Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

13 lipca Snorri – L’Ans aux Meadows – Woody Point

Wczesnym ranem obudził mnie chłód w głowę. Na zewnątrz było 11 stopni. Podkręciłem nieco ogrzewanie i poszedłem dalej spać. Pobudka o ósmej, przygotowałem śniadanie. Czekając aż się Seweryn ochędoży, co jak zwykle szło mu opornie, wyszedłem na dwór (na pole jakby rzekł Seweryn, bo z krakowskiego jest). Piękny, słoneczny dzień, z nieco porywistym wiatrem trzepoczącym pobliskimi flagami, Kanady i Nowej Fundlandii.

Koło domku chyba magazyn jakowyś w kształcie typowej, miejscowej latarni. Gdzieś w jej zakamarkach gnieździ się nadzwyczaj pyskaty wróbel, już od parunastu minut non stop przeraźliwie drący dzioba.

Mała zatoka błyska srebrem,

nic tylko zasiąść i napawać oczy roztoczonym spokojem.

Ale wciąż chłodno i wróbel nieustannie przeraźliwie świergoli zakłócając ciszę. Pod krzakami łódź na stelażach z wikingowskimi ozdobami na dziobie i rufie.

Wracając do naszego pomieszczenia widzę jak bardzo nasz Doża pokrył się pyłem nowofundlandzkich dróg.

Nie do porównania z Patagonią, a przede wszystkim pewną trasą w Islandii, niedaleko Reykjaviku, gdy nasze auto wyglądało jak po terenowym wyścigu w zwałach błota. Po śniadaniu pakowanie gratów do auta, przegląd pokoi, nie zamykam drzwi oddając klucz pani, która sprząta inne pomieszczenia. Wracam do auta a Seweryn pyta “Ty, co temu wróblowi się stało? Obłędnie się wydziera!”. No to już wiem, że się Seweryn na dobre obudził, wrzeszczę do wróbla “shut up”, a on jeszcze głośniej i pyskaciej.

Po 9.30 wyjechaliśmy na drogę 436

wiodącą do osiedla Wikingów. Osada przy Spillars Cove

i za chwilę zielona tablica – L”anse aux Meadows, Historyczne Miejsce Kanady (National Historic Site of Canada). Przy Hay Cove otworzyła się panorama na zatokę usianą wyspami, zatokami i przylądkami, jednego z najdalej wysuniętych miejsc na północ Półwyspu.

Z ujęcia satelitarnego dobrze widać skomplikowaną topografię terenu wokół,

a gdy się spojrzy na mapę, stąd do krańca Grenlandii wiedzie prosty szlak na północ, z lekkim odchyleniem na wschód (żeglarskie NNE).

Na lewo droga, ponownie ze znakiem osady Wikingów, lecz decyduję abyśmy najpierw pojechali do końca, bo gdzieś tam jest sklep, w którym podobno można dostać domowy chleb. To co jest w sklepach, w przeważającej ilości miejsc w Kanadzie, nie jest chlebem lecz gąbczastą masą, która po naciśnięciu natychmiast wraca do pierwotnego kształtu. Pieczywo, ciastka i pomidory w Ameryce Północnej to żałosny ciąg nieporozumień. Dlatego z reguły szukam sklepów polskich lub niemieckich, gdzie można dostać przyzwoite pieczywo i ciastka, które także są zjadliwe w cukierniach portugalskich lub francuskich. Pomidory to istne polowanie na nosa – dosłownie, bo je zawsze wącham, jak nie pachną, nie kupuję. Niestety najczęściej pachną zielone gałązki z których zwisa coś przypominającego pomidora. Po 48 godzinach podchodzą wodą, zaczynają gnić i nawet nie nadają się na zupę. Pomidorową robię z włoskich lub polskich koncentratów. Czasami trafią się niezłe pomidory zwane „Kumato” i rarytas – pomidory z izraelskich kibuców.

Droga w prawo z napisem Norstead, my jednak prosto przed siebie. Dopiero później kapuję cośmy opuścili. Ale nie żałuję, bo lepsze cudeńka widziałem we wspaniałym muzeum Wikingów w Oslo. Norstead to jedno z dziesięciu czołowych, specjalnych miejsc turystycznych w Kanadzie, zwanych “Ukrytymi Klejnotami” (na liście jest m.in. Zatoka Georgian na jeziorze Huron i festiwal Caribana w Toronto). Skansen jest w formie wikingowskiej wioski i małego portu. Przewodnicy, ubrani w stroje zgodne z wikingowskim stylem, opowiadają historię osadnictwa, przeplatając ją sagami. Wystawiono idealną replikę wikingowskiej łodzi knarr, którą w 1998 roku, załoga składająca się z 9 mężczyzn, przypłynęła z Grenlandii. Na czterohektarowym terenie wybudowano też halę spotkań wodzów, kościół i pomieszczenia gospodarcze. Można wziąć udział w tzw. zajęciach aktywnych, czyli wikingowskich sposobach astronomicznego pomiaru, przędzeniu i barwieniu wełny, tworzeniu ceramiki. Jest także restauracja serwująca oczywiście owoce morza i lokalną atrakcję (także w wielu innych miejscach nadbrzeżnych Nowej Fundlandii) – piwo z kawałkami lodu z…gór lodowych. Wyprawiają się w ich pobliże na łodziach i odłupują kawały lodu. Tak samo robią w Patagonii, gdy płynie się ku lokalnym lodowcom.

Ze szczytu małego wzniesienia zdjąłem bliższą panoramę płytkiej zatoczki Medee Bay, część większej i głębszej Epaves Bay, na wprost wyspę Warren z majaczącym za nią brzegiem innej, wielkiej wyspy Great Sacred.

Zbliżyłem tę wyspę i wtedy rozpoznałem płaty śniegu zalegające w zagłębieniach na stoku.

Podjechaliśmy pod wskazany nam wcześniej sklep, gdzie rzeczywiście był domowy chleb, “pieczony przez mojego dziadka” zapewniła nas młoda sprzedawczyni. Chleb był do wytrzymania, ale gdzie mu tam do wschodnio-europejskich standardów! Sklep pachniał drewnem nadżartym przez sól, miał przeróżności, włącznie z powszechną zarazą na tym kontynencie w postaci wielkich paczek czipsów, niemożebnego świństwa pełnego soli i inszych chemikaliów. Będąc onegdaj na Labradorze, daleko na północy w krainie Eskimosów, ku mojemu przerażeniu, w każdym sklepiku piętrzyły się czipsy i coca cola, które młódź z ochotą konsumowała.

Po wyjściu ze sklepu natknąłem się na parę motocyklistów w średnim wieku tzw. bikers. Dobrze, że nie nastoletni bikersi, którzy czasami zakłócają ruch. Potrafią poruszać się w masie świrując na szosie, szczególnie w USA, gdy robią tzw. kocioł. Para, słysząc naszą rozmowę po polsku, zaciekawiona zapytała skąd jesteśmy. Po wyjaśnieniach pogadaliśmy sobie o podróżowaniu i owi Francuzi, z Quebecu jak się okazało, zapytali czy mogą nam zrobić zdjęcie, bo mają takie hobby – zdejmują na swych wyprawach napotkanych, innych podróżników. Pozowanie, podziękowania i w dalszą drogę.

Dobiliśmy do zatoki, znaleźliśmy miejsce do parkowania i dalej poszliśmy piechotą. Zaraz ukazała się defilada gór lodowych niesionych lokalnym prądem.

Coś szczególnego uderzyło mnie w jednej, płaskiej górze. Gdy ją powiększyłem potwierdziło się, iż ma poziome warstwy, czyli podczas topnienia straciła równowagę i się przewróciła.

Od zachodu, jak zazwyczaj dął wiatr i rozbijał fale na brzegach wysp.

Wyobraziłem sobie co tu się dzieje podczas sztormów, jednocześnie dziwiąc się, że Wikingowie wybrali akurat takie miejsce, które tylko częściowo chroni przed furiami wiatru i wody. Pokazały się tablice reklamowe,

za nimi postrzępiona skała z żelazistymi nalotami i stojący koło niej posąg Leifa Erikssona.

Jest to replika oryginalnej rzeźby wykonanej przez nieżyjącego profesora Augusta Wernera, Norwega osiadłego w USA (proszę zajrzeć tutaj: https://www.historylink.org/File/11186 ). Oryginał był wystawiony na wystawie w Seattle, w 1962 roku; repliki znalazły się w dawnej stolicy północnego królestwa Wikingów, w Torndheim (Norwegia – 1997) i na farmie Eryka Rudego (ojca Leifa) w Brattahild (Grenlandia – 2000). My staliśmy przed repliką trzecią, zadedykowaną wszystkim Nordyckim emigrantom do Ameryki Północnej, ufundowaną przez Międzynarodową Fundację Leifa Erikssona z siedzibą w Seattle.

Leif był synem Eryka Rudego, urodzonym w Islandii, który dotarł na Nową Fundlandię około roku 1000. Tutaj urodził się pierwszy Europejczyk w Ameryce Północnej – Snorri Thorfinnsson, syn odkrywcy Karlsefni’ego i jego żony Gudridur. Snorri jest starym imieniem wikingowskim oznaczającym “walkę”. Według sagi, Snorri wraz z rodzicami i innymi pobratymcami, opuścił Vinland na skutek starć z Indianami (Wikingowie nazywali ich Skraelingami), gdy miał trzy lata. Rodzina powróciła wpierw na Grenlandię, potem do Islandii, gdzie potomkowie Snorriego odegrali wielką rolę w chrystianizacji wyspy.

Z boku, na pionowych czterech blokach skalnych przypominających megality, informacja o sponsorach budowy pomnika Leifa – obok nazwisk prywatnych darczyńców, między innymi organizacje: Międzynarodowa Fundacja Erikssona, Synowie Norwegii imienia Erikssona z Kanady i USA, Klub Szwedzki i szwedzki konsul z Seattle.

Schodzę ścieżką w dół na spękane tafle skał opłukiwanych początkiem odpływu. Na wprost fragment wyspy ze skałą wyglądającą jak posąg jakiegoś bóstwa z orszaku Odyna.

Za nami wznosząca się górka, za którą majaczy fragment przylądka Ardoise i czubek płaskiej góry lodowej.

Powoli robi się cieplej i zapowiada się piękny, słoneczny dzień.

Przenoszę aparat z jednych miejsc na drugie. Moją uwagę zwraca stary budynek wsparty częściowo na skałach, z wybielonymi przez sól dechami ścian. Wygląda jak na fotografii sprzed co najmniej II wojny.

Na popękanych warstwach skał osadowych leżą skorupy jeżowców,

szczątki krabów,

setki muszli przemieszanych z drobnymi otoczakami i oderwanymi łodygami wodorostów z zarodnikami.

Fascynujący, kolorowy deseń. W pewnym miejscu napotykam na skałę z żyłkami metamorficznych wsadów, lecz najbardziej intrygują mnie pionowe linie i rowki, jakby uczynione ludzką ręką.

Wracamy do auta i wjeżdżamy szosą na wąski półwysep Beak. Daleko na horyzoncie brzegi największej wyspy w najbliższej okolicy – Quirpon.

Na szczycie jednego budynku tkwi wskaźnik wiatru – metalowy kogut,

a nad drzwiami innego przytwierdzone łopaty łosia.

W północnym Ontario, zawieszone na domu rogi jelenia lub łosia, z reguły oznaczają, iż mieszka tam Indianin.

Powrót do auta i dojeżdżamy z głównej drogi do tej prowadzącej na centralny parking i teren skansenu Wikingów.

Z parkingu widać sylwetki Wikingów na szczycie małego wzgórza.

Wszystko wokół starannie zagospodarowane, znaki objaśniające,

plan miejsca z odnośnikami. Przed wejściem do budynku dla wizytujących, opis historii odkrycia tego miejsca, przez norweskiego pisarza i badacza dziejów Wikingów, doktora Helge Ingstad’a, który przybył tu w 1960 roku, wiedziony opisem z sag i swym instynktem odkrywcy.

W sagach opisano żeglugę z Grenlandii na południowy-zachód i napotkanie po paru dniach zatoki, której północny kraniec wybiegał małym półwyspem w morze, a przed nim była wyspa. Ląd był lekko pofalowany z niskimi wzgórzami, obszernymi łąkami otoczonymi gęstym lasem, dochodzącym miejscami do brzegów zatoki. Z niedalekiego jeziorka wypływał strumień w którym kłębiły się łososie. Podczas odpływu cała zatoka ukazywała swe piaszczysto-skaliste dno. Klimat był tak łagodny, że trawa zieleniła się nawet zimą. Zadecydowano rozbić tu obóz przekształcony na parę lat w stałą osadę.

Dr Ingstad przebadał już kilka miejsc na wybrzeżach Nowej Fundlandii, szukając przede wszystkim wałów ziemnych i specyficznych kopców. George Decker, rybak i szef starszyzny, w prostej linii potomek angielskiego założyciela osady w 1835 roku, zaprowadził 21 lipca Norwega do miejsca, gdzie strumyk Black Duck uchodzi do zatoki Epaves, miejsca nazywanego przez lokalnych, indiańskim obozem lub indiańskim cmentarzyskiem. Wprawne oko doktora natychmiast odnalazło znajome kształty wikingowskich domostw z Islandii. Wspólnie z żoną, Anne Stine, każdego lata, od 1961 do 1968 roku prowadzili wykopaliska, znajdując nieźle zachowane ślady ośmiu domostw i ruiny dziewiątego. W 1968 roku zadecydowano, że stanie się to miejscem historycznym Kanady i oddano je pod opiekę Parków Narodowych. W latach 1973 – 76 dodatkowe wykopaliska prowadzili szwedzki archeolog Bengt Schonback i Kanadyjka Brigitta Wallace; w 1977 roku Anne Stine Ingstad ogłosiła wyniki badań, potwierdzające znalezienie osady Wikingów w Ameryce Północnej, w miejscu, które zwali Vinland. Mało tego – jest pewność, że tutaj mieszkał Leif Eriksson. W 1978 roku zakwalifikowano wykopaliska jako miejsce Światowego Dziedzictwa UNESCO. Dalsze prace archeologiczne prowadzono w latach 2007-09, poszukując śladów osadnictwa indiańskiego.

Okazuje się, iż Ingstad’owie nie byli pierwszymi z ideą szukania osiedli Wikingów na Nowej Fundlandii, akurat w tym miejscu. Pierwszy zasugerował to William Munn, wydawca dziennika „The Evening Telegram”, w którym, w roku 1914, ukazała się seria artykułów na ten temat. Następnym był, w 1939 roku, fiński geolog Väinö Tanner, a z inspiracji obu wyżej wymienionych, duński archeolog Jorgen Meldgaard przewędrował w 1956 roku okolicę dopytując o miejsca szczególne. Obejrzał i obszedł kopce planując tu powrócić, lecz później był długo zajęty innymi projektami. Jego poszukiwania nie wzbudziły najmniejszego zainteresowania wśród mieszkańców lokalnych osad i miasteczek. Śmiem przypuszczać, że kanadyjskie poczciwiny, generalnie niezbyt się interesujące historią czy geografią, dziś zareagowałyby podobnie. Może dlatego do teraz nie natrafiono na drugi, letni obóz Wikingów z L’Anse aux Meadows, który ulokowany był gdzieś na północno-wschodnich wybrzeżach Nowego Brunszwiku. W sagach owo miejsce nazywają Hop.

Jeśli zaglądniemy do chronologii odwiedzania, a potem także osadnictwa okolic zatok Epaves, Medee, Noddy i Sacred, można ułożyć następującą listę:

  1. około 6000 p.n.e – pierwsi autochtoni: Paleo-Indianie

  2. 4 000 p.n.e – Paleo-Eskimosi

  3. pomiędzy 2000 p.n.e – 800 p.n.e – ludzie kultury Dorset i Thule, Indianie Beothuk i Innu

  4. około 1000 n.e. – wizyty i osiedla Wikingów

  5. od wieku XI do dzisiaj – Indianie Mi’kmaq (Mikmak)

  6. wiek XV do XVIII – Baskowie i Francuzi

  7. od 1835 – osadnictwo angielskie

W roku 1984 otworzono nowe centrum dla turystów, w sierpniu 1991 roku replika łodzi Wikingów “Gaia”, zawinęła tutaj w drodze z Norwegii do Waszyngtonu. W 1998 roku miała miejsce wspomniana uprzednio ekspedycja z Grenlandii, a w roku 2000 uroczysty rejs, także z Grenlandii.

Zdjęcie z Internetu

W dziesięć lat później, obchodząc 50 rocznicę odkrycia osady, cały kompleks przebudowano i ulepszono.

Dlaczego Wikingowie osiedlili się akurat w tym miejscu? Warunki żeglugi są trudne, szczególnie po wschodniej stronie przylądka Bauld na wyspie Quirpon, akwen znany z porywistych, północno-wschodnich wiatrów. Zatoki bardziej ku wschodowi nie wchodziły w rachubę, bo są otwarte wprost na Atlantyk, podobnie jak Sacred Bay otwarta z kolei ku północy. Od przeważających wiatrów zachodnich port i osadę ochrania od zachodu spory półwysep zakończony cyplem Onion. Jeśli jeszcze raz przejrzymy poprzednią mapę (tę z zaznaczonym Vinlandem) i dołożymy do niej kolejną, satelitarną,

zauważymy, że Wikingowie dobrze wybrali owo miejsce, w małej zatoce zwanej dziś Islands Bay. Tym bardziej, że żeglując wzdłuż wybrzeży Labradoru mieli go zawsze po prawej burcie. Potem dopływali do pierwszego punktu orientacyjnego – Belle Isle, stąd płynąc prosto ku południowemu-zachodowi natykali się na bardzo charakterystyczną, wysoką wyspę – Great Sacred i od niej prosto na południe dobijali do swej osady. A była tu słodka woda, we wspomnianym jeziorku i wartkim strumieniu pełnym ryb, oraz w miarę gęste lasy, wraz z obszernymi łąkami. Ostatnim argumentem jest znana dziś w ogólnych zarysach, północnoamerykańska trasa szlaku Wikingów, która poczynając od Grenlandii prowadziła ku wyspie Baffin’a (Helleland/ Helluland), następnie do Labradoru (Markland) kończąc się na Nowej Fundlandii (Vinland).

Przypuszcza się, że Wikingowie docierali również do cieśniny Hudson’a.

Cała podróż, zapewne najpierw wzdłuż wybrzeży Labradoru, trwała około 10 -14 dni, choć śmiem przypuszczać, że przy ich umiejętnościach nawigacji i żeglowania, potrafili popłynąć z Grenlandii wprost na południowy-zachód, osiągając po tygodniu osadę na Nowej Fundlandii.

Zastanawiającym jest dlaczego systematycznie nie podążali dalej na południe, tym bardziej, że współczesne badania klimatyczne udowodniły, iż akurat około roku 1000 nastąpił szczyt wzrostu temperatury w tych okolicach i to o parę stopni w stosunku do dzisiejszych. Przy współczesnym, kolejnym okresie ocieplenia, mamy nowe dowody świadczące o tym, jak klimat stosunkowo szybko potrafi się zmieniać, powodując nawet zanikanie pokrywy śnieżnej. W latach 1998/99, gdy temperatura wzrosła średnio o około dwa stopnie, w okolicy L’Anse prawie w ogóle nie było śniegu. W tamtym, wikingowskim okresie, gdy było jeszcze cieplej, bydło mogło się wypasać cały rok na powietrzu. Do dziś, na Islandii i w północnych rejonach Szkocji czy na Hebrydach, długowłose bydło i owce pasą się nawet na zaśnieżonych polach.

Jednakże przedmioty znalezione w osadzie L’Anse, zaświadczają o dalszych wizytach osadników do południowo-wschodnich wybrzeży Zatoki Św. Wawrzyńca, gdzie prawdopodobnie częściej natykali się na Indian. Problem polega na tym, że sagi nieraz przeplatają się i nakładają na siebie, przez co utrudniona jest lokalizacja miejsca pierwszych spotkań Europejczyków z tubylcami. Więcej pozostaje dla domysłu, a historia spotkań Wikingów z Indianami wciąż fascynuje i pobudza wyobraźnię, przy czym z reguły w kierunku mrocznej strony. Takimi były, dość ciekawie zrobione, dwa filmy: “Tropiciel” (Pathfinder: The Legend of the Ghost Warrior) i “Valhalla: mroczny wojownik” (Valhalla rising), mimo wielu nieścisłości oraz – śmiem przypuszczać – wyraźnego wpływu gier komputerowych i mody na bajdy pełne przemocy i okrucieństwa, często przy udziale stworów rodem z Tolkiena. Obaj reżyserzy są Europejczykami w średnim wieku – Niemiec i Duńczyk – a zacięcie mają jak Amerykanie, traktujący po łebkach historię. Już na samym początku “Tropiciela” pojawia się biały koń (jakby żywcem wzięty z wczesnych filmów Wajdy), którego Indianie poznali dopiero w pięćset lat później. No i te osławione rogi na hełmach mające od razu kojarzyć się z diabłami. Dla wysmażenia odpowiedniej atmosfery w filmie, i to jeszcze produkowanym przez Amerykanów, uczyni się wszystko.

Od dawna uczonych i pasjonatów interesują dwie kwestie: pierwsza – dlaczego Wikingowie nie zasiedlili Ameryki Północnej na stałe, druga – dokąd zawędrowali, z czym wiąże się do dziś niepewna historia niezwykłych map. Temat wikingowski w Ameryce Północnej generalnie jest spowity tajemniczą aurą i kto wie czy nie znajdziemy ich dalszych osad lub obozowisk. W 2012 odkryto przypuszczalne, trzy nowe miejsca pobytu Wikingów – w pewnej zatoce na wyspie Baffin’a i na pobliskich trzech wysepkach oraz w 2015 na południowych wybrzeżach Nowej Fundlandii, przy czym to ostatnie jest kwestionowane z powodu braku słodkiej wody. Dwa lata temu doniesiono, że natrafiono na ślady osady Wikingów nad rzeką Hudson, niedaleko Nowego Jorku.

Ale dlaczego nie istniało trwałe osadnictwo? Jedna z teorii mówi o starciach z Indianami i Eskimosami (napotykamy opisy konfliktów i krwawych starć w sagach), lecz w okolicach L’Anse, gdy tam się osiedlili, nie było żadnych grup tubylczych. Zapewne napotykali przodków wymarłych Beothuk, oraz współczesnych Mikmak i Innu, w innych miejscach. Archeolodzy odkryli dwa obozowiska Indian, jedno przed, drugie po przybyciu Wikingów. W XVIII wieku na wyspę Quirpon i do zatoki Noddy docierali Eskimoscy handlarze, a Indianie Innu (Francuzi zwali ich Montagnais), w wiekach XVIII i XIX, rozbijali w ruinach osady Wikingów swoje obozy.

Inne teorie dotyczą zmian zachodzących w społecznościach na Grenlandii i Islandii, które skłaniały raczej do powrotu, a nie poszukiwania nowych ziem. Tym bardziej, że klimat zaczął znów się oziębiać, przy czym zimy w Nowym Brunszwiku czy amerykańskim stanie Maine, w tamtym czasie były zawsze surowsze niż na Nowej Fundlandii, będącej pod wpływem łagodzącego klimatu oceanicznego. Znaleziono w osadzie szczątki kości upolowanych zwierząt – w niewielkiej ilości karibu,wilków, niedźwiedzi, lisów i rysi, oraz kości różnych ptaków i ości ryb. Natomiast było sporo kości fok, morsów i wielorybów. Przemawia to za zmianą klimatu, prowadzącą do wycofywania się wielu zwierząt na inne, cieplejsze obszary. Dlatego zapewne osada istniała tylko przez parę lat. Nie spotkały ją żadne gwałtowne wydarzenia, nie ma śladów pożaru czy zniszczeń, nie ma grobów, zniknęła większość narzędzi, jak i zagrody dla zwierząt i ślady przydomowych upraw. Wygląda na to, że odbyła się tu planowa ewakuacja z powrotem na Grenlandię. Jedna z badaczek, Eleanor Barraclough zasugerowała, iż osiedle było czasowym miejscem dla reperacji łodzi.

Jednakże odkryto wiele innych artefaktów, które świadczą o tym, iż mieszkańcy osady zapuszczali się na południe w poszukiwaniu drewna, orzechów i dzikiej winorośli. Owe artefakty łączą się automatycznie z drugą kwestią – dokąd Wikingowie docierali i jak powstawały mapy ich odkryć. Na terenie osady odnaleziono szczątki drewna, z gatunków drzew rosnących zdecydowanie na południe od Nowej Fundlandii – wiązy, lipy, buki, rodzaj sosny (hemlock), a przede wszystkim orzech szary. Wszystkie te drzewa mają swój północny zasięg we wschodnim Nowym Brunszwiku. Zbierano także orzechy i rzecz najważniejszą – owoce dzikich winogron. Owoce wraz z budulcem przypuszczalnie transportowano na zaopatrzenie do Grenlandii.

Wino odgrywało znaczącą rolę w kulturze Wikingów. Pozycja wodzów i ich politycznego autorytetu zależała od posiadanego bogactwa, a także możliwości wyprawiania uczt z nadzwyczajnym menu i sporą ilością alkoholu. Wino było towarem rzadkim i drogim i pewną jego ilość importowali do Skandynawii, z okolic Nadrenii i Francji, jedynie królowie i naczelnicy. Być może, Leif Eriksson, zapewniając sobie własny zapas wina wzmacniał swoją pozycję naczelnika grenlandzkiej kolonii. Długo podejrzewano, że dlatego ów ląd nazwał Vinland (ląd wina). Dzikie wino rosło w tej części Kanady pomiędzy drzewami liściastymi, oplatając je i pnąc się ku górze. Jednakże dziś lingwiści skłaniają się bardziej ku hipotezie, iż była to nazwa łąk (vin – łąka).Wciąż jednak sprawa sporna i dyskusyjna, podobnie jak mapy pokazujące Vinlandię i inne części Ameryki Północnej.

W 1957 roku wypłynęła na wierzch stara mapa, nie wiedzieć czemu złączona razem z krótkim, średniowiecznym tekstem “Historii Tatarów”(Hystoria Tartarorum), czyli Mongołów i szybko poczytano ową mapę za podróbkę, nie kwestionując jednak autentyczności tekstu o Mongołach. Aby się tu zbytnio nie rozwodzić odsyłam zainteresowanych do strony https://pl.wikipedia.org/wiki/Mapa_Winlandii , pragnąc jedynie dorzucić coś, co się wiąże z kolejnym przypuszczeniem, powiązanym z postacią pierwszego w dziejach polskiego podróżnika, franciszkanina z Wrocławia, zwanego Benedyktem Polakiem. Benedykt wraz z innym franciszkaninem, Giovanni del Carpine, w latach 1245-47 odbył poselską podróż do chana Mongołów. Po powrocie Carpino opublikowano “Historię Mongołów”, którą Włoch podyktował; podobnie uczynił Benedykt dyktując krótkie sprawozdanie z podróży (wydane dopiero w 1839 roku, we Francji – sic!). Tekst odnaleziony w 1957 roku stanowi jakby trzecią część tej samej historii, napisanej przez kolejnego franciszkanina – de Bridia. Na podstawie jej analizy przypuszcza się, że “Historia Tatarów” była również podyktowana przez Benedykta. Zainteresowanych odsyłam do bardzo ciekawej książki Tadeusza Słabczyńskiego “Szlaki wielkiej przygody” (wyd. Globograf, 2017, str. 13-27) Jednym słowem, jak ktoś lub coś w pobliżu Wikingów, to same tajemniczości.

Mapa jest obecnie w posiadaniu uniwersytetu w Yale i w dalszym ciągu nie stwierdzono ostatecznie, czy jest podróbką lub nawet późniejszym dorysowaniem do mapy istniejącej. Na przykład Grenlandia jest ukazana tak, jakby ją już opłynięto, dokonując nadzwyczaj precyzyjnych pomiarów kartograficznych.

Na mapie wykonanej około roku 1440 (przeszło 50 lat przed Kolumbem) są nie tylko fragmenty Ameryki Północnej. Po wschodniej stronie widnieją Sachalin i wyspy japońskie, nigdy nie występujące na mapach z tamtego okresu.

Powstała przeszło sto lat później, mapa z roku 1570, podaje już więcej autentycznych szczegółów, bardziej zgodnych z tamtejszym poziomem wiedzy i umiejętności, lecz także z wrysowanymi odkryciami Wikingów i ich nazwami.

Zarówno Caboto (Cabot) w wieku XV, który również przed Kolumbem dotarł do wybrzeży kontynentu, jak i żeglarze portugalscy czy angielscy wieku XVI, poszerzyli wiedzę o nowym kontynencie, nazwanym po raz pierwszy na mapie z roku 1507 – Ameryką. Należy przypomnieć także czteroczęściową księgę Adama z Bremy – Gesta Hammaburgensis ecclesiae pontificum – obejmującą lata 755 – 1072, gdzie są wzmianki o Vinland, włącznie z ciekawymi mapami.

Cóż możemy tutaj jeszcze dodać? Że na świecie istnieją oficjalnie i beztrosko zaakceptowane fałszerstwa, nie tylko w powszechnym przekonaniu, ale także w podręcznikach historii. Bo Krzysztof Kolumb, odkrywca-łupieżca, rasista i zabójca tubylczej ludności na Karaibach, nigdy nie dotarł i nie postawił nogi na kontynencie Ameryki Północnej. Był w Południowej, a dobił do Karaibów. Europejskim odkrywcą Ameryki Północnej jest Leif Eriksson. Pytanie brzmi – gdyby Wikingowie przybyli tu w znacznej liczbie, czy konflikt z tubylcami wkroczyłby w równie krwawą fazę, jak w późniejszych czasach? Niestety odpowiedź brzmi raczej “tak”, bowiem w sagach mamy nie tylko opis starć z Indianami, lecz także dokonanych na nich mordów. Od wieku XV, w Europie zaczyna się wznosząca fala przemocy, która eksploduje później na zewnątrz, by potem do niej powrócić w skrajnej przemocy podczas I i II wojny światowej.

Przed wejściem do punktu informacyjnego Parków Kanadyjskich,

gdzie poza małym muzeum, jest salka kinowa, kantyna, pomieszczenia dla pracowników i sklepik z pamiątkami, podszedłem do postumentu z popiersiami odkrywców osady – Anne Stine i Helge Ingstad, będącego darem Norwegów, repliką oryginału z Oslo. Oba postumenty – oryginalny z roku 2001 i replikę w 2002, odsłonił osobiście król Norwegii Harald V.

Zanim udaliśmy się do sali kinowej, by obejrzeć film o wędrówkach ludzkości( ze szczególnym uwzględnieniem Wikingów), z których jasno wynika, że w zasadzie wszyscy staliśmy się emigrantami po wyjściu z Afryki, wyszedłem na chwilę na taras. Ujrzałem małą łódź żaglową, ostro płynącą z pełnym wiatrem w przesmyku Boat Channel.

Pokaz filmu o tutejszej osadzie Wikingów bardzo mnie wzruszył, bo przeniósł do czasów licealnych w Sopocie, gdy wprost pochłaniałem książkę Bengtssona “Rudy Orm”. Po niej czytałem co się dało o Wikingach, tym bardziej, że gdy byłem w X klasie gruchnęła wieść, że odkryto ich osadę na Nowej Fundlandii. A i Nowa Fundlandia swoiście wtedy zapisała mi się w pamięci, bowiem polskie statki rybackie łowiły na Georges Bank dorsze, które widziałem po raz pierwszy w życiu w sklepie rybnym w Gdańsku i wręcz oniemiałem, porównując ich wielkość z dorszem bałtyckim czy z Morza Północnego. Potężny łeb na wystawie, z uchyloną paszczą, śnił mi się po nocach. Dziś, gdy zniszczono najbogatsze łowiska świata, zapewne to samo śni się tysiącom rybaków z Nowej Fundlandii, którzy od lat 90-tych XX wieku stracili pracę.

Wykopaliska i późniejsze badania wykazały datowanie osiedla na około tysiąc lat (pomiędzy latami 990-1050). Do tej pory wykopaliska objęły co najmniej 75% terenu; nie ruszony jest obszar torfowisk, zachodni i wschodni. Archeolodzy zabiorą się zań w przyszłości, gdy będą opracowane lepsze techniki odkryć. Osiedle w L’Anse odpowiada opisowi w sagach miejsca zwanego Straumfjords, z tym że wymieniono je jako bazę całoroczną, z dodatkowym obozem letnim, dalej na południu, zwanym Hop, skąd uzyskiwano drewno i winogrona. Naukowcy są przekonani, że obóz letni był usytuowany na wybrzeżach północno-wschodniego Nowego Brunszwiku, u ujścia rzeki lub w zatoce odgrodzonej od Zatoki Św. Wawrzyńca pasami wydm, bo takie opisy znajdują się w sagach. Pod uwagę brana jest rzeka Miramichi, która była zarośnięta po brzegach szarymi orzechami i dzikim winem (Vitis riparia), z lasami zdominowanymi przez dęby i klony. Na skutek intensywnego wyrębu w czasach kolonialnych i potem industrialnych (od wieku XIX), dominującym drzewem tych okolic stała się sosna. Jak na razie, obozu na wybrzeżach Nowego Brunszwiku nie udało się odnaleźć.

Opis położenia Straumfjordu i jego okolic pasuje niemal idealnie do dzisiejszego L’Anse aux Meadows. Niemal, bowiem dziś w miejsce lasów rosną skupiska niewysokich modrzewi (lokalnie zwanych tamarakiem – tamaracks), pojedyncze karłowate brzozy, wierzby i olchy oraz krzaki jałowca. Wokół rozciągają się trawiaste przestrzenie z jagodami i żurawiną, na bagnach pleni się obficie moroszka. Gęste lasy jodeł i świerków sięgały brzegów zatoki jeszcze w XVI wieku, gdy Baskowie i Francuzi tworzyli tu sezonowe osady rybackie (używane aż do roku 1904). Drzewa wycinano do budowy domów i na opał, od 1835 roku zaczęło się stałe osadnictwo i powstała współczesna wioska. Drewno używano także do budowy trójkątnych stojaków do suszenia ryb. W rezultacie linia lasu znalazła się 15 kilometrów od brzegów zatoki. Dziś las powoli powraca, bowiem do budowy domów używa się innych materiałów, np. okładziny winylowe, ponoć nieszkodliwe. Dawny las umożliwiał Wikingom nie tylko budowę domów, lecz także budowę i naprawy łodzi oraz obróbkę żelaza.

Poza szczątkami domostw archeolodzy odnaleźli także kamienne lampy oliwne, żarna, kamienne odważniki, szpile z brązu, kościane igły i części czółen tkackich. Znalezione jaspisowe krzesacze ognia były z Islandii, Grenlandii i z pewnej zatoki na północnym wybrzeżu Nowej Fundlandii. Nie wiemy ilu dokładnie ludzi żyło tutaj, przypuszcza się, że od 30 do 160 osób, w większości mężczyzn. W tym czasie na Grenlandii populacja Wikingów dochodziła do 2 500 osób. Wszystkie odkryte szczątki budynków wskazywały, że były one zbudowane w islandzkim stylu – na drewnianych ramach położono bloki darni, domostwo z pewnej odległości wygląda jak podłużny pagórek, coś co napotkałem współcześnie zarówno w Norwegii, jak i Islandii. W Norwegii, na dachu takiego domu widziałem pasące się kozy. Mocne konstrukcje budynków wskazywały na całoroczną używalność, miały znaczną przestrzeń do życia, duże powierzchnie magazynów, a także miejsc do pracy. Osada była wysoko wyspecjalizowana, bez uprawy ziemi i jakichkolwiek czynności rolniczych. Ponadto wielkość budynków dowodziła znacznych zróżnicowań socjalnych w obrębie tej społeczności.

Zanim wyszedłem na zewnątrz, przeszedłem się po świetnie urządzonej, przejrzystej ekspozycji, gdzie znalazłem m.in. reprodukowaną stronę z XIII-to wiecznej “Sagi grenlandzkiej”,

która obok drugiej – “Sagi o Eryku Czerwonym”, jest źródłem informacji o odkrywaniu Ameryki Północnej, spisywanych na podstawie dawnych przekazów ustnych obejmujących okres niemal trzystu lat. Wystawa zaczyna się od autochtonów czyli szczepów indiańskich, ukazuje ich wyroby z drewna i kamienia

i późniejsze wyroby Wikingów.

Są także modele łodzi Wikingów z tamtego czasu, które dobitnie uzmysławiają nam, jak odważne były ich przedsięwzięcia i jak wielkie umiejętności żeglarskie.

Przed wyjściem obejrzałem plan sytuacyjny całego skansenu.

Przy pięknej, słonecznej pogodzie skansen był widoczny z tarasu, z majaczącym w tle kamiennym blokiem wyspy.

W głębi, po lewej końcówka półwyspu – Beak Point,

jeszcze dalej wyspa Great Sacred,

na której brzegu tkwią resztki wraku angielskiego parowca S/S (Steam Ship) “Langleecrag”, który w gęstej mgle, w listopadzie 1947 wpadł na skały.

Dwóch marynarzy zginęło w czasie akacji ratunkowej zmytych wielkimi falami. To był drugi taki wypadek – w 1939 na skałach osiadł parowiec “Nelson” i zginęła jedna osoba. Poprzez skansen prowadzą piesze szlaki, jeden z centrum wizytującego do drugiego parkingu, oraz dwa w postaci zamkniętej pętli – małej i dużej. Poprzez łąki i bagniste torfowiska wiodą ubite ścieżki i miejscami drewniane pomosty.

Doszedłem do miejsca, gdzie pomost rozdziela się w trzech kierunkach. Na tym swoistym skrzyżowaniu stoi rzeźba-pomnik, zatytułowana “Spotkanie dwóch światów”.

Rzeźba została stworzona przez dwóch artystów – Lubena Boykov’a, bułgarskiego artystę osiadłego na Nowej Fundlandii od roku 1990 i Richarda Brixel’a, rzeźbiarza szwedzkiego. Rzeźby są z brązu i symbolizują spotkanie Europejczyków (Wikingów) z osiadłymi tu Indianami (szczep Beothuk). Pomnik odsłonięto w lipcu 2002 roku. Wyobraziłem sobie, jak te rzeźby muszą pięknie grać na wietrze, w ich załomach spatynowanej zieleni, a wręcz zawodzić w czasie sztormów. Przede mną ten sam strumyk,

z którego Wikingowie czerpali wodę i jego ujście do zatoki.

Za mną zgrabnie wkomponowane we wzgórze centrum informacyjne.

Wtem nad głową skrzek przelatującej mewy.

Jakże często zapominamy o odgłosach świata, teraz przytłumionych warkotem aut i motorów, łodzi, pociągów, dudniących wysoko samolotów i straszliwym zgiełkiem współczesnych miast. Dlatego są tak męczące. Czterysta lat temu do naturalnych dźwięków – wiatr, szum drzew, plusk wody, głosy zwierząt i skwir ptaków, odgłosy burzy i czasem pękających gór lodowych – dochodziły głosy ludzkie, dźwięk kościelnych dzwonów i muzyka. Dodatkowo dźwięczała cisza, którą dziś można jeszcze znaleźć w paru miejscach na świecie. Odczuć jej wibrację, jej czasem tak gęste natężenie, że zdaje się, iż widzimy przemieszczające się pasemka powietrza o różnej gęstości. Tak jak, bodajże dwa razy w życiu, usłyszałem skrzenie gwiazd, tajemniczą melodię Wszechświata.

Dotarłem do skansenu, gdzie wiernie odtworzono część z ośmiu domostw Wikingów, które służyły jako mieszkania, połączone z warsztatami pracy i składowiskami.

Podszedłem do grupy budynków otoczonych żerdziowym płotem.

Jest tam zrekonstruowana duża struktura – reprezentacyjny budynek

w którym mieszkał zapewne ktoś z przywódców społeczności i jego drużyna. Nazwany halą A, o długości 29 metrów i powierzchni 102 m² , jest o wiele większy od podobnych struktur na Islandii. Z braku czasu nie obeszliśmy wszystkich domostw, przez co nie zaglądnęliśmy do największego, stojącego nieco na uboczu budynku – hali F, o powierzchni 160 m², z czego połowa była pomieszczeniem mieszkalnym. Przypuszcza się, że tu mieszkał Leif Eriksson, ze swoją rodziną i służbą. Obszedłem halę A z umajonym dachem

i przystanąłem przy płocie, wyobrażając sobie jak jednak samotnie mogli się tu czuć ludzie, tym bardziej na nieznanym im lądzie.

Po bokach przylegają dwa mniejsze pomieszczenia, jedno służące jako warsztat, drugie zapewne było mieszkaniem dla ludzi niższego stanu, być może niewolników.

W oddali, po przeciwnej stronie strumienia, była kuźnia. Po tej stronie jest trzecia hala – D, z sypialnią i obszernym pomieszczeniem oraz jeden dom wielofunkcyjny (B) i trzy małe (C,E i G). Nie ma wątpliwości, że zespół budynków F i G, był najważniejszym miejscem tej małej społeczności, przy czym zbierano się zazwyczaj w obszernym pomieszczeniu hali F.

Póki co postanowiłem zwiedzić w środku halę A. Przez wąskie i niskie drzwi

wszedłem do ciągu pomieszczeń, podziwiając kunsztowną strukturę dachu,

ścian i przejść wewnętrznych,

rozświetlonych ogniem buzującym na paru paleniskach.

Na jednym zdjęciu ukazała się krągła, fioletowa poświata, potęgująca wrażenie tajemniczości.

Chodzenie po śladach tych, którzy dawno zniknęli w odmętach historii, a jednak do dziś są znani w wielu miejscach świata. Pracownicy, jak to w skansenie, ubrani w stroje z epoki opowiadali o tym miejscu i odpowiadali na zapytania ludzi. Kobiety przędły, jakiś starszy „Wiking” reperował tarczę, a inny, na oczach zachwyconych dzieci, wymachiwał mieczem. Miałem wrażenie, iż za chwilę ktoś złapie za drewniane wiadro i pójdzie do strumienia po wodę.

Wyszedłem z hali i zaglądnąłem do warsztatu.

Potem sfilmowałem otoczenie wikingowskich chat.

Musieliśmy już wracać. Czekała nas ta sama, powrotna droga, tym razem na południe, gdzie mieliśmy nocować w Woody Point, w „Domu ciotki Jane”, bo tak dźwięczną nazwę nosiło owo Spanie i Śniadanie. A chciałem znów zaglądnąć do muzeum i koniecznie kupić w sklepiku koszulkę z emblematem L’Anse i wikingowskim knarr’em. Przeszedłem koło żelaznej, ażurowej rzeźby nie mogąc sobie skojarzyć, gdzie ją już widziałem i co oznacza.

Za chwilę znów uczucie cofnięcia się w czasie. Idylliczny landszafcik – zygzakowaty, cicho szemrzący strumyk, wypływający spod zakrzaczonego wzgórza.

Zaraz obok wąska ścieżyna wydeptana ludzkimi stopami. Przez setki czy dziesiątki lat?

Inne ujęcie pomnika spotkania dwóch światów,

doszedłem do tarasu, obróciłem się… Do zatoki wpłynęła góra lodowa o kształcie morskiego smoka.

W muzeum zachwyciły mnie plansze pokazujące drogę Wikingów w eksploatacji północnego Atlantyku i docieraniu do nowych ziem osiedlenia.

Jednostką upływającego czasu był daegr okres 24 godzin.

Skok przez Morze Labradorskie, z osiedla Wikingów na Grenlandii do L’Anse, w prostej linii to niemal 1200 kilometrów.

Unikając wzburzonego morza płynęli raczej wzdłuż brzegów Labradoru, choć śmiem przypuszczać, że droga na wprost nie była im obca i potrafili dotrzeć w 6-7 dni, tym bardziej, iż była to żegluga na południe, w cieplejszym kierunku. Kupiłem koszulkę,

sfotografowałem model osiedla Wikingów

i poszliśmy na parking. Wsiadając do Doży spojrzałem w kierunku wzgórza. Przy pięciu sylwetkach Wikingów kręciło się pięć sylwetek współczesnych turystów, nie licząc małego dzieciaka na ręku.

Wróciliśmy na drogę 436. Przemknęliśmy przez St. Lunaire Griquet,

koło domu który tak mnie uprzednio zachwycił.

Za osadami sągi drewna, które jakieś małżeństwo pakowało na pickupa.

Parę minut po dwunastej wjazd na 430, w krajobraz sprzed dziewięciu lat – labradorskie przestrzenie: pustka i włócznie świerków północnych warujące po obu stronach drogi.

Potem Labrador ukazał się po drugiej stronie cieśniny Belle,

z lekką mgiełką nad krawędzią nieco rozmazanych konturów.

Ponownie przez Flower’s Cove z zabytkową latarnią

i charakterystycznym kościołem.

Znajome widoki, przeto po aparat sięgnąłem dopiero wtedy, gdy pojawiła się przed nami ciężarówka z zabawnym napisem.

Następnie migotliwe srebro zatoki i ciągi wzgórz nadmorskich.

Mknęliśmy chyżo po pustawej szosie, podkręcając czasem do 130-140 km/godz na prostych odcinkach. Syciłem oczy, by zapamiętać jak najwięcej z tego pięknego acz chłodnawego dnia. Nasz wspaniały rejestrator – mózg, nie dość że wizualnie obejmuje rozległą panoramę, nie do porównania z najlepszym aparatem, to dodaje zapachy, które tutaj, wzdłuż wybrzeża, układały się w mozaikę słonawego zapachu morza, rozgrzanych ziół, traw, krzewów i drzew, bagien i torfowisk, zmieszanych niekiedy z zapachem drewna i owoców morza. By coś z tutejszych smaków wrzucić na ruszta trzeba by się zatrzymać, lecz uparliśmy się, że postój zrobimy dopiero w Woody Point. Drogę zagryzaliśmy jabłkami i gorzką czekoladą.

Deadmans Cove, Blue Cove, Eddies Cove West…. Za Hawke’s Bay na niebo wpełzła rozwleczona chmura.

Obaj się uśmiechamy na widok napisu Cow Head, wspominając wczorajsze miotanie się po szosie. Wkrótce pojawia się cel naszej jutrzejszej wyprawy – park Gross Morne.

Rozległe, skaliste ściany matowiały w popołudniowym słońcu.

Za Rocky Harbour byliśmy pod ich podnóżem. Udało się zrobić takie zdjęcie, na którym można porównać pudełko na drodze – samochód, z potęgą skały, upstrzonej gdzieniegdzie zielenią.

Następne wzniesienia porośnięte gęstym lasem z przebitkami wapiennych klifów.

Po prawej widać wodę Wschodniego Ramienia, znajoma góra, którą uprzednio nazwaliśmy Babią Górą

i w parę minut później zaniebieściło się w fiordzie.

Ruch na drodze wyraźnie zgęstniał.

Widoki były przepyszne – pełne słońce i już trochę cieplej. Wystająca z wody przybrzeżna skała wyglądała jak wynurzająca się wielka foka.

Naprzeciw mnie las zagłębił się w granat podbity srebrem wody, po której przesuwały się migotliwe bliki.

W głębi widoczne było przewężenie Wschodniego Ramienia,

lecz my zdążaliśmy do innego ramienia, zwanego zatoką Bonny. Kolejne wapienne wychodnie,

po paru podjazdach nagle kawalkada aut przed nami,

bo trwają roboty drogowe

– poszerzają spory odcinek szosy.

Zakręt z podjazdem

i za nim widok na uroczy zakątek jeziora Wigwam Pond.

W Wiltondale skręcamy w 431, wprost na zachód. Do Woody Point mamy 33 km; na kolejnym zakręcie, najodważniejsi z odważnych, najwytrwalsi z najwytrwalszych – rowerzyści.

Mijamy z lewej Little Bonny Bay Pond, ruch wyraźnie zmalał, szosa nasza. Liczne zakręty pośród ściany lasu, za parę kilometrów otwiera się dolina z płatami śniegu na płaskich górach i bezczelnie robię zdjęcie pod słońce, bez jakiegokolwiek filtra.

Po szesnastej wyłania się fiord, z widokiem na wioskę Birchy Head na pierwszym planie, w głębi osada Winter House Brook.

Nazwa osady wzięła się stąd, iż rodziny tu mieszkające miały dwa domy – letni, nad brzegiem fiordu i zimowy, nieco w głębi lasu.

Mamy lepsze światło niż dwa dni temu, ciekawsze kontrasty.

Co pewien czas przystajemy by zrobić zdjęcie. Zdejmuję panoramę fiordu,

kawałek po kawałku. Popołudniowe powietrze, po wielu godzinach nagrzania, pokrywa landszaft lekką zawiesiną.

Po siedemnastej zmiana światła

i wydłużone cienie.

W miarę naszego przemieszczania Góry Stołowe zmieniają swoją soczystość.

Zgodnie z instrukcją znajduję sklep, gdzie właścicielka naszego spania zostawiła klucze. Młoda dziewoja wręcza mi je z zaciekawionym uśmiechem. „Skąd jesteście?” pyta, a po usłyszeniu, że z Toronto, ponowny uśmiech i rozbrajające -„nigdy tam nie byłam”.

W Kanadzie jest tak często. Nie znają własnego kraju. Z różnych powodów – brak ciekawości – jak tam za górką, za wodą, wielkie odległości, dość drogie przeloty, lub/i wynajem aut, a jeszcze noclegi i przede wszystkim skandalicznie krótkie wakacje. Gdy pracowałem w biurze jako urzędnik, po prostu nie było mnie stać na wyjazdy. Byłem tydzień latem, bodajże dwa razy, na północy Ontario i dwukrotnie w Polsce. Za pierwszym razem dano mi trzy tygodnie urlopu, bo miałem za sobą pięć lat pracy. Ale w następnym roku od razu żwawo powrócono do dwóch tygodni. Po 10 latach pracy dostałbym jednorazowo cztery tygodnie, a potem powrót do trzech tygodni. Taka ta Ameryka!. Druga wizyta w Polsce była niespodziewana – umierał mój ojciec. Do dwóch tygodni dorzucono ustawowe trzy dni z powodu śmierci w najbliższej rodzinie. Kiedy mnie uroczyście z biura wyrzucono (uroczyście, bo dali mi z góry na pół roku pensję i na osiem miesięcy tzw. benefity), nagle otworzyła się możliwość dłuższych wakacji. Natychmiast pojechałem Greyhoundem do Nowego Jorku odwiedzić dwóch przyjaciół, obaj Jurkowie. Dopiero praca nauczyciela umożliwiła mi nie tylko poznanie Kanady, ale wreszcie Europy i Ameryki Południowej.

W drzwiach domu natknęliśmy się na naszą gospodynię. Była tak miła, że zapewniła nas, iż wczesne śniadanie – na szóstą rano, będzie przygotowane. Musieliśmy być punktualnie o dziewiątej rano na przystani we fiordzie, po niemal godzinnym marszu z parkingu. Gospodyni poleciła nam swoją restaurację, położoną kilka kilometrów dalej, w miasteczku Trout River (Rzeka Pstrągowa). Postanowiliśmy jak najszybciej tam pojechać, bowiem byliśmy wręcz wygłodzeni. Gdy Seweryn się przebierał, wyszedłem przed dom

i przeszedłem parę kroków nad brzeg fiordu. Nad jego zatoczkami wyraźnie widoczny najwyższy szczyt okolicy zwany Tenerife (545 m n.p.m.).

Nazwę nadał kapitan Cook, bo skojarzył mu się z hiszpańską wyspą Teneryfą. Znalazłem później świetne zdjęcie na Internecie, podejrzewam że zrobione z drona lub helikoptera, pokazujące niezwykły krajobraz wokół fiordu.

Zdjęcie z Internetu

Przed szóstą wyjeżdżamy drogą 430 i za Bonne Bay wjeżdżamy w inną, nieco pod górę, w 431. Po prawej dwupiętrowy, ładny budynek – kamień, szkło, drewniany taras. Dicovery Center, czyli małe muzeum okolicy, głównie parku Gros Morne i Gór Stołowych. Po lewej fiord z fantastycznymi widokami. Daleko, na wprost, Góry Stołowe o charakterystycznej barwie odcieni brązu. Pniemy się wciąż w górę łagodnymi zakrętami, otwiera się panorama Gór Stołowych, które teraz towarzyszą nam przez kilometry. Zacienione doliny wyżłobione przez lodowiec, wyżej spłachcie śniegu na północnych zboczach i bezdrzewne skały.

Rozległa dolina i wysoka krawędź Gór Stołowych z kolejnymi progami, jeden za drugim. Po prawej, w o wiele niższych partiach, lity las na stokach.

Na podjeździe zalesiona, boczna dolina, a za nią przymglone wody Zatoki.

Gdy wjeżdżamy w cień jednej z gór wyskakuje kontrast – czerń stoku i lasu i srebro wody.

Za podjazdem niebieska tablica z napisem Trout River i w oddali góry przypominające nam miejsca w Patagonii, za tamtejszym miasteczkiem Cochrane.

Lecz domy zupełnie inne, ten akurat który mijaliśmy, niemal jak spod igły.

Zgodnie ze strzałką skręt w lewo i jedziemy oczywiście po ulicy Głównej. Ładne, obszerne domy z obu stron. Na nosa skręciłem w boczną drogę, nagle niespodzianka – odcinek żwirowej drogi, potwornie zapylonej, a jeszcze minął nas samochód i dokumentnie przykurzył.

W innej odnodze drogi jest kemping i miejsce spuszczania łodzi i motorówek na wodę, tym razem do Zatoki. Znów znak z nazwą miasteczka (czemu tak często?), most przez rzekę i wjazd w górę, w krajobraz tak pięknie wyszorowany, tak kolorystycznie podrychtowany, że wierzyć się nie chciało.

W całej krasie pysznią się Góry Stołowe (The Tablelands), które w południowej części dochodzą do 518 metrów n.p.m. i są znane z niezwykle porywistych wiatrów od strony morza (do 193 km /godz).

Największą ich atrakcją, szczególnie dla geologów, jest fakt, iż są odsłoniętą częścią płaszcza Ziemi, schowanego zazwyczaj głęboko pod skorupą ziemską.

W czasie sezonu, cztery razy w tygodniu, pracownicy Parków Kanadyjskich prowadzą turystów dwugodzinną trasą po stokach i w dolinach postglacjalnych, zaznajamiając jednocześnie z unikalną geologią i florą tego miejsca. Istnieją też trasy krótsze (jednogodzinne) i dłuższe trzygodzinne, płatne(44 CAD), z uprzednią rezerwacją, połączone z wejściem na szczyt wzniesienia. Lecz, jak w wielu innych miejscach Kanady, pozostawiony jest wybór indywidualny i można w centrum informacyjnym zakupić za trzy dolary mapę szlaków (za pięć wodoodporną), na wyprawę pół lub całodniową, z dodatkowymi objaśnieniami o lokalnych atrakcjach. Góry Stołowe zbudowane są głównie z perydotytów, skał głębinowych, przeważnie o zielonkawym i żółtawym kolorze, choć zdarzają się niebieskawe, czerwonawe i brązowe, wtedy gdy zwierają dużo żelaza. Góry wyglądają często jak kamienna pustynia. Paręset milionów lat temu, w czasie kolizji płyt tektonicznych, skały zostały wypchnięte z głębin Ziemi. Mimo wpływu lodowca i erozji skały pozostają w większości nagie, bowiem zwierają słabe składniki dla wzrostu roślin, a często są wręcz dla nich toksyczne.

Dojechaliśmy na punkt widokowy, gdzie mimo dojmującego głodu spędziliśmy parę minut napawając oczy widokiem.

Zawróciliśmy do ulicy Głównej i od centralnego skrzyżowania pomknęliśmy w przeciwną stronę, dopytując gdzie jest owa wspaniała restauracja naszej gospodyni. Rybacka wioska, Trout River, była niegdyś izolowaną przystanią połowu homarów. Ulica Główna prowadzi wzdłuż Zatoki Św. Wawrzyńca.

Do 1880 jedynymi osadnikami była rodzina Crocker. Angielski protoplasta kanadyjskiej gałęzi rodu osiadł tu z rodziną w 1815 roku. Dom Crocker’ów zbudowany w 1898 roku jest dziś małym muzeum, a zarazem świadectwem stylu budownictwa z tamtego okresu. Od 1966 Trout jest miastem (552 osoby), które było jednak w izolacji, aż do momentu powołania parku narodowego Gros Morne i zbudowania drogi w 1973 roku. Zatrudnienie dają przede wszystkim rybołówstwo i usługi turystyczne. Nad Zatoką ułożono długi pomost spacerowy,

przy którym mieści się wspomniany dom Crocker’ów, nadto Muzeum Rybackie i centrum informacyjne rybołówstwa. Jest tu także monument ku pamięci rybaków pochłoniętych przez morze.

Kwadrans po osiemnastej znaleźliśmy restaurację „Nadmorską” (Seaside Restaurant) prowadzoną od 25 lat przez rodzinę Parson’ów. Już w progu uderzyły mnie piękne zapachy morskiego jedzenia, zmieszane ze swądem palących się drew w małym piecu. Wszystko podaje się na bieżąco i na moje zamówienie musiałem poczekać co najmniej pół godziny. To była ciężka próba, bo głód doskwierał już boleśnie. Seweryn dziobał po komórce, ja wyszedłem na zewnątrz, aby się przejść drewnianym pomostem.

Pomost ciągnie się aż do cypla; na ciemnym piasku plaży chłopiec myszkował wśród muszli.

Gdy wkroczyłem na piasek nad cyplem pojawiły się trzy rodzaje chmur: kłębiaste, warstwowe i nieliczne pierzaste.

Przeszedłem najpierw w prawo i zawracając zobaczyłem nad cyplem sporo kołujących mew.

Do restauracji dobiegłem już truchtem.

Obiadokolacja była rewelacyjna. Świeżutki zestaw czterech różnych ryb, z opiekanymi ziemniakami i sałatą, wszystko podlane świetnym piwem Quidi Vidi. Na proponowany deser się nie połakomiłem, bo chciałem czuć w ustach jak najdłużej ingrediencje spożytych smakołyków. Rozglądałem się dookoła,

przeszedłem po pomieszczeniach

i przykuł mą uwagę plakat na ścianie. Okazało się, że od lat zaglądają tu nie tylko fotografowie z „Czasopisma Podróżniczego National Geographic” (National Geographic Travel Magazine), a także dziennikarze i fotografowie z „New York Times”, lecz również pojawiają się uczestnicy sierpniowego festiwalu literackiego i muzycznego w Woody Point. Biorą w nich udział, już od lat 15, pisarze lokalni, pisarze z Kanady i zza granicy, oraz kanadyjscy muzycy rockowo-folkowi.

Można zajrzeć tutaj by znaleźć aktualny program: http://www.writersatwoodypoint.com/. Na innej ścianie znalazłem kolorowy zestaw ryb morskich i owoców morza, występujących w tych okolicach.

Do wnętrza restauracji cały czas dochodził szum fal w zatoce. Przed ósmą wyszliśmy na zewnątrz i po krótkim spacerze oparliśmy się o balustradę pomostu obserwując zachód słońca.

Z oddali dobiegł nas przytłumiony dźwięk silnika kutra,

który po chwili wpłynął w strugę słońca kładącą się na wodzie.

Na pożegnanie zalśniła wenecka szkoła malarstwa.

Powracaliśmy w zapadającym mroku zmieniającym uprzednie kolory.

Po ósmej ukazał się fiord,

po chwili doń zjechaliśmy i wielki bochen Teneryfy odcinał się wyraźnie na tle nieba.

Wydaje się, że latem można tu obserwować białe noce.

Zaskakująco jasno było na ulicy, przy naszym noclegu.

Pani Parson ma na parterze także sklep ze starociami. Moją uwagę przykuło niezwykłe żelazko.

Mieliśmy swoje małe pokoiki w nieco leciwym stylu.

Przed moim pokojem, na korytarzu stał fragment krosna.

Obok zagościła para w średnim wieku, która kończyła swoje wakacje (zapewne dwutygodniowe, ale aż przykro mi było o to zapytać). Jak się okazało byli z Toronto i zachwyceni objazdem Nowej Fundlandii. Wstawali jeszcze wcześniej od nas, bo musieli zdążyć do Deer Lake, skąd mieli samolot do Toronto.

Przed snem przerzuciłem zdjęcia na zapasową pamięć i dopiero wtedy dotarło do mnie jaki mieliśmy dziś gęsty od wrażeń dzień. Jutro zapowiadało się podobnie – wyprawa w głąb głównego fiordu.