Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

15 lipca Grand Falls – Twillingate – Musgrave Harbour

Nie mogłem się powstrzymać rano przed zrobieniem paru zdjęć wnętrza domu. Nasz pokoik

i korytarz ze spadzistym dachem, gdzie poprzedniego wieczoru przeglądałem książki.

Dom, który ma książki jest dla mnie od razu ciekawy. Czasem wielką niespodzianką jest to co gospodarze posiadają w zbiorach. Po śniadaniu Seweryn uzupełniał notatki,

ja rozmawiałem z Johnem. Zachęcał nas do zobaczenia wodospadów. Gdy pakowaliśmy walizki do auta sfotografowałem dom

i ruszyliśmy na poszukiwania wodospadu i centrum informacyjnego łososia. Patrzę na położenie niektórych domów w tym mieście i odnoszę wrażenie, że żyję się tu, jak u Pana Boga za piecem. Na jeden z mijanych domów obaj popatrzyliśmy niemal z rozrzewnieniem, bowiem przypominał patagońska cabanię.

Niestety nie mogliśmy znaleźć dojazdu do wodospadów, zawróciliśmy, przejechaliśmy ponownie przez miasto i za parę minut je pożegnaliśmy.

Jechaliśmy już przez pół godziny po TCH, gdy zauważyłem na mapie nazwę Bishop Falls, małego miasteczka z powyżej trzema tysiącami mieszkańców. Stwierdziłem, że jak jeden wodospad nam umknął, drugiego nie odpuścimy. W miasteczku typowa, nowoczesna zabudowa – domy ze sporą przestrzenią wokół, przed nimi co najmniej dwa auta, a i często łódka.

Zjechaliśmy z autostrady w Main Street i jadąc wzdłuż rzeki Exploits natrafiliśmy na katolicki kościół Świętego Serca, zbudowany w 1938 roku i posiadający ciekawie skonstruowaną wieżę.

Dojechaliśmy do ładnego parku, gdzie łopotały na wietrze flagi wszystkich prowincji i terytoriów kanadyjskich.

Zaparkowaliśmy i poszliśmy na krótki spacer. W sobotnie przedpołudnie wędkarze tkwili w łódkach,

parę rodzin rozłożyło się na trawie, bo od rana było gorąco i przez następne godziny wciąż trzymało 26 stopni ciepła. Przed nami wodospady

i mała elektrownia,

za nami daleko most kolejowy na estakadzie, przekształcony teraz w najdłuższą estakadę spacerową na Wyspie. Nie mieliśmy czasu na tak długi spacer. Park porośnięty jest dzikimi różami wydzielającymi upojny, słodkawy zapach.

Poprzez inne ulice miasteczka, wśród zatopionych w zieleni domów

dopadliśmy znów autostradę ciągnącą się po horyzont.

Szła przez las, miejscami w skalnych korytarzach. Jechaliśmy teraz na północny-wschód, by pierwej dotrzeć do miejscowości o tajemniczej nazwie – Brama Ukośnego Splotu (Twillingate). Twillin, ze staroangielskiego, określa tkaninę tkaną w ukośne, równoległe pasy. Patrzę na mapę – mijamy za drzewami i wzgórzami długie i wąskie ramię ujścia rzeki Exploits z małym ramieniem zwanym Norris Arm. Drugie, wielkie ramię, ciągnie się przez co najmniej 15 km do miejsca, gdzie kolejne rozszerzenie, a w nim wyspa Thwart. Za nią wokół cały archipelag mniejszych i większych wysp, leżących w zatoczce Exploits, która z kolei przylega do wielkiej zatoki Notre Dame. Stąd wyjście na Morze Labradorskie będące częścią północnego Atlantyku. Lecz prawdziwy labirynt zatok i zatoczek, licznych wysp i wysepek i o najbardziej karkołomnych kształtach półwyspów,

zacznie się kiedy wjedziemy na północny, końcowy odcinek drogi 340. Przed południem, jadąc w ciągłym upale, do niej docieramy.

Po paru kilometrach znak promu na wyspę Fogo, największą wyspę koło Nowej Fundlandii,

od wieku XVIII zasiedloną przez potomków ludzi z Anglii i Irlandii, wywodzących swój rodowód z czasów XVI-to wiecznych. Z racji tego do dziś można tu usłyszeć stare dialekty w obu językach. Magnesem ku osiedleniu były oczywiście ryby (głównie dorsz i łosoś), homary, kraby, a także foki. Po moratorium na dorsza, wiele osad na wyspie zajęło się turystyką i prezentacją swojej lokalnej kultury (każdego sierpnia duży festiwal folklorystyczny, niegdyś na wyspie istniał sławny zespół dziewcząt akordeonistek), co przyciąga wielu turystów. Na wyspie jest szpanerski hotel, nie tylko pod względem architektury,

Zdjęcie z Internetu

lecz także ceny. Pokoje, tylko podwójne, w sezonie (maj – październik, z przymusem spędzenia najmniej trzech nocy) od 1492 do 2192 dolarów US (plus 15 % podatku) za dobę. Sadzę i czuję, że za tego rodzaju wariactwa zapłacimy w całkiem niedalekiej przyszłości prawdziwie wielką cenę. Na wyspę nie zaglądniemy z powodu braku czasu. Podróż promem trwa 45 minut i odbywa się 4 razy dziennie.

Pojawia się kolorowy znak szlaku z lecącą mewą – Droga na Wyspy (Road to Isles), pierwsza w prawo, ślimakiem nad autostradą i 340 prosto na północ, pośród zastępów brzóz i osik. Droga świetnie utrzymana, jedzie się znakomicie. Łagodnie zakrętami pod górę. Przestrzenie bez domów, jakieś leśne biuro i znów nic, mimo coraz częstszych reklam przydrożnych. Za wzniesieniem przybywa drzew iglastych, które zyskują przewagę nad liściastymi. Pierwsza miejscowość – Lewisport, nawet nie spojrzeliśmy na Tim Hortonsa. 340 odchodzi w prawo, zza krzaków widać po lewej zatokę Lewisport Harbour z miastem rozłożonym po przeciwległej stronie. Potem większa zatoka Burnt czasami łyskająca zza szpaleru drzew. Nagle otwarty widok z parkingiem i restauracją, w małej przyczepie na kółkach charakterystyczny napis “Fisch&Chips”. Ruch na drodze niewielki, nad zatoką skupiska paru domów, przerwa i znów parę domów. Za parę minut miejscowość Campbelton. Do Twillingate mamy jeszcze 60 kilometrów. Na zakręcie ukazuje się zatoka Loon’a czyli kanadyjskiego nura.

Objeżdżamy ją poprzez osadę Loon. Teraz cała seria zatok mniejszych i większych z których, pomiędzy wyspami i półwyspami, przepływa się do Exploits Bay.

Mamy popołudniowy upał, mimo bliskości Atlantyku. Żadnych łosi, żadnych innych zwierząt poza ptakami, najczęściej duże wrony. Droga schodzi nad zatokę,

za parę minut znak zjazdu na drogę 331, która ma doprowadzić nas później do 330 i noclegu w Musgrave Harbour. Mijamy zjazd na kemping i przy Body’s Cove przejeżdżamy przez wąski przesmyk lądu na półwysep, z którego wjeżdżamy na groblę

i na następny półwysep. Skręcamy ostro na lewo, następny odcinek długo na wprost. Robię zdjęcie oddalającej się drogi w lusterku.

Na drodze zaczynają się spękania i nierówności na poboczach. Wpadamy na następną groblę przechodzącą przez cztery, różnej wielkości wysepki i wpadamy na piątą.

Lasy, lasy, skały, skałki, zatoki i zatoczki. Znów groblą na następną wyspę Nowy Świat (New World Island), która jest nieprawdopodobnie rozczłonkowana i drugą co do wielkości w tym rejonie. Uważa się, iż wyspie nadał nazwę w 1524 roku słynny żeglarz i odkrywca Giovanni da Verrazzano, który najprawdopodobniej odwiedzał parę innych miejsc na Nowej Fundlandii i był przekonany, że to właśnie jest nowy świat, a nie Azja. Zauważam na Nowym Świecie kolejny obrazek z cyklu kanadyjska sielanka – dom na pięknej podmurówce skryty w zieleni.

Parking pełen szkolnych autobusów i za nim potężny budynek szkoły, liceum zbiorczego (570 uczniów) dla całej wyspy – New World Island Academy.

Na wyspie jest sporo małych jezior. Krajobraz przepiękny z pełnią soczystych kolorów. Nagle po prawej tablica z nazwą parku prowincjonalnego, która to nazwa nieźle mnie ubawiła – Dildo Run.

Popularna i powszechna nazwa seksualnej zabawki to właśnie dildo. A tu jeszcze na dobitkę – run ( „lecieć” i paręnaście nie mniej figlarnych określeń). Park utworzono w 1967 roku (pow. 328 hektarów), głównie jako miejsce rekreacyjne. Dawniej, gdy opływanie wyspy było często ryzykowne ze względu na skały i sztormy, na południowym brzegu utworzono linię tramwajową, której resztki można znaleźć na terenie parku. Jest tu sporo szlaków pieszych i jeden z nich prowadzi do miejsca zwanego Black Head, skąd ze wzniesienia można zobaczyć większość z 365 wysp leżących na przedpolu parku. Poza wzgórzami i dolinami jest sporo jeziorek i bagnisk. Przybrzeżne tereny zalewowe są płytkie i latem występują w nich, podczas dwukrotnych przypływów, wielkie różnice w temperaturze i zasoleniu. Lasy są geste i dominują iglaki – świerki i jodły. I ostatnia atrakcja – docierają tu czasem i osiadają na płyciznach wielkie góry lodowe.

Póki co, zamiast gór, po zatoce szalał młodzian na wodnym skuterze.

Pod koniec parku teren zaczął się podnosić, na horyzoncie ukazały się całkiem wysokie wzgórza.

Jak tylko jakaś miejscowość, najmniejsza osada, od razu ograniczenie szybkości do 50 km/godz. Przed Hillgrade piękny teren nad koniuszkiem zatoczki Squid, domy z pomostami, wychodnie skał i szpilkowy przeważnie las, ale już niewysoki. Parusetmetrowy, podcięty ciąg skał, za nim zjazd do Hillgrade. Na mapie zauważam, że będziemy teraz mijać po lewej ciąg zatoczek: Byrne, Little Byrne i Indian, skrytych za lasem, oddalonych od 340. Mijamy zjazd nr 346 prowadzący na kolejny, niesamowicie „poszarpany” półwysep naszej wyspy, gdzie droga kończy się w dwóch miejscowościach – Cobbs Arm i Toogood Arm. Dochodzę do wniosku, że sama Nowa Fundlandia jest warta przynajmniej miesięcznego pobytu, by pomyszkować w różnych miejscach. Ostry zakręt i od niego odchodzi wąska droga do osady Szyja Śledzia (Herring Neck) na innym, małym półwyspie.

Teraz prosto na wschód poprzez drogę w łożysku skalnego koryta i wjazd przez kolejną groblę na wyspę South Twillingate.

Na prawo wyjście przesmykiem wprost na północny Atlantyk.

Mijamy małe osady leżące w głębi od drogi i za parę minut wpadamy na przedmieścia Twillingate. Przed ostrym skrętem na wprost istne szaleństwo reklam: noclegi, atrakcje, wycieczki.

Poprzez groblę na mniejszą wyspę North Twillingate. Co za położenie!

Zjeżdżamy na chwilę w bok. Port rybacki naprzeciwko,

po naszej stronie w głębi przystań.

Mijamy Back Harbour i się okazuje, że już jedziemy po Main Street, z której widok na zatoczkę i niebieszczący w dali ocean.

Twillingate (2 269 mieszkańców), ulokowane na wyspie w zatoce Notre Dame, stało się organizmem miejskim w 1965 roku po przyłączeniu sześciu osad-portów rybackich, które charakteryzują się bezpiecznymi zatokami i leżącymi niedaleko świetnymi łowiskami. Zamieszkiwali tu od tysięcy lat Indianie Beothuk. Od wieku XVII osiedlali się angielscy rybacy z zachodniej Anglii. W wieku XIX Twillingate nazywano stolicą Północy, bo wciąż dynamicznie rozwijało się rybołówstwo. Powstał też lokalny dziennik na wysokim poziomie (1883), zajmujący się nie tylko miejscowymi sprawami, lecz podający także wiadomości ze świata i przetrwał do późnych lat 60-tych. Kiedy nastąpiło moratorium dorszowe cały przemysł skupiony wokół rybołówstwa padł i mieszkańcy przerzucili się na turystykę. Obecnie jest nie tylko bardzo popularnym miejscem wypoczynku, lecz także miejscem obserwacji gór lodowych. Miasto nazywane jest „światową stolicą gór lodowych” i w miarę często można tu zobaczyć taki widok.

Zdjęcie z Internetu

Liczne są obserwacje wielorybów, delfinów i fok, stworzono szereg szlaków spacerowych. Miejscowe osady były znane ze sztuki mimów (mummering), choć w ostatnich latach ich ilość wyraźnie się zmniejszyła. Podejrzewam, iż z powodu przejęcia ich roli przez polityków, którzy dodatkowo wzmacniają gesty obiecankami.

Wracamy do auta i proponuję abyśmy dojechali do samego końca drogi, do Wroniej Głowy (Crow Head). Małe zaskoczenie, bo zaczynają się wzgórza

i zaraz tablica z nazwą Crow Head.

W miasteczku żyje 218 osób a miejscowy burmistrz, John Hamlyn, pełni swą funkcję najdłużej w Kanadzie – od 1963 roku. Za parę minut jesteśmy w części zwanej Mutford’s Cove,

położonej nad zatoką,

z rybacką osadą na skalnym cyplu.

Parkujemy i wspinam się łagodnym podejściem na wzgórze,

skąd panorama całej okolicy.

Daleko w głębi kreska wzgórz i oceanu.

Dwie malutkie góry lodowe,

inna przy brzegu pod wielką skałą.

W ostatnich latach wiele się zmieniło na skutek zmiany klimatu i ocieplenia. By zobaczyć defiladę wielkich gór trzeba być tu już późną wiosną, nie jak dawniej w lipcu. Dochodzę do krawędzi urwiska,

bliżej skały o przedziwnych kształtach,

dalej grupa skał w pomarańczowych kolorach.

Idąc wzdłuż krawędzi urwiska zauważam w dole małą, ciemniejszą skałę i na niej jakby siedzącą postać.

Podszedłem jeszcze wyżej i wtedy ujrzałem jak owa skała ciągnie się dalej tworząc mały cypel. U jego nasady inna „postać” i od razu skojarzyło mi się z wystającymi na skałach żonami rybaków, z niepokojem wypatrujących powrotu mężów i synów z połowu.

Byłem zafascynowany układem kształtów i kolorów wody i skał,

które w podwodnej części pokryte są kożuchami glonów.

Na części nadwodnej żółtawe porosty.

W innym miejscu wzgórza spojrzenie z krawędzi pionowej ściany na nabrzeże i cumowniczy pomost małego portu.

Jest bardzo ciepło i w nozdrza uderza mnie słodkawy zapach dzikich kwiatów

i nagrzanych traw.

Część kwiatów rośnie niemal na litych skałach.

Schodzę na dół do Seweryna, który już siedzi w aucie. Mam nagle nieodpartą ochotę jeszcze tutaj pobyć. Proponuję dalszy spacer i wypicie zimnego piwa na kamienistej plaży. Seweryn z ochotą się zgadza, wyjmujemy dwa „Icebergi” z chłodziarki, zamykamy Dożę i podążamy wijącą się ulicą Water. Musimy iść dalej, tam gdzie są drewniane schody prowadzące zakosami w dół ku plaży. Na tarasie mijanego domu spoczywa w fotelu gigantycznej wielkości miś.

Ale by się moje wnuczki ucieszyły.

Schodzimy długim zakrętem,

gdy nagle napiera mnie gwałtowna potrzeba fizjologiczna. A tu nigdzie nie widać toalety publicznej, nie ma krzaków, do plaży nie tylko daleko, ale ogarniają mnie wątpliwości, czy to aby nie prywatne zejście. Na małym podejściu sytuacja staje się już niemal rozpaczliwa i proszę Seweryna, aby zaczekał, bo najpierw pójdę do pobliskiego domu, koło którego prowadzą schody na plażę. Pukam do drzwi, zachęcony wchodzę i aż mnie zatyka na widok przytulności tego domu w środku. I ten widok z okien! – wprost na zatokę i ocean. Małżeństwo w średnim wieku wykazuje pełne zrozumienie i gospodarz prowadzi mnie do toalety. Po wyjściu z niej krótka pogawędka – skąd jestem, gdzie podróżuję. Przed opuszczeniem domu pytam czy można schodami zejść na plażę. Okazuje się, że są na ich posesji, ale w zasadzie dostępne dla chętnych.

Schodzimy nimi, ze znacznej jednak wysokości, na plażę,

gdzie wyszukuję w miarę płaską skałę do siedzenia. Jest miło nagrzana, zimne piwo smakuje wybornie. Seweryn oddaje mi swoje pół butelki, bo przecież prowadzi. Jest znów zafascynowany oceanem, przypominają mu się wyjazdy do Grecji, Hiszpanii i na północne wybrzeże Afryki oraz nasze wędrówki. Po raz kolejny stwierdzamy, że gdyby ktoś nam powiedział wtedy, w latach 1971 – 1973, gdy studiowaliśmy dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, że znajdziemy się w Kanadzie i że odwiedzimy tyle miejsc razem, nigdy byśmy nie uwierzyli. W tamtym czasie wokół nas rozciągał się duszny woal komuny i jakiś, chociażby krótki wypad na Zachód był czymś nie tylko niezwykle trudnym, ale potem niezapomnianym. Bo po powrocie Polska ukazywała się jako kraj zacofany, brudny i rozmemłany i jako swoiste zamknięcie, w którym uwięziono naszą młodość. Natychmiast odzywała się tęsknota za tamtym.

Ostatnie dwa zdjęcia z plaży,

wracamy ta samą ulicą i przy niej napotkałem coś, co mnie bardzo rozbawiło, a zarazem wzruszyło. Przed jednym z domów, na słupie, ozdobionym dodatkowo kawałkami drewna wyrzuconego przez morze, zainstalowano dwie budki ptasie nadając im imiona.

Ponieważ było już przed piętnastą zrezygnowaliśmy z przejazdu do końca drogi 340, gdzie jest punkt widokowy zwany Country Outport, skąd widać w dole skały wybiegające małym łukiem w morze i na wzgórku latarnię morską Long Point, nieprzerwanie czynną od roku 1876.

Zdjęcie z Internetu

Powrót tą samą drogą, za Crow Head mijamy jeszcze nieukończony dom, który bardzo mi się spodobał.

Za przylądkiem Little Wild Cove

wyłania się mała góra lodowa.

Przy Black Harbour, ukazuje się z drugiej strony zatoki kolejna część Twillingate, zwana Jenkins Cove,

które za chwilę przejeżdżamy

kierując się na groblę.

Za paręnaście minut cypel Squid Cove i na nim rozwalona stara przystań,

przemykamy przez park Dildo i skręt na południe przy Virgin Arm. Za zakrętem odchodzi droga 345,

na kolejny postrzępiony półwysep wyspy, do malowniczo położonych miasteczek Bridgeport, czy leżącego na północnym koniuszku Tizzard’s Harbour. Z następnej grobli zwanej Curtis Causway widok na archipelag wysepek.

Tę groblę i inne, łączące ciąg wysp, otwarto w 1964 roku.

Proszę sobie wyobrazić jak do tego czasu wyglądała tam opieka lekarska. Nazwiska paru tamtejszych, wręcz legendarnych lekarzy, z okresu lat 30-tych do 60-tych, są znane do dzisiaj. Ich specjalności, niejako wymuszone okolicznościami, obejmowały tak szerokie spektrum, że wielokrotnie przekraczały zadania internisty. Najsłynniejszy z nich, doktór Olds na przykład, operował na podstawie podręczników i dosłownie uczył się na pacjentach. Jego „wyczyny” uczyniły go tak sławnym, że pacjenci przybywali z całej wyspy. A jeszcze trzeba było brać pod uwagę mentalność Nufich w tamtych czasach, w latach 30-tych i 40-tych. W 1939 roku wezwano doktora, który przeprawiał się do pacjenta, małego chłopca, poprzez wzburzone morze. Okazało się, że to ostre zapalenie wyrostka robaczkowego. Dr Olds oznajmił, że są do wyboru dwa wyjścia: zabrać go od razu do szpitala albo pozostawić i wtedy umrze. Po krótkiej naradzie rodzinnej matka oświadczyła, że syn chce tu pozostać i umrzeć. Na szczęście chłopak później wyzdrowiał.

Ostatnia grobla Reach Run Causeway prowadzi już na główną Wyspę. Fascynujące są te miejsca styku morza ze skalistym lądem, pełnym małych wysepek.

Dojeżdżamy do naszej następnej trasy poprzez drogę 331 na Victoria Cove i Clark’s Head, skąd dopadniemy 330 prowadzącą wzdłuż wybrzeża do Musgrave Harbour.

Mijamy spore jezioro, zaraz za nim o wiele większe, zwane First PondNa mapie widzę cały ciąg jezior z nazwami liczbowymi – Pierwsze, Drugie, Trzecie i Czwarte. Długie wspięcie na wzniesienie,

za nim wielkim łukiem na następne. Zjeżdżamy ku zatoce Gander jadąc wzdłuż jej brzegu zachodniego, prosto na południe.

Mijamy miasteczko Wings Point i przed czwartą wpadamy w Clarke’s Head, skąd przez koniuszek zatoki i ujście rzeki Gander prowadzi most, postawiony w roku 1970, na wschodni brzeg zatoki.

Nie wiadomo dlaczego Seweryn pojechał kawałek prosto zamiast skręcić na most i dopiero moje zwrócenie uwagi nieco go otrzeźwiło. Lecz dzięki temu nie tylko mogłem sfotografować most, ale ów typowy widok drewnianych słupów z dyndającą plątaniną kabli,

co z nieukrywaną satysfakcją ponowiłem, gdy już na nim byliśmy, tym bardziej, że słupy były cudacznie rozchwiane.

A jest tu ich pod dostatkiem, bowiem od końca XIX wieku do teraz głównym zajęciem mieszkańców jest wyrąb lasu.

Po zjeździe z mostu Seweryn stanął przed znakiem i wywiązał się między nami następujący dialog. Seweryn: „I co dalej?”, dodając „Nawet im się nie chce gałęzi podciąć”.

Ja: „Jedziemy na północ”. Seweryn: „A gdzie jest północ? Przecież tu strzałka jest w prawo i lewo”. Ja: „bo tak przebiega droga 330 – na południe i północ”. Seweryn: „No to skręcamy w prawo czy lewo?”. Ja: „W lewo.” Seweryn: „Ale tam jest oznaczenie na autostradę Jeden! Może to zły kierunek”. Ja: „Sewerynku, do jasnej cholery, nie dziwię się, że czasem się błąkasz, gdy wracasz do domu w Toronto. Przecież dojazdówka do autostrady ma wydzieloną strzałkę tylko w prawo, na południe! Mówiłem ci – w lewo!”. Seweryn, z godnością:„ Zawsze dojadę tam gdzie chcę. Ty nie prowadzisz auta”. Racja, tylko pilotuję. Podwójnie – drogę i Seweryna. Parę razy byliśmy już w niezłych opresjach, w różnych miejscach świata, ale zawsze się udawało wyjść obronną ręką. Może to te nasze szczęśliwe gwiazdy nad głową…

Droga ma znów ładny znak lecącej mewy, z anonsem „Droga ku wybrzeżu” (Road to the Shore). Na razie gnamy wzdłuż wschodniego brzegu zatoki Gander. Ponownie przewaga świerka i jodły, lecz są o wiele wyższe, bo jesteśmy bardziej na południu, niż na przykład parę dni temu w Saint Lunaire-Griquet przy końcu Wielkiego Półwyspu Północnego. Znak drogowy – do Musgrave Harbour tylko 53 kilometry. Wciąż ciepło, od czasu do czasu otwieramy okna lub włączamy klimatyzację. Ponownie wrażenie jakby nie było się na wyspie. Most nad rzeką Ragged Harbour, niedaleko miasteczka znak naszej drogi, za nim policji.

Skręt w lewo przez Burts Drive, by dotrzeć do Main Street 264, gdzie nasze spanie. Znowu nie ma numerów na domach. Strzelam przez okno fotkę płytkiej zatoczki Muddy Hole.

Końca tej Głównej nie widać, znak wjazdu do portu, stajemy. Wysiadam i zachodzę do sklepiku spytać o zajazd “Spindrift Country Inn”, okazuje się, że mamy jechać dalej. Wreszcie jest, po prawej nad zatoką Ragged Harbour. O 16.30 wchodzę do recepcji, uderza mnie zapach smażonych ryb i czuje potężny głód. Lecz, ku memu rozczarowaniu, kuchnia jest już nieczynna. Przyjechała duża grupa autokarem i dosłownie wyżarła wszystko. Na ładnej sali pachnącej nasyconym solą drewnem już sprzątanie. Dostajemy pokój na pięterku co się oczywiście nie podoba Sewerynowi, który ma kolejny mały odjazd nastroju.

Zanoszę mu walizy na górę, pokój ładny i spory,

z widokiem na ocean.

Na wprost mała wysepka,

daleko od niej, jakieś 30 kilometrów stąd, brzegi wyspy Fogo. Na dole za zajazdem mała altana.

Rozpakowanie i wyczyszczenie chłodziarki, przepakowanie zapasów do lodówki. W kuchni załatwiam przechowanie naszych nabojów z lodem. Wskakujemy do auta i udajemy się na poszukiwania restauracji. Znajdujemy ją w małym, nieco obskurnym domu, lecz serwują nam całkiem dobrą zupę indyka i podsmażane skrzydełka kurczaka.

Po powrocie wychodzę na spacer nad zatokę.

Brodzę wśród cudów litoralu,

barw, kształtów,

interakcji morza i lądu w strefie przypływów.

Niesamowite kompozycje starych skał.

Na jednej niby skamienielina – kształt ślimaka.

Spaceruję wzdłuż brzegu przeskakując z jednej skały na drugą.

Robię krótki film.

Musgrave zatapia się w wieczornej poświacie.

Skały barwią się czerwonawymi kolorami

w początkach zachodu.

Siadam na jednej ze skał i czekam na stopniowe zapadanie się słońca w morzu.

Gdy wróciłem ze spaceru Seweryn zaproponował krótki przejazd do piekarni. Upierał się, że może jest jeszcze otwarta lokalna piekarnia i ma dobre pieczywo, bo rzeczywiście coś co nazywaliśmy „angielską watą” nie nadawało się do jedzenia. Niestety była już zamknięta. Gdy wracaliśmy i to z pewnymi trudnościami (po ciemku świat wygląda inaczej), natknęliśmy się na gromadkę młodych ludzi, którzy jeździli w kółko po plaży na crossowych motocyklach. Ich dźwięki przypominały czasami wielki rój rozsierdzonych szerszeni i światła reflektorów, co pewien czas, kładły się smugami po morzu. Gdzieś na plaży paliło się także ognisko. Pewnie młodzi grillowali z piwem. To była ich rozrywka w sobotni, letni wieczór. Po powrocie do pokoju obróbka zdjęć. Jakże smakowało w trakcie pracy piwo „Iceberg”.