Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

13 marca, 2014 – El Calafate i Perito Moreno

Rano, w agencji turystycznej na Avenida del Libertador, zarezerwowaliśmy jutrzejszy rejs do Estancji Cristina. I w drogę do wspaniałego lodowca Perito Moreno, który mnie zdumiał w 2011.

1

Po powrocie do Toronto, gdy znalazłem na YouTube filmy o nim, zadziwił mnie jeszcze bardziej.

Zanim opiszę lodowiec Moreno, chciałbym powiedzieć słów parę na temat Toronto, gdzie osiadłem w roku 1985. Będąc chłopakiem z małego miasta – Sopotu, na dobitkę mieszkając niemal w lesie, podczas dzieciństwa i młodości, nasyciłem się zupełnie innymi esencjami niż typowy, wielkomiejski osobnik. Toronto jest trzecim, wielkim miastem w moim życiu. Przedtem przez niemal cztery lata zaznałem Warszawy i czułem się w niej fatalnie, szczególnie w okresie letnim. Potem Berlin Zachodni, mój luksusowy spacerniak za Murem, którego obecność odczuwałem każdego dnia. Nie musiałem go widzieć, tkwił w mojej świadomości, podejrzewam iż także w podświadomości, bowiem wyskakiwał wiele lat później w męczących snach. Ale był czyściejszy od Warszawy (w tamtym czasie), bo używano benzyny bezołowiowej i miał bardzo dużo terenów zielonych z małymi lasami, dziesiątkami jezior i wieloma rzekami. Czułem się tam lepiej z racji owego powietrza i wody.

Toronto, na tzw. większym obszarze (GTA – Greater Toronto Area), zamieszkuje przeszło pięć milionów mieszkańców. Leży nad wielkim jeziorem Ontario (a jest najmniejszym z Pięciu Wielkich Jezior); drugiego brzegu, amerykańskiego, nie widać, ma parę większych rzek, wiele dużych parków i zalesionych parowów. Park nad rzeką Humber, gdzie co roku od końca września łosoś prze na tarło, jest mym ulubionym, wręcz magicznym miejscem, gdzie się odnawiam psychicznie i fizycznie, bo można iść wzdłuż zalesionej rzeki kilometrami. I w ogóle nie odnosi się wrażenia, że ów park jest niemal w samym środku miasta. Lecz od momentu zdobycia pracy w kanadyjskiej szkole i zyskania niesłychanego skarbu w Ameryce Północnej, w postaci dwóch miesięcy wakacji, moje torontońskie życie ułożyło się w określonym rytmie. Od roku 2001 nigdy nie spędzam lata w Toronto, bo jest najczęściej gorące i wilgotne. Paradoksalnie, z powodu zmiany klimatu, Toronto obecnie mnie wciąż dopada w różnych miejscach, włącznie z Sopotem.

Zacznijmy od września, od nowego roku szkolnego, kiedy wracam z wakacji, i z Polski, pozytywnie naładowany po odwiedzinach rodziny i przyjaciół i wydeptaniu starych, sopockich szlaków. Energii starcza mi mniej więcej do końca roku. W styczniu zaczynam przemyśliwać nowy wyjazd na miesiące letnie i do końca marca spędzam sporo czasu nad logistyką, nad wyszukiwaniem miejsc, głównie pod kątem mej specjalizacji – geografii. Od parunastu lat odszedłem od zwiedzania (turystycznego zaliczania) muzeów, kościołów, pałaców, bo muzea odczuwam jako zbiór martwych przedmiotów, kościoły kapią jednakim bogactwem, szczególnie te od wieku XVII i są nieraz tak przeładowane ozdobami, posągami i krzyżami, że mi to zakrawa niemal na bałwochwalstwo. Pałace – gdy się zobaczy parę typowych dla danego okresu, ich wzory i styl z reguły się powtarzają. I problemem są także, niestety, turyści. Rozgęgani, wrzeszczący, pozbawieni szacunku dla historii, niedouczeni, zbici w gęstą ciżbę, zawieszeni na komórkach i z narcystycznym upodobaniem robiący sobie zdjęcia, najczęściej “selfika”. A także nieraz chamscy w obejściu, w odgrywaniu roli niby wakacyjnych bogaczy, których stać na podróże. Zabronić się nie da, ani nie wypada. Ale jak ich podszkolić, wychować?

Od kwietnia staje się niespokojny. Z utęsknieniem wypatruję cieplejszych dni i w maju zwiększam ilość wizyt w mym magicznym miejscu, nad rzeką Humber. Z początkiem czerwca zaczynam się w Toronto dusić. Z jednej strony koniec roku szkolnego w obu szkołach – kanadyjskiej i polskiej – przeto stopni wystawianie, przygotowywanie egzaminów końcowych, z drugiej już nie mogę się doczekać wyjazdu na wakacje, dodatkowo wiedząc, że pod koniec czerwca przyjdzie oślizgłe, gorące i wilgotne powietrze znad Zatoki Meksykańskiej.

W drugiej połowie czerwca Toronto staje się dla mnie “więzieniem”, rozdrażnia mnie, włącznie z ludźmi, z ich automatyzmem i niewolnictwem komórkowo-telewizyjno-komputerowym i ze wszystkich kątów wyłażą brzydkie fragmenty tego miasta, których nie brakuje. Jest to bardzo często brzydota nowoczesności, jej nieprzytulność, anonimowy chłód pogłębiony zimnem klimatyzacji. A ludzie niekiedy upodobniają się w swych zachowaniach do miejskich szczurów.

Z początkiem lipca wylatuje ku wymarzonym krajobrazom, ku nasyceniu się kolejnym kawałkiem świata, ku jego magicznemu pięknu. Ku spotkaniu z innymi, nieznanymi ludźmi, bo z każdej podróży wracam z nowymi adresami i możliwościami odwiedzin w przyszłości. Wiem, że będę aktywny, że zacznę znów przemierzać szlaki, wydeptywać moją ścieżkę. Jej odnogami są późniejsze lektury, odkrywanie innych opisujących i podróżujących na swój sposób. Zewnętrznie i wewnętrznie. Bez ustawiania cezury, który lepszy, który głębszy. Bez wyznaczania jedynie słusznych standardów.

Lodowiec Perito Moreno nazwany został na cześć jego odkrywcy, słynnego argentyńskiego podróżnika, eksploratora i nauczyciela, Francisco Moreno. Nie tylko odkrył wiele wspaniałych miejsc w Patagonii, ale także wyznaczył i doprowadził do zaakceptowania w 1902 roku (sic!), tutejszej granicy pomiędzy Argentyną i Chile. Drogą dyplomatyczną, nie przy pomocy armat i karabinów. Zyskał przydomek “Perito”, co w luźnym tłumaczeniu oznacza “eksperta”. Proszę sobie wyobrazić, jakim wysiłkiem była eksploracja Patagonii w końcu XIX wieku, jeśli pierwsza podróż Moreno, z Buenos Aires do jeziora Nahuel Huapi, gdzie leży dzisiaj słynna miejscowość Bariloche, trwała cztery i pół miesiąca (dziś tę samą trasę autobusem przemierza się w 19 godzin). W tamtym czasie dodatkowym utrudnieniem była wrogość Indian, którzy kiedyś pojmali Moreno i skazali na śmierć. Udało mu się uciec w noc poprzedzającą egzekucję. Co mu nie przeszkodziło potem bronić ich i krytykować prowadzoną z nimi wojnę (Wojna Pustynna 1879-1880).

Rząd argentyński przyznał mu za zasługi duży obszar ziemski, którego większość, w roku 1903, Moreno przekazał na rzecz pierwszego parku narodowego, będąc zresztą jego inicjatorem – Narodowy Park Nahuel Huapi. W niemal 20 lat po śmierci Moreno, utworzono i nazwano jego imieniem park narodowy, gdzie mieści się unikalny lodowiec.

Jest on jednym z lodowców wielkiego Narodowego Parku Lodowców (Parque Nacional Los Glaciares), o powierzchni powyżej siedmiu milionów kilometrów kwadratowych.

2

Mapka z Internetu

W sumie mamy tutaj 47 wielkich lodowców należących do wspomnianego uprzednio Pola Lodowego Południowej Patagonii. Los Glaciares składa się z dwóch obszarów, położonych nad wielkimi jeziorami– największym w Argentynie, jeziorem Argentino (1466 km²) oraz mniejszym, jeziorem Viedma (1100 km²) po stronie północnej. Pomiędzy nimi rozciąga się strefa niedostępna dla turystów zwana Zona Centro. Do jeziora Viedma spływa jeden wielki lodowiec o tej samej nazwie. Do Argentino spływają wielkie dwa: Perito Moreno – jedyny osiągalny z lądu, oraz Upsala i o wiele mniejszy – Spegazzini, oba dostępne tylko wodą. Wysokie Andy blokują dopływ wilgoci znad Pacyfiku i dlatego po argentyńskiej stronie rozciągają się suche stepy i andyjskie przedgórza. Pomiędzy stepy i lodowe pola wcisnęły się obszary leśne, porośnięte głównie drzewami lenga, nire i guindo.

Perito Moreno ma powierzchnię 250 km², 30 km długości i jest jednym z trzech rosnących lodowców Patagonii.

3

Z Internetu

Otoczony górami, z wiecznie ośnieżonymi szczytami, w dolnych partiach porośniętymi lasem lengi i nire; wiele z tych drzew ma na konarach półpasożyty – farolito, zwane chińskimi lampionami lub czasem małpim drzewem. Zakończenie jego jęzora, spływającego do jeziora Argentino, ma pięć kilometrów szerokości i wznosi się 74 metry nad lustrem wody.

4

Zdjęcie z Internetu

Głębokość lodu, zawartego w lodowcu, sięga 170 metrów i pod względem wielkości jest trzecim na świecie rezerwuarem słodkiej wody. Lodowiec ma dwa ramiona. Południowe wolno spływa do węższej części jeziora, aż w końcu opiera się o przeciwległy, wysunięty nieco brzeg – półwysep Magellana. Wtedy jezioro zostaje zablokowane w odnodze zwanej Brazo Rico i odcięte od reszty Argentino. Różnica, pomiędzy dwoma poziomami wody, dochodzi nawet do 30 metrów.

Teraz zaczyna się proces roztapiania, aż do osiągnięcia punktu krytycznego, gdy wymywana jest najpierw brama lodowa, potem następuje przerwanie (rupture) i gwałtowny wlew wody z Brazo do jeziora Argentino wąskim kanałem de los Tempanos. Na końcu z hukiem zawala się brama i poziomy wyrównują. Proces powtarza się od początku, w cyklu przeciętnie cztero-pięcio letnim. Nigdy nie udało mi się zobaczyć przerwania. Gdy byłem w sierpniu 2011, zdarzył się trzy lata wcześniej. Potem w marcu 2012 i ostatni w grudniu 2013, bo czasami proces blokady następuje szybciej i wtedy poziom zablokowanej wody jest o wiele niższy. By zobaczyć jakie to jest wspaniałe widowisko, proszę zajrzeć tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=6fgL8o9Gh54.

Trzy lata temu jechałem busikiem z paroma turystami i przewodnikiem. Dziś, tą samą pustawą i krętą szosą, autem z luksusem zatrzymywania się gdzie 

5

mi się żywnie podoba i możliwością zdjęć robienia. Już przy drodze ślady lodowcowej roboty – piach, żwir i głazy narzutowe.

6

Długachne, proste odcinki włażące w głąb gór.

7

Parę następnych minut i gwałtowna zmiana pogody – słonecznie, soczyście, przepięknie.

8

9

Na wprost daleko przed nami ośnieżone szczyty pasma Sierra Buenos Aires.

10

Łuk tęczy z prawej

11

i w ostatniej chwili zauważyłem parę caracara siedzącą na poboczu. „Hamuj” mówię do Seweryna, zwalniamy, samiec spłoszony podrywa się do lotu,

12

13

lecz po chwili osiada parę metrów dalej na drucie na wpół zwalonego płotu.

14

Portretuję go przez otwarte okno. Kliknięcie aparatu i od razu zlatuje na ziemię i dostojnie oddala się na bezpieczną, według niego, odległość.

15

Ale ciekawość jest silniejsza. Obraca głowę w lewo,

16

potem w prawo.

17

Czuję w nim pomieszanie ciekawości z obawą i napiętą czujnością. Ruszamy dalej…

Do lodowca 33 kilometry,

18

szosa prowadzi łagodnie w dół,

19

przybywa drzew, przelotne deszcze i fragment tej samej tęczy na innym tle.

20

Brama wjazdowa parku,

21

opłata za wstęp od samochodu i solidną asfaltówką objeżdżamy krągły półwysep Magellana z rozsrebrzoną wodą jeziornego ramienia – Brazo Rico.

22

Buki patagońskie wzdłuż drogi, na niektórych gałęziach żółtozielone kule (farolity), lecz dopiero zimą będą bardziej widoczne.

23

W 2011 większość gór i pagórów była całkowicie zabielonych, spłachcie śnieżne wchodziły gdzieniegdzie na pola. Słońce skrzyło się oślepiająco, widoczność była krystaliczna a powietrze o zimnej ostrości. I oczywiście wiatr szorujący rozległymi dolinami i płaskowyżami.

Las się nagle skończył i wyskoczyła pełna tęcza.

24

25

Po przekroczeniu rzeki Mitre widok szczytu (1565 m n.p.m.) o tej samej nazwie,

26

a przed nami auto ozdobione internetowym adresem wynajmu, przypominającego nam o ubiegłorocznej podróży do Chorwacji i sporej emigracji stamtąd do Argentyny i Chile w wieku XIX i XX.

27

Niestety i tym razem, w miarę zbliżania się do lodowca, słoneczna pogoda przekształciła się w całkowite zachmurzenie i okresowe ulewy.

28

Ukazuje się szczyt Moreno, który przezwałem płetwą rekina.

29

30

Krople deszczu bębnią o dach Nisssanka,

31

za chwilę słoneczna luka nad zatoczką Escondida,

32

kolejny zakręt i pierwszy widok lodowca.

33

Dojechaliśmy na punkt widokowy i robiliśmy zdjęcia spod okapu dachu, bo mżył deszcz przechodzący w krótkie ulewy i nagłe rozpogodzenia.

34

Z prawej, jak awionetka na niskim pułapie, wychynął na wprost kondor,

35

zatoczył łuk i leciał potem wzdłuż czoła lodowca.

36

Poleciał nad niskie wzgórze,

37

nad drogą, którą będziemy dalej jechać

38

i zaczął zataczać koła.

39

I nagle znalazł się wprost nad moją głową.

40

Po powierzchni lodowca prześlizgnęła się struga słonecznego światła.

41

Szczyty i ich boczne ściany oraz doliny zawieszone ponad lodowcem ukazywały warstwy skał osadowych, pochylone, spiętrzone

42

lub skręcone, z wygładami po ciągłym ruchu mas lodu.

43

Od lodowca nie można było oderwać oczu.

44

Poczułem napięcie myśliwego – czaiłem się na lepszy moment by uwiecznić piękno Perito Moreno.

45

I soczyste kontrasty bliższych i dalszych planów.

46

Postanowiłem podjechać do szpanerskiego hotelu (noc w dwójce 150 US),

47

zobaczyć go z bliska, wypić tam kawę i dowiedzieć się dlaczego mają tak dziwnie działającą stronę internetową, pokazującą, iż hotel jest zajęty na okrągło. Seweryn został na parkingu, a ja podszedłem dość wysoko, minąłem mały parking dla hotelowych gości, obejrzałem się i zobaczyłem, iż Perito Moreno majaczy między drzewami. Z pokoi górnego piętra musi być wspaniały widok – pomyślałem. I jeszcze, że tu jest magiczny nastrój do pisania, poza sezonem, gdy nie ma tylu wycieczek i indywidualnych turystów. Drzwi do hotelu były zamknięte na głucho. Zajrzałem przez szybę. Wszystko pięknie urządzone w drewnie, w oddali sala jadalni i obok salon z kominkiem. Poszedłem wzdłuż okien i ujrzałem hotel wybebeszony, martwy.

48

Tak się skończyła zachłanność nowego właściciela, który wyśrubował ceny przy galopującej inflacji i wielkich ekonomicznych kłopotach Argentyny. Nawet dla Amerykanów i innych zachodnich gości było widocznie za drogo. I jak zwykle ludzie zagłosowali nogami. Małe hotele, jak małe sklepy, są pożerane przez wielkie korporacje i nie mogą konkurować z ich możliwościami i cenami. Przytulność zmieniła się w masowość, namysł w pośpiech, parodniowy pobyt w spokojnym otoczeniu, w dziki galop wycieczek, każdego dnia w innym miejscu. Takowe podróżowanie przypomina zmienianie kanałów w pilocie. Z podobną porcją znudzenia i niecierpliwości.

Schodząc znalazłem coś interesującego, coś wykonanego prawdopodobnie przez pierwszych właścicieli terenu. Koło drzew i krzewów bardzo estetyczne, objaśniające tablice. Jedna z nich traktowała o krzaku, lub czasem małym drzewie (nie ma tu żadnej pomyłki – ta sama roślina może w Patagonii rosnąć jako małe, płożące się drzewko lub krzak), zwanym notro. W Chile nazywają je płomiennym krzakiem. Kwitnie wiosną i wczesnym latem, obsypany gęstymi, szkarłatnymi kwiatami o długich płatkach (do czterech centymetrów długości). Jest rośliną wiecznie zieloną, jej liście mają z wierzchu głęboki kolor zieleni, pod spodem są szarozielone.

49

Stąd na patagońskim wietrze stale się mienią. Niecodziennie wyglądają zimą, gdy są pokryte śniegiem. Spomiędzy bieli przebija ciemna zieleń skórzastych liści. Wśród nich kręcą się małe, kolorowe ptaki, głównie o odcieniu intensywnej żółci – czyże lub szaro-rdzawe – gile patagońskie.

Zaszliśmy na lunch do restauracji “Natives”, w której byłem trzy lata temu bezradny, bowiem nie było bankomatu a nie miałem przy sobie gotówki. Pomogła mi sympatyczna para argentyńska (w grupie wycieczkowej było nas wtedy sześć osób), od której chciałem pożyczyć pieniądze na jedzenie i picie, by oddać potem w El Calafate. Lecz okazało sie, że oni od razu jadą dalej. Kupili mi obiad i piwo, mówiąc, iż może kiedyś się w przyszłości spotkamy, albo ja będę mógł komuś pomóc, kto znajdzie się w podobnej sytuacji. Tym razem pieniądze miałem i zjedliśmy lunch popijając go piwem “Berlina”, z kolejnego, niemieckiego browaru, z przeszło stuletnimi tradycjami.

Niemieccy emigranci w Argentynie (czwarta grupa etniczna pod względem liczebności; połowa z nich żyje w Buenos Aires) przybyli także z niemieckojęzycznych krajów, jak Austria i Szwajcaria, z terenu zaborów polskich (Pomorze i Śląsk), byłej Jugosławii i Rosji (dzisiaj jest około dwóch milionów nadwołżańskich Niemców przybyłych do Argentyny w końcu XIX wieku). Wielki napływ Niemców miał miejsce pomiędzy latami 1870 – 1914. Mimo wpasowania się w lokalną społeczność, zachowali bardzo silne więzy z niemieckim językiem i kulturą. Największa emigracja niemiecka zaistniała w latach międzywojennych (szczególnie w 1923 i 24 roku). Pomiędzy 1933 -1940 przybyło sporo niemieckich Żydów i oponentów nazizmu (powyżej 45 tysięcy osób). Każda nowa fala emigracyjna wzmacniała i pobudzała życie niemieckich instytucji w Argentynie – szkół, klubów, czasopism, związków kulturalnych. Najbardziej kontrowersyjna była emigracja niemieckich nazistów od roku 1945. Oficjalnie, w latach 1946 do 1950, prezydent Peron zarządził stworzenie przerzutowego kanału dla nazistów, faszystów i ich kolaborantów, obsługiwanego przez argentyńskich dyplomatów i wywiad wojskowy, przy błogosławieństwie katolickich biskupów i kardynałów (sic!). Wszyscy oni nie tylko umożliwili nazistom emigrację, równoznaczną z ucieczka przed sprawiedliwością, lecz także aktywnie ich zachęcali do osiedlania się w Argentynie. Nie pojmuje dlaczego Peron tak postąpił. Czyżby sympatyzował z totalitaryzmem? A może liczył na wwiezione przez nazistów finanse, które napędzą gospodarkę?

Po lunchu cofnęliśmy się tą samą, jedyną zresztą drogą, wzdłuż czoła lodowca

50

51

leżącego po przeciwnej stronie, zanikającego gdzieś w mgłach, Brazo Rico.

52

Dotarliśmy do zatoki de las Sombras,

53

zaparkowaliśmy i podeszliśmy do pomostu,

54

aby wypłynąć małym katamaranem na jezioro i obejrzeć z wody lodową barierę. Znów zacinał deszcz

55

i trzeba było umiejętnie stawać po zawietrznej, by uchronić aparaty. Przewodnik opowiadał pasażerom o lodowcu,

56

a znając dokładnie tę historię, wolałem kręcić się po małych korytarzykach statku. Na jednej ze ścian znalazłem interesujący schemat przesmyku, gdzie tworzy się lodowa brama, potem załamująca się i wyrównująca poziom jeziora.

57

Także dwa zdjęcia, które potem wyszukałem na Internecie, bo miały lepszą jakość – jak ludzie chodzą po lodowcu z przewodnikiem,

58

Zdjęcie z Internetu

a niektórzy się nawet wspinają.

59

Zdjęcie z Internetu

Z pokładu widać było powykręcane warstwy różnokolorowych skał na brzegach jeziora,

60

jakże malownicze położenie nieczynnego hotelu

61

i kępy buków schodzące niemal do krawędzi skał

62

i wody.

63

Zestaw kolorów, nawet przy szarym niebie, miał fascynujące barwy.

64

Podpłynęliśmy bliżej czoła lodowca

65

który mienił się odcieniami niebieskości.

66

67

68

Nad statkiem ukazał się kolejny, szybujący kondor

69

70

i znaleźliśmy się blisko kanału de los Tempanos

71

i półwyspu Magellana,

72

z tkwiącą nad nim bryłą starego lodu, pozostałą po ostatnim przerwaniu.

73

Kontrast kolorowych skał i błękitnawego lodu aż bił po oczach.

74

Jak i niebiesko-błękitne refleksy lodowej ściany, z licznymi popękaniami

75

i szczelinami.

76

Kolor nieba, a co za tym idzie podłoża, ciągle ulegał zmianom.

77

78

Minęliśmy małe, lodowe góry

79

i znów zaczęło padać.

80

Po powrocie do przystani już rzęsiście lało.

Podjechaliśmy z powrotem na parking przy restauracji,

81

czekając na ustanie deszczu, aby przespacerować się po drewniano – metalowych pomostach przed frontem lodowca. Metalowa kratka jest na schodach i pewnych odcinkach płaskich, przez co śnieg się tam nie gromadzi; pomosty, schronienia i poręcze są drewniane.

82

Niedaleko wejścia do restauracji, na tablicy jest zdjęcie zapadającej się bramy lodowej.

83

Chciałbym kiedyś zobaczyć ów moment! A tu tylko, co pewien czas, z pola Moreno

84

dobiegały głośne trzaski i mini eksplozje.

85

Lecz tak jak w 2011, nie mogłem się doczekać obrywu z frontu lodowca. Odpadnięcie płata lodu odbija się głębokim echem wzdłuż gigantycznej, lodowej ściany, a rozbełtana woda z szumem rozchodzi się na boki.

Zszedłem na dolny pomost

86

i znalazłem następną tablicę, pokazującą schemat okolicy i proces formowania się i obrywania zaporowego lodu.

87

Korzystając z przerw w deszczu, sfotografowałem oba skrzydła lodowca, lewe

88

i prawe;

89

bliższy widok na lodowiec

90

w wąskiej zatoce Brazo Rico

91

i dalszą część zatoki, zanikająca w mgłach i zasłonach deszczu.

92

I ujęcia w głąb pola Perito.

93

94

Kolor lodu, pozostałego na cyplu półwyspu Magellana, po przerwaniu z roku 2013,

96

kontrastował z kolorem lodu po drugiej stronie kanału.

95

Obfotografowałem inne ślady po przerwaniu bramy

97

w Canal del los Tempanos.

98

Barwy i odcienie lodu

99

oraz jego struktury są tak fascynujące,

100

że mógłbym tkwić tam godzinami robiąc całą serię zdjęć.

Pojawiła się na chwilę samica gila patagońskiego,

101

poczem deszcz wzmógł się, a ja w dalszym ciągu nie byłem zdrowy. Tkwiły w mym organizmie resztki wirusa Katy, pogłębione antarktycznym zaziębieniem. Zrobiłem ostatnie dwa ujęcia i szybko powróciłem do auta, gdzie czekał na mnie Seweryn.

Z parku wyjechaliśmy po 19-tej. Na kolejnym zakręcie, z którego jeszcze widać lodowiec,

102

strzeliłem jego dwa ostatnie zdjęcia.

103

Potem gnaliśmy wzdłuż jeziora Argentino

104

i im dalej od Perito Moreno, tym bardziej się przejaśniało.

105

Mijaliśmy suche, surowe wzgórza

106

podcięte czasem strugą wody i naznaczone kępami drzew.

107

Niektóre zakręty lśniły szkliście w zachodzącym słońcu.

108

Pod wielgachnym bochnem wzgórza przycupnęła mała estancja.

109

Potem blisko drogi wypolerowane i błyszczące w słońcu formacje skalne

110

i pionowy wał skalnego zbocza.

111

Calafate ukazało się jeszcze rozsłonecznione.

112

Na parkingu przed “Rochester”, mieliśmy ostrą i krótką sprzeczkę. Do szału doprowadziło mnie zapieranie się Seweryna w żywe oczy, po popełnionym przez niego błędzie. Ale jak to zazwyczaj między nami bywa, emocje szybko ostygły. Tym bardziej w takim otoczeniu, w ciszy, gdzie nawet bliskie szczegóły działają łagodząco. Jak te kwiaty przed wejściem do hotelu.

113