Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

16 lipca Musgrave Harbour – Terra Nova – Bonavista – Clarenville

Miasteczko Musgrave Harbour z trzema osadami wokół tworzą rybacką społeczność. Ten rejon Wyspy nazywany jest wybrzeżem Kittiwake i kiedyś nazywało się Błotnistą Dziurą (Muddy Hole). Europejczycy zaglądali tu od wieku XVIII, pierwsi osadnicy przybyli w 1834. W 1866 roku zmieniono nazwę miasteczka na cześć ówczesnego gubernatora Anthony Musgrave, który później był gubernatorem w Brytyjskiej Kolumbii i Australii. Miasteczko niezbyt mogło się rozwijać jako centrum handlu rybami, bowiem miało płytką i skalistą zatokę. Wypływano stąd na połowy aż pod Labrador. Dopiero w 1909 roku motor benzynowy zmienił sytuację i ułatwił bezpieczne manewry łodziami. W tym samym roku rybacy założyli związek zawodowy mający chronić ich interesy.

Było to także centrum silnego ruchu religijnego; w 1874 roku wszyscy mieszkańcy byli Metodystami, potem zawitała Armia Zbawienia i w 1930 roku stała się większością wyznaniową. Niektórzy twierdzą, że to właśnie tu wylądował w VI wieku słynny mnich irlandzki Św. Brendan. Aby to udowodnić, w 1978 roku pięciu śmiałków zorganizowało ekspedycję w skórzanej łodzi, którą z Irlandii przepłynęli Atlantyk i wylądowali w Musgrave. Mieszka tu przeszło tysiąc osób, rozwinęła się turystyka, bowiem nie tylko mamy piaszczystą plażę o długości siedmiu kilometrów,

Zdjęcie z Internetu

lecz także szereg szlaków spacerowych.

Miejsce związane jest z historią lotnictwa. Niedaleko stąd, podczas powrotu z Europy w 1936 roku, w czasie pierwszego przelotu przez Atlantyk w obie strony, lekko rozbił się, na szczęście na bagnie, samolot „Pani Pokoju”. Dzięki temu można go było zreperować i ukończył w pełni swój historyczny lot. W pobliżu miasteczka, w 1941 roku zginął w katastrofie lotniczej jeden z wynalazców insuliny, doktór Frederick Banting.

Pobudkę zrobiliśmy sobie koło 8.30, nie spiesząc się, bowiem była niedziela i do następnego noclegu, w Clarenville, mieliśmy około 250 kilometrów. W trakcie przygotowywania śniadania dobiegł mnie z morza dudniący dźwięk motoru. Nie mogłem się rozeznać, czy był to duży trawler czy też prom, choć nie ma stąd żadnej komunikacji promowej na wyspę Fogo, czy do innych miejscowości.

Wyjazd przy pięknej od rana pogodzie. Na piaszczystych plażach paru chłopców już szaleje na motorach.

Przejechaliśmy całą Główną i znaleźliśmy dojazd do 330 na północny-wschód. Zrobiło się przeraźliwie płasko i poczuliśmy wzrastającą temperaturę. Las jakby się skurczył, potem w ogóle zniknął i po lewej rozciągały się nadmorskie łąki, niemal równo z poziomem morza. Na nich spory kemping dla przyczep ulokowanych blisko drogi, jedna przy drugiej i wyglądało tak, jakby się jeszcze nikt tam nie obudził.

Jesienią musi tu być nader smętnie. Las za parę minut powrócił i pojawiła się tablica z napisem Deadman’s Bay. Jesteśmy bliżej oceanu, na horyzoncie majestatyczna góra lodowa.

Trudno zrobić ostre zdjęcie, bo jest tak ciepło, że drga powietrze. Z bliska też nie za dobrze; zza górki wyłaniają się trzy idące piechotą kobiety, asfalt faluje i one odrazu w poświacie.

Ze szczytu niewysokiego wzniesienia widać teren małego parku prowincjonalnego Deadman’s Bay.

Proponuję Sewerynowi byśmy trochę pomyszkowali po okolicy. Zjeżdżamy podrzędną, nieutwardzoną drogą i na chwilę stajemy. Mierzeja porośnięta niskopiennym laskiem, u jej nasady miasteczko Dedman’s Bay (około 200 mieszkańców), znane z ciężkich, jesiennych sztormów. W sezonie połowowym łapie się flądry, śledzie, makrele, łososie oraz kałamarnice i homary. Napływ turystów zapewniają piaszczyste plaże. Zawracamy i za zakrętem daleka perspektywa zatoki z długim cyplem upstrzonym białymi domkami. Znajduję nazwę na mapie – Lumsden. Po paru minutach przejazd po 330 nad krawędzią płytkiego zalewu, o nieco anatomicznej nazwie – Deadman Bay Gut. Lecz nie oznacza to bynajmniej jelit lub wnętrzności. Jest określeniem na wąski pas wody.  Anglicy, wiekami żeglujący, stworzyli wielką ilość określeń na konfiguracje lądu i morza. Potem po lewej widok taki jakby ktoś garściami ciskał skały do płytkiej wody – małe, odcięte od morza jeziorko pełne skał, zwane Rocky Pond. Proszę przyjaciela byśmy zatrzymali się tutaj na poboczu i idę nad brzeg jeziorka. Część skalnej półki przy brzegu porośnięta ostrą trawą.

Dalej, na półce zanurzonej płytko w wodzie, wielki głaz.

Po dziesiątej kolejny wypad, w głąb rybackiego miasteczka Lumsden.

Mijamy gościa na czterokołowcu, przepisowo w kasku.

Miasteczko znane jest ze swoich wspaniałych, piaszczystych i pustawych plaż.

Lecz są także skaliste miejsca o czym się przekonujemy podjeżdżając bliżej brzegu.

Na horyzoncie wielka góra lodowa.

Wracamy na 330, teraz prosto na południe, groblą nad jakimś jeziorem zawalonym głazami, w dali niebieska wieża ciśnień.

Boczna droga na przylądek Freels, bardzo płaskie tereny, następny zjazd do miasteczka Newtown i tablica z nazwą innej miejscowości – witajcie w New-Wes-Valley.

Zaraz schludne miasteczko Templeman, potem następna kolekcja wielkich i małych skał rzuconych na płytką wodę. Miasteczko Pound Cove i za nim, ostrym łukiem na zachód, do drogi której numer zmienia się na 320.

Jedziemy w większej odległości od oceanu i krajobraz zaczął być bardziej urozmaicony.

Co chwila odcinki skalnych korytarzy i małe jeziora.

Zaczynamy odczuwać znużenie z powodu upału. Temperatura nieustannie rośnie, koło jedenastej jest już 25 stopni. Wjechaliśmy na wyniosły płaskowyż i z niego widać na horyzoncie pasma niskich gór. Pusto, żadnych miasteczek lub nawet osad. Czasem na poboczu przy jeziorach stoją dwa-trzy auta niedzielnych wędkarzy. Przy Indian Bay ukazała się znajoma perspektywa – zjazdy w doliny z majaczącymi w upale górami.

Zza wzniesienia ukazał się rowerzysta prowadzący rower, bo we wzrastającym upale chyba już nie miał siły na pokonanie ostatniego, stromego odcinka podjazdu.

Most nad szerokim ujściem rzeki Indian Bay, do zatoki o tej samej nazwie, która towarzyszy nam przez następne parę kilometrów. Przemykamy przez Centreville, do głównej autostrady 48 kilometrów. Spomiędzy drzew prześwitują lustra wody. Rzut oka na mapę – z prawej jezioro Northwest Pond; na lewo Northwest Arm, koniec długiej i wąskiej zatoki Trinity. Miasteczko Trinity, ładnie położone nad zatoką, z domami na niewysokich zboczach. Ruch taki sobie, na szczęście niezbyt tłoczno.

Znów wrażenie, że nikogo nie ma przed nami, co się nam często przydarzało we wspólnych podróżach. Nie tylko dlatego, że Seweryn lubi nałogowo wyprzedzać, obojętnie czy to asfalt czy pylasta droga. Ten drugi przypadek bardziej uzasadniony, bo będąc pierwszym można uniknąć obłoku kurzu przed autem.

Jedziemy po wyspie, a tu tyle właściwie pustych terenów. I tak na całym obszarze Kanady, z wyjątkiem pasa na południu, przy granicy z USA. Rozłożystość tego kraju jest niesamowita, jego, w bardzo wielu miejscach, jeszcze dziewicze piękno. Im dalej na północ tym mniej ludzi i więcej owej dzikości. I ogromne obszarowo kompleksy leśne. Następna zatoka Lockyers Bay Brook z powrzucanymi odłamkami skał. W głębi spłaszczona, piramidalna góra pokryta gęstym lasem. Długi podjazd, za nim droga lokalna do miasteczka Dover, gdzieś nad zatoką. Zaraz następne miasteczko przy drodze – Zajęcza Zatoka (Hare Bay), nad zatoką oczywiście o tej samej nazwie. Wszystkie te zatoki i zatoczki to fragmenty wschodniego wybrzeża Wyspy. Droga wiedzie nas wprost na zachód i lokalnie przybiera różne nazwy. Do Hare Bay jechaliśmy po Głównej, teraz zaczyna się Bulwar Smallwooda, polityka, który tak mocno optował za przyłączeniem Nowej Fundlandii do Kanady i w 1949 roku został pierwszym premierem nowej prowincji. Do dziś kontrowersyjny w ocenach, polityk o zacięciu socjalisty, lecz ostro rozprawiający się ze strajkami organizacji związkowych i jednocześnie współpracujący z sektorem związkowym. Bardzo naciskał na ekonomiczny rozwój prowincji bazujący na hydro-elektryczności, produkcji papieru i górnictwie. Był nieco zarozumiały i otwarcie nazywał siebie „ostatnim ojcem Konfederacji Kanadyjskiej”.

Podrdzewiałym mostem nad strumieniem Traverse, który łączy dwie części jeziora Second Traverse – wielką na prawej stronie drogi i o wiele mniejszą część po lewej. Za parę minut niekończący się skręt szosy wyprowadza nas generalnie na kierunek południowy. Pojawia się wielka zatoka Freshwater, która dalej na wschodzie łączy się z Zajęczą i kończy szerokim wejściem na ocean, poznaczonym paroma dużymi wyspami i dziesiątkami małych wysepek. Miasteczko Middlebrook rozsypane po obu stronach szosy i od razu przechodzące w następne – Gambo. Tu planowałem wcześniej krótki popas, ale Seweryn proponuje jechać dalej i odzywający się głód zaspokoić jabłkiem i gorzką czekoladą, na co się zgadzam bez zbytnich oporów. Nagły skręt na wschód i przejeżdżamy nad rzeką Gambo, łączącą zatokę Freshwater z nieprawdopodobnie długim i wąskim jeziorem Gambo Pond.

Wjazd na rozległy płaskowyż. Parę minut po południu temperatura wspięła się na plus 28! Rozległa dolina z widokiem na pasma górskie, rozjazd z boczną drogą na Glovertown i do drogi nr 310, zwanej Drogą do Plaż (Road to the Beaches).

Nieosiągalne dla nas, szkoda… Zjazd ku rzece Terra Nova, o 12. 30 pojawia się pierwszy znak narodowego parku Terra Nova.

Utworzono go w 1957 roku, na 40 tysiącach hektarów, jako pierwszy park narodowy na Nowej Fundlandii i Labradorze, głównie w celu ochrony lasu borealnego, pełnego czarnych świerków, jodły balsamicznej, białej sosny, górskich jesionów, amerykańskiego modrzewia, klonów i innych drzew liściastych.

W parku wypiętrzają się pozostałości Appalachów, na ich brzegach (np. koło miasteczka Musgravetown) są prekambryjskie wychodnie. Geologicznie nazywają to Strefą Avalon, z północno-zachodnią granicą w postaci długiego uskoku – od zatoki Hermitage na zachodnim wybrzeżu do zatoki Dover na wschodnim, zatoki którą minęliśmy niespełna godzinę temu. Różnorodność kolorowych skał (granity, kwarcyty, czerwone piaskowce), odsłoniętych często przy głównej autostradzie. Dzieła dopełniły plejstoceńskie zlodowacenia i stąd tak wiele polodowcowych jezior i wąskich zatok, czasem o wyglądzie fiordów. Część lądowa parku to zalesione pagórki (najsłynniejsze, z wieloma szlakami pieszymi, nazywają się Ochre Hills i Malady Head), skalne rumowiska, torfowiska, bagna i jeziora. Część nadoceaniczna parku ma parę wielkich, skalnych „paluchów” wchodzących w zatokę Bonavista, dokąd zamierzamy zawitać jutro. Tylko część wybrzeża jest klifowa, inne z dobrze osłoniętymi przesmykami i zatoczkami są najpopularniejszym miejscem rekreacji pod żaglami i na łodziach.

Zarówno kompleksy leśne i żyjąca w nich zwierzyna (ssaki lądowe i migrujące ptactwo), jak i tereny nadmorskie (wieloryby, foki, orki, delfiny) są pod ścisłą ochroną. Las co pewien czas się zapala i dzięki temu odnawia – obok bardzo starych drzew są młode, zaledwie 20-to letnie. Pożaru lasu nie było w tym rejonie od 35 lat. Ze zwierzyną jest inny problem – Wyspa ma zaledwie 7 lokalnych ssaków, m.in. rysia, bobra, karibu i czarnego niedźwiedzia (sąsiednia Nowa Szkocja ma 63 gatunki). Nazwa parku jest z łaciny, ale także języka portugalskiego, bowiem docierający tu portugalscy żeglarze, tak nazwali „nową ziemię”. Tych nowych ziem i nowych światów możemy znaleźć bez liku na różnych kontynentach, jako dowody na nadzieję, a zarazem złudzenia Europejczyków, dobijających do nieznanych lądów. Szkoda tylko, że nie zmieniali swego postępowania i nie budowali rzeczywiście świata na nowo.

Wręcz gwałtownie zwiększa się ruch na szosie,

w obie strony.

W takim samym tempie zaczyna się zwiększać mój głód. Kiedy w maju szukałem miejsc do spania i początkowo chciałem zanocować na terenie parku, po mym odwołaniu rezerwacji, właściciel motelu Clode Sound był na tyle miły, iż zaanonsował następującą ofertę: „ Jednakże będziemy mieli przyjemność podjąć was obu w naszej renomowanej restauracji, która jest zlokalizowana pół minuty od głównej drogi w miejscowości Charlottetown. Bezpiecznej podróży. Robin”. I rzeczywiście zjazd na lewo i od razu po prawej podjazd na małą górkę, gdzie motel

i restauracja.

W środku słaniające się na nogach dwie kelnerki, bo właśnie skończył się najazd amerykańskich emerytów, którzy toczyli się na naszych oczach do autokaru. Musieliśmy zaczekać parę minut na zewnątrz i dzięki temu przejrzałem dużą tablicę z mapą okolicy i aż mi się oczy zaświeciły do dalszego myszkowania. Powiadomiłem Seweryna, że pojedziemy kawałek w głąb miasteczka nad Clode Sound (sound oznacza małą i wąską cieśninę), dokładniej nad jej część – małą zatoczkę, zwaną Bryans Hole. Już na mapie wyglądało to fantastycznie: cieśnina Clode łączy się ku wschodowi z Chandler Reach a ta, z paroma wyspami u wylotu i wchodzi dalej w wielką zatokę Bonavista. Po zachodniej stronie przechodzi w głąb lądu tworząc końcową zatokę Northwest Arm. Całość zatoko-cieśniny, przylegającej po północnej stronie do terenu parku, ma około 50 kilometrów długości.

Oczekiwanie na jedzenie okrasiłem sobie butelką Quidi Vidi i potem z apetytem spałaszowałem bardzo dobrą potrawę z indyka, z frytkami i borówkami. Przed czternastą zaczęliśmy zjeżdżać ku zatoce poprzez miasteczko Charlottetown,

które przez lata było centrum przemysłu drzewnego. Obecnie stało się bardzo popularnym miejscem turystycznym.

Niestety nigdzie nie mogłem znaleźć pełnej informacji, jak wiele osób mieszka tutaj na stałe, w kilkudziesięciu domach położonych na stokach wokół zatoczki,

ograniczonej z obu stron cyplami. W Biurze Statystycznym Kanady wyniuchałem później, że żyje tu 230 osób. Nie wiem jak jest zimą, ale latem wydaje się wręcz rajsko. W płytkich zatokach woda jest ciepła, są plaże i wspaniałe miejsca na spacery. Doszliśmy do pomostu nad wodą i tu zrobiłem film.

Strzeliłem sobie „wodny” autoportret

i zdjąłem zrelaksowanego Seweryna.

A na koniec zaintrygowały mnie słoneczne refleksy na wodzie.

Wróciliśmy do TCH i postanowiłem zmienić plany korzystając z pogody i sporego zapasu czasu – dojechać najpierw do miasteczka Bonavista. Pagóry zostały za nami, lecz wciąż byliśmy na terenie parku Terra Nova. Temperatura dalej utrzymywała się powyżej 26 stopni. Pokazała się ostatnia część długaśnej zatoko-cieśniny, Northwest Arm, której zakończenie objechaliśmy dookoła przecinając rzeke Northwest. Za rzeką rąbnęli przy samym końcu parku wielkie pole golfowe, a jakże, z obszernym budynkiem wypoczynkowym. Na szosie było o wiele mniej aut, bo zapewne ludzie zmękoleni upałem zalegli gdzieś nad wodą. Seweryn się dziwował, że łuk szosy wciąż prowadzi nas w lewo, więc podsunąłem mu mapę aby zobaczył jak wygląda nasza dalsza trasa. Przejeżdżając nad małą rzeką Łososiową opuściliśmy ostatecznie teren parku. W miasteczku Port Blandford zoczyłem inną drogę, nr 223, wcześniejszą i chyba prowadzącą na skrót do 230, która z kolei doprowadzi nas do Bonavisty.

Przeto wjazd na nową trasę, całkowicie poza planem. Najpierw przywitał nas znak Szlaku Odkryć,

mostem przez rzekę Południowozachodnią (Southwest River).

Po jej drugiej stronie piękny dom nad samą wodą.

Droga nie jest pierwszej klasy, ma liczne spękania, lecz po patagońskich doświadczeniach traktujemy ją jak autostradę. Przepiękny widok przeciwnej strony cieśniny Clode,

gdzie przejeżdżaliśmy ponad godzinę temu.

Zatoka Bunyan’s Cove, przy Chain Rock Cove na długim sznurze, od rogu domu do drzewa przy drodze, suszą się prześcieradła, poszwy i ręczniki. Ku naszemu zadowoleniu ruch minimalny. Wielka przewaga drzew liściastych, znak miasteczka Musgravetown. Następna miejscowość Bloomfield i docieramy do zatoki Gęsi, która jest kolejnym, sporym ramieniem dochodzącym do cieśniny Clode. Za moment natykamy się na Holloway Cove – zatoczka w zatoce, jak te ruskie babuszki schowane jedna w drugiej. Domy i obejścia w przytulnym, prowincjonalnym stylu. Jestem ciekaw, czy się nie zamyka domu na klucz, jak dawniej… Jak tu ludzie żyją? Tylko swoimi lokalnymi sprawami, a ten daleki i jakże często obcy świat, jeno uwięziony w telewizorze? Do obgadania potem? Wzbudzający śmiech czy lęk? A może jedno i drugie, nieustanna tragikomedia pokoleń. Wzbierające fale fałszywych proroków, religijnych i świeckich. Każde pokolenie ma swoich mistrzów-dyrygentów ich losu. Z bliska i z daleka. Teraz także z bardzo daleka, bo tak jak się, być może złudnie, skurczył świat, tak widzialnie i dotkliwie skurczyła się odpowiedzialność. Szczególnie tych z góry.

Most nad rzeką Rattle. Spoglądam na mapę. Rzeczywiście wije się jak grzechotnik z wielkim łbem utkwionym w Południowozachodnim Ramieniu. Most jest u nasady łba. Za nim rozjazd, ale my wciąż prosto i za parę minut jesteśmy przy głównej – 230. Skręt w lewo, pierwsza tablica – Bonavista 85 kilometrów. Jedziemy przy uchylonych oknach, słońce praży niemiłosiernie. Droga ma ten sam znak – Szlak Odkryć. Spory park dla tzw. trailerów, czyli wielkich przyczep kempingowych, jest parę domków (cabins), dostęp do jeziora i lasu. Tylko ta bliskość drogi. Może nie taka ruchliwa. Po wpół do czwartej, przy miejscowości Southern Bay, niebieski znaczek z napisem Bonavista, 65 kilometrów

i rozjazd na drogę nr 235 (Bonavista Bay Highway). Szybkie spojrzenie na mapę i sugeruję skręt w nią, by jechać wzdłuż zatoki Południowej. Teren dość gwałtownie się podnosi, wpadamy w skalne korytarze, na horyzoncie pokazują się wysokie wzgórza. Mijamy Princenton z małym zakładami rybnymi, po pewnym czasie znów napis Szlak Odkryć; to już trzecia droga o różnej numeracji, lecz z tym samym oznakowaniem. Pod spodem strzałka z napisem golf, do kolejnego ośrodka wypoczynkowego z golfem – The View Golf Resort. Wjazd w skalny korytarz, na skałach graffiti pełne miłosnych wyznań. Lita ściana lasu z wystającą skałą i niebieszczącą się daleko zatoka Indian Arm.

Rozwidlenie dróg w Summerville i daleko na stoku droga w prawo, którą będziemy jechać pod wysokimi wzgórzami.

Z lewej zatoka z barką,

w głębi piramidalne wzgórze i domy Summerville na półwyspie.

Mamy kawałek Patagonii lub Islandii – wielki, stromy stok z gruzowiskiem. Niektóre głazy wyglądają tak jakby miały za chwilę spaść. I żadnego znaku ostrzegawczego o kamiennych lawinach.

Po wspięciu łagodnie wijąca się droga w nagrzanym lesie, z naprzeciwka paru motocyklistów, za nami pustki i skręcam krótki film.

Następna górka, zajazd przy drodze, parę parterowych bungalow z wysokim podpiwniczeniem, tak charakterystycznym dla tutejszego budownictwa. Podłoga w piwnicy, nie raz poniżej poziomu ziemi i musi być dobra izolacja, bo z gleby włazi wilgoć, szczególnie wiosną i jesienią. Generalnie uważam, że to niezdrowa tendencja, piwnica to piwnica, nie miejsce zamieszkania. Na zakręcie widok na zatoczkę Plate Cove

 i cyple usiane domami w miejscowościach Plate Cove West i East.

Mała rybacka przystań, następny zakręt z widokiem na Plate Cove East i dalszy odcinek naszej drogi.

235 przechodzi teraz po stoku, pod skałami.

Po drugiej stronie palce mniejszych półwyspów

wchodzące w zatokę

i w głębi wyjście na Atlantyk.

W otoczeniu oceanu, nieba i skał

ludzkie siedziby stają się mniejsze, przycupnięte na przetrwanie. Cieszę się, że wybrałem tę trasę, bo tutejszy styk lądu z oceanem jest fascynujący. I piękny w tym pięknym dniu, nasyconym słońcem i zapachem czystości przyrody – lasu, wygrzanych polan, skał i charakterystycznego, słonawego zapachu morza. Nagle, w rozpasanej przyrodzie, mijamy po lewej monopolowy sklep dźwięcznie nazwany “Liquor Express”. Miejsce zbiorowych, ceremonialnych wypraw Kanadyjczyków po tzw. booze czyli napitek alkoholowy, po którym się czasami buzuje. I to jak! Alkohol, za wyjątkiem Quebecu (francuska kultura bądź co bądź), jest w całej Kanadzie tylko w specjalistycznych sklepach monopolowych, dwojakiego rodzaju – w jednym wódki, koniaki i wina oraz trochę piw, w drugim tylko piwo. Te kanadyjskiej produkcji, podobnie jak amerykańskiej, z dużych browarów, często okropne. Małe, lokalne browary znają się na rzeczy, co wiem z doświadczenia. W sklepach piwnych bywały przedtem piwa niemieckie, holenderskie i skandynawskie, lecz dzięki szerokiemu napływowi, w latach 80-tych i 90-tych, dzielnych Słowian – Czechów, Słowaków i Polaków – zaczęły się, ku naszej radości, pojawiać „Żywce”, „Zlate bażanty”, „Okocimy”, „Kozele” i „Warki”, a teraz i inne gatunki. Jak pić to coś takiego co smakuje, a nie człowiekiem wstrząsa.

W dole miasteczko wokół cypla i zatoki King’s Cove,

skręt wprost na południe, objazd następnych zatoczek z klifowymi wybrzeżami

i przy Hodderville dwie, szeroko otwarte zatoki – Dzika (Wild) i Mnisia (Monk).

Osłonecznione klify przy zatoce Czarnej (Black Bay),

długi podjazd po skalnej półce i potem grzbietami wzniesienia. Niebieska tablica z anonsem Bonavista Social Club, co natychmiast kojarzy mi się ze świetnym zespołem kubańskim. Lecz to nazwa restauracji w miejscowości Upper Amherst, ponoć z dobrą wyżerką. Wspinaczka wzdłuż zatoki Amherst Cove, przy Newmans Cove niespodzianka na oceanie w postaci wielkiej góry lodowej.

Za Birchy Cove, nasza 235, oddalając się nieco od oceanu, przemienia się w John Cabot Drive, na której Seweryn z zadowoleniem kręci kierownicą, bo jest to co lubi – wijąca się droga z łagodnymi, naprzemiennymi łukami. Za parę minut znak miasteczka Bonavista.

Parę metrów dalej typowy znak dla wielu miejsc w Kanadzie – „Straż sąsiedzka, raportuj podejrzaną aktywność”.

Zza zakrętu wyłania się miasto, które już poprzez swoje położenie jest wyjątkowe, bowiem pnie się amfiteatralnie po rozległych wzgórzach wokół dwóch zatok: Bonavista Harbour i Bayleys Cove. Są tu trzy wyraźne elementy geograficzne: półwysep, zatoka i końcowy przylądek, wszystkie z nazwą Bonavista i oczywiście ocean. Zatoka jest nieco zamknięta, ograniczona z dwóch stron przylądkami, Freels na północy i Bonavista na południu, ma wiele zalesionych wysp. Temperatury są łagodniejsze, ale może być to złudne latem, bo nawet wtedy trafiają się czasem przymrozki. Zimno trzyma regularnie od grudnia do marca. Panuje klimat subarktyczny z powodu zimnych prądów. Dodatkowo jest najbardziej wietrznym miejscem w Kanadzie. Półwysep Bonavista ma 85 km długości i od strony południowo-wschodniej wchodzi weń głęboko wielka zatoka Trinity. Na półwyspie są najstarsze osady na Wyspie, przede wszystkim miasta Trinity i Bonavista (3448 mieszkańców)

W 1497 roku Wenecjanin Giovanni Caboto (John Cabot), będąc na służbie angielskiego króla Henryka VII, został wysłany na poszukiwanie nowej morskiej drogi do Orientu. Wyruszył z Bristolu i 24 czerwca wylądował w tych okolicach. Ponoć widząc ląd co raz powtarzał „Och, co za szczęśliwy widok” (O Buon Vista) i stąd wzięła się nazwa pisana teraz Bonavista. Cabot lądował w typowym dla ówczesnych Europejczyków stylu – z krucyfiksem w ręku i sztandarami papieża i króla Anglii, w którego imieniu objął w posiadanie te ziemie. Oto początek szczęścia dla Anglików i początek budowania ich zamorskiego imperium i początek nieszczęścia dla Pierwszych Narodów Ameryki. Europa w swojej historii, a także nauce i edukacji, szybko wykreowała i intensywnie pogłębiała w późniejszych wiekach mit romantycznych, nieustraszonych i przedsiębiorczych odkrywców. Uważano, że przynosi się „dzikim” misję cywilizacyjną, nieodłącznie związaną z religią. A symbolem tej religii był i jest krzyż, który jest symbolem cierpienia za innych i za siebie (stąd owo powiedzenie o noszeniu krzyża przez życie) i powinien być nie tylko symbolem aktywnej miłości, dobroci i wybaczania, ale też unikania przemocy.

Z drugiej strony, w oczach Pierwszych Narodów, krzyż jest symbolem zniewolenia, ich cierpienia i wielopokoleniowej traumy, z powodu bezwzględnego wykorzeniania ich ze swej kultury. I tak właśnie odczuwają, nawet gdy są chrześcijanami. Należy starać się tę sytuację zrozumieć. Europejczycy wpadli w swoiste bałwochwalstwo na punkcie krzyża, wymachując nim jak orężem i stawiając go gdzie się tylko dało i jak popadło. W rozległym krajobrazie krzyże, czasem stawiane niemal co parę kilometrów, jawiły się jako symbol zawładnięcia ziemi i jej bezwzględnego posiadania, obdarzonego nieśmiertelnym napisem „No Tresspasing”. Zwróciliśmy na to uwagę z Mariuszem Wilkiem, gdy wędrowaliśmy po labradorskich bezdrożach. Gorliwi francuscy katolicy, ci sami, którzy po drugiej stronie oceanu mordowali hugenotów, Żydów i Albigensów (Katarów), opowiadali po tej stronie o dobroci i potrzebie bycia pokornym chrześcijaninem, aby dostąpić zbawienia. Stąd na terenie Quebecu nie tylko zatrzęsienie krzyży, ale też miejsc z nazwami różnych świętych.

Caboto nie widział zbytnich możliwości budowy portu na skalistym wybrzeżu, lecz w późniejszych wiekach, dzięki pobliskim, bogatym łowiskom i foczym koloniom, Bonavista stała się jednym z najważniejszych miast na Wyspie. Od XVI wieku poławiali tu Hiszpanie, Portugalczycy, Francuzi i Anglicy. Hiszpanie i Portugalczycy szybko odpadli z konkurencji i na placu boju pozostali przedstawiciele dwóch narodów, które od wieków, co pewien czas, brały się za łby i wzajemnie nie znosiły. Aż do połowy wieku XVIII stosunki były napięte, dochodziło do militarnych akcji, lecz największą zadrą były spory o prawa do poławiania ryb i innych owoców morza. Potem Nową Francję i tzw. Francuskie Wybrzeże przejęli w całości Anglicy i rozpoczęła się kolonizacja z Wysp Brytyjskich. Miasto rozwijało się i stawało dużym centrum handlu. W 1772 roku otwarto pierwszą szkołę.

W początkach wieku XX powstał Rybacki Związek Zawodowy, dotarła kolej z Clarenville (zlikwidowano ją w 1984 roku; w cztery lata później zamknięto główną linię biegnącą przez całą Wyspę, pozostawiając miejscami jeno ruch towarowy) i w szczytowym okresie rozwoju, w latach 1891–1901, półwysep Bonavista zamieszkiwało około 20 tysięcy ludzi. Mimo kurczącego się rynku ryb solonych dalej istniał i się rozwijał rybny przemysł przetwórczy (chłodnie, fabryki konserw, itp.), do momentu załamania koniunktury podczas moratorium dorsza. Systematycznie maleje liczba ludności na półwyspie, są jeszcze rybacy, lecz okolica coraz bardziej przestawia się na turystykę. Jest tu nie tylko spektakularny wręcz krajobraz; można obserwować wieloryby i maskonury, co do których mieliśmy i tym razem pecha. Bezskutecznie ich wypatrywaliśmy w 2012 na Islandii i to samo przydarzyło się tutaj. Oczywiście lokalną atrakcją jest coroczna defilada gór lodowych, które z racji chłodnego klimatu przebywają tu nieraz dłuższy czas.

Pojechaliśmy najpierw do portu rybackiego.

Łaziliśmy po nabrzeżach

pomiędzy pomostami,

obserwując typowe budownictwo na nadmorskich terenach Nowej Fundlandii z kolorowymi, zgrabnymi domkami.

Zwróciłem uwagę na dwie budowle – muzeum poświęcone Cabotowi i okolicom

oraz ładny stylowo budynek Loży Oranżystów (Orange Lodge),

który po wybudowaniu, w 1907 roku, był największą liczebnie lożą tej organizacji w Północnej Ameryce. Oranżyści to protestancka organizacja założona w 1795 roku w Irlandii Północnej (istnieje także w Szkocji i Ameryce Płn.) i skierowana przeciwko katolikom irlandzkim, lecz także występuje przeciw Szkotom domagającym się niepodległości. Ma charakter organizacji masońskiej, oskarżana jest o tendencje sekciarskie i dominacyjne, wraz z powiązaniami z ruchami paramilitarnymi. Jest znana ze swoich prowokacyjnych marszów w dzielnicach katolickich w Irlandii Płn. Wieża budynku loży w Bonavista była używana przez rybaków jako punkt orientacyjny. To tutaj, w 1912 roku, szef związku zawodowego rybaków, William Coaker ogłosił tzw. „Program Bonavista”, ostro występujący przeciwko panującym stosunkom politycznym, ekonomicznym i społecznym na Wyspie. Po pewnych sukcesach ruch zmalał w latach 1920-tych, choć przetrwał następnych parę dekad.

Port rybacki był przesycony owym charakterystycznym zapachem, potęgowanym jeszcze ciepłą pogodą, lecz panował tu ożywczy wiatr od oceanu z o wiele znośniejszą temperaturą. W porcie panował hałas na nabrzeżach

i w przeładunkowych magazynach,

lecz największy rejwach podnosiły setki mew.

Wracając do auta spostrzegłem włoki złożone na nabrzeżu.

Pojechaliśmy na cypel Bonavista i poszliśmy na spacer. Pokazała się wielka góra lodowa,

ocean pokrył się litym srebrem.

Na grzbiecie skalnego rumowiska turyści poustawiali “inuksuki”.

Poszedłem w głąb skalnego rumowiska

i zdjąłem cypel w małym prowincjonalnym parku Dungeon,

do którego niestety nie mieliśmy czasu dojść, do jego skalnych wrót.

Zdjęcie z Internetu

Skierowałem się ku latarni morskiej, która była czynna od 1843 do 1962 roku.

Obecnie jest muzeum z odtworzonym stylem z lat 1870-tych, kiedy pełniła ważną funkcję nawigacyjną przy wejściu do obu zatok: Bonavista i Trinity. Co ciekawe pierwsze jej wyposażenie – lampy i reflektory – przywieziono z innej latarni w Szkocji. Potem wprowadzono system oświetlenia (lampy olejowe i paraboliczne, srebrne lustra) z wyspy May w Szkocji. Latarnię odnowiono w latach 1970-tych i przerobiono na muzeum. W sierpniu 2001 roku w przylądek uderzył potężny sztorm elektryczny i liczne błyskawice spowodowały zapalenie się latarni. Szybka akcja lokalnych strażaków uratowała budynek.

Poszedłem w kierunku następnego urwiska i sfilmowałem okolicę.

Potem doszedłem na krawędzie urwiska, gdzie dominowały dzikie spady,

pokaz sił potężnej geologii

wywracającej odłożone warstwy dna paleozoicznego morza lub oceanu.

Wzdłuż całego brzegu, część skał była skruszona abrazją czyli erozją morza.

Kiedy podszedłem bliżej, aż przeszedł mnie dreszcz na widok niebotycznych spadów.

Jeden nieumiejętny krok i żegnaj życie. W innym miejscu skalny kocioł czarownic, w którym warzą się woda i okruchy skalne, grzechoczące z każdą napływającą i cofającą się falą.

Za nim pozornie łatwe zejście nad wodę,

kolejne spady

i następna brama ku oceanowi.

W dole samotna skała imitująca wielkiego morsa. 

A wokół nóg sielanka – dzikie orchidee w gęstych trawach.

Powędrowaliśmy w kierunku pomnika Cabota.

Kawałek za nim podobne widoki

i wielka krawędź wypolerowanej skały, która skusiła mnie do położenia się na brzuchu i zrobienia zdjęcia.

Ubawiliśmy się, gdy wróciliśmy pod pomnik, bo na głowie Cabota przysiadło sobie wielce zadowolone ptaszysko.

Wenecki przystojniaczek

wpatrywał się dumnie w rozciągającą się przed nim „nową ziemię”, a pod postumentem była tablica informująca, że kierując statkiem „Matthew” wylądował tu 24 czerwca 1497 roku i , a jakże, od tego momentu pierwsza, oficjalna angielska wyprawa odkrywająca Zachodni Ocean przyniosła Brytanii kolejne zdobycze w Nowym Świecie, stając się zaczątkiem jej zamorskiego imperium. I taka sama treść na drugiej tablicy, w języku włoskim. Nieco przytłoczeni cieniem wielkości imperium spiesznie powróciliśmy do auta i odjechaliśmy.

Zaraz za miastem radosna, realistyczna niespodzianka – krowy, których nigdzie wcześniej na wyspie nie widzieliśmy.

Powrót w formie zamknięcia pętli – drogą 30, zwaną Confederation Drive, poprzez półwysep. Przeskok pomiędzy czterema jeziorami, po dwa z każdej strony. Rozjazd na wschód drogi 238, my prosto na południe. Znów między dwoma jeziorami: Noland i Floods, spora miejscowość Catalina, do Jedynki mamy 92 kilometry. Port Union nad zatoką Catalina, barki, magazyny portowe. Jezioro Harbour Pond z miejscowością Melrose, za którą skręcamy na południowy-zachód.

Parę minut po wpół do siódmej zaczęła się lekka szarówka.

Długi podjazd na płaskowyż, za kolejnym wzniesieniem rozległy widok na parę jezior.

Najpierw mieniących się w zachodzącym słońcu,

potem pokrytych spatynowanym złotem.

Dalej jedno z ramion nieprawdopodobnie rozczłonkowanego jeziora Trinity Pond.

 

Droga prowadzi poprzez szereg garbów, wciąż zjazdy i podjazdy w świerkowych lasach.

Jezioro Princenton z paroma domkami na brzegu. Za parę minut pojawia się nazwa Southern Bay i za drogą 235 zamknęliśmy pętle po półwyspie Bonavista. Ruch na drodze bardziej niż umiarkowany. Na zjeździe znak drogi nr 234 na Brooklyn, ale bynajmniej nie ten w Nowym Jorku.

Za Lethbridge, przed ostrym skrętem na południe, łapie między czubami świerków zachodzące słońce.

Znajduje skrót do Clarenville, droga 230 A w lewo i zaraz w nią skręcamy. Stąd już tylko 12 kilometrów do noclegu. Na horyzoncie majaczy ramię wąskiej cieśniny Northwest Arm, które od północy łączy się z cieśniną Smith. Drugie ramię biegnie wprost na południe i potem skręca na wschód łącząc się z drugą cieśniną – Random. Obie cieśniny wychodzą na zatokę Trinity, a pomiędzy ich ramionami leży duża wyspa Random.

Typowe skomplikowanie linii brzegowej Nowej Fundlandii. Skręcamy na prawo, wraz z ostatnim maźnięciem podświetlonego zachodu.

Cały teren podnosi się od oceanu w kierunku centralnego płaskowyżu Wyspy, w postaci grzbietu znaczonego szczytami powyżej 150 metrów nad poziom morza.

Na północnej stronie dominują góry Bare sięgające 156 metrów n.p.m.

Ich grzbiety urywają się nad zatoką w postaci stromych i bardzo stromych zboczy.

Z 230 wjechaliśmy na ulicę Główną, która przeszła w Balbo, ale na mapie widzę, że przechodzi przez inne miasteczka. Najpierw Milton, potem Shoal Harbour, gdzie do zatoki wpada rzeka Lower Shoal, płynąca jedną z wielu dolin przecinających pasma górskie w południowej części Clarenville. Z ciemności światła Doży wyłuskują ciemną powierzchnię wody i jedziemy jakąś groblą. Byleby w tych ciemnościach się nie zgubić i dotrzeć do Jedynki, przy której nasz zajazd. Długi łuk na prawo, ulica Manitoba, miejskie światła, stajemy na czerwonym, szybki przegląd mapy, chyba dobrze jedziemy… Trochę plątania i wreszcie dojazd do szerokiej drogi, skręt w lewo i jesteśmy na Jedynce. Po paru minutach mina mi rzednie, bo znów las i żadnych domostw. Ki diabeł! Zaczynamy się zastanawiać czy nie przejechaliśmy, wreszcie coś oświetlonego, skręcamy i okazuje się, że to hotel. Nie wysiadając z auta pytam przez otwarte okno jakiegoś mężczyznę o nasz zajazd i okazuje się, iż dobrze jedziemy- jest dalej. „Miasto w lesie” mruczy Seweryn i widać po jego minie, że już chciałby znaleźć się w pokoju, by pobuszować po komputerze i tablecie.

Jest! Na słupie duży neonowy napis. Ależ to kawał hotelu w miejskim stylu. Zajeżdżamy przed portiernię koło 22-giej. Seweryn został w aucie, załatwiam formalności, pobieram klucz. Restauracja już zamknięta, lecz od obsługi dostaję talerze i talerzyki oraz kubki i dwa kieliszki. Jak to dobrze, że w chłodziarce jeszcze zapasy z Toronto (puszki, polskie kiełbachy, zupy w paczce) i znakomite hiszpańskie wino „Campo Viejo”. Auto stawiamy niedaleko naszych drzwi. Wejście do pokoju mamy z dwóch stron, od zewnątrz i z środka hotelu. Przepakowuję zapasy do lodówki i przygotowuję kolację. Po niej Seweryn, jakiś znów nabzdyczony, powędrował gdzieś z komputerem. Obrobiłem i przerzuciłem zdjęcia na zapasową pamięć, uzupełniłem notatki i sprawdziłem maile. Nie miałem najmniejszej ochoty zaglądać do Internetu, co się na świecie dzieje. Około pierwszej w nocy, gdy już przysypiałem wrócił Seweryn w bardzo ponurym nastroju. Coś tam do siebie szeptał i pod nosem przeklinał. Nie zareagowałem.