Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

16 marca, 2014 – El Chalten – Cerro Torres

Wczoraj złudnie wziąłem El Chalten za miasto czy miasteczko, gdy to tymczasem wciąż wioska. Nadto stolica argentyńskiego trekkingu, nie światowego. W pierwszym roku mieszkało tutaj 41 mieszkanców, w 2010 tysiąc pięćset. Słowo chalten w języku Tehuelches oznacza “dymiące góry”, bowiem wokół pasm Torres i Fitz Roy, głównie w partiach szczytowych, stale gromadzą się chmury.

Pasma Cerro Torres (cerro – po hiszpańsku “wzgórze”; torre – wieża) i Fitz Roy są częścią łańcucha Andów przy Południowym Polu Lodowym Patagonii. Andy są najdłuższym, kontynentalnym systemem górskim na świecie – około 7 tysięcy km długości, szerokość od 200 do 700 km, przy przeciętnej wysokości czterech kilometrów. Są górami stale rosnącymi, a ponieważ od paru lat przestały rosnąć Himalaje, prawdopodobnie w dalekiej przyszłości będą najwyższymi górami na Ziemi. Często możemy się spotkać także z nazwą Kordyliera (w hiszpańskim cordillera oznacza łańcuch górski). Wielki system górski w Ameryce Północnej, nosi nazwę Zachodniej Kordyliery, omyłkowo nazywanej Górami Skalistymi, które są tylko jednym z szeregu łańcuchów górskich, składających się na ową Kordylierę.

Rano

Nastroje mieliśmy kiepskie, podobnie jak dostojny, ciemnoniebieskawy kot angora gospodyni, smutnie popatrujący przez okno. Za oknem budowa policyjnej prefektury, która póki co mieści się w przyczepie kempingowej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Od rana lało i siąpiło na zmianę. Przed nami marsz do lodowcowego jeziorka Laguna Torre, skąd ponoć można zobaczyć niesamowite góry, z racji swego kształtu i unoszących się nad Cerro Torres i sąsiednimi pasmami, Cordon Adela i Cerro Fitz Roy, zwałów “dymiących” chmur.

Postanowiliśmy zatem przespacerować się po miasteczku i poczekać na przejaśnienie. Stały, mocny wiatr wiejący od Pacyfiku przechodzi czasem w błyskawiczny sztorm, przynosząc nieraz opady. W ciągu godziny ciepła, słoneczna pogoda przechodzi w zimną i bardzo wietrzną. Na szczytach pionowych skał gromadzi się śnieg, który twardnieje na kształt wielkich grzybów ze zmrożonymi krawędziami, zmuszając do pokonywania lodowych przewieszek. Nawet najbardziej doświadczeni alpiniści mają tu wielkie trudności, chyba że uda im się trafić w tzw. okienko z dobrą pogodą. Wtedy można wspiąć się na najwyższy szczyt, Cerro Torre (słowo Torres odnosi się do wszystkich czterech, wieżowatych szczytów), w półtora dnia, lecz zazwyczaj zdobywanie trwa od trzech do ośmiu dni. Szczególnie kiedy się idzie południową ścianą.

Niech za dowód posłużą notatki Rosjan z ich dziennika podczas wyprawy (Rosyjski Projekt Ekstremalny) w lutym 2008:

20.02.2008 Styl wspinaczek w Patagonii radykalnie się odmienił w ostatnich trzech latach. Wszyscy alpiniści siedzą na dole, w Chalten, w kawiarni “Internet Cafe”, gdzie sprawdzają prognozę pogody na najbliższe 180 godzin.

22.02.2008 Dzisiaj, przez cały dzień wściekły huragan, który nie pozwolił nam osiągnąć nawet sztormowego biwaku. Porywy dochodziły do 115 km/godz i zwalały nas z nóg.

25.02.2008 O 9 rano czasu lokalnego został wykonany, z sukcesem, pierwszy skok ze ściany Cerro Torres!!! Miejsce skoku było trochę poniżej trawersu na szlaku “Sprężarkowym”. […] Lot trwał jedną minutę i 20 sekund. Różnice wysokości wynosiły 1450 metrów. Otworzyłem kopułę troszkę wyżej niż planowałem, aby nie ominąć planowanego miejsca lądowania, gdzie czekał na mnie Sergiej Krasko. W wyniku tej decyzji wpadłem w poryw wiatru, który trzymał mnie na wysokości 200 metrów nad ziemią przez niemal 15 minut. Fruwałem w górę i dół, w górę i dół, lecz dzięki Bogu, wiatr osłabł i bezpiecznie wróciłem na Ziemię.

Najpierw przenieśliśmy się w nowe miejsce – spanko i śniadanko zwane “Inlandsis”.

2

Tam od gospodyni (dom prowadziły dwie, energiczne dziewczyny) dowiedzieliśmy się, iż w Chalten jest taki luz, że można wędrować i rozbijać namiot w parku, dookoła wioski, bez żadnych opłat. Poszliśmy na krótki spacer nad rzekę Vueltas, bo deszcz nagle ustał.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Naprzeciwko wielki bochen skalny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Daleko na horyzoncie chmury zaczęły się przerzedzać,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

ku naszej radości ukazując fragmenty Torre i Adeli.

6

7

8

Lecz po chwili znów kłębiaste zasłony.

9

Wróciliśmy do kwatery, przebraliśmy się – porządne buty przede wszystkim, kurtka i spodnie przeciwdeszczowe, sweter, aparaty, notatnik, prosty plan drogi na kartce, podłapanej z informacji turystycznej, krem przeciwsłoneczny – informując, że wrócimy wieczorem, koło szóstej. Nie brałem żadnej wody, bowiem wszystkie cieki płynące przez park mają wodę zdatną do picia.

Zajrzałem do ogólnego planu

10

Schemat z Internetu

i wykalkulowałem, że powinniśmy spokojnie obrócić w osiem godzin. Biorąc także pod uwagę trudności, jakie ma Seweryn z chodzeniem, szczególnie na dłuższych trasach.

Przed dziesiątą dojechaliśmy do płaskowzgórza, rozciągającego się jako wyższy taras, nad główną ulicą Chalten. Zdjąłem w powiększeniu ów bochen skalny sprzed parunastu minut

11

i stojący niedaleko niego hotel, sprawiający wrażenie wymarłego, z pasącym się przy nim koniem.

12

Panorama Chalten z niknącą pomiędzy wzgórzami drogą, skąd wczoraj przyjechaliśmy (montaż z dwóch zdjęć).

13

Wyraźnie odczuwa się bliską wielkość gór, wobec zmalałych u ich podnóża domów.

14

Potem podjechaliśmy po żwirówce do następnego wzgórza, ukazała się dolina rzeki Vueltas,

16

minęliśmy paru łazików

15

i dwa, trójkątne domki.

17

Zaparkowaliśmy pod następnym wzniesieniem,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

plecaki na grzbiet i w drogę do laguny Torre.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za nami szło już szereg osób.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pierwszy etap

Wędrowiec w tym krajobrazie jest znikomy.

21

Staje się zagrożeniem wtedy, gdy jest w masie. Masa w swych zbiorowych zachowaniach jest często nieprzewidywalna i rządząca się swoistymi odruchami. Ale tutaj przyjeżdżają raczej inni ludzie, tacy, którzy szanują Ziemię i nawet w okresie letniego szczytu (grudzień – luty) młodzież nieco się hamuje w swych wyskokach. Wieczorami, po powrocie ze szlaków, kwitnie życie towarzyskie. Restauracje, bary i kawiarnie oblężone, co niezmiernie cieszy właścicieli. Oczywiście są także dyskoteki. W wiosce wszyscy żyją z turystów i ze wzajemnie świadczonych sobie usług. Istnieją dwie, odmienne grupy specjalne – alpiniści, ze zwiększonym poziomem adrenaliny i kempingowcy, marzący o zanurzeniu się w dzikości, w przestrzeni, byciu blisko majestatu gór.

Różnokolorowe skały, otulone już jesiennymi barwami przedziwnych traw i krzewów

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i niektórych drzew.

23

Konwulsyjnie powykręcane lengi,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

pomiędzy nimi nasza, miejscami kręta, raz wznosząca się, a raz opadająca, droga. Po lewej, hucząca w głębokim kanionie, rzeka Fitz Roy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kanion czasem zwężony

26

i typowy wygląd górskiej rzeki mającej swe źródło w lodowcu – wielkie głazy w korycie i seledynowo-mleczny kolor.

27

Małe zagajniki i wąskie odnogi lasu wspinające się po stokach.

28

Jesteśmy w krainie huemuli, patagońskich, dość płochliwych, górskich jeleni.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W XX wieku znalazły się na krawędzi wyginięcia. Pozostało ich około 1500 sztuk. Marzyłem, aby je zobaczyć choć z daleka i móc zrobić zdjęcie.

Góry co chwila się odsłaniały, jakby bawiły się w chowanego za chmurami.

30

31

32

Las nieco zgęstniał, wśród drzew coraz więcej odłamków skał i olbrzymich głazów narzutowych. Droga prowadziła po rozległych garbach i na podejściach Seweryn nieco odstawał. W rozpostartym krajobrazie, na ścieżce wyglądał jak mozolnie wspinający się krasnoludek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Szliśmy wzdłuż strumienia i droga zaczęła się nieustannie wznosić. Zbytnio się tym nie przejmowaliśmy, bo w sumie podejście było łagodne i bez większych przeszkód. Gdy zagłębiliśmy się w kolejny zagajnik, na ścieżce ukazały się dostojne lamy prowadzone przez dwóch młodzieńców.

34

Dwie lamy z siodłami, trzecia objuczona dobytkiem. Stąpały z gracją, dumnie wysoko trzymając głowy.

35

W wielu miejscach Patagonii można je wynająć i używać w wędrówkach.

Progi

Powoli pokonywaliśmy mniejsze skalne garby i wąskie doliny pomiędzy nimi. Nagle droga zaczęła się stromo piąć po skalnym rumowisku

36

i pokazały się wspomagające łańcuchy. Zaczekałem na Seweryna i puściłem go przodem, miejscami podpierając. Dzielnie pokonał drogę łańcuchów. Po przejściu ostatniej grani była w miarę równa droga i wejście na wzgórze, z widokiem na szeroką dolinę rzeki Fitz Roy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W oddali góry skryte w kłębach chmur.

38

Na wzgórzu siedziały gromadki młodych ludzi, odpoczywających przed następnym etapem. Ktoś podgrywał na gitarze, a my wdaliśmy się w pogawędkę z czterema brazylijskimi dziewczynami. Jedna z nich, ślicznotka z uroczymi warkoczykami, roziskrzonymi wesołością oczami i ząbkami jak perełki, była w tym miejscu wręcz zjawiskowa. Póki co nie trafił się nikt w naszym wieku, albo chociażby zbliżonym.

Nad Torre wciąż kłębiły się chmury powoli odsłaniając dół jego lodowca.

39

40

41

Słońce mocno przygrzewało, zostałem w podkoszulce. Jeden aparat na szyji, drugi w ręku, trzeci w bocznej kieszeni spodni (nieocenione spodnie z ponaszywanymi kieszeniami!!). Najpierw po stoku, wśród drzew bukowych,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

gdzie trafiały się niekiedy wielkie głazy narzutowe. A może były odłamem skały, która stoczyła się z gór i uwięzła między drzewami…

43

Zmierzaliśmy w dół, ku drugiej części doliny.

44

Co chwila mijaliśmy kolorowe drzewa,

45

czasem pnie o nieprawdopodobnych kształtach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na szczycie jednego z drzew zoczyłem drapieżnego ptaka podobnego do pustułki.

47

Leśna dolina, rumowiska skalne, szemrzące strumyki. Daleki szum rzeki, bliski świergot ptaków. I w tym wszystkim dźwięczenie ciszy. Jakby wygładzała rozległość doliny, rozpychała ją na boki.

Dochodzimy do dwójki młodych. Argentyńczycy, bardzo ładna para. On stonowany, nawet powściągliwy, ona ożywiona i otwarta. Jej płynny angielski, bowiem Romina studiuje ten język na uniwersytecie w Buenos Aires. Chce być tłumaczką literatury. Opowiedziałem jej o zaproszeniu przeze mnie Cortazara do Polski, w roku 1975, na sympozjum, do słynnego wtedy klubu studenckiego “Riwiera- Remont”. Następne piętnaście minut było brodzeniem wśród latynoskich pisarzy. Okazało się, iż oboje lubimy Sabato i Marqueza. Wspomniałem jej o Kapuścińskim i od razu zaskoczyła, choć nie czytała żadnej jego książki. Natychmiast wyjęła mały notatnik i poprosiła o tytuły książek Kapuścińskiego. Najdłużej gawędziliśmy o Cortazarze, tam, pod tym wielkim, patagońskim niebem. O mądrości i wartości bycia niecałkiem. Może Julio przysłuchiwał się naszej konwersacji – 67 letniego Polaka z 22 letnią Argentynką.

Poprosiłem Seweryna o możliwość narzucenia sobie odpowiedniego tempa marszu i zaproponowałem abyśmy się spotkali przy jeziorze. Zgodził się bez problemu, tym bardziej, że czuł pewien dyskomfort i musiał zwolnić. Wszedłem w swoje tempo i rytm maszerowania. Las się rozrzedził, po prawej gigantyczne zbocze niknące na szczycie w chmurach.

48

I kolejny bochen wzgórza skrywający to co przede mną.

49

Ścieżką w dół, potem rozległa polana i rozstaje dróg. Zerknąłem na plan i nie mogłem się zorientować ile jest kilometrów do poszczególnych miejsc.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zza zakrętu, po prawej, wyłoniła się jakaś para w średnim wieku. Nad nimi drzewa a nad drzewami iglice Torres.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem rodzina z dziećmi, a ze ścieżki prowadzącej na wprost, dwie dziewczyny z plecakami, które zapytałem o odległości. Okazało się, że w grę wchodziła tylko Laguna Torre, skąd one wracały i do której było jeszcze trochę kilometrów. Dziewczyny były z Londynu, zachwycone Patagonią. Postanowiłem zaczekać tutaj na Sweryna, by się nie zgubił na rozdrożu. Pogoda wciąż się poprawiała i wreszcie, z kolejnego wzgórza, po raz pierwszy ujrzałem, częściowo odsłonięte, spiczaste wieże Cerro Torres.

52

Czekając na przyjaciela, zdejmowałem poszczególne fragmenty gór i robiłem powiększenia.

53

54

55

Po chwili znów wdarły się gęste chmury i był to niesamowity spektakl ciągłych zmian.

56

57

Drugi etap

Seweryn dobił do mnie, lecz znów poszedłem naprzód moim tempem. Za wzgórzem zejście w głąb starego, powykręcanego lasu.

58

Tam doszedłem do trójki młodych ludzi mówiących po rosyjsku. Kiedy ich mijałem, pozdrowiłem “Poka” i przeprosiłem, że przejdę na angielski. Byłem ciekaw z jakiego są rejonu Rosji. Okazało się, iż to para Ukraińców, a trzeci młodzian Rosjanin z… Izraela. Oczywiście rozmowa zeszła na sytuację na Ukrainie. Cała trójka była oburzona rosyjską agresją, choć nie szczędzono słów krytyki ukraińskim oligarchom i nowej nomenklaturze, wypasionej na korupcji ostatnich 20 lat.

Las przerzedził się i doprowadził mnie do brzegu rzeki Fitz usianej kamieniami i głazami.

59

60

Na kamieniach porosty o fantastycznych kształtach,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

mlecznobiała woda w zakolach, gdzie na skalniakach zaległy ciemnozielone glony.

63

Mostek nad strumykiem z jedną poręczą.

64

Niedopuszczalne w USA czy Kanadzie! Zaraz by się znalazł ktoś, kto by z niego spadł i odrazu potem prawnik skarżący park o pół miliona dolarów odszkodowania. Ścieżka skręcała na prawo, z boku od usypisk bardzo starej moreny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Znalazłem przy niej jakieś rośliny o mięsistych, skórzastych kwiatach,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

a niedaleko nich pospolity dmuchawiec.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dróżka wspięła się na kolejne usypisko.

68

Po prawej, skręcone drzewo z rozproszonym słońcem w koronie, wyglądało jak w ekstatycznym tańcu.

69

Niebo dalej zachmurzone. Wtedy powiedziałem w duchu “Duke, stary szamanie, proszę, wygładź mi świat”. Minąłem zakręt i stanąłem jak wryty. Trzy granitowe szpikulce Torres;

70

po morenowym usypisku przechodzący człowiek – ruchoma kreseczka na tle lodowca.

71

Chmury osiadły w połowie szczytów i szorowały wzdłuż wielkiej kotliny.

72

73

Po lewej, spowite mgłami, skalne zęby przed pasmem Cordon Adeli.

74

Za chwilę wszystko zniknęło, bowiem ścieżka znów prowadziła dołem, gęstym lasem.

75

Na krzaku przysiadł ptaszek ze słoneczną plamką na głowie.

76

Po lewej mleczna rzeka kręciła się po usypiskach. Za nią las wspinał się na stoki pod zamgloną zębatkę.

77

Krzaki i drzewa zaczęły się szybko przerzedzać i ukazały się wieże od nieco innej strony. Wszedłem na wielkie, skalne rumowisko, poprzez które przedzierała się kręta ścieżka, wyprowadzająca mnie na niewielki płaskowyż. I wtedy ujrzałem na wprost szpikulce masywu Torres. Zrobiłem zdjęcie z małego Olympusa, bez zbliżeń, bezczelnie pod słońce.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Droga powiodła mnie wprost ku rzece, gdzie zboczyłem ze szlaku, aby z jej brzegu zrobić zdjęcie masywu Agujas del Rio Tunel, nieco w głębi, na lewo od Torre.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zdjąłem podkoszulkę, przyklęknąłem na zdrowe kolano, nabrałem wody w dłonie. Obmyłem twarz, spryskałem ramiona, piersi i plecy. Rozebrany do pasa wróciłem na drogę, gdzie natknąłem się na Seweryna. Dalej poszliśmy już niespiesznie razem.

Kolejne podejście i kolejna odsłona. Tym razem żebrowana grań,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

w lewo od niej, dymiące fortece na przedpolu pasma Adeli.

81

82

Ścieżka prowadziła mocno na prawo i z rozległego pagórka ukazało się spowite chmurami Torres.

83

Cerro Torres

Pasmo Cerro Torres uznawane jest w alpiniźmie za jedno z najtrudniejszych technicznie na świecie. Nawet pozornie najłatwiejsza droga wspinaczki – wschodnia, wymaga dużych umiejętności. Pasmo składa się z – nomen omen – trzynastu wież o różnej wysokości i kształcie,

84

wśród których szczególnie wyróżniają się cztery – najwyższy szczyt, Cerro Torre (3133 metrów), Torre Egger (2850 m), Aguja Standhart (2700 m) i Aguja Bifida (2400 m).

85

Schemat z Internetu

Uważa się, że ta okolica ma najgorszą pogodę na świecie. Sztormy rodzą się nad Antarktydą i zime podmuchy znad Pacyfiku wieją z tak regularną częstotliwością, iż 24-godzinne okienko z dobrą pogodą, nawet latem uznawane jest za rzadkość i coś nadzwyczajnego. Mocne wichry miejscowi zwą Escobado de Dias czyli Bożą Miotłą. Osiągają czasem w porywach szybkość 200 km/godz, przemykając bez przeszkód nad nieco płaskimi Lodowymi Polami Patagonii, z całą mocą uderzając w zachodnie stoki gór. Najgorsze są doliny położone na osi wschód-zachód, z otwarciem w kierunku Pacyfiku. Wtedy tworzą się gigantyczne tunele wiatrowe. Wyobraźmy sobie wspinanie w takich warunkach po przeszło 1200 metrowej, pionowej ścianie zachodniej Torre, okraszonej dodatkowo nieprawdopodobnymi formacjami lodowo-śnieżnymi – tunele, przewieszki, czasze w kształacie grzyba, głębokie lodowe rozpadliny. Bo tu wspinaczka jest po lodzie i skale, co zmusza także do zmiany obuwia. Nie bez powodu szczyt przezywany jest Bestią.

Podobne miejsca na Ziemi, o wielkim stopniu trudności (pionowe ściany, wysokość, warunki termiczne i wiatrowe) zostały zdobyte o wiele wcześniej. Słynny Eiger w 1858, Matterhorn w 1865; podejrzewano, iż na Czomolungmę (Mt. Everest) wspięto się już w 1924 roku, lecz oficjalnie przyjmuje się rok 1953; najwyższy szczyt Antarktydy, Mt. Vinson zdobyto w 1966 roku. Pierwsi ludzie stanęli na czubku Cerro Torre w roku 1974. W sumie dotarło tam około tysiąca osób (czyli tyle ile wlazło na Everest w latach 2011- 2012). Pierwsza informacja o pasmach Torre i Fitz Roy pochodzi z roku 1782, gdy zauważył je hiszpański odkrywca Antonio de Viedma.

Przy takiej skali trudności jest wręcz niewiarygodne, iż w paśmie Torres zginęło dotychczas tylko kilku alpinistów. Najbardziej znanym był Austriak, Toni Egger, którego nazwisko nosi jeden ze szczytów. Uczestniczył on w pierwszej wyprawie zorganizowanej przez Włocha Maestri w 1959 roku. Egger zginął porwany lawiną, Maestri cudem ocalał, twierdząc potem, że dotarł na sam szczyt Cerro Torre i to drogą północną. Jego osiągnięcie do dziś jest kwestionowane.

Torre nie tylko jest najtrudniejszym wejściem, ale jednym z najbardziej kontrowersyjnych obiektów w alpiniźmie. Dlaczego? Bo wściekły Maestri powrócił tu w roku 1970, targając z sobą 180 kilogramowy kompresor na gaz, przy pomocy którego wdrążył w południową ścianę (a nie północną, którą podobno przeszedł) około czterystu specjalnych rygli i haków. Z tego powodu, od tamtego czasu, na szczyt wdarło się o wiele więcej wspinaczy.

86

Zdjęcie z Internetu

Większość alpinistów, w tym tak słynni jak Messner czy Kukuczka, uznała czyn Maestrie’go za profanację góry i alpinizmu. Szlak południowej wspinaczki nazwano pogardliwie “Drogą Sprężarkową”.

87

Schemat z Internetu

Sam szczyt najwidoczniej nie polubił takiej wspinaczki, bowiem Maestri utknął zaledwie 46 metrów przed celem z powodu wielkiego nawisu śnieżnego. Schodząc zniszczył 70 ostatnich haków oraz zawiesił na ścianie kompresor. Pozostawiając inne haki kompletnie zmienił charakter wspinaczki na Torre, bowiem bez nich szczyt wciąż byłby uznawany za niemożliwy do zdobycia (tak go nazwał, na parę tygodni przed wspinaczką Maestrie’go, inny alpinista, Carlo Mauri) i nadawałby się do wspinania tylko dla światowej elity alpinistów.

Alpiniści są szczególnym rodzajem ludzi. Ich wybory i decyzje często są niezrozumiałe dla ogółu, dla przeciętnego człowieka.

88

Zdjęcie z Internetu

Co nie znaczy, aby na nich psy wieszać i uważać za kompletnie nawiedzonych wariatów. W młodych latach, pasjonowałem się książkami o alpiniźmie i po cichu marzyłem, iż kiedyś się tym zajmę. Na szczęście w porę zrozumiałem, że z moimi pomysłami i zapędami byłaby to dla mnie śmiertelna pułapka. Pierwszy raz z lękiem wysokości zmierzyłem się w wieku trzech lat, gdy po cichu, w mieszkaniu dziadków na ulicy Mokotowskiej w Warszawie, wyłaziłem na parapet zewnętrzny budynku, na trzecim piętrze, by trzymając się występów ściany, przejść około czterech metrów po gzymsie, od okna kuchennego do okna głównego korytarza. Jeden fałszywy krok i … bloga by nie było.

Jak jest to trudna i niebezpieczna pasja pojąłem w wiele lat później, po trzech, błahych zdarzeniach. Pierwsze było w Berlinie Zachodnim, gdzie obwiązany liną przebiegałem po szczycie dachu starej kamienicy (wysokość pięciu pięter i wieńczący je wysoki dach, który pokrywaliśmy nowymi dachówkami); raz, asekurowany przez kumpla, wylazłem na boczną ścianę.

Drugi – wizyta, z moją klasą kanadyjską, treningowej ściany wspinaczkowej w Toronto. Wlazłem do pewnej wysokości i ani rusz dalej. Przewieszka była mizerna, w mojej głowie kołatało “zaraz zlecę, zaraz zlecę”, a przecież byłem ubezpieczony liną. Bardzo głupie uczucie bezradności połączone z myślą “no to spadamy”.

Trzeci raz, w Szkocji, gdy próbowałem wejść na Ben Nevis, niby łatwy, ale też z niezwykle zmienną pogodą. Postanowiłem pójść na skrót, zamiast wijącą się drogą. Zaatakowałem dość wysokie urwisko porośnięte trawą, mchem i karłowatymi drzewkami i w połowie niego obsunęła mi się spod nóg cała darń, ukazując szeroko rozlaną wodę, szorującą poprzez skalisty stok. Za chwilę urwał się krzaczek, w który byłem wczepiony lewą ręką i zawisłem na moment w powietrzu na ręce prawej, uczepionej rachitycznego drzewka. Prosiłem je by się nie urywało, bo poleciałbym paręnaście metrów na łeb, a tam było skalne rumowisko sterczące spomiędzy kęp trawy i krzaków. Drzewko wytrzymało, znalazłem jakoś oparcie dla stóp na piekielnie omszałej i śliskiej skale, po której musiałem szorować brzuchem z bez przerwy cieknącą pod nią, nader chłodną wodą. Dałem radę wdzierając się na czworakach na płaskie miejsce stoku i pognałem dalej pod górę, dzięki czemu szybko obeschłem. Niestety Ben Nevis był niedostępny, bo nastąpiła błyskawiczna zmiana pogody i musiałem się wycofać.

Byłem wściekły, co najmniej jak Maestri. Stojąc na peronie małego dworca i widząc, że chmury znów ustąpiły, pogroziłem Nevisowi pięścią. Wtedy za sobą usłyszałem “Ty, Kaśka, patrz, jakiś szkocki wariat”. Były to cztery młode Polki z Poznania, które miały akurat dzień wolny od pracy. Uśmialiśmy się setnie i przyjemnie upłynęła nam wspólna podróż powrotna do Inverness.

Pierwsze, udowodnione wejście na Torre nastąpiło w 1974 roku w wykonaniu czterech Włochów. W trzy lata później trzech, a w 1979 dwóch, Amerykanów weszło w stylu alpejskim. Styl alpejski oznacza atak małej grupy, która niosąc cały sprzęt, wspina się od punktu wyjścia do szczytu, zmieniając miejsce biwakowania, nie zakładając tzw. poręczówek. W 1985 roku czterej Włosi dokonali pierwszego wejścia zimowego a ich rodak, Marco Pedrini, pokonał w pojedynkę Drogę Sprężarkową i to w ciągu 13 godzin. Rok później pierwsze swobodne wejście dwójki, Bearzi i Winkelmann, zajęło im w sumie trzy dni. Na Cerro Torre wspięły się dwie polskie wyprawy – w 1989 i 1996 roku. Śladem po nich jest zagłębienie pod wielkim głazem, zwane biwakiem Polakos. Potem poszły ataki północną ścianą – dwóch Austriaków dotarło dwieście metrów pod szczyt (1999), osiągnęli go natomiast dwaj Włosi, dopiero w roku 2005. Ta ostatnia wyprawa udowodniła, że Maestri nie mógł zdobyć Torre i podał nieprawdziwe informacje.

W 2008 roku, Garibotti i Haley, dokonali wielkiego wyczynu przebywając całą drogę po czterech głównych szczytach, zwaną Trawersem Torres. W rok później pojawia się austriacki 19-to latek, David Lama, który chce dokonać swobodnego wejścia nie używając nawet haków Maestri’ego. Sponsoruje go i wyposaża ekipę, która ma nakręcić film z wyprawy, Red Bull. Wejście przeradza się w swoisty show – młodzian, który nigdy nie był w Patagonii i miał za sobą tylko parę wejść alpejskich, porywa się na najtrudniejszą ścianę i spektakularną wspinaczkę. Nic z tego. Próbowano wejść paręnaście razy w ciągu trzech miesięcy. Ekipa filmowa wbiła 40 nowych haków i pociągnęła przeszło 600 metrów lin. W świecie alpinistów znów zawrzało. Lecz Lama absolutnie nie poczuwał się do winy.

16 stycznia, roku 2012 alpiniści – amerykański Hayden Kennedy i kanadyjski Jason Kruk – wspięli się na górę omijając haki.

Hayden Kennedy leading on the 3rd pitch of the Cerro Torre headwall.

Zdjęcie z Internetu

Lecz zrobili coś więcej. Schodząc usunęli 125 haków, w tym z głównej ściany. Ich czyn podzielił alpinistów. Jedni uważali to za niepotrzebny gest, inni odczytywali jako symbol – góra powróciła do swego pierwotnego stanu. Jeszcze inni uważali, iż było to usunięcie kawałka historii ze zdobywania szczytu. I wtedy ponownie zjawił się Lama.

21 stycznia, tego samego roku, Lama przy pomocy swego partnera, Ortnera, dokonali pierwszego swobodnego wejścia na szczyt, pokonując po drodze wszystkie przeszkody, włącznie ze śnieżnym grzybem pokrywającym szczyt. W późniejszych latach Lama przeprosił za pierwszą próbę z wbijaniem dodatkowych haków. Swój powrót w roku 2012 tak opisał: Cerro Torre jest symbolem perfekcji. Jego tysiąc pięćset-metrowe, strome i pozbawione rzeźby ściany, wyrastają ponad patagońskie lodowce wprost ku niebu. Przez przestrzenie lądolodu wiatry miotają chmurami o zachodnią ścianę góry. Wkradają się one na szczyt, oblekając go z obu stron w niby-bawełnianą woalkę. Kiedy pogoda się poprawia, obiekt pożądania objawia się w swoim uderzającym pięknie, przystrojony tylko w delikatną warstwę lodu – niczym panna młoda, która wchodzi do kościoła w delikatnej białej sukni. I pod taką postacią wyobrażałem sobie Cerro Torre przez ponad trzy lata. Ale mimo jej piękna w «białej szacie», jak każdy pan młody, marzyłem o momencie, kiedy ujrzę ją bez tego okrycia. Podczas tegorocznego wyjazdu do Patagonii wreszcie doczekałem się tej chwili”.

By zrozumieć niebezpiecznie pociągający urok pasm Torres i Fitz Roy, zarazem rzucający wyzwanie każdemu rasowemu alpiniście, proszę wejść i uważnie przeglądnąć stronę: http://www.pataclimb.com/climbingareas/chalten/torregroup/torre/ragni.html i potem zaglądnąć na YouTube pod adres: http://www.youtube.com/watch?v=E_nSYJcDJNQ

A na koniec obejrzeć na YouTube film Wernera Herzoga „Krzyk kamienia”, nakręcony w El Chalten i dojmująco ukazujący zalew tzw. szpanu i komercji we współczesnym alpiniźmie.

Ostatnie metry przed laguną Torre. Mijający nas, lub ci z naprzeciwka, uśmiechali się i pozdrawiali: “Hola! Que tal?’ lub tylko “Hola”. Solidarność szlaku. Część ludzi skręcała w boczną ścieżkę prowadzącą do tłocznego kempingu de Agostini. Ostatnie wzgórze. Jęzor lodowca Grande, na stoku nad nim sylwetka „człowieka”.

90

Duch lodowca czuwający nad jego spływem po skałach

91

i do lodowego jeziora.

92

Na wprost odsłaniający się Cordon Adeli.

93

Wreszcie zejście do jeziora i wymarzona panorama.

94

Godzina 16.17. Zbliżenia poszczególnych szczytów.

95

Na pierwszym planie gigantyczna mesa z pionowym ożebrowaniem – skalne organy pomiędzy Torre a Adelą.

96

Zmrożony śnieg na szczycie – jak oni tam wchodzą, ci wspaniali mężczyźni…

97

Lub na wyniosłą, pionową mesę – ołtarz przed wspięciem się na Wieże, stół do uczty po zejściu.

98

Łaziłem po rumowisku kolorowych skał.

99

Seweryn odpoczywał. Na wprost mnie, po drugiej stronie, pełznący lodowiec.

100

Kamienie pokryte ciemnozielonymi algami,

101

na wodzie mini lodowe góry.

102

103

Wspiąłem sie spowrotem, siadłem niedaleko Seweryna i wtedy kątem oka dostrzegłem jakiś ruch. Obróciłem się i zobaczyłem caracara siedzącą na skale.

104

Zrobiłem zbliżenie i uchwyciłem drpanie się ptaka po ukąszeniu przez jakiegoś owada.

105

106

107

Po paru minutach, z lewej strony, wyszedł zza skalnych okruchów młody, no właśnie – jastrząb? sokół?

108

Podchodził całkiem blisko i pokrzykiwał, jakby domagając się czegoś do jedzenia.

109

110

Młodziak łaził pomiędzy ludźmi i darł się niecierpliwie. Nie mogłem się zorientować czy stara caracara była jednym z jego rodziców, bowiem nie reagowała na jego obecność. Potem sfrunęła na bliższą skałę, przeszła dostojnie ku krawędzi i zaczęła wypatrywanie.

111

112

Obróciłem się i znieruchomiałem – młodziak przysiadł w milczeniu półtora metra ode mnie.

113

Koło nas zatrzymała się smagła dziewczyna. Seweryn zaczepił ją, pytając o dziwny teleobiektyw jej aparatu. Lorena, Kolumbijka, swobodnie porozumiewająca się po angielsku, tłumaczyła nam, że zrobiła go na zamówienie, dzięki czemu ma wspaniałe zdjęcia z bliskim i dalekim planem. Zawsze zastanawiam się gdzie tu jest granica fikcji i realności. Bo najlepszy moment do uchwycenia jest wtedy, gdy realność ulega na sekundy fikcji, owemu niepowtarzalnemu zdarzeniu, które zdążymy uchwycić. Jak zachować proporcję pomiędzy techniką a realnością? Jak daleko można się posunąć w manipulacji, która zbiera teraz obfite żniwo, z powodu komputerowych programów obróbki zdjęć? Jak głęboko zafałszowujemy świat, ten który codziennie możemy zdejmować najwspanialszym, najprecyzyjniejszym aparatem ludzkości – okiem? Ileż razy ogarnia nas żal po zobaczeniu jakiegoś zdjęcia, które zrobiliśmy w magicznym miejscu, bo mamy przed oczami, w zakamarkach fotogennej pamięci, panoramę obejmującą 180, a czasem u niektórych, nawet od 220 do 250 stopni. Na zakończenie rozmowy, Lorena poleciła nam na jutro dotarcie do lodowca i jeziora Huemul, które ma piękne położenie i szmaragdową barwę.

Wygrzewaliśmy się na słońcu oparci plecami o rozgrzane skały i syciliśmy oczy.

114

Z powodu obniżającego się słońca zaczęły się zmiany barw i napłynęła nowa warstwa chmur.

115

Gdy odpłynęły ku zachodowi, wieże pociemniały i zarysowały się ostrzej na tle nieba.

116

117

W głębi, daleko po lewej, wyniosły szczyt z typowym geologicznym siodłem i łękiem, świadek naporu tektonicznych płyt fałdujących Andy, a potem niszczącej erozji.

118

Powrót

Przed nami długa droga powrotna, gdy tymczasem Sewerynowi szło się różnie. Zachód miał się skończyć około 18.30 a przecież szliśmy tutaj sześć godzin. Co prawda z licznymi popasami, jednakże czas naglił.

Za dwadzieścia piąta wróciliśmy na ścieżkę wiodącą zalesioną doliną.

120

119

Umówiłem się z Sewerynem, że znów pójdę swoim tempem i zaczekam na niego na wzgórzu, skąd droga schodziła do miejsca łańcuchów. Co chwila przystawałem, obracałem się i robiłem kolejne zdjęcia Cerro Torres.

121

Nie chciałem stamtąd odchodzić, tym bardziej, że kolory lodu i skał nabierały różnych odcieni.

122

123

124

125

Lecz nie miałem wyboru, musiałem iść dalej. Jednakże co pewien czas robiłem następne zdjęcia doliny,

126

z usypiskami skalnego gruzu.

127

Dotarłem do brzegu rzeki,

128

gdzie odpoczywały dwie kolorowe gęsi.

129

Koło piątej zaczął się zachód i skały nabrały na wschodniej stronie jasno pastelowych barw,

130

131

a te od zachodniej, pogrążały się z wolna w szarościach

132

i odcieniach jasno-niebieskich lodowca

133

i ciemno-niebieskich lasu i skał.

134

Co pewien czas popatrywałem na nagle wyczyszczone z chmur Torres.

135

Krawędzie zębatych skał Agujas del Rio pokryły się miejscami błyszczącą patyną.

136

137

Po jednej grani słońce kroczyło wąziutką ścieżyną.

138

I za którymś razem, gdy już rozłożyła się znów przede mną dolina rzeki

139

i pasiaste wzgórze,

140

zza przełęczy Cordonu Adeli buchnął snop światła.

149

Cerro Solo zaczęło dymić,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

a świat przeszedł na magiczną stronę.

151

Doszedłem do wzgórza z objaśniającą tablicą

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i wtedy rozłożyła się przede mną cała panorama – od Cerro Solo, z Agujas del Rio na froncie, po lewej, poprzez Cordon Adeli i Cerro Torres, do Mojon Rojo ze sterczącym za nim czubem Fitz Roy’a po prawej.

153 panorama cerro solo pasmo adela pasmo torre i fitz roy

Na Fitz Roy

154

i sąsiednim Cerro Poincenot (oba powyżej trzech kilometrów wysokości) zaczęły „płonąć” fragmenty skał.

155

Siedziałem na zwalonym pniu drzewa i próbowałem zapamiętać to co widzę.

156

Wspaniale dymiące Solo z kawałkiem szczytu pasma Cerro Grande.

157 solo i cerro grande

Po 20 minutach na Wieże nasunęła się wężowata chmura,

158

a krawędź Fitz Roy pokryła się jasną miedzią.

159

Gdy się jest po zachodniej stronie, zależnie od pozycji słońca, Torres i Fitz Roy z przyległościami przyoblekają się w istne spektrum kolorów. Od złota

160 fitz roy

Zdjęcie z Internetu

poprzez pomarańcz

160a fitz and torre

Zdjęcie z Internetu

do odcieni czerwieni.

"Alpenglow Mount ""Fitz Roy"" (3405m) also called “Chalten”. Granite Peak in the Southern Andean Patagonia, Santa Cruz, Argentina"

160c

Oba zdjęcia z Internetu

Zapadał zmierzch. Mijali mnie ludzie napotkani wcześniej. Usłyszałem jak niektórzy rozmawiali między soba, na nasz temat. “Ten facet czeka na swojego przyjaciela, bo tamten ma trudności i idzie wolniej”. Innych było słychać już z daleka, bo buzia im się nie zamykała.

Koło 18.30, za moimi plecami, gdzie ścieżka prowadziła w dół ku łańcuchom, szarości zaczęły przechodzić w ciemne miejsca. Przeszli koło mnie ostatni wędrowcy. Zapadła kompletna cisza, nawet wiatr ustał. To czas przechodzenia z dnia w noc. Czas znieruchomienia, czas układania się do snu drzew i pewnych zwierząt. Pewnych, bo inne zaczynają nocne życie. Uwielbiam nastrój końca zmierzchu. Napełnia mnie spokojem, wzruszeniem z małą domieszką melancholii. Wsłuchiwałem się w przyczajenie świata. Nagle, z głębi doliny, odezwał się basowy ryk huemula i potoczył echem po stokach. Za pięć dni zaczyna się jesień. W Polsce i Kanadzie wiosna, której po raz pierwszy w życiu nie zaznam.

Nocny etap

Zmierzch gęstniał. Na niebie pokazały się pierwsze gwiazdy, w zupełnie odmiennych konfiguracjach niż na półkuli północnej. Seweryn nie nadchodził. Zacząłem się niepokoić i już chciałem mu wyjść naprzeciw, gdy się pojawił na stoku. Dziesięć minut odpoczynku dla niego i ruszyliśmy w głąb ciemnego lasu. Po parunastu minutach wzrok oswoił się z ciemnościami, wyławiając sylwetki drzew i skalnych wzniesień po obu stronach ścieżki. Ale robiło się coraz ciemniej i wszystkie moje zmysły wyostrzyły się maksymalnie, aby nie zagubić, czasami ledwo widocznej, ścieżki.

Niepokoiło mnie zejście po łańcuchach. Potem nagle przypomniało mi się, iż puma zaczyna polować o późnym zmierzchu. Szliśmy teraz powolnym tempem Seweryna. Wręcz modliłem się, aby nie potknął się na korzeniach lub wystających głazach. Po ósmej dopadliśmy łańcuchów i poszło całkiem gładko. Teraz wyłonił się nowy problem. Ścieżka przebiegała przez otwartą przestrzeń, stawała się ledwo widoczna i zaczęła co pewien czas krzyżować się z innymi, odbiegającymi na boki. Te idące zdecydowanie na lewo lekceważyłem. Pozostawały biegnące lekkim skosem w lewo, pod stokiem i te schodzące na prawo. Wysilałem pamięć, odtwarzając charakterystyczne skały, drzewa i przesmyki z porannego i południowego marszu. Daleko za nami widziałem ciemne sylwetki otaczających nas gór.

161

162

Przed nami zarysy bliższych gór mżyły na nocnym niebie słabą poświatą. Na dużym, trawiastym stoku, ścieżka zanikła. Odnalazłem jej słabe ślady, lecz po paru metrach rozeszła się w trzech kierunkach. Lewy odrazu odpuściłem. Poprosiłem Seweryna, aby został w tym miejscu i poszedłem spenetrować prawą odnogę, bo wydawało mi się, iż obchodziła łukiem skalny bochen. Kiedy usłyszałem odległy szum rzeki w dole zrozumiałem, że to pułapka. Ścieżyna prowadziła na niemal pionowy stok kanionu. Wróciłem do góry i poszliśmy drogą środkową. Odetchnąłem, gdy po paru minutach natknąłem się na dwa charakterystyczne drzewa po obu stronach ścieżki.

Szliśmy już po omacku, krok za krokiem. Głośno ostrzegałem Seweryna przed każdą przeszkodą. Wiedziałem, iż przed sobą mamy parę dość stromych podejść, potem zejście wąską, poszarpaną ścieżką, która musi nas doprowadzić do rozległego obszaru pełnego traw i niskich krzaków. O dziewiątej ciemności stały się nieprzeniknione. Nie mieliśmy ze sobą cieplejszych rzeczy a nocą temperatura spadała i mógł zacząć się deszcz. Było tylko jedno wyjście, iść naprzód, choć coraz bardziej się niepokoiłem.

Nie wiem, czy zadziałała moja szczęśliwa gwiazda czy też opiekuńczy szamanizm Duke’a. Nagle, przed nami, w ciemnościach rozbłysło światło i za chwilę, daleko zza stoku, wyłonił się spory księżyc w pełni.

163

Po paru minutach wyskoczył wyżej i po całej okolicy rozlało się jego intensywne, srebrne światło. Świat stał się na powrót widzialny.

164

Weszliśmy bez przeszkód na kolejne wzniesienie z którego roztaczał się widok na daleką okolicę. Niesamowite piękno. Adela i Torres przywdziały srebrzysty granat, lodowce niebieskość, stoki wypełnione drzewami roztoczyły całą paletę odmian czerni. Tam gdzie były odkryte skały, drgało miejscami migotliwe srebro i rozpraszało się wzdłuż załomów i krawędzi, wywołując grę cieni. Wartkie rzeki bielały w głębi czarnych ścian kanionów. Cała okolica pokryła się matowo-srebrzystym światłem a powietrze wypełniła ogromna cisza. Byliśmy zupełnie sami i w takim zachwycie, iż przystanęliśmy, następnie przysiedliśmy na skałach i chłonęliśmy dookolny widok wszystkimi zmysłami.

165

Byłem już całkowicie spokojny i pewny, że dotrzemy do El Chalten. Seweryn, który sporo chodził w Tatrach i lubił góry, był całkowicie zauroczony. Wyznał mi, iż nigdy czegoś takiego nie przeżył i był wdzięczny za pomysł marszu do laguny Torre. A tam, za górami, niebo bieliły jeszcze resztki pozahoryzontalnego słońca. Nie wiedziałem jak to sfotografować, jak zachować, przy pomocy aparatu, wspomnienia tej cudownej nocy. Wiedziałem, że będę ją nosił w sobie latami. Że będzie wystarczyło zamknąć oczy by wywołać jej obraz.

Około dziesiątej ukazały się światła El Chalten.

166

W pół godziny później dotarliśmy do auta. Dojazd do noclegu, gdzie gospodynie były już nieco zaniepokojone naszą długą nieobecnością. Krótki odpoczynek i przebranie się. Czułem trochę obolałość stóp, nieco lewe kolano i mięśnie podudzia. Wysmarowałem się dobrą, polską maścią – Artesanem. Zapach kamfory i przyjemny chłód w mięśniach. Po jedenastej wyjechaliśmy na poszukiwanie restauracji. Była niedziela i większość z nich już zamknięta. W końcu znaleźliśmy malutką i całkowicie pustą restaurację “El Fuego”. Gulasz barani z kluseczkami, butelka Malbec i woda.

Przez cała drogę do laguny niczego nie jadłem. Ot, parę jagódek calafate i woda z potoków. Ważnym jest posiadać znajomość swego ciała, co zarazem stwarza poczucie nad nim władania. Lecz pod warunkiem, że się nad tym pracuje. Wtedy nie jest problemem, na przykład, podróżowanie autobusem 11, 20 czy 40 godzin. To ostatnie przytrafiło mi się w roku 2010, podczas wojaży z mą przyjaciółką, Anetą, po USA i Kanadzie.

Należy być gotowym do podróżowania z ograniczeniami – godzinami bez jedzenia, czasem długo bez picia (na szczęście nie mam problemów z pragnieniem i całe życie stosuje się do zaleceń mej wspaniałej babci Jadwigi – pij gdy jesteś spragniony), w niezbyt wygodnych warunkach. Owo władanie nad swoim ciałem – niech młódź słucha uważnie i się nie martwi – przychodzi dopiero z wiekiem. Totalne władanie nad swym ciałem, włącznie ze zmysłami, przynależy jeno ascetom. Nie potrafię totalnie panować nad swymi zmysłami, nad swym ciałem. Ba, nie chcę. Dlatego lubię słodki i tajemniczy uśmiech Buddy, który odszedł od ascetyzmu i splótł ręce nad pokaźnym brzuchem. Bo on już wiedział, gdzie buzują smaki rozkoszy Wszechświata i jak je zlizywać z wiecznego koła samsary.