgórzach miasteczko Bay de Verde.

Jest po czternastej a słońce dalej nas smaży, szczególnie w aucie. Na szczęście jest bryza od oceanu. Zza kolejnego zakrętu wyskakują rogatki miasteczka Lower Island Cove,

z których wijąca droga prowadzi do innych domów na wzgórzach.

Miasteczko kończy się uroczym jeziorkiem. Potem Job’s Cove, także rozłożone na wzgórzach, pomiędzy nimi bardzo stromy jar – The Droke, którym prowadzi zejście na plażę. Proszę obejrzeć ciekawe video o tym miejscu, zrobione z drona – (https://www.youtube.com/watch?v=PJslhu3IJE8). Zaglądam do mapy odkrywając przed nami cztery miasteczka, jedne za drugim – Burnt Point, Gull Island. Long Beach i Northern Bay. Najpierw rozpadliny na brzegu zatoki,

za nimi domy w Burnt Point,

czasem w nieprawdopodobnych miejscach, na skalistym cyplu.

Domy ciągną się dalej wzdłuż drogi przechodząc w Gull Island. W Long Beach nadzwyczaj duży, jak na taką miejscowość, kościół z dwoma wieżami w pięknym ciemnozielonym kolorze, kontrastującym z białymi krzyżami i nagrobkami na przylegającym cmentarzu. Zaraz wjazd do Northern Bay i za mostem mały, lokalny park. Wyraźnie przybywa drzew liściastych i takie zagęszczenie miejscowości, że przestałem notować ich nazwy.

Po notatnik sięgnąłem dopiero, gdy ukazała się tablica – miasto zabytkowe z pierwszym zbudowanym w Kanadzie kościołem Metodystów z 1769 roku. Pełna nazwa…Small Point-Adam’s Cove-Blackhead-Broad Cove. Kościół jest na wzgórzu, na prawo od drogi, za nim trzy charakterystyczne górki.

W zatoce Broad Cove wzory białawych smug na wodzie, być może ponad mieliznami.

Teraz z dołu drogi kościół rysuje się wyraźnie na tle nieba i za chwilę go mijamy. Przy Kingston wspaniałe urwiska z trzema cyplami w tle.

Proszę Seweryna byśmy się zatrzymali na poboczu drogi i następne zdjęcia w zbliżeniu.

Zafascynował mnie widok samotnego drzewa na krawędzi urwiska.

I sterczące w oddali z wody diabelskie różki,

którym z lądu przyglądają się zalesione uroczyska ze skalnymi ambonami.

Patrząc na mijane domy zdaje się, że dopiero co zostały porządnie wypucowane i dlatego tak ładnie lśnią w słońcu. Po upiornym brudzie miast, że o Toronto już nie wspomnę, kojące i miłe wrażenie. Nie dziwi mnie już, że pewni ludzie złożyli tylko raz wizytę w wielkim mieście i nie chcą już tam więcej pojechać.

Przejazd wśród zakrzaczonych poboczy i wychodni skał nad nimi. Cała seria zakrętów, porozrzucane wzgórza i pojedyncze skalne rumowiska. Przy zachmurzeniu zapewne wygląda to na nieco ponurą krainę, tym bardziej, że zniknął ocean. Na szczęście mamy nieustanną pogodę, słonecznie, ciepło, urokliwie. Przed Salmon Cove zjazd z wielkim skalnym wzgórkiem, duże jezioro, które poprzez następne, nader wąskie i króciutką rzekę, łączy się z Łososiową zatoką. W Victorii dojechaliśmy do drogi 74, która idzie w poprzek półwyspu łącząc 80 -tkę z 70-tką. Bardzo długi podjazd, oglądam się do tyłu i widzę parę bielejących osiedli, ulokowanych na rozległych wzgórzach. Z płaskiego szczytu kolejnego podjazdu widok na leżące w dole, rozciągnięte w wielkiej dolinie i częściowo po wzgórzach, spore miasto Carbonear (koło 5 tysięcy mieszkańców).

To jedno z najstarszych miejsca zasiedlenia europejskiego. Jego zmieniona nazwa pojawiła się na portugalskich mapach już pod koniec XVI wieku. Jeden z angielskich naukowców uważa, że nazwa miasta powstała na pamiątkę drugiej ekspedycji Cabota (rok 1498), w której uczestniczyli mnisi Augustynianie, pod przewodem Antonio de Carbonaris. Jeśli owe badania, nazwane Projektem Cabot’a (The Cabot Project) doprowadzą do odszukania kolejnych dokumentów i potwierdzą je archeologiczne wykopaliska, będziemy mieli do czynienia ze śladami najstarszej społeczności chrześcijańskiej w Ameryce Północnej i najstarszego kościoła sięgającego czasów późnego Średniowiecza. Osadnictwo angielskie datuje się od wieku XVII; z końcem owego wieku, ponoć wydarzyła się tu bardzo romantyczna historia osiedlenia irlandzkiej księżniczki, Sheili NaGeira, którą uratował korsarz Peter Easton, a jego oficer pojął za żonę. W dalszym ciągu szuka się dowodów na ów związek, lecz póki co ta historia zainspirowała napisanie paru opowiadań. Miasto parokrotnie było nękane licznymi pożarami, z powodu wojen lub wypadków (w ostatnim, w roku 2014, spalił się budynek teatru) i jeszcze liczniejszymi zamieszkami w wieku XIX i XX (ostatnie w czasie Wielkiej Depresji w 1932). Od końca wieku XIX miasto się dynamicznie rozwijało, doprowadzono linię kolejową, miało stocznie i przemysł rybołówczy, połączony z polowaniem na foki. Potem jest już schemat – upadek kolei, rybołówstwa, skurczenie się przemysłu stoczniowego i port traci na znaczeniu. Władze miasta jednak szybko się pozbierały i skierowano wysiłki w innym kierunku, rozwijając dla okolicznych miast, miasteczek i osad, opiekę zdrowotną (szpital i trzy ośrodki zdrowia), sieć usług i centra zakupowe, otwarto dwa kampusy dla colleg’ów, rozwinięto centra kulturalne i turystykę.

Za chwilę napotkaliśmy owe wielkie centra zakupowe (plazy) z równie wielkimi parkingami. Na terenie całej Kanady podobnie, te same nazwy, „Canadian Tire”, „Walmart”, „Shoppers Drugmart” z taką ilością proszków, maści, płynów na wszystko, że można dostać od samego widoku zawrotu głowy. Oraz banki narodowe i lokalne plus zaraz obok wyżerka, z królującymi niestety McDonald’sami, KFC, Subway’ami i Timami Hortonsami (ten ostatni od czasu do czasu z Sewerynem akceptujemy). Zjazd na główne skrzyżowanie i tu popełniłem błąd, co do którego zorientowałem się dopiero w St. John’s, gdy przeglądałem mapy. Zamiast kontynuować 70-tką i dopiero po kilkudziesięciu kilometrach znaleźć dojście do Jedynki, skusił mnie krótszy przejazd po 75-tce.

Hulnęliśmy dalej prosto, wpadając w długie, skalne korytarze. Za nimi długie podjazdy, znak punktu widokowego z parkingiem, lecz się nie zatrzymujemy. Teraz tylko dla zapamiętania – długa zatoka Harbour Grace z widocznym wrakiem, osiadłego w 1967 roku na mieliźnie, parowca SS „Kyle”, domy po obu brzegach, gdzieś z prawej schowany za wzgórzem i drzewami ów słynny port lotniczy, skąd startowała Amelia. Na dole zjazd do miasta, zaraz potem wspinaczka, jezioro Riverhead Long Pond z domami tylko po drugiej stronie, by jak najdalej od ruchliwej szosy. Po piętnastej otwiera się kolejna panorama ze zjazdem na Spaniards Bay i nakładającymi się pasmami wysokich wzgórz.

Ruch na drodze się zagęszcza, przejazd pomiędzy dwoma jeziorkami, w Shearstown 70-ka idzie po wiadukcie, ponad ulicą i domami. Dalej wjazd w długą dolinę dziwnej rzeki Północnej, bo wygląda bardziej na długie i wąskie jezioro, odgrodzone groblą z biegnącą po niej 70-tką, za nią wyjście wprost na zatokę Bay de Grave, do której uchodzi rzeka Południowa. W głębi nader urozmaiconej zatoki lokuje się wspomniane uprzednio przeze mnie Cupid, miejsce najstarszego osadnictwa angielskiego w Ameryce Północnej.

Kolejne wzniesienie po długim łuku, przejazd nad drogą 71, pomiędzy pasmami leśnymi widok łąk ze skoszoną trawą opakowaną w plastykowe cylindry.

Widoki znajome z Islandii i niektórych miejsc w Patagonii, lecz przede wszystkim z Europy – kiszonka na polach. Snopki, do tego czasem wręcz artystycznie ustawione, można uświadczyć jeszcze na Podhalu i w Bośni. Dojeżdżamy do głównej krzyżówki z Jedynką, na St. John’s prosto, po ślimaku wzdłuż wielkiego jeziora Colliers Big Pond,

wjazd na groblę i Jedynkę. Po prawej stara, równoległa droga; do St. John’s 52 kilometry. Autostrada Bohaterów z podpisem: Uhonorowanie Poległych i znanym kanadyjskim symbolem – kwiat maku, corocznie sprzedawany przez weteranów i woluntariuszy (dochód dla weteranów wojen), przed 11 listopada, świętem narodowym Kanady i dniem pamięci o poległych, głównie w I wojnie światowej.

Rozwarta przestrzeń i podskórne napięcie, aby Seweryn czegoś nie zmalował, nieco mnie znużyły. Odłożyłem aparat i zagłębiłem się w mapę, na której w okolicach naszego przejazdu istne szaleństwo jezior i jeziorek. Setki ich, nie, tysiące… Rozsianych na lądowym pomoście pomiędzy zatokami Conception i St. Mary’s.

Na długim podjeździe odrywam oczy od mapy, by spojrzeć na szosę i dębieje. Pomny poprzednich nauczek nic nie mówię, tylko sięgam błyskawicznie po aparat. Wielka klępa pasła się bezczelnie przy samej autostradzie. Nasza szybkość wynosząca akurat 110 km/godz była w porządku, bo przy ograniczeniu na autostradzie do 100 km/godz, żaden policjant się nie przyczepi. Lecz klępa pospiesznie pomaszerowała pod górę, na zalesiony stok.

Trzy błyskawiczne fotki, niestety ujęcia tylne.

Lecz nie narzekam, bo dwa lata wcześniej w parku Denali na Alasce, wylazły wprost na mnie dwa wielkie byki, by potem przedefilować przez drogę na drugą stronę. Zdołałem zrobić nie tylko paręnaście zdjęć, ale też dwa filmiki. Byłem zadowolony, bo bardzo liczyłem na spotkanie łosi, których tu przecież zatrzęsienie. Pogoda wszystko położyła, nadto nie jeździliśmy często wczesnym rankiem lub po zmierzchu. Potem, gdy sprawdzałem drogę odkryłem, że spotkanie z klępą nastąpiło zaraz za znakiem kempingu o nazwie The Old Mill. A Old Mill nad rzeką Humber (i rzeczywiście stoi tam stary młyn przerobiony na restaurację, hotel i spa), jest moim miejscem magicznym w Toronto. Gwoli kronikarskiej ścisłości – Seweryn oczywiście niczego nie zauważył, bo on z reguły niewiele widzi. Nie zauważa często znaków drogowych, czasem dziur na asfalcie (jak powiedzmy na stumetrowym odcinku jest jedna, na pewno na nią najedzie), a co dopiero zwierzęta. Twierdzi, że wgapia się w szosę, ale to swoiste wgapianie – pełne niedociągnięć. Choć ogólnie prowadzi całkiem dobrze i w dalszym ciągu jest bardzo odporny na pokonywanie długich dystansów.

Po parunastu minutach pojawia się zjazd z nowym znakiem – Irlandzka Pętla (The Irish Loop), czyli droga numer 90, na której powinniśmy się znaleźć za dwa-trzy dni. Za jeziorkiem Four Mile Pond zaczynają się widoki rodem z północy Szkocji. Pofalowane wzgórza po horyzont, łyskające w zagłębieniach terenu liczne jeziora i pojedyncze skały. Na terenie prowincjonalnego parku Butter Pot jeziora i sterczące skały, imitujące czasem zwierzęce kształty. Jak ta wielka żaba, która na chwilę przysiadła na wzgórku.

Łańcuch jezior, jedne za drugimi, za ostatnim ciąg potężnych słupów przesyłowych i spora podstacja.

Coraz częściej pojawiają się ciężarówki z kontenerami, zdążające do portu w St. John’s. Wyłuskuję reklamę naszego hotelu „Super 8”, z numerem zjazdu 47 A. Lecz wciąż dziko, leśnie i skalisto z przeplatanką mniejszych i większych jezior. Przejeżdżamy pod linią przesyłową i zawsze mam wrażenie, że mi zaraz włosy dęba staną, a skóra zacznie iskrzyć.

Jedynka już porzuciła w miarę prosty przebieg i zaczyna wić się pomiędzy jeziorami i niskimi wzgórzami. Napis Quidi Vidi (Nufi wymawiają najczęściej Kiddy Widdy), od razu wywołuje we mnie wspomnienie doskonałego piwa. A to dzielnica St. John’s, gdzie jest jeziorko i mała przystań o tej samej nazwie. Dawniej była wioską rybacką, potem w 1812 roku utworzono stanowisko baterii na wzgórzu, a podczas II wojny była tu baza lotnicza. W roku 1996, dwóch lokalesów o tym samym imieniu, David, utworzyło browar produkując piwo na światowym poziomie. Obecnie waży się tam osiem różnych gatunków, w tym najbardziej znany Iceberg. Woda używana do produkcji jest wprost z odłupanych kawałków gór lodowych, przepływających koło Wyspy. Dodatkową atrakcją są wycieczki do browaru połączone z degustacją.

Krzyżówka z Dwójką, znak zjazdu do Downtown St. John’s, Seweryn chce tam skręcać, ale szybko powstrzymuje jego zapędy. „Była informacja o zjeździe nr 47 A, jedziemy dalej” rzucam krótko. Pojawiają się składy kontenerowe i magazyny, daleko na wzgórzach ciągi białych domów. Miasto rozlewa się już od prawej do lewej. Za zjazdem na 60-kę, jak to w innych miejscach bywało, nagle znika i znów puste przestrzenie opanowane przez skały i las. Koło 18-tej lokalnego czasu zobaczyliśmy następne wzgórza natkane gęsto domami.

Jedynka nazywa się teraz Zewnętrznym Kręgiem (Outer Ring), z prawej niebieszczeje pasek oceanu, jest rozjazd na 40-tkę i zarazem nasz zjazd 47 A.

Wbijam oczy w mapę i maksymalnie się skupiam.„Skręć od razu w prawo, w Higgins Line” mówię Sewerynowi a on: „Czy my jesteśmy w Chile?”. „Nie – odpowiadam – tam było O’Higgins” i widzę na wzgórku nasz hotel, „Super 8”. Za pięć minut pobieram klucze, wracam do auta z wózkiem, pakuję chłodziarkę i nasze czemodany i do windy. Po drobnym rozpakowaniu wyjazd do miasta.

Najpierw do 40-tki, która nazywa się teraz Portugal Cove. Mijamy jeziorko po prawej, potem spomiędzy domów wybłyskuje inne po lewej. Im bliżej centrum tym bardziej ulica staje się przytulna – pełna drzew, trawników, jednorodzinnych domów. Postanawiam jechać nią ile się da ku oceanowi i potem skręcić do centrum. Tutaj dobrze pasuje nazwa dolne miasto (downtown), bo reszta miasta leży na wysokich wzniesieniach. Ale Seweryn oczywiście nie zauważył, że 40-tka odbija nieco w prawo i pojechał prosto. Krótkie starcie między nami i wymuszam na nim, aby jechał według moich instrukcji. Zgodził się bez oporów, bo poprawił mu się humor, a nadto zaszokowałem go bezbłędnym dojazdem do hotelu. Oczywiście, jak to w Kanadzie, nazwy ulic często niewidzialne lub tak małymi literami, że trudno szybko na nie zareagować. W ostatniej chwili zauważam skręt w ulicę Elizabeth i dojeżdżamy z powrotem do Portugal Cove. Po paru minutach ja się z kolei zagapiłem i niepotrzebnie zasugerowałem skręt, przez co nadrobiliśmy nieco drogi. „Przynajmniej zwiedzamy miasto” pogodnie podsumował mój błąd Seweryn. Ulica Droga Króla, dojazd do skrzyżowania, skąd odbiegają gwiaździście dwie ulice, „bierz tą dolną” mówię, bo już widać pierwsze domy starego miasta. Ostry zjazd w ulicę Water. Ponieważ wygląda na reprezentacyjną wjeżdżamy w jej głąb, 

znajdujemy parking dla inwalidów i dalej udajemy się piechotą.

Temperatura nieco mniejsza, 21 do 23 stopni Celsjusza (w Ameryce trzeba stale to podkreślać, bo całe USA tkwi uparcie w skali Fahrenheita), ale słońce dalej przypieka.

Ulica jest miejscami wąska i pełna kontrastowych budynków. Obok stylu XIX wiecznego, domy z lat 30/40-tych i typowe szklane wieże i betonowe bloki z lat 60-tych. Zaraz obok budynki z dodatkowymi ozdobami, typowe z kolei dla stylu od lat 80-tych, kiedy już sami architekci mieli dość prostopadłościanów i szklanych pudełek. Choć ich projekty przypominają fascynacje klockami Lego, którymi zapewne bawili się w dzieciństwie.

Kiedy już dochodzimy do południowego krańca ulicy Wodnej wita nas proporzec downtown,

a za moment ukazują się nabrzeża portowe.

Zawracamy koło centrum konferencyjnego.

Przyglądam się teraz drugiej stronie reprezentacyjnej ulicy St. John’s.

Rozbawia mnie przyczepa z szybkim jedzeniem na tle Tim Hortonsa.

Przed szóstą jedna strona ulicy zalega w głębokim cieniu. Gmach Sądu Najwyższego jeszcze osłoneczniony i jak to nieraz bywa, zegar na wieży nie działa.

Nagle zewsząd dobiegają zapachy smakowitości. Natychmiast obaj poczuliśmy głód. Ponieważ jesteśmy niedaleko auta, zanosimy tam aparaty; Seweryn chce wziąć lżejszą kurtkę. I tu się okazuje, że auta nie zamknął. Hmmm, młodzieńcze roztargnienie naszego wieku czy… Po chwili znajduję japońską restaurację, gdzie zaserwowano nam świetne jedzenie, z zupą miso na czele.

Po obiadokolacji spacer główną ulicą. Czekając na zmianę świateł zrobiłem zdjęcie kolorowych schodów prowadzących na Bates Hill.

Bo miejscami jest jak w San Francisco lub argentyńskim Comodoro Rivadavia. Wracając do auta zoczyłem specjalne anonsy na szybie jednego z licznych pubów. Pierwszy o tym jak przeżyć tydzień za 25 dolarów. 

Drugi o zasadach obowiązujących w owym barze.

Pozostawiam oba bez tłumaczenia na polski. Przyda się trochę podszlifować angielski, tę współczesną łacinę całego świata, a nie tylko jednego imperium, jak to drzewiej bywało.

Nufi są znani ze swego poczucia humoru i luźnego sposobu życia, nieco ironicznego wobec wszelakich wariactw świata. Po raz pierwszy zetknąłem się z nimi w mym akademiku w Antigonish, w 1984 roku, kiedy mój angielski opierał się głównie na strzępach słów z utworów rockowych, z reguły tytułów. Spotkałem kwiat tamtejszej ludności – rybaków, którzy przybyli na dwudniową konferencję na uniwersytecie St. Francis Xavier i paru z nich zamieszkało w moim akademiku. Po konferencji wparowali gromadą do sali telewizyjnej, gdzie akurat siedziałem sam, słuchając wiadomości o zadymach na pierwszego maja w Polsce. Nufis najpierw zagadnęli mnie, w swoim nieprawdopodobnie szybkim i wtedy dla mnie całkowicie niezrozumiałym slangu, skąd jestem i gdy wydukałem, że z Polski w skupieniu oglądnęli ze mną wiadomości, okraszając krótkimi acz dosadnymi komentarzami, sceny pałowania i polewania z armatek. Potem jeden wyszedł i wrócił z piwem dla mnie. Starali się mówić wolno i poprawnie, abyśmy się mogli dogadać. Potem inny przytargał 12-tkę piw i w miarę spożywania owej ambrozji rozumieliśmy się coraz lepiej i konwersacja była coraz gładsza. Poszło nam pod koniec tak dobrze, że zaczęliśmy opowiadać sobie kawały. I tu zaskoczenie, bo niektóre dowcipy nowofundlandzkie były całkiem podobne do dowcipów o Wschodnich Fryzyjczykach w Niemczech lub o Kaszubach w Polsce. Tak to odmienność próbuję się obłaskawić w nader swoisty sposób. Nufi do dzisiaj są uważani w Kanadzie za lekkich odmieńców i nawet rodowici Kanadyjczycy, powiedzmy z Brytyjskiej Kolumbii lub Manitoby, mają czasami trudności by się z nimi językowo porozumieć.

Oryginalność Nufich rzutuje na ich kulturę. Z ogromną przyjemnością przez lata oglądałem satyryczny program „Godzina w 22 minuty” (This hour has 22 minutes), a w nim dokonania aktora z Nowej Fundlandii, Rick Mercier’a, który potem odszedł z zespołu i prowadził swoje programy, m.in. przezabawny „Rozmawiając z Amerykanami” (Talking to Americans), gdzie pokazywał czasem zatrważający poziom wiedzy ludzi z USA, na temat Kanady i świata. W lokalnym centrum Sztuki i Kultury jest biblioteka, galeria sztuki i teatr na tysiąc miejsc. Odbywają się coroczne festiwale muzyczne i filmowe; tam gdzie zrobiłem zdjęcie kolorowych schodów jest ulica George ukierunkowana na nocne życie miasta, ulica z wieloma klubami muzycznymi. Nic dziwnego, że downtown przyciąga licznych turystów i nie bez znaczenia jest fakt, iż miasto uważane jest tradycyjnie za jedno z najbezpieczniejszych w Kanadzie.

Jeśli sądzicie, że nasz powrót do hotelu był gładki, jesteście w błędzie. Seweryn poszukiwał czegoś do komputera i musieliśmy najpierw znaleźć jakąś plazę z elektronicznym sklepem. Znalazłem na mapie Avalon Mall i postanowiliśmy tam dojechać. Prześledziłem trasę na mapie i naprzód. Tylko zapomniałem o dwóch rzeczach – że niektóre ulice mogą być jednokierunkowe, lub z zakazem skrętu w lewo lub prawo i że jest już ciemno. Przy mej postępującej krótkowzroczności, znaleźć nazwę ulicy graniczy, może nie tyle z cudem, co z nie lada wyczynem. Do centrum handlowego, zwanego zazwyczaj mall’em, dojechaliśmy nadspodziewanie gładko. Seweryn nie znalazł czego szukał, lecz natrafiliśmy na obniżkę cen pendrive’ów, “paluszkiem” zwanych i je zakupiliśmy. Panienka sprzedająca zainteresowała się skąd jesteśmy, bo między sobą rozmawialiśmy po polsku. Celowo, ponieważ przed nami była niesamowicie marudząca baba i podziwiałem sprzedawczynię, że tak grzecznie i cierpliwie wszystko jej tłumaczy. A my waliliśmy nieco złośliwe komentarze na jej temat. Gdy sprzedawczyni dowiedziała się, że jesteśmy Polish Canadian z Toronto, jej pierwsza reakcja była zabawna – “o rany, jak to przecież daleko”. Tymczasem za paręnaście minut okazało się, że daleko to było do hotelu, gdy zaczęliśmy błądzić. Wpadaliśmy w liczne pułapki zakazów skrętu, ze trzy razy natrafiliśmy na jeden kierunek, co najmniej dwa razy przejechaliśmy znów tę samą drogę. I kiedy już byłem bliski załamania, że znów zawiodła mnie intuicja, bo jechaliśmy ulicą na której nie było domów, jeno drzewa i ciemne sylwetki krzaków, kiedy już byłem zbity z tropu i przekonany, iż chyba wyjeżdżamy z miasta, wtedy błysnęła przyjaźnie cywilizacja i ku mej satysfakcji poznałem ulicę Portugal Cove. “W lewo” wykrzyknąłem radośnie i po chwili ukazała się Higgins Line, zaraz w prawo i byliśmy pod hotelem.

Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem w naszym pokoju, było wyłączenie brzęczącej klimatyzacji. Północni Amerykanie czyli Kanadyjczycy, a szczególnie Jankesi, wprost uwielbiają hałas. Lodówki brzęczą, klimatyzacja buczy, telewizor ryczy, urządzenia w blokach wydają z siebie przeróżne buczące dźwięki. Na zewnątrz hałas z ruchu ulicznego, super bas dudni z aut, szaleni motocykliści i częste wycie karetek, straży pożarnej i policji. Amerykańcom to nie przeszkadza, a ponieważ w wielu przypadkach są zadziwiająco bezmyślni, nie dociera do nich, że hałas jest skrytym mordercą. Wysokie dźwięki i poddźwięki włażą w mózg dniem i nocą. Może dlatego tylu ludzi jest na okrągło zmęczonych. I jeszcze te cholerne zamknięte puszki – biura, urzędy, szkoły, w których nie można otworzyć okna i jest tylko wewnętrzny obieg “powietrza”. Tak, w cudzysłowie, bo trudno to nazwać powietrzem.