Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

14 lipca Woody Point – West Brook Pond – Grand Falls

1. Z Woody Point do parkingu

Osadnictwo brytyjskie zaczęło się w Woody Point (obecnie 355 mieszkańców – miasteczko plus dwie osady: Curzon i Winterhouse Brook) od 1800 roku, wzdłuż zachodniego wybrzeża Zatoki Św. Wawrzyńca. Wybrzeże nazywano wtedy Francuskim brzegiem, bowiem po traktacie w Utrechcie (1713), przez parędziesiąt lat, całe wybrzeże zachodnie Nowej Fundlandii było w posiadaniu Francji. Po brytyjskim podboju Nowej Francji pojawili się brytyjscy rybacy, którzy stopniowo zaczęli tu zimować, co zapoczątkowało stałe osadnictwo. Ostatni osadnicy pochodzenia francuskiego wyprowadzili się stąd w 1904 roku, w czasie gdy Woody Point znacznie się rozwinęło, stając się portem dla kanadyjskich i zagranicznych statków. Pierwsi stali osadnicy pobudowali domy w 1849 roku. W 23 lata później żyło tu już 129 rodzin. W 1922 roku nadeszło wielkie nieszczęście; ofiarą pożaru padło 58 budynków i miasteczko podupadło. Większość dzisiejszych budynków na wybrzeżu powstała w parę lat po pożarze. Ze staroci ostała się mała latarnia morska (z 1919 roku) i jeden wielki budynek z 1893 roku, który zapisał się szczególnie w historii miasta, bowiem wokół niego miały miejsce poważne zamieszki w roku 1938. Nie mogąc poradzić sobie z ograniczeniami spowodowanymi kryzysem gospodarczym, mieszkańcy zażądali spotkania z brytyjskim komisarzem. Kiedy na wszystkie prośby odpowiedział krótko „nie”, musiał się zabarykadować we wspomnianym domu, z którego zdołał się wydostać dopiero następnego dnia i chyłkiem powrócił do Corner Brook.

Woody Point przynależy do wilgotnego klimatu kontynentalnego, który charakteryzuje się wielkimi opadami śniegu i mroźnymi temperaturami, szczególnie w styczniu i lutym (rekordowe doszły do – 31°C; rekord letni wynosi 30°C). Lata są generalnie umiarkowane, o czym mogłem się przekonać, gdy rankiem wyszedłem na zewnątrz. Wczesną pobudkę uatrakcyjnił nam brak prądu i jego przywrócenie spodziewane było dopiero około jedenastej. Przeto prysznic był szybki, bo na zimno. Śniadanie sowite, ale kawa zaledwie ciepława. Podczas gdy Seweryn się rozpędzał do życia, wyszedłem przed dom,

a potem poszedłem nad zatokę Bonney. Dzień dopiero się budził, żadnych ludzkich głosów czy hałasu silników. Trochę ptasich treli i olbrzymia łapa ciszy zalegająca nad całą okolicą.

Przy pięknej pogodzie zrobiłem pożegnalną serię zdjęć Gór Stołowych, które o poranku miały niemal kakaowy kolor.

Fascynujące są ich kształty,

zagłębienia polodowcowe

i zalegające płaty śniegu.

Parę minut po siódmej wyruszyliśmy na trasę. Pusta, zalesiona szosa 431,

powtarzające się widoki,

zatopione w znieruchomieniu i ciszy.

Strumień wijący się poprzez soczystozieloną łąkę.

Za kolejnym podjazdem obróciłem głowę i zdążyłem ułowić znikający fragment dalekich Góry Stołowych. Skręciliśmy na północny-zachód w 430.

Tu podobny nastrój.

W pewnym momencie zauważyłem na stoku coś w rodzaju wiatrołomu.

Może przeszła tędy mała trąba powietrzna? Przy drodze to samo urokliwe jeziorko, z miejscem na odpoczynek.

Za nim punkt widokowy, z objaśnieniami co tkwi przed nami – tzw. polodowcowa dolina zawieszona.

Roboty drogowe wstrzymano,

co bardzo nam na rękę, by zdążyć z odpowiednim zapasem czasu na parking przed fiordem. Trzymamy się za białą Hondą, ruch wzmaga się z obu stron drogi.

Widzimy Południowe Ramię i w pewnym miejscu przystań z dwoma uśpionymi żaglówkami, bo jest jeszcze wcześnie – za dziesięć ósma.

Gdy jesteśmy przy końcu Ramienia, zza wzgórz wpełzają na niebo gęste cumulusy.

Byleby tylko nie siadła pogoda.

Lecz przy Norris Point widzimy ze wzniesienia, że w oddali znów bezchmurnie.

Mijamy zjazd na Rocky Harbour i pniemy się na szczyt wzniesienia.

Nad strumieniem Bakers przebudowa mostu, lecz maszyny i ciężarówki nieruchome – widać mają wolny piątek.

Na parking przy Western Brook Pond dojechaliśmy paręnaście minut po ósmej. Na szczęście nie stało za dużo aut i autokarów. Przebraliśmy się, zamknęliśmy „Dożę” i ruszyliśmy trzykilometrową trasą ku przystani.

Mijając jeziorko Jerrys

natknąłem się na piękny okaz dzikiej orchidei.

Ponownie podziwiam jak wszystko jest tutaj mądrze i właściwie urządzone. Wygodna trasa z dziesiątkami tablic objaśniających historię geologiczną i geomorfologiczną okolicy oraz jej współczesne komponenty geograficzno-biologiczne.

Ku mej radości zaczyna się coraz bardziej wypogadzać. Wyraźnie widać i tutaj płaty śniegu w górnych wzniesieniach.

Przystanąłem i sfilmowałem panoramę 180 stopni, od lewej do prawej, całe pasmo gór Długiego Łańcucha.

Najwyższy szczyt okolicy (drugi pod względem wysokości na Nowej Fundlandii; najwyższym jest Cabox – 812 m n.p.m.) nazywa się Gros Morne (806 m n.p.m.) i od niego przyjął nazwę cały teren parku, utworzonego w 1973 roku i przekształconego w październiku 2005 w park narodowy.

Dopiero potem odkryłem, że parokrotnie przejeżdżaliśmy Szlakiem Wikingów (droga 431) koło szczytu Gros Morne, na wysokości miasteczka Norrris Point. Jest w odległości około pięciu kilometrów od drogi, ale patrząc z pędzącego auta nie miałem wtedy pojęcia, że to właśnie on – rozległy i płaski szczyt. Nazwa pochodzi z języka francuskiego i oznacza „samotną, wielka górę”, lub „wielkiego posępniaka”.

Terytorium parku (1805 km², drugi pod względem wielkości w atlantyckiej Kanadzie) to ziemia fiordów i jezior wyrzeźbionych przez lodowiec, z olbrzymimi klifami; dzikie góry pokryte w wielu miejscach borealnym lasem, z arktyczno- alpejskimi pustkowiami oraz skalistym wybrzeżem, z głębokimi zatokami i przesmykami, piaszczystymi plażami i rozsianymi małymi miasteczkami, wsiami i osadami, których mieszkańcy z utęsknieniem wypatrują turystów i poszukiwaczy nieco dzikich terenów, generalnie nieskażonych przemysłem i zanieczyszczeniami. Dlatego poza oficjalnym zwiedzaniem różnych atrakcji promuje się kajakarstwo, wędrowanie z plecakiem, a przede wszystkim liczne szlaki piesze. Mamy tu około 20 oznakowanych, całodniowych szlaków pieszych, jeden o większej skali trudności prowadzący poprzez góry (16 km długości) i łączony wielodniowy szlak wodno-lądowy z jeziora Western Brook w głąb gór. Jak już wspominałem owe zerodowane góry uformowane 1.2 miliarda lat temu są częścią oceanicznej skorupy i ziemskiego płaszcza, świadków wędrówki płyt tektonicznych.

Park i jego okolice to istny geologiczny spektakl z przeszłości.

Prekambryjskie podłoże zwane ostańcem Long Range (wiek przeszło 1.5 miliarda lat) zawiera dwa najwyższe szczyty – Gros Morne i Big Level (795 m n.p.m.). Na zachodni kraniec tej struktury jest nasunięty uskok, którego częścią jest fiord przy jeziorze Western Brook. Potem dołożyły się skały ogniowe i osadowe z paleozoiku i stąd jasna barwa wapiennych wzniesień. Ostateczny kształt dzisiejszego krajobrazu ustanowiły plejstoceńskie zlodowacenia. To wszystko sprawia, że tutejsze gleby są przeważnie bardzo ubogie. Na terenie parku można spotkać łosie, karibu i lisy. Miejscowa ludność dochody czerpie głównie z rybołówstwa i turystyki. Dodatkowo, w miejscowościach na terenie parku, organizuje się trzy duże, coroczne festiwale – teatralny, literacki i muzyczny.

2. Fiord

Po 40 minutach marszu poprzez trzęsawiska

wyłoniło się wejście do fiordu.

Z daleka, od prawej, nadlatywał nań helikopter i tylko mogłem sobie wyobrazić jaki musi być z niego niesamowity widok.

Ostatnie podejścia pod górkę, bo droga bynajmniej nie jest równa. Wijąc się prowadzi poprzez małe wyniosłości i odcinki zupełnie płaskie. Po godzinie doszliśmy do przystani. W oczekiwaniu na nasz stateczek zagłębiłem się w uzupełnienie wiadomości o historii powstania jeziora Western Brook Pond. Jak już wspominałem, był to niegdyś morski fiord, wyrzeźbiony w czasie ostatniej fazy zlodowacenia (25 do około 10 tysięcy lat temu; w tym czasie ludzie jeszcze nie dotarli na Nową Fundlandię).

Po stopnieniu lodowca cały obszar się podniósł (izostazja), a dodatkowo na jego przedpolu była usypana morena, przez co został odcięty od morza (od Zatoki Św. Wawrzyńca). Stopiony lód utworzył jezioro, które jest ekstremalnie czyste, uważane za jedne z najczystszych na świecie. Z tego powodu jest troskliwie chronione bowiem posiada specyficzne właściwości. Każde zanieczyszczenie stanowi wielkie niebezpieczeństwo, jezioro ma tylko jeden nieduży odpływ do morza – Zachodni Strumień (Western Brook) i całkowita wymiana wody jeziornej trwa około 15 lat. Dodatkowym niebezpieczeństwem są okresowe, silne wiatry wpychające wody powierzchniowe w głąb strumienia, przez co, gdyby były zanieczyszczone, mogłyby się przedostać do jeziora. Z tych samych powodów nie może ulec znacznej zmianie liczba ludności na tych terenach, a także zaczyna się mówić o regulacji ruchu turystycznego. To obecnie problem światowy i mieszkańcy atrakcyjnych miejsc przeżywają istną inwazję turystów. A przecież jak pamiętam, już w końcu lat 50-tych, latem moi rodzice umykali z Sopotu na Pojezierze Kaszubskie. Dziś zaczyna się powoli umykać z owego Pojezierza, bo dostęp do otwartych wód jezior jest coraz bardziej ograniczony z racji prywatnego budownictwa, a także biznesowych ośrodków wypoczynkowych.

Jezioro jest jednym z ostatnich na świecie jezior ultra oligotroficznych (oligotroficzny – bogaty w tlen, lecz ubogi w składniki odżywcze i dlatego nie ma bogatej roślinności). Granitowe podłoże fiordu ulega spowolnionej erozji i nie ma przeto wielu osadów niezbędnych jako składnik odżywczy dla roślin. Do jeziora uchodzi około 20 strumyków i potoków, lecz są małe i często płyną jedynie wiosną. Powierzchnia wzniesień, wygładzona przez lodowiec, tworzy formacje tundry, alpejskiego lasu i gołych skał. Uboga roślinność nie zmętnia wody i nie dodaje koloru. Ludzka działalność (rolnictwo, przemysł i zaludnienie) jest ograniczona i faktycznie zaczęła się w latach 70-tych XX wieku. Woda nie zawiera związków kwasowych, nawet jeśli występują obszary bagienno-torfowe; tutaj opady również mają małą kwasowość. Największy strumień zasilający jezioro (Stag Brook) płynie akurat przez warstwy wapienne. Odczyn wody jest neutralny i słabo przewodzi prąd.

Wysokie klify po obu stronach fiordu pokrywają wodę stałym cieniem i dlatego latem temperatura powierzchni jeziora, we wrześniu, ma maksimum 16 stopni. Na głębiach temperatura osiąga maksymalnie około pięciu stopni. Procesy rozkładu są bardzo powolne z powodu zimnej wody; promienie słoneczne dochodzą do 10 metrów głębokości. Na klifach wchodzących pionowo do wody rośliny nie mogą się ukorzenić, w wodach jest mała ilość alg, które są początkiem łańcucha pokarmowego. To z kolei wpływa na roślinność i świat zwierzęcy – mała ilość owadów, ryb i innych zwierząt. Jest pewna ilość planktonu zwierzęcego, atlantycki łosoś, pstrąg, golec (Arctic char), węgorz i parę drobniejszych gatunków ryb. Z ptaków kormorany, dwa gatunki kaczek i mewy, tradycyjnie gnieżdżące się na klifach.

O przezroczystości wody mogłem się przekonać stojąc na pomoście wiodącym do przystani.

Wszedłem do biura przystani z zamiarem dorwania tej dziwnie nieprzyjemnej baby (to się z reguły w Kanadzie nie zdarza!) i do tego źle informującej, lecz jej dziś nie było. Ponadto odkryłem, że częściowo wina leży po mojej stronie, bowiem nie przepatrzyłem wszystkiego uważnie w internecie. Majowo-czerwcowe zamieszanie w obu szkołach, na dodatek połączone z mym pożegnaniem, nie ułatwiało mi przygotowywania naszego wypadu.

Potwierdziło się, iż istnieje możliwość wpłynięcia w głąb fiordu i wdrapania się na jego górną część (w tę i z powrotem 12 km), skąd jest ów niezapomniany widok. Lecz nigdy samopas, bo musisz być zapisany na Długi Marsz (the Long Range Travers) lub Północny Marsz (the Northern Traverse), które są co najmniej dwudniowe i dla których wymagane są specjalne karty wstępu Parków Kanadyjskich, na dzikie obszary. Mieliśmy to szczęście, że mogliśmy w tym roku z okazji 150-lecia państwa kanadyjskiego, zaoszczędzić na kartach wstępu. Zazwyczaj wstęp do Gros Morne kosztuje: dorośli – $ 9.80, seniorzy – $ 8.30, młodzi (6 – 16 lat) – $ 4 (od 1 stycznia 2018 każda młoda osoba poniżej 17 roku życia ma darmowy wstęp do wszystkich kanadyjskich parków i to jest coś, co bardzo mnie ujmuje w Kanadzie), 5 i mniej lat – wstęp wolny. Są też karty rodzinne, do 7 ludzi, maksymalnie dwójka dorosłych – $19.60 CAD.

W sezonie (1 lipiec – 31 sierpień) na większe trzy statki (odpływają o 10, 11, 12.30, 13.30 i 15.00) opłaty są następujące: dorośli – $65, nastolatki – $30, dzieci od roku do lat 11 – $23 CAD i niemowlaki darmo. Natomiast całodniowa wspinaczka z przepłynięciem (od późnego czerwca do końca września; szybki stateczek o 8 rano; na wspinaczkę z noclegiem o 9 rano), rzeczywiście kosztuje 250 CAD, a od 2018 sięgnie 275 dolarów. Natomiast wspinaczka połączona z noclegiem kosztuje 460 dolarów od głowy. Oba ostatnie typy ekspedycji wymagają minimum czterech dorosłych uczestników.

Wspinaczka od podnóża fiordu (na 450 metrów wysokości) przebiega przez dzikie tereny, poprzez doliny rzek, lasy i łąki oraz wśród skalnych rumowisk. Cała wspinaczka podzielona jest na trzy etapy: pierwszy przez wielkie łąki i kawałek lasu, drugi poprzez doliny rzeczne, przy czym podczas lub po opadach idzie się w bród a dalej przez las, coraz bardziej stromymi odcinkami. Trzeci jest najkrótszy, lecz najbardziej stromy i po skałach, aż osiągnie się w miarę płaski szczyt wzniesienia. Nagrodą jest fantastyczny widok. Po lunchu rozpoczyna się schodzenie i na główny parking zazwyczaj dociera około 17-18-tej. Czasem trwa to dłużej ze względu na różne umiejętności ludzi.

Na przystani, poza pomostem cumowniczym jest spory, drewniany budynek w którym mieszczą się biura, kawiarnia z jadłodajnią (nieśmiertelne hamburgery i parówki), malutka księgarnia z przewodnikami i opisami fiordu. Autorem jednej z książek o parku jest Michael Burzynski; ten swoisty przewodnik z rozszerzonymi informacjami wydano po raz pierwszy w 1999 roku. Burzynski jest naturalistą ze specjalnością botanika i od roku 1973 współpracuje z parkami narodowymi Kanady.

Parę minut po dziewiątej pomaszerowaliśmy pomostem na stateczek “West Brook II”,

na którym spędziliśmy następne dwie godziny. Ominęliśmy sporym łukiem ławicę pomorenową,

i po 10 minutach przystań z zabudowaniami znacznie się oddaliła.

Po chwili ukazała się gardziel fiordu,

którego pionowe skały wznoszą się na 600 metrów w górę, w niektórych miejscach dochodząc do 650 metrów.

W miarę wpływania w głąb fiordu zafascynowany robiłem zdjęcia,

kończąc je krótkim filmem.

Część pobrużdżonych stoków, usianych kępami roślinności, przypominała mi Góry Skandynawskie nad Morzem Norweskim.

Z klifu, w różnych miejscach tryskały wodospady.

Nasz stateczek był głośny, posuwał się szybko do przodu, a przez megafon przewodnik opowiadał nam o mijanym krajobrazie. No i rozgęgani ludzie, wraz z niektórymi znudzonymi, małymi dziećmi, tworzyli niezły rwetes. Gdy potem, w drodze powrotnej, siedziałem w środku, wielce zafascynowałem jednego hinduskiego dzieciaka, który roześmiany bawił się ze mną w chowanego i każdą psotę ozdabiał perlistym śmiechem. Jednym słowem na pokładzie od czasu do czasu zgiełk i harmider na całego. Wyobraziłem sobie jakże atrakcyjnie musi tu być na kajaku lub canoe, tym bardziej oglądając fiord z poziomu wody

– mijane urwiska

i odznaczające się, nieraz wyrazistymi kształtami, skały.

Przewodnik opowiadał, że niektóre z nich miały swoje nazwy nadawane przez lokalną ludność lub pracowników parku dla uatrakcyjnienia czasu turystom. Ludzie zawsze doszukują się pewnych, antropomorficznych lub zoomorficznych, kształtów w dookolnym krajobrazie.

Tak było z Europejczykami, gdy jeszcze w początkach chrześcijaństwa podtrzymywali pogańskie obyczaje lub je adaptowali do nowej wiary, wierząc dalej w moc amuletów, czy miejsc nawiedzonych, mających specjalną energię lub inne właściwości. Potem, kiedy od wieku XV Europejczycy ruszyli w świat, jeszcze to się spotęgowało w obliczu zaskakującego Nieznanego. Inaczej podchodzą narody autochtońskie, wierzące w spirytualne właściwości natury, bowiem traktują całą Ziemię jako dynamicznie żywą istotę. W pewnych skałach tkwi duch, podobnie jak w pewnych miejscach. Dlatego są święte i należy je szanować i ochraniać. Stąd konflikt między pazerną i idącą po trupach współczesnością a autochtonami. U nich nie ma tak wyraźnego rozgraniczenia pomiędzy istotą żywą a materią nieożywioną. Spotkałem się z tym wśród Pierwszych Narodów (Indian lub Eskimosów), zarówno w Ameryce Północnej, jak i Południowej (słynna Pachamama) i tak też jest w wielu innych miejscach świata, nie tylko wśród autochtonów, bo na przykład także na Islandii. Zresztą w pewnych przekonaniach czy obyczajach sam takim jestem.

Wpłynęliśmy w kolejny, zwężający się zakręt

i posuwaliśmy się teraz bliżej brzegów klifu,

widząc niekiedy pionowe ciosy skał

oraz wewnętrzne, przepaściste doliny wyryte w stoku.

Wyłaniały się również wielkie, skaliste masywy

wsparte mocno w wodę i po raz ostatni przełączyłem aparat na film.

Zbliżaliśmy się powoli do końca fiordu;

na przeciwnym brzegu spadają warkocze jakiegoś wodospadu,

lecz w oddali zauważyłem inny wodospad, najwyższy we wschodniej części Północnej Ameryki (199 na świecie pod względem wysokości) – Pissing Mare Falls (około 350 metrów nad lustrem wody).

Wodospad składa się z dwóch części – pierwsza to pionowy, 250 metrowy spad,

druga część spływa kaskadami po skałach do jeziora.

Nazwa wodospadu jest typowa dla Nufich, zgodna z ich określeniem wody spadającej do fiordów lub morza. Mój niezapomniany profesor geomorfologi, Bolesław Augustowski (1931- 1986), rzekłby krótko “To jest sikajło” i niewiele by się pomylił, bopiss” po angielsku dokładnie oznacza wiadomą czynność. Przy okazji chciałbym podkreślić, że w Internecie, na polskich stronach, zgodnie z nieszczęsną naszą tradycją, panuje nieprawdopodobny burdel, gdy się szuka zdjęć konkretnej osoby. Nie dość, że wyskakują, ni w pięć, ni w dziewięć, imiennicy o innych nazwiskach, to ukazują się także gęby polityków i domorosłych naukowców, których intelekt, poza nabytym tytułem naukowym, głębiej się nie ujawnia.

Gdy się maksymalnie zbliżyliśmy do wodospadu

zrobiłem w zbliżeniu parę jego zdjęć.

Potem znalazłem zdjęcie zrobione od drugiej strony, owo wymarzone spojrzenie z góry na cały fiord.

Zdjęcie z Internetu

Zakręciliśmy

i teraz posuwaliśmy się bliżej innej ściany fiordu.

Tam miejscami też spadały cienkie strugi wodospadów.

W pewnym momencie zauważyłem na zboczu pionowy cios skalny.

Zbliżenie na potężną ścianę klifu

i jego kolejną, oddalającą się część.

Dwadzieścia po jedenastej ostatnie zdjęcie fiordu z pokładu stateczku

i perspektywa dalszych paru wzniesień,

gdzie może na jednym zdjęciu jest ów najwyższy szczyt parku…

3. Do Grand Falls

Przewiani chłodnym wiatrem i zaczerpniętymi haustami krystalicznie czystego powietrza, zrobiliśmy się bardzo głodni. Ustawiłem się w dość długiej kolejce po parówki z keczupem i pajdami chleba. Można było sobie dorzucić cebuli i ostrej papryki, a także tzw. relish, czyli przysmaczek, którego nie znoszę. Przypomina zieloną papkę, niemożebnie kwaśną i kojarzy mi się z McDonalds’em, którego jeszcze bardziej nie znoszę, ba, wręcz nim pogardzam. Jest dla mnie takim samym symbolem badziewia północno-amerykańskiego, jak bejsbolowa czapka, w których zapewne niektórzy śpią. Widok ludzi w restauracji przeżuwających jedzenie w czapce na głowie i z jedną ręką zwisającą pod stołem, napawa mnie obrzydzeniem. Kiedy mój mały syn zapytał mnie, dlaczego nie trzymają obu rąk na stole, odpowiedziałem mu, iż to jest dziedzictwo kowbojskie z czasów Dzikiego Zachodu, gdy w jednej ręce trzymali widelec lub łyżkę, a w drugiej, schowanej pod stołem, pistolet.

Wprost z kolejki trzasnąłem zdjęcie dalekich pasm,

a potem zabrałem się za pałaszowanie parówki, która była niezła (nie, nie będzie jej zdjęcia, bo z równym obrzydzeniem przyglądam się ludziom, którzy aparatem, a obecnie najczęściej telefonem, robią zdjęcia jedzenia). Chwilę odsapnęliśmy i udaliśmy się poprzez torfowiska do parkingu.

Minęło południe i śpiewające bractwo gromadnie wyległo na drzewa i krzewy.

Przy zdradliwym trzęsawisku zauważyłem leżące na nim patyki.

Rzucali je mali chłopcy w nadziei, iż na ich oczach bagno je wessie. Bardzo się ucieszyłem, że nie jestem już tym, tak bardzo nierozsądnym chłopcem (choć zdołałem chyba w jakiejś części ocalić go w sobie), który zawsze miewał najdziksze pomysły, kończące się często porażką i małymi katastrofami. Rodzice na szczęście nie znali nawet połowy moich wyczynów, z podwórka i wakacji na Kaszubach. A jak musiałem się wtedy prezentować w oczach dorosłych, to pozwolę sobie na przytoczenie pewnej anegdoty sprzed lat paru. Będąc u mej ukochanej, 90-io letniej wtedy cioci Oleńki, odebrałem telefon. Jakaś leciwa pani, zaskoczona mym głosem, zapytała “Z kim mam przyjemność?”. Grzecznie się przedstawiłem i wtedy ona wykrzyknęła “Ach, to pan skakał u mnie z pieca kaflowego!”. Owo wydarzenie miało miejsce równo 60 lat temu.

Wiele miejsc wygląda na pozornie utwardzonych z zapraszającym wręcz oczkiem wodnym,

ale lepiej trzymać się od niego z daleka. Naszło mnie znów wspomnienie Labradoru, gdy zoczyłem na bagnie bawełnę labradorską, którą Indianie i Eskimosi używają, m.in. jako wacików.

W pewnych miejscach całe połacie skłębionej, wodnej roślinności.

Za kolejnym zakrętem dobiega mnie przeraźliwe kląskanie jakiegoś ptaka. Zauważyłem na szczycie krzaka rozwrzeszczanego brodźca piegowatego (Tringa melanoleuca; angielska nazwa greater yellowleg),

widocznie zaniepokojonego naszą obecnością. Być może była to gniazdująca samica, bo za chwilę podleciał drugi osobnik

i poziom wrzasku wyraźnie się podniósł i to na dwa głosy. Na kolejnym wzniesieniu obróciłem się i tym razem na dobre ostatnie ujęcie fiordu.

Parę minut przed pierwszą doszliśmy do auta, koło którego kręciła się duża mewa.

Wsiadając do auta przypomniałem sobie inne fiordy. Gros Morne piękny, ale to kruszyna w porównaniu do fiordów w Norwegii czy Brytyjskiej Kolumbii.

Po przebraniu ruszamy z kopyta nadmorską trasą.

Jakże charakterystyczne widoki domów na cyplu, zatopionych w przestrzeni wody i nieba. A na pierwszym planie wyrzucone, obrobione przez morze drewno – driftwood.

W Islandii zbierano na opał, w Brytyjskiej Kolumbii dla ozdób, które czasami dorzeźbiano. Migotliwa powłoka morza z nakładającymi się seriami cypli i zatok.

Za chwilę miejsce osadnictwa; ktoś je wybrał, ktoś inny dojechał, sprowadził krewnych lub sąsiadów, a teraz już zdąża własnym rytmem.

Rozszerza się, usadza wzdłuż dróg, wdziera w głąb natury.

Jesteśmy przy skale przypominającej wynurzająca się fokę.

Dalej wijąca się droga,

a po drugiej stronie Wschodniego Ramienia znajoma grupa skał.

Poprosiłem Seweryna byśmy się zatrzymali. Zbliżyłem grupę skał

i zszedłem po skalnym rumowisku nad samą wodę.

Przyklęknąłem i obmyłem twarz w wodzie. W takim momencie zawsze przypomina mi się Hrabal, który nałogowo obmywał twarz w każdym napotkanym strumieniu, rzece czy jeziorze. Poszedłem, po niewygodnym raczej rumowisku, szukając skamienielin i znalazłem parę muszli i korali oraz wyraźny odcisk jakiegoś przedpotopowego stwora.

Wróciłem na górę akurat, gdy zatrzymał się koło nas wakacyjny mini domek na kółkach.

Z auta wysiadł ojciec rodziny z dwójką dzieci. Zamieniliśmy parę słów na temat piękności okolicy. Wracali po objeździe Gros Morne.

Przepiękne, małe jezioro Wigwam Pond,

za nim zbliżenie z góry na wijącą się w dali drogę.

Za paręnaście minut jedno z ramion jeziora o niesamowicie skomplikowanym kształcie – Bonny Bay Big Pond.

O 14.30 pojawia się znak Jedynki, czyli głównej autostrady. Przejazd mostem nad rzeką Humber, postanawiamy wpaść na zupę do Hortonsa w Deer Lake. Byleby się nie zaplątać w rozjazdy, ten jakoś słabo oznakowany, ale jest możliwość skrętu w lewo i łagodnym łukiem wyprowadza nas na Jedynkę. Przemykamy koło stacji benzynowej przed którą stoi posąg łosia z napisem obok, aby na niego nie włazić.

Mijamy hotel w którym będziemy spać w powrotnej drodze na kontynent, następny rozjazd, na szczęście z wyraźnymi strzałkami i nazwami, łuk w lewo, w prawo i już jest Hortons. Tłum w środku, sprawnie nam poszło i za chwilę wcinaliśmy zupę z indyka, ze sporą bułą z warzywami i apetycznie przysmażonym boczkiem.

Wzięliśmy po kawie do auta i z parkingu wyjazd na Jedynkę, który wprawił nas w konfuzję. Na prawo był znak Jedynki na zachód, czyli nie tam gdzie powinniśmy jechać. W lewo też nie, a więc tylko na wprost, tym bardziej, że potwierdzała to strzałka z napisem „Grand Falls”. Pojechaliśmy, długi łuk wyprowadził nas nagle na znak drogi 430, czyli tam skąd przybyliśmy. Seweryn postanowił skorzystać z pierwszej okazji przeskoku na drugą stronę autostrady i po chwili znalazł się piaszczysty odcinek z licznymi śladami po oponach. Widocznie więcej osób miało podobne jak my kłopoty. Lecz tamten łoś ze stacji benzynowej musiał rzucić jakiś urok, bowiem to znów nie był właściwy kierunek, tym bardziej, że ponownie pojawił się hotel w którym dopiero mieliśmy być.

Znów tą samą trasą, w lewo do miasta, twardo trzymając się znaku Jedynki i jest wreszcie znak zjazdu w prawo do Grand Falls. Trzeci raz mijamy hotel. To była totalna zmyłka – należało jechać prosto i nie przejmować się znakiem drogi 430.

Pogroziliśmy delikatnie łosiowi, nad wiaduktem znak trzymania się lewego pasa i wreszcie jesteśmy na właściwej drodze. Do Grand Falls mieliśmy jeszcze 207 km. Po tych emocjach i konfuzjach wszelakich odstawiłem aparat i skupiłem się na widokach, bo teraz było prosto – cały czas autostradą 1. Znów kompleksy leśne z przewagą drzew liściastych, długie i nieraz wąskie jeziora. Za South Brook Jedynka ostro skręca wprost na południe i za chwilę zobaczyliśmy rozległe jezioro Południowe (South Pond).

Przy Badger rozjazd na drogę 370 i autostrada łagodnym łukiem zmierza ku wschodowi. Tutaj zaczynamy jechać doliną najdłuższej rzeki Nowej Fundlandii – Exploits (246 km długości).

Zdjęcie z Internetu

Rzeka znana z tarła atlantyckiego łososia i innych ryb, ale uważa się, że jest jednym z największych na świecie stanowisk łososia. Wszystko dzięki rozsądnej polityce w postaci zbudowania śluz dla ryb idących na tarło i utworzenia centrum interpretacyjnego w Grand Falls-Windsor, które jest dodatkową atrakcją dla turystów. Pierwszy raz w życiu takie śluzy widziałem w Brytyjskiej Kolumbii i aż się wierzyć nie chciało, jak ryby sprawnie pokonują kolejne, drewniane koryta, prąc cały czas pod górę. Oczywiście rzeka jest także rajem dla wędkarzy. W 1983 roku powstała organizacja ERMA (Exploits River Management Association), założona przez wolontariuszy w celu ocalenia łososia, którego populacja w latach 80-tych zaczęła spadać. W tamtym czasie, przy pomocy specjalnej sieci przeliczano populacje i w dobrych latach dochodziła ona do czterech tysięcy sztuk. Utworzono specjalny kanał na tarło i uzyskiwano w hodowli około 10 milionów sztuk ikry, którą potem wiosną rozwożono helikopterami do wyznaczonych miejsc w dorzeczu rzeki.

Dzięki temu ilość przetrwałych osobników dochodziła do 85 %, w porównaniu z 20% w warunkach naturalnych. Finanse na tę akcję dostawali częściowo od rządu i społeczności rozsianych wzdłuż głównej rzeki i jej dopływów. Do akcji włączyła się także fabryka papieru ( Abitibi Consolidated – zamknięta w 2009, wyburzona przed naszym przyjazdem; spowodowało to wyjazd wielu ludzi z miasta), która miała hydrogeneratory rozmieszczone na rzece.

Zdjęcie z Internetu

Po zbadaniu sytuacji stworzono dla ryb specjalny system przepływu, dzięki czemu około 75 % z nich mogło ocaleć. Około 25% pakowało się w turbiny, z o wiele mniejszymi szansami na przetrwanie. Dziś, po likwidacji fabryki, problem przestał istnieć. Mimo tego, że populacja łososia wzrosła z czterech do 40 tysięcy, w latach 90-tych rząd wycofał dotacje. Organizacja ERMA działa jednak dalej, lecz doszedł nowy czynnik powodujący spadek ilości łososia – zmiana klimatu (wyższa temperatura i niższy poziom wody w rzekach) – do 33 tysięcy sztuk. Nadto narybek łososia jest wystawiony na żer przez ptaki – rybołowy, orły, ptactwo wodne i mewy, które w ostatnich latach założyły gniazda wzdłuż głównej rzeki (przy samym mieście Grand Falls naliczono przeszło 400 gniazd). Łososie są zdrowe, osiągają po siedem kilo wagi, czasem pojedyncze sztuki przekraczają dziesięć.

Rzeka cały czas nam towarzyszyła z prawej, płynąc po nieco płaskim terenie doliny, choć miejscami mieliśmy długie podjazdy. Gnaliśmy szparko, przeszło stówą, tak zresztą jak inni. Droga weszła w rozlewisko rzeki i jechaliśmy parusetmetrową groblą. Za nią po paru minutach most nad ramieniem jeziora Rushy Pond i zaczynają się pojawiać numery zjazdów do miasta oraz zagęszczają się reklamy hoteli i restauracji.

Do rogatek dojechaliśmy po 18-tej. Przed miastem zrobiliśmy krótki postój w bocznej drodze. Zza krzaków, nagle i niespodziewanie wykicał spory, dziki królik i nie zdążyłem zrobić mu zdjęcia. Jest tak bardzo ciepło, że łosie na pewno zaszyły się głęboko w leśnych ostępach.

Wypatrujemy ulicy Greenfell Heights, gdzie mamy nocleg. Koło autostrady, zadziwiająco blisko jezdni, płaski cmentarz, niemal bez drzew. Parę grobów w europejskim stylu, reszta po amerykańsku, sterczące pionowo tablice, miejscami bardzo gęsto, jedna przy drugiej. Znów nam się wydaje, że wyjeżdżamy z miasta, ale to ta rozległość kanadyjskich miast zanurzonych często w zielonych terenach. Jest upragniona tablica z nazwą Greenfell, zjazd 20, choć trochę mnie niepokoi nazwa „strefa przemysłowa”. Rozjazd, skręt w lewo w ulice Scott, przejazd ponad autostradą i znów całkiem dziki teren. Dojeżdżamy do skrzyżowania z Greenfell, teraz tylko w prawo czy w lewo…. Na nosa decyduję w lewo. Błąd, numery maleją, zawrotka na czyimś podjeździe. Ulica jest szeroka, wysadzana drzewami i jest nasz numer. Przy ulicy na maszcie flagi: kanadyjska i amerykańska. Pod nimi nazwa zajazdu – „Carriage House Inn”. Stary dom (oczywiście według standardów płn-amerykańskich), bardzo ładny, 12 pokoi, prawie wszystkie zajęte. Przywitał nas młody mężczyzna z dzieckiem na ręku. Z kuchni wyłoniła się żona i matka. Rodzinny biznes.

Sporo starych mebli, oszklone szafki, książki i albumy na półkach, ozdoby z porcelany, obrazy na ścianie – sztychy i olejne. Rozpakowaliśmy się, włącznie z przepakowaniem chłodziarki w której chlupotała woda, bo worki z lodem i tzw. naboje kompletnie się rozmroziły. Niezbędne wiktuały poszły do lodówki w pokoju. Po schodach na górę, do naszego malutkiego pokoju. Takaż sama malutka łazienka z prysznicem i osobna, maleńka toaleta. Wszędzie bibeloty, co napełniło mnie niepokojem ze względu na pechowość Seweryna. Nie zauważa wielu rzeczy i może tu narozrabiać. Postanawiam go przypilnować, a nadto zagonić, po tak wczesnym dzisiejszym wstawaniu, do łóżka nieco po 22-giej.

Zszedłem na dół czekając na Seweryna. Poznałem się z następnym pracownikiem, młodym i sympatycznym chłopakiem, który dał mi mapę miasta i objaśnił, gdzie są sklepy, bowiem planowałem zrobić kolację, na co gospodarze się zgodzili. John opowiedział mi pokrótce historię miasta o podwójnej nazwie – Grand Falls-Windsor. Najpierw w 1905 powstało miasto Grand Falls. Angielski arystokrata, wicehrabia Northcliffe, czyli Alfred Harmsworth, magnat prasowy i wydawniczy, był pionierem popularnego dziennikarstwa i właścicielem dwóch tytułów – „Daily Mail” (od 1896 roku) i „Daily Mirror” (od 1903 roku), do dziś egzystujących tabloidów, pełnych sensacji, plot i ostrych komentarzy. Pozwolę sobie wtrącić tu ciekawą historię ukazującą przewrotność losu. Otóż w 1906 roku „Daily Mail” zaofiarował tysiąc funtów za pierwszy przelot na kanałem La Manche (u nich oczywiście do dziś jest to Kanał Angielski) i 10 tysięcy funtów za pierwszy lot z Londynu do Manchesteru. Magazyn satyryczny „Punch” wyśmiał tę ideę jako niemożliwą i zaoferował 10 tysięcy funtów za pierwszy lot na … Marsa. W cztery lata później obie nagrody „Daily Mail” zostały odebrane.

Harmsworth, w związku ze zbliżającą się I wojną, zaczął rozglądać się za bezpiecznym miejscem produkcji papieru na jego potrzeby wydawnicze i w 1905 natrafił na Grand Falls. Wspólnie z ówczesnym właścicielem Kolei Nowofundlandzkich utworzyli spółkę i w cztery lata później otworzono pierwszy tartak i uruchomiono produkcję papieru. Pracownicy przybywali z terenu kolonii i ze świata, lecz tylko pracownicy fabryki papieru i prywatnych biznesów mieli prawo do mieszkania w Grand Falls. Inni zasiedlili się w chaotycznie rozrzuconych osiedlach po północnej stronie linii kolejowej i w 1938 zostało nazwane to Windsor. W 1991 roku miasta połączono w jeden organizm. Obecnie ma nieco powyżej 14 tysięcy ludzi, posiada jedną państwową i dwie prywatne uczelnie wyższe (tzw. college). Poza muzeum prowincjonalnym najbardziej znane jest wspomniane Centrum Łososi (The Salmonid Interpretation Centre), które corocznie organizuje festiwal muzyczny, na którym niedawno występowały jedne z moich ulubionych zespołów: Aerosmith i The Eagles.

Dołączył do naszej konwersacji Seweryn dopytując czemu tu tak ciepło. Miasto ma wilgotny klimat kontynentalny, leżąc stosunkowo daleko od oceanu doświadcza najcieplejszych letnich dni na wyspie. Ale rozpiętość temperatur jest znaczna; najcieplejsza w lipcu może dojść do plus 35 stopni, najzimniejsza w styczniu do minus 36. Śnieg pada od listopada do kwietnia, przy czym spore, maksymalne opady, występują w styczniu i lutym. Rzeczywiście na zewnątrz było wciąż bardzo ciepło. Pojechaliśmy do miasta, do sklepu sieci „Sobey’s”, by kupić dżem z moroszki. Tutaj się nazywa cloudberry. Po powrocie przygotowałem kolację, na którą złożyło się spaghetti z cienko pokrojonymi parówkami i butelka chilijskiego wina. Na dole towarzyszyło nam małżeństwo Amerykanów w średnim wieku, zawzięcie przepatrujące coś na komputerze. Potem zaczęliśmy rozmawiać o podróżach i stwierdziliśmy, że nie ma lepszej możliwości poznawania świata, a przede wszystkim innych ludzi. Przed 22 małżeństwo udało się do swojego pokoju i w całym domu zapanowała cisza.

Siedząc przy dużym stole spojrzałem na wiszący na przeciwko obraz. Zastanawiałem się, dlaczego zaraz obok, również w ramie, na pierwszy rzut oka nawet ładniejszej, zamiast obrazu jest jakiś tekst. Potem mój wzrok powrócił do obrazu i spojrzałem nań uważniej. Mężczyzna w bejsbolowej czapce ze wzrokiem wbitym w przestrzeń, na lewo od niego jakiś chłopak coś odczytuje, a z prawej widać kobiecą rękę, właśnie kładącą się czułym gestem na barku mężczyzny. Widocznie rodzina otrzymała jakąś tragiczną wiadomość. Ktoś zaginął lub zginął na morzu, ktoś zmarł w rodzinie tego rybaka, bo na stole leży skłębiona sieć. Coś mnie niepokoiło w tym obrazie tak bardzo, że wstałem i podszedłem bliżej.

Chłopak trzyma w ręku pismo rządowe. Poznałem charakterystyczny czerwony nagłówek z lewej strony. Mężczyzna, zapewne jego ojciec, ma taką minę jakby zwaliło się na głowę wielkie nieszczęście. I wtedy mój wzrok powędrował ku dolnej ramie obrazu i zobaczyłem tytuł – „A Moratorium On Cod” (Moratorium na dorsza, czyli kompletne zawieszenie połowów).

W 1991 roku rząd kanadyjski zabronił połowów dorsza (wątłusza) na najbogatszych łowiskach świata – Grand Banks, koło Nowej Fundlandii. Najpierw moratorium było częściowe, w parę lat później całkowite. Wybuchła straszna afera, bo łowiska przez wieki słynęły ze swej obfitości, co po części doprowadziło do ich zguby. Rząd kanadyjski udzielił koncesji na połowy dla flot rybackich paru państw, m.in. dla Polski. I kwoty połowu zwiększał, bo wpływały za nie regularnie pieniądze do państwowej kasy. Zanim wzmożono kontrole i kary, od połowy lat 60-tych do końca lat 70-tych stosowano nielegalne sieci, z tak małymi oczkami, że odławiano ryby z młodszych roczników, które często jako za małe wrzucano z powrotem do oceanu. Po takiej traumie już nie odżywały. Dorsze atlantyckie po stronie Ameryki Płn. potrafią dożyć do 20 lat, osiągnąć dwa metry długości i wagę do 40 kg (rekordzista osiągnął 96 kg, bo dorsze powoli rosną przez całe życie). Na płn. Atlantyku są zdolne do rozmnażania w wieku około 4 lat i tarło mają pomiędzy styczniem a kwietniem, na głębokości do 200 metrów i przy temperaturze wody od 4 do 6 stopni Celsjusza.

Zdjęcie z Internetu

Na ogromny, w miarę gwałtowny zanik populacji dorsza (osiągnięcie punktu krytycznego, gdy nakłada się parę czynników naraz) wpłynęły: zmiana klimatu (ocieplenie wód, spadek populacji innych ryb, stanowiących pokarm dla drapieżnych dorszy), przełowienie, zła polityka konserwacyjna odpowiedzialnych agend rządowych (dwóch naukowców ostrzegających przed katastrofą po prostu usunięto z pracy), odłowienie i niszczenie młodszych roczników, które nie dotrwały do wieku produkcyjnego. Zadziwiającym jest w tym bilansie nieszczęść, jak często pomija się wpływ zanieczyszczeń, które w niektórych rejonach oceanu osiągnęły tak wysoki poziom, iż w ciele ryb zalega coraz więcej metali ciężkich, plastyku i innych świństw produkowanych przez człowieka. Powiedzenie, „jedz rybę a będziesz zdrowy i mądrzejszy”, brzmi dziś jak okrutna drwina. Na początku afery z dorszem, jak zwykle zaczęły się natychmiast poszukiwania winnych i jak to często bywa oskarżono nie tych co trzeba, czyli inne istoty żywe – foki. Kanadyjscy politycy, w tym ministrowie ochrony środowiska i spora część zrozpaczonych rybaków, uważali że to foki odpowiadają za spadek populacji dorsza i zezwolono na ich masowe mordowanie. Mimo setek dowodów na ludzką głupotę, gdy człowiek próbuje interweniować w zasady ekosystemów, naprawiać je, poprawiać i niby ulepszać, zawsze znajdą się mądrale, które wiedzą lepiej.

I rzeczywiście w ramie obok, z tekstem, nie tylko wyjaśniono co się stało na obrazie po lewej ale, ku memu zdumieniu, przeprowadzono także analizę emocji ludzi sportretowanych na tym obrazie.

Czyli co autor, w tym wypadku malarz, miał na myśli. To jest ta paskudna dosłowność Kanadyjczyków, a Północnych Amerykanów w szczególności, którym podsuwa się rozwiązania na poziomie dziecinnym, bowiem ich zatrważające dziury w wiedzy powodują problemy ze zrozumieniem pewnych zjawisk i zdarzeń. Zresztą owa tendencja rozszerza się po świecie nieustannie, pogłębiona współczesną techniką obrazu połączonego z wciskaniem klawiszy lub dotykiem palców. Kiedy w ciągu 24 godzin, 35 tysięcy ludzi straciło pracę na Nowej Fundlandii (rybacy, zakłady przetwórstwa rybnego, itp.), pracę która kontynuowana była przez pokolenia, w pierwszym roku powszechnego bezrobocia, urzędnicy rządowi zaproponowali bezrobotnym rybakom przekwalifikowanie się na specjalistów komputerowych, oferując im wspaniałomyślnie darmowe kursy.

Od roku 2006 populacja dorsza powoli zaczęła się odnawiać (spadek wyniósł aż 95% dawnej biomasy ). Tym razem rząd opracował specjalny program dalszej ochrony łowisk i być może stopniowo przywrócone będą proporcjonalne do wzrostu populacji połowy. Jednakże jest to dalej proces stopniowy i wydaje się niemożliwe powrócenie do uprzedniej polityki zarządzania połowami.

Wróciłem do stołu i przerzuciłem zdjęcia, wysłałem parę maili i surowo zapowiedziałem Sewerynowi, że za pół godziny chcę go widzieć w naszym pokoju. Oczywiście nie usłuchał i musiałem go z połowy schodów zrugać pół-szeptem i naburmuszony wgramolił się na górę. Za przykrycie miałem na szczęście znów koc w poszewce, a nie jakąś sztuczną kołdrę, pod którą z reguły ociekam potem. A już do szału doprowadza mnie styl zaścielania łóżka z założonym pod materac drugim prześcieradłem, co nagminnie uprawiają w płn-amerykańskich hotelach. Nocleg zaczyna się przeto od wierzgania dopóty, dopóki prześcieradło nie zacznie swobodnie zwisać i człowiek nie czuje się więcej, jak w pogrzebowym całunie.