Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

12 lipca Cow Head – Saint Lunaire Griquet (Snorri Cabins)

Pobudka o 7.30, siąpi i pełne zachmurzenie.

W nocy okresowe opady i uderzenia wiatru, lecz na ogół cicho. Śniadanie w motelu (kazali zapłacić za szklankę soku pomarańczowego!), po nim krótka wycieczka autem. Ulicami smętnego miasteczka z przejazdem na froncie teatru,

potem nad krawędzią ołowiano-szarej wody,

z syczącymi gniewnie falami.

Przejechaliśmy koło rybackiej przystani

i poprzez groblę dostaliśmy się na półwysep w kształcie krowiej głowy.

Tam drogą po wertepach, kolebiąc się w koleinach, podjazd pod górkę. Wysiadam i wspinam się by spojrzeć z “głowy” na panoramę miasteczka.

W dole anglikański cmentarz wychłostany wiatrem.

Nie trzeba Charona, grobla jako ostatnia droga po śmierci z tamtej strony. Ku niej zmierza teraz jakiś samochód.

Do wciąż żywych, zawieszonych w szarej zawiesinie wody i nieba.

Wracam do auta i powrót na groblę.

Nagle wybiegają na drogę dwie młodziutkie mewy. Jeszcze nie umieją latać, szybko drobią i przystają, drobią i przystają.

Gdy wchodzą pomiędzy kamienie, kawałki drewna zwanego driftwood i kępki roślinności, dopiero wtedy widać jak upierzenie doskonale je kamufluje.

Zaraz za mostem

zawracamy na południe, na wczorajszą trasę po drodze 430.Trzeba dojechać do miejsca skąd należy dojść piechotą do fiordu, Western Brook Pond, w parku Gros Morne. Nieco błądzenia, powoli się rozpogadza,

wreszcie odnalezienie właściwej drogi i jest parking.

Przy nim, poza sanitariatami i dużymi, zamykanymi koszami na śmieci z selekcją (osobno plastykowe opakowania, szkło, resztki jedzenia), tablice objaśniające geologiczną historię miejsca. Obszar wypiętrzony około 400 milionów lat temu, z widoczną dziś linią uskoku powstałego po zderzeniu kontynentów.

Potem przez przeszło dwa miliony lat krajobraz kształtował lodowiec ze zlodowaceń plejstoceńskich, napierając i cofając się. Ciężar lodowca wgniótł okolice poniżej poziomu morza, które wdarło się w głąb lądu tworząc wielki fiord. Gdy lodowiec stopniał ląd się podniósł i odciął fiord od morza tworząc jezioro o długości 16 km i głębokości 165 metrów!

Daleko przed nami, w mglistym porannym oparze, majaczyła krawędź starożytnego uskoku.

Piechotą, około trzech kilometrów w jedną stronę, do brzegu jeziora. Drewniane pomosty i ubite ścieżki poprzez rozległe obszary torfowiska. Małe wzniesienia porośnięte karłowatą, balsamiczną jodłą (przeważający gatunek tzw. Borealnego lasu) i czarnym świerkiem.

Czasem karłowate modrzewie i wierzby, wysmukłe, niewysokie jesiony, w suchszych miejscach topole, a nawet klony. Mogą rosnąć dzięki temu, że na przedpolu uskoku zalegają warstwy wapienia, którego potężne osady uległy sfałdowaniu. Wapień jest porowaty i przepuszcza wodę. Tam gdzie go nie ma lub jest cienką warstwą, uschłe drzewa sterczą ponad roślinnością.

Nie ma tu bagien i typowych dla nich traw. Są za to wielkie połacie wawrzynu, woskownicy bagiennej, trawy bawełnianej i labradorskiej herbaty, którą od tysięcy lat używali Indianie i Eskimosi do robienia naparu. Tylko w niektórych miejscach występują wielkie trawiaste obszary,

z ziołami, a na obrzeżach wrzosy, jagody i setki gatunków roślin ozdobionych kolorowymi kwiatami.

Trzęsawisko stale zmienia się w torfowisko – od ośmiu tysięcy lat wciąż narastają nowe warstwy, sięgające w niektórych miejscach czterech metrów grubości.

Gęste poszycie karłowatych krzaków, żurawiny i moroszka (zwana tu bakeapple), dziesiątki rodzajów mchu, paproci i skrzypów, które tak mnie fascynowały w dzieciństwie, w moim sopockim ogrodzie, gdy się dowiedziałem, iż w czasach dinozaurów były drzewami.

Są też w odsłoniętych miejscach pola porostów karibu, czyli słynny chrobotek jedzony przez renifery. I rośliny mięsożerne łapiące w pułapki (wodne, klejowe, lub zamykające się) insekty, pająki, nagie ślimaki i malutkie zwierzęta rozkładane przy wsparciu innych, mikroskopijnych organizmów oraz bakterii żyjących na liściach rośliny. Najczęstszymi gatunkami są pływacze, rosiczki i kapturnica.

Łosi ani śladu, a jest ich w tym parku wręcz nadmiar. Przypuszczam, że akurat nie tutaj, bo zarówno one, jak i karibu, intuicyjnie czują jak torfowisko potrafi być zdradliwe. Indianie, którzy tu żyli – Mikmakowie i Beothuk (ostatnia osoba z tego szczepu, kobieta o imieniu Shanawdithit zmarła w stolicy Nowej Fundlandii St. John’s, w 1829 roku) – również zdawali sobie sprawę ze zdradliwości torfowiska. W porównaniu do znalezisk ciał, nieraz doskonale zakonserwowanych, na torfowiskach Europy, zarówno w Kanadzie jak i USA, jest ich znikoma ilość.

Daleko majaczą, w niskich chmurach i mgle, krawędzie fiordu.

Natykam się na kolejną tablicę objaśniającą topografię terenu. Bobry pobudowały tamy, co spowolniło strumienie i pozwoliło osadzić sedyment zwiększający osady. Na tak żyzny grunt nastąpiła inwazja roślinności. Jej gnicie tworzy z kolei osady torfu i dostarcza sporą porcję tlenu. Na utwardzonych miejscach, z niezłą filtracją wody, wyrastają drzewa. Odsłonięte, mniejsze i większe oczka wodne,

sfalowuje wiatr tworząc przy brzegach gęstą pianę.

Woda ma herbaciany kolor z powodu zanurzonych w niej roślin. Poza kolorem zmieniają też smak wody rozpuszczając garbnik z liści i cząsteczek torfu.

Z kolejnego wzgórka widać już główne jezioro

oraz jedną z odnóg pomostu.

Przy ścieżce ukazuje się przedziwny zwierz zaklęty w odnodze złamanego konaru.

Utwardzona ścieżka,

przełączam aparat na film i kręcę wyłaniający się fiord.

Widać dach głównej przystani,

chmury się rozeszły, mgła opadła i wyraźniej rysuje się krawędź fiordu.

Przy przystani mały ośrodek z pamiątkami i wyszynkiem. Chciałbym zobaczyć fiord z góry, z tego nadzwyczajnego miejsca z rozległą panoramą. Nieco obruszona, tęgawa niewiasta z obsługi powiedziała mi, że trzeba popłynąć tam stateczkiem; załatwić to należy w miasteczku Rocky Harbour, w Centrum Informacji, lecz dziś będzie to niemożliwe.

Postanowiliśmy chwilę odpocząć i ruszyć z powrotem, by pojechać do Rocky Harbour. Mamy znów przed sobą trzy kilometry piechotą do parkingu, co zajmie nam najmniej godzinę. Potem znaleźć w miasteczku owo centrum, a przecież przed nami jeszcze podróż do Saint Lunaire Griquet – 354 kilometry po, miejmy nadzieję, dobrych drogach. Za budynkiem przystani dwie duże tablice z historią tego miejsca. Jak wyglądało dawno temu

i dzisiaj.

Ku mej zazdrości ludzie idą po pomoście na stateczki

i za parę minut odpływają.

Poszedłem na koniec pomostu, skręciłem film,

potem zwrot na pięcie i marsz powrotny przerywany paroma ujęciami,

bo miejsce jest fascynujące.

Uzgodniłem z Sewerynem, że pójdę naprzód szybkim marszem i po 40 minutach ukazała się ścieżka prowadząca na parking.

Za pół godziny doszedł Seweryn i ruszyliśmy do Rocky Harbour.

W pewnym miejscu droga ustawiona prostopadle do Zatoki i wrażenie dojazdu na koniec ziemi.

Minęliśmy malutki kemping nad strumieniem,

wciąż się chmurzyło

i za 15 minut ukazały się znajome widoki paru przylądków.

Zjechaliśmy nieco w dół, krętą, boczną drogą zwaną Main Street

i po chwili widać domy w Rocky Harbour.

Drogą wzdłuż brzegu zatoki, wypatrujemy nazwy Centrum Informacji, ale jej nie ma. Docieramy do ładnego hotelu “Ocean View”. Idę do recepcji zasięgnąć języka. W hotelowej restauracji kłębi się tłum ludzi, bo pora lunchu. Panienka w recepcji objaśnia mnie, że Centrum Informacji Parku Gros Morne jest przy głównej szosie 430. Klnę pod nosem na babsko z informacji nad jeziorem, bo znów czeka nadrabianie kilometrów i strata czasu. Chociaż warto było tu zaglądnąć, bo miejscowość bardzo urokliwa i kapitalnie położona.

Cofamy kawałek i ulicą Harbour Drive prujemy pod górę, by na zjeździe do 430 znaleźć znak – Visitor Centre. Jedziemy i błąd – skręcamy za wcześnie, w kolejną drogę prowadzącą do Rocky Harbour. Jest stacja benzynowa Irvinga, Seweryn tankuje, ja idę zasięgnąć języka. No tak, to jeszcze ze dwa kilometry dalej. Wreszcie dojeżdżamy, zjazd prosto pomiędzy drzewa i gęste krzaki i widzę duży, bardzo ładny drewniany budynek. Z boku wjazd na obszerny kemping dla aut z przyczepami. Staję w kolejce do informacji, obsługiwanej przez paru młodych ludzi. Zajmuje się mną przemiła panienka i w miarę jej objaśnień zaczynam się coraz bardziej zżymać na to babsko w informacji nad jeziorem. Okazało się, że wszystko poplątała. Sporo Kanadyjczyków jest nie raz bezmyślnych, bez wyobraźni, co powoduje częstą konfuzję oraz bezradność wobec logiki. Zapewne dlatego w tak wielu miejscach fatalnie wyglądają oznakowania drogowe i turystyczna informacja.

Widząc moje skrywane rozczarowanie, a także poirytowanie, dochodzi do pomocy inna, równie miła i nader rozgarnięta panienka. Okazało się, że:

    • mały statek płynie w głąb fiordu i wraca. Są do dyspozycji trzy – West Brook I, II i III, zabierające określoną liczbę ludzi w niemal dwugodzinną podróż i dlatego trzeba rezerwować miejsca z pewnym wyprzedzeniem (także przez Internet)

    • jeśli chcę się wspiąć do góry, trzeba najpierw być o ósmej rano na odprawie, na parkingu i potem są dwa terminy odpłynięcia – o 9 i 10 rano – szybkim stateczkiem (High Speed Shuttle Boat) o nazwie Western Brook, z przystani głównej do małej, na końcu fiordu (25-30 minut i 37.50 CAD w jedną stronę). Na stateczku jest pilot, dwóch przewodników i dziewiątka turystów (minimalnie może być sześciu turystów). Istnieje również możliwość wysadzenia ludzi, uczestniczących w parodniowej wyprawie, na końcowej przystani, ze wspomnianych trzech statków.

    • wspinaczka jest z przewodnikiem i droga trwa niemal cały dzień, bowiem są odcinki trudniejsze i wszystko zależy oczywiście od pogody. Na Trip Advisor znalazłem informację, że można wspiąć się w cztery godziny i tyle samo zabiera zejście. Zapewne należy doliczyć najmniej pół godziny spędzone na górze, czyli jak nic jest to niemal cały dzień.

      Idący bez przewodnika muszą najpierw zarejestrować się w biurze parku, gdzie dodatkowo sprawdzają twoje umiejętności posługiwania się kompasem i orientacją w terenie, włącznie ze znajomością mapy i dopiero wtedy wydają ci pozwolenie, szczególnie gdy chcesz tam nocować i schodzić następnego dnia, załapując się na powrót szybkim stateczkiem. Trasy są organizowane przez biuro turystyczne („Bon Tours”)

    • cała przyjemność kosztuje 250 CAD – przepłynięcie jeziora i przewodnik. Na pierwszy rzut oka wydaje się to drogie, ale zasady poruszania się w parku pod okiem doświadczonego przewodnika są gwarantem bezpieczeństwa. Jeśli coś by się stało, akcja ratownicza byłaby nie tylko skomplikowana, ale i bardzo kosztowna. Dlatego, mając świadomość ryzyka, przed wyruszeniem podpisuje się także formularz odstąpienia od odszkodowania (waiver)

W tego rodzaju przedsięwzięciach należy pamiętać o dwóch podstawowych rzeczach. Pierwsza – jakie są nasze możliwości i z kim się idzie. Czasem przewodnik wlecze z sobą grupę ludzi, a oni po nałogowym siedzeniu w domu, w pracy i w aucie, są nieruchawi i zagubieni w terenie. Po świecie ekranowym świat naturalny jest nie tylko dla nich obcy, lecz także wzbudza obawy, najczęściej na wyrost. To smutna tendencja włażenia człowieka w coraz bardziej sztuczny świat, stwarzany przez niego samego. Ludzie przestali chodzić, stali się nadzwyczaj wygodni. Najchętniej dojechaliby wszędzie samochodem, nawet na szczyt góry. Nie mają kondycji, a do tego tutaj – w Kanadzie i USA – są często otyli.

Druga – terror prawników, którzy w każde miejsce włożą swój chciwy paluch, by o coś oskarżyć, a najczęściej zażądać odszkodowania, czasem w sprawach rodem z tragikomedii lub ponurego kabaretu. Mnożą się przeto coraz bardziej zbiurokratyzowane, wręcz głupawe przepisy, zabezpieczenia, alarmy, passwordy, itp., itd. Wydarzenia z 11 września 2001 wzbudziły obsesję zabezpieczeń i w paradoksalny sposób nie tylko stały się „darem” dla polityków, ale przede wszystkim prawników. Zarząd parku za wszelką cenę podejmie działania zabezpieczające byleby tylko uniknąć odpowiedzialności za jakieś zdarzenie. Podejrzewam, że być może niektóre osoby wdarły się tam całkiem nielegalnie, ale gdyby coś się stało, zarząd parku jest zabezpieczony.

Jednym słowem zdjęcia fiordu z góry szlag trafił i poniosłem dotkliwą porażkę. Sądziłem, że droga prowadzi na szczyt wzniesienia i z parkingu dalej idzie się samotnie piechotą. Dopiero, gdy znalazłem się tam ponownie, w dwa dni później, zrozumiałem dlaczego jest to nie tylko niemożliwe, ale wręcz nie wskazane. Panienki, widząc mój smętny stan, starały się zaofiarować mi inne trasy, podobno równie malownicze. Dodatkowo okazało się, że zamówienie rezerwacji na stateczek jest w miasteczku Rocky Harbour, w hotelu w którym już byliśmy. Szybko tam pojechaliśmy i zrobiłem rezerwację na 14 lipca, gdy wrócimy z północnego szlaku Wikingów.

Powrót na drogę 430 Północ – szlak Wikingów.

Widzimy przed sobą bochniaste struktury przedpola płyty, świadka gigantycznych wypływów lawy.

Omawiamy zmianę planów na 14 lipca. Wrócimy jak najszybciej z północy i popłyniemy stateczkiem w głąb fiordu. Spacer i tak będzie, bo w obie strony od parkingu do przystani przeszło sześć kilometrów. Nie mogę zostawić Seweryna na cały dzień samego i wynająć przewodnika. Musielibyśmy znaleźć dodatkowe miejsce spania, przez co mogłyby się sypnąć inne rezerwacje. A przede wszystkim byłby w Sewerynie słuszny żal, że nie może mi towarzyszyć i widzieć tej zatykającej dech panoramy. Jesteśmy zespołem, zaprawionym w trudach, bo podróżujemy wspólnie od 2011 roku – dwukrotnie Patagonia, przez Kanadę na Alaskę, Islandia i kraje nad Adriatykiem.

Wracamy w kierunku Gros Morne. Zrobiła się piękna pogoda, słonecznie ale rześko, bo temperatura oscyluje pomiędzy 16 a 18 stopni. Gnamy wzdłuż wybrzeża zachodniego, czasem przekraczając szybkość usytuowaną pomiędzy 60 do 90 km/godz. Kolejne osady rybackie,

mijamy Sally’s Cove i Zatoka Wawrzyńca wpada w odcienie niebieskości i zieleni.

Kiedy przejeżdżamy koło miejsca porannego spaceru, za drzewami mignęła gardziel fiordu.

Nie mogę się powstrzymać przed zrobieniem filmu z auta.

Potem zauważam, iż niektóre chmury przybrały się w odcień fioletu.

Mijamy Saint Pauls z mostem, za chwilę znajomy znak z nazwą Cow Head, za nim zaczyna się dla nas nieznane. Do St. Anthony mamy jeszcze 301 km i następnych kilkadziesiąt do noclegu, w małym domku zwanym „cabin”.

Po prawej rozległe, pustawe pole z oczkami wody, kępami krzaków. W głębi ciągnie się krawędź płyty przez dziesiątki kilometrów.

Z lewej karłowate, rozczochrane wiatrem drzewa, za nimi Zatoka. Osada Three Mile Rock, małe jezioro Moulting Pond, potem wielkie jezioro o kształtach podobnych do fiordu Gros MorneParson’s Pond i osada o tej samej nazwie. Jezioro Parson’s ma płaskie brzegi, dalej na wschód kolejne jeziora, a także rzeki, uchodzące do fiordów – mniejszych i większych. Niesamowita okolica, można by tu na wędrówkach spędzić cały miesiąc. Na satelitarnej mapie widać wyraźnie poplątany wzór licznych jezior, zatok i rzek. Podobnie po przeciwnej stronie – na brzegu labradorskim.

Przejazd mostem nad krótką rzeką Parson’s uchodzącą do Zatoki. Napływa skojarzenie – Alan Parsons Project i rozbrzmiewa w mózgu (czyż to nie cud stworzenia – muzyczna pamięć mózgu, który sam odtwarza, wręcz śpiewa) melodia wspaniałego utworu “Time”…” but time keeps flawing like a river to the sea… who knows when we shall meet again”.

Krawędź po prawej zaczyna się powoli obniżać, Zatoka w szmaragdach przetykanych srebrem, gdy słońce legnie na wodzie w migotliwych strugach. Przy skalistym brzegu spieniona grzywami przyboju. Kręta droga z poprzechylanymi słupami i kolejnymi wysterczaniami cypli.

Mijamy mały, prowincjonalny park, za nim wyskakuje samotna, potężna skała z masztami komunikacyjnymi na szczycie.

W prześwicie domki osady Portland Creek, za nią długi wał wydm, a po przeciwnej stronie rozległe pole z oczkami wody, rozfalowaną trawą, krzakami i pojedynczymi, karłowatymi drzewami. W głębi na horyzoncie wciąż wyraźnie rysująca się krawędź, ze sterczącymi gdzieniegdzie pojedynczymi wzniesieniami. Z mostu ponad potokiem Portland widzę między drzewami rozległą toń wielkiego jeziora Portland Creek Pond. Patrzę na mapę – jego druga część, za przewężeniem, znów ma strukturę fiordu.

Przed nami majaczy cypel z miasteczkiem Daniel’s Harbour (253 mieszkańców)

i gdy szosa zbliża się do Zatoki, otwiera się panorama osady

z naturalnym portem rybackim. Do 1990 roku była tu kopalnia cyny. Niedaleko stąd są domy wypoczynkowe, „Mountain Water Resort”, obsługujące turystów. Znów powinniśmy odwołać się do określeń angielskich, które mają inne znaczenie niż polskie. Resort oznacza kurort (w Europie) lub dom wczasowy (wypoczynkowy) w Ameryce Północnej. Nursing home, czasami sanatorium (nazwa niemal całkowicie nieznana w USA i Kanadzie), jest naszym sanatorium. Health resort lub spa to uzdrowisko, przy czym spa jest bardzo popularną nazwą w USA i Kanadzie, częściej odnoszącą się do kliniki piękności (kosmetyka, masaże, natryski, itp) i drobnych zabiegów medycznych, służących głównie relaksacji.

Tą małą miejscowość rozsławiły dwie osoby – skrzypek o międzynarodowej renomie, Rufus Guinchard i równie sławna pielęgniarka Myra Bennett; oboje zmarli w tym samym, 1990 roku. Bennett była Angielką, osiadłą od 1921 roku w Daniel’s Harbour, skąd udzielała pomocy wielu małym społecznościom ulokowanym na zachodnim wybrzeżu. Za swe zasługi otrzymała szereg odznaczeń, m.in. Order Brytyjskiego Imperium i Order Kanady. Zmarła w Daniel’s, a jej dom został zaliczony do obiektu dziedzictwa Nowej Fundlandii (Heritage Structure).

Za plecami oddalająca się Wielka Krawędź, a my jedziemy od parunastu minut wzdłuż Zatoki pod włoskim lazurem – azzuro. Za osadą Bellburns, w dole długie jęzory nadbiegających fal,

rozbijających się o skały, z poszumem i rozbryzgami białej kipieli.

Na mapie zauważam, iż mijamy rezerwat Table Point Ecological Reserve. Później znajduje objaśnienie, że to rezerwat chroniący skamieniałości z Ordowiku (około 450 milinów lat temu) zalegające w warstwach piaskowca – trylobity, gąbki, ślimaki, brachiopody i wielkie okazy pięknych głowonogów łodzikowatych. To z ich powodu utworzono rezerwat o powierzchni niemal 2 km², bowiem ludzie nałogowo je wyłuskiwali z zerodowanych skał. Żałuję, że nie mieliśmy czasu, aby się tam zatrzymać i porobić zdjęcia okazów.

Jesteśmy niedaleko River of Ponds (220 mieszkańców) i rzeczywiście widzę na mapie parę jezior – jedno wielkie, jedno średnie i trzy mniejsze. Co za nieprawdopodobne urozmaicenie terenu! Rzeka wypływa spod gór Długiego Pasma, przechodząc po drodze do Zatoki, przez parę jezior. Jest znana z wędkowania atlantyckich łososi i pstrągów, z licznych krzewów dzikich malin, agrestu i żurawiny oraz paru gatunków jagód, w tym czarne jagody i moroszka. Las po obu stronach szosy zgęstniał i jest wyższy. Przewaga iglaków. Jedziemy cały czas po łuku, wpadamy w zabudowania schludnego miasteczka. Most nad rzeką Jezior, żwirowe łachy, kamieniste brzegi utkane po obu stronach gęstym, świerkowym lasem. Zakręt długi w lewo, potem łukiem w prawo i wyłania się całkiem spore jezioro Little Brook Pond.

Pojawia się znak labradorskiego promu – przystań za 92 kilometry, domy i magazyny w Hawke’s Bay (315 mieszkańców) leżącym nad zatoką o tej samej nazwie, u ujścia rzeki Torrent. Dalej ku zachodowi jest większa zatoka – Ingornachoix, a nad nią dwa inne miasteczka: Port Saunders (876 mieszkańców) i Port au Choix (890 mieszkańców). Zatoka główna i pomniejsze były świetnym schronieniem dla flot Francji i Anglii, które penetrowały te okolice w wiekach XVII i XVIII. W 1924 roku Hawke’s Bay był jednym z miejsc postoju aeroplanów armii USA w przedsięwzięciu oblecenia świata dookoła czterema samolotami (czterech pilotów i czterech mechaników). Po 175 dniach i 74 postojach skompletowali swoje zamierzenie. Również tutaj uruchomiono pierwszą pocztę lotniczą na Nowej Fundlandii. Od 1933 roku prowadzi się wyrąb lasu i produkuje papierówkę, a przez 20 lat (lata 70-te i 80-te) wydobywano cynk. Od lat 90-tych coraz bardziej rozwija się turystyka.

Most ponad rzeką Big East w której sterczy parunastu amatorów wędkowania. Bardzo długi podjazd, za nim zjazd ku wspomnianym dwóm portom: Saunders i au Choix. Przy pięknej pogodzie mijamy jezioro Indian Pond,

za którym ponownie widać Długie Pasmo.

Ruch na drodze, lekko wciętej w niewysokich skałach pokrytych drzewami, niewielki. Tym razem rybacka osada Eddies Cove West (poniżej 50 osób) i zaczyna nas dochodzić krawędź wzniesienia. Za strumieniem Doktora (Doctors Brook) z prawej ukazuje się wielka struktura, a na wprost, w wysokich kotlinach, zaległy płachty śniegu.

Jedziemy nad brzegiem Zatoki, wzdłuż wzniesienia z wyraźnymi warstwami bardzo starych skał osadowych.

Gigantyczna wyniosłość z prawej,

z lewej spienione wody Zatoki, bijące o kamieniste plaże.

Po horyzont woda, woda, woda…

Na wąskim pasie brzegu trzy osamotnione domki, w jednym wręcz nierealne, białe firanki, za innym na brzegu stos pułapek na homary. Zaczyna się monotonia jazdy – kilometrami podobny układ krajobrazu. Zmiana, bo szerokie rozlewisko rzeki Castor South, która na mapie wygląda jak raja z bardzo długim, frędzlowatym ogonem. Parę domów, kręte rozlewiska i zatoczki okolone lasem. Dwa długie podjazdy na łukach. Boczne drogi do rybackich osad, restauracja „Viking 430” ze sklepem. Daleko przed nami pasmo wzgórz. Pojawia się znak drogi 432 zwanej Grenfell Drive, odchodzącej w prawo i biegnącej przez cały półwysep, od jego wybrzeża zachodniego do wschodniego. Co pewien czas przy drodze poukładane sągi drewna, setki pociętych pni.

Duży budynek szkoły sportowej Viking Trail Academy na poziomie licealnym. To jedna z parunastu takich szkół – podstawowych i liceów – na terenie prowincji. Mnóstwo oczek wodnych po obu stronach szosy, miasteczko Plum Point ze sporym motelem i restauracją, centrum handlowym, za nim po prawej jezioro Wydr (Otter Pond). Sągi drewna przy szosie, jakaś para pakuje je na swego pickupa. Zasada otwartej uczciwości – wcześniej zamówiłeś i kupiłeś, teraz je ładujesz. Bardzo wątpię czy ktoś to drewno kradnie, które nie leży za żadnym ogrodzeniem i nie ma żadnego strażnika. Jak wylądowałem w 1984 roku w Antigonish, ludzie nie zamykali domów na klucz. I do dziś przy drogach w Nowej Szkocji czy tutaj, można spotkać na stoliku ustawione przetwory z podaną ceną i zostawioną puszką na pieniądze, bo nikt przy tych stolikach nie sterczy. Podobnie było na Islandii. To smutne, że na takie wieści większość ludzi reaguje słowami “Coś nadzwyczajnego! Nie może być!” lub “Ale naiwni. Nie boją się złodziei?”.

Miasteczko rybackie Blue Cove, las znowu skarłowaciał. Miasteczko Pond Cove z dużym znakiem ostrzegawczym z sylwetką karibu. Gdzie one się do diaska pochowały? Już od podróży na Alaskę, w 2015 roku, marzyłem by je zobaczyć na wolności. Nie ujrzałem ich nawet z daleka. Zatoczka otwarta ku Zatoce, w głębi rysują się płaskie wyspy. Parterowy, długi motel, podobny do tych widzianych onegdaj na północy Szwecji i Norwegii, na Labradorze, Jukonie i Alasce. Pogranicze tajgi i tundry zmusza do określonego typu budownictwa, na specjalnej podmurówce lub na palach, bo w ziemi, po metrze w głąb, może już być wieczna zmarzlina (permafrost). Ponad rzeką St. Genevieve, zjazd na rozczłonkowany półwysep, do czterech miejscowości rybackich: Forresters, Black Duck Cove, Pigeon Cove i Saint Barbe. Las wyraźnie zanika, rozległe pola trawiaste z małymi krzakami. Dalej słonecznie i świat zatopiony w wyraźnych, soczystych barwach.

Duży, niebieski znak do latarni Point Armour. Z Saint Barbe odchodzi prom na Labrador do miejscowości Blanc Sablon, w prowincji Quebec. Stamtąd jadąc na zachód, wzdłuż wybrzeża Zatoki, mamy tylko około 70 km drogi nr 138, która urywa się w Vieux Fort i potem, przez następne 420 km, jest totalna pustka, bez dróg. Kiedy pojedziemy z Blanc Sablon na północny-wschód, wjedziemy na drogę 510, którą całą przemierzyłem w roku 2008, aż do rzeki Churchill, w miejscowości Goose Bay. Do Świętego Antoniego już tylko 119 kilometrów. Sągi drewna po obu stronach szosy. Mijamy kolejne wioski rybackie – Anchor Point z domami rozsypanymi gęsto na brzegu zatoczki, Deadmans Cove, za którym zdejmuję mały, skalisty cypel przy osadzie Salmon Rock

i nagle wyraźnie widzę po przeciwnej stronie, przymglony brzeg Labradoru.

Poczułem wzruszenie, bo dziewięć lat temu, stojąc na tamtym brzegu z Mariuszem Wilkiem, koło L’Anse-Amour, widzieliśmy brzeg Nowej Fundlandii, wiedząc, że nie możemy tam przepłynąć, bo nasz czas objazdu Labradoru się zakończył. I marzyłem sobie, wzdychając, kiedyż tam zdołam dotrzeć. Bo przecież z powodu tej dusznej komuny i różnych pierepałek życiowych, zacząłem podróżować z niemal 40 letnim opóźnieniem, a po 40-ce czas dostaje jakiegoś pieruńskiego przyspieszenia i trzeba go wciąż gonić, by się nie obsunąć w głąb życia i samego siebie. I oto jestem. Jestem. Słodkie uczucie satysfakcji wobec cudu istnienia.

Za parę minut biały odblask ścian licznych domów z górującym nad nimi kościołem – miasteczko Flower’s Cove (270 mieszkańców)

słynne z powodu liczących 650 milionów lat, bardzo rzadkich skamienielin trombolitów, które są tylko tutaj i w zachodniej Australii. Trombolity są podobne do stromatolitów, z którymi miały wspólnego przodka. Ów przodek przyczynił się do znacznego wzrostu zawartości tlenu na Ziemi. Trombolity tworzyły wybrzuszone wzgórki z zakrzepłymi, odseparowanymi koloniami cyjanobakterii zwanych także sinicami.

Zdjęcie z Internetu

Zdjąłem bardzo ładny anglikański kościół św. Barnaby, znany pod nazwą Kościoła Skórzanych Butów, bowiem aby zebrać fundusze na jego budowę, przez lata sprzedawano skórzane buty i w 1927 budowę zakończono.

Zdołałem z jadącego auta sfotografować także latarnię morską. Pierwszą postawiono w 1899 roku, potem ją rozbudowano i dołożono wokół niej parę innych budynków, przez co jest dzisiaj jedyną tego rodzaju latarnią morską na Nowej Fundlandii, czyli pozbawioną samotności. Działała do 1969 roku, kiedy ją zastąpiono nowoczesną, automatyczną latarnią na sąsiednim cyplu. W 1970 roku starą latarnię kupił ontaryjski artysta, William Caldwell, któremu w umowie dano dwie opcje do wyboru – odnowić latarnię lub ją usunąć. Nic takiego nie nastąpiło i cały półwysep, zwany French Island, został odkupiony przez lokalną organizację od właściciela, którym już był inny Ontaryjczyk. Na szczęście latarnia ocalała i ponoć trwają przy niej prace renowacyjne.

Latarnia stoi u południowo-zachodniego wejścia do cieśniny, która swą nazwę zyskała od niezamieszkałej, samotnej wyspy Belle Isle, sporo oddalonej od Nowej Fundlandii. Tak ją nazwał francuski żeglarz i eksplorator Jacques Cartier, który przedsiębrał trzy ekspedycje do okolic Zatoki Św. Wawrzyńca, docierając do miejsca dzisiejszych miast Quebec i Montreal i pierwszy użył nazwy Kanada dla określenia nowego kraju. Koło wyspy, poprzez cieśninę prowadzi najkrótsza droga z Europy na Wielkie Jeziora, a także w kierunku zatoki Hudson’a i Przejścia Północno- Zachodniego. Na wyspie jest najdalszy, północny szczyt Appalachów.

Cieśnina Belle Isle ma 125 km długości; w najszerszym miejscu 60, w najwęższym 15 kilometrów. Nawigacja jest tutaj bardzo niebezpieczna. Statki wybierają od dawna inną trasę, płynąc przede wszystkim w kierunku Wielkich Jezior poprzez cieśninę Cabot’a, bowiem tutaj, na stosunkowo wąskim akwenie, spotykają się dwa prądy – duży, zimny Labradorski z północy i mały, lokalny, nieco cieplejszy z południa, napędzany zachodnimi wiatrami,

co znacznie utrudnia nawigację. Dodatkowo panują częste mgły oraz wielomiesięczne zlodzenia (od 8 do 10 miesięcy). Pomiędzy Nową Fundlandią a Labradorem funkcjonuje jedyna linia promowa, ta z St. Barbe do Blanc Sablon (podróż trwa godzinę i 45 minut). Z Blanc Sablon zaczynaliśmy z Mariuszem Wilkiem i Łukaszem Szuchem, drugi etap podróży promem wzdłuż wybrzeży Labradoru.

Zdjęcie z Internetu

Kilkakrotnie podnoszono ideę budowy mostu nad cieśniną lub podwodnego tunelu (35 km długości). Wielkie koszty tego przedsięwzięcia i brak dobrych dróg, pomiędzy Labradorem a Quebec’iem, są największymi przeszkodami. Planowano także zbudowanie linii transmisyjnej (kabel podwodny) na Wyspę, nie tylko celem dostarczenia energii elektrycznej, ale także z zamysłem jej sprzedaży, innym kablem podmorskim, do Nowej Szkocji. To typowa mania wielkości współczesnych przedsięwzięć, podyktowana niepomierną chciwością. Sporo obiektów buduje się po to, by na tym maksymalnie zarobić, nie bacząc na zniszczenie środowiska, obciążenia dla podatników i wzrostu państwowego lub prowincjonalnego długu. Po upływie lat okazuje się, że bilans strat różnego rodzaju przeważa nad zyskami. Pierwszą grupę maniaków tworzą inwestorzy-biznesmeni, drugą – konstruktorzy roztaczający śmiałe wizje, z podtekstem, jakże satysfakcjonującego, ujarzmiania natury i pragnący tym sposobem przejść do historii. Pewne prace zaczęto już od roku 2003, za czasów rządu Konserwatystów na Wyspie, ale nie dość że koszty rosły astronomicznie, to były coraz większe wątpliwości z korzyści takowego projektu. W 2016 rząd Liberalny zarządził nowe studia nad projektem, optując za budową tunelu. Okazało się, że projekt taki będzie jeszcze bardziej kosztowny niż przypuszczano i najprawdopodobniej zostanie porzucony.

Prowincja jest w szczególnej sytuacji, bo składa się z dwóch terytoriów: wyspy i kawałka półwyspu na kontynencie, dzielonego z Quebec’iem, gdzie zalega tajga i tundra, a przez większość roku panuje surowy klimat. Faktycznie wiele miejscowości na półwyspie, od początku stycznia do końca kwietnia, jest literalnie odciętych od świata. Być może jakimś rozwiązaniem byłoby wybudowanie nieźle umocnionych dróg wzdłuż wybrzeża i utworzenie jeszcze jednej linii promowej. Pod uwagę należy także wziąć ilość ludności na tym wielkim terytorium (niemal półtora miliona kilometrów kwadratowych!) – około 30 tysięcy ludzi, z bardzo małą gęstością zaludnienia.

Osady i miasteczka jedne za drugimi. Mijamy ciąg domów, magazynów, sklepów, leżących na trawie łodzi i szalup, przy brzegach małych zatok. Nadchodzą chmury i powietrze staje się zamglone. Woda nabiera koloru intensywnego szmaragdu upstrzonego białawymi grzbietami krótkich fal.

Las zniknął całkowicie, kępy karłowatych drzew, płożące się krzaki. Od strony cieśniny wzmaga się wiatr, bowiem osiągamy przy Pines Cove jej największe zwężenie.

Z mapy widzę, że za paręnaście minut zaczniemy się od niej oddalać, w kierunku wschodnim. Kolejne osady – Green Island Cove i Green Island Brook, szosa wije się zgodnie z linią brzegową, często niedaleko wody i po lewej wciąż nam towarzyszy brzeg labradorski. Ta część cieśniny ma długi okres zlodzeń i częste mgły. Po naszej stronie jest dzisiaj krystalicznie czysto, po tamtej ciepły dzień w zetknięciu z zimnym prądem powierzchniowym, idącym wzdłuż brzegu, zasnuwa Labrador mgiełką. Zanim dojedziemy do rybackiej osady Eddies Cove East (78 mieszkańców), skąd droga pod kątem 90 stopni skręca na wschód, przerzucając nas ku przeciwległemu, atlantyckiemu wybrzeżu Półwyspu, mamy niespodziankę. Na wodzie, tym razem w kolorze ultramaryny, widnieje spora góra lodowa.

W Eddies mały most poprzez rzekę Eddies Cove Steady, za nim robię zdjęcie w ruchu, przez otwartą szybę auta, bo kolory ułożyły się wręcz odjazdowo.

Za parę minut pojawiają się niskie kawałki lasu, przedzielone polanami i wodnymi oczkami. Generalnie, rozlegle płasko z dziesiątkami wodnych placków. Po poprzednio malowniczych, łagodnych łukach i bardziej ostrych zakrętach, jedziemy teraz prosto jak strzelił. Znużony odkładam aparat walcząc z ogarniającą mnie sennością. Kilometrami żadnych osad, nawet pojedynczych domostw. Pustka. Czasem auto z naprzeciwka, za nami i przed nami nikogo. To nasza powtarzająca się specyfika jazdy – podobnie było w wielu miejscach Patagonii, na Alasce, w Islandii… Co pewien czas ładny znak szlaku Wikingów z symbolem “knarr”. Niespodziewanie długi, łagodny zakręt i znowu prosto poprzez monotonię. Wtem zmiana – daleko na horyzoncie pasmo wzgórz. Znak polowego lotniska St. Anthony, za nim dochodzi do nas żwirowa droga 432, której początek widzieliśmy godzinę temu koło Plum Point. Do Saint Anthony mamy 52 km, a mego marzenia – wioski Wikingów, w L’Anse aux Meadows – tylko 71 km. Będziemy tam jutro rano.

Wzgórza powiększają się z każdym kilometrem i wjeżdżamy na łagodne wzniesienie, pokryte gęstym, niewysokim lasem, ze zdecydowaną przewagą szpilkowych. Za kolejnym wzniesieniem wraca charakter początku szosy – zakręty i łuki. Czasem w zupełnej pustce widać niedaleko szosy ogrodzony plastykową, gęstą siatką ogródek z równymi rzędami, wręcz surrealistycznych grządek. Po prawej łyska tafla wody. To początek sporej zatoki północnego Atlantyku – Hare Bay (Zatoka Zająca). Jedziemy teraz u podnóża Białych Wzgórz (White Hills),

które ciągną się równolegle z drogą, choć czasami dochodzą do niej prostopadle. Po lewej znów ogródek ogrodzony solidnym, drewnianym płotem.

Teraz po rozległym wzniesieniu, wzgórza zniknęły. Nagle wyłania się surrealistyczna w tej pustce tablica – Tim Hortons za 28 km. Znak odejścia szutrowej drogi 435 i za chwilę pierwszy budynek, zajazd “Wildberry Inn”. Zaglądam do mapy i mam obawy czy zdołamy zawitać do St. Anhony, bowiem nasz nocleg jest jeszcze spory kawałek na północ i musimy wpierw poszukać gospodyni, która ma nam wręczyć klucze do domku. Znaki ostrzegające przed łosiami tylko mnie rozdrażniają. Most nad kamienistą rzeką Parkers, pomiędzy drzewami prześwitują wody sporej zatoki Pistolet Bay, otwartej szeroko ku północnemu-wschodowi.

Święty Antoni, patron rzeczy i osób zagubionych, doczekał się uznania na północnym krańcu wyspy w postaci nazwy miasta. Zamieszkuje je obecnie ponad dwa tysiące osób, a pierwsi osadnicy dotarli tu w wieku XVI – baskijscy i francuscy rybacy. Miasto szczególnie się rozwinęło po przyjeździe doń, w roku 1900, angielskiego doktora Wilfreda Grenfell. Pod wpływem amerykańskiego ewangelisty spotkanego w Londynie, doktor postanowił poświęcić się chrześcijańskiej charytatywności. W 1892 roku badał zdrowie i warunki życia rybaków na Labradorze, by potem przez wiele lat, tam i na Nowej Fundlandii, zakładać szpitale, spółdzielnie (cooperatives) i szkoły. Z biegiem czasu St. Anthony stało się jego główną kwaterą, skąd zorganizował system opieki zdrowotnej dla niemal 30 tysięcy ludzi rozsianych w małych osadach. Ów system przejął pod swoją odpowiedzialność rząd prowincjonalny dopiero w 1981 roku. Doktór Grenfell był jednym z pierwszych holistycznych lekarzy, doglądając m.in. produkcję żywności. Wygłaszał szereg odczytów w Europie i USA na tematy religijne, bowiem pełnił role cywilnego misjonarza. Zmarł w roku 1940 i jego prochy spoczywają na jednym z większych wzgórz w mieście. Jest także w mieście poświęcone jemu muzeum. Teraz już wiem po kim nosi nazwę droga nr 432.

Od wielu lat rozwija się turystyka, mimo że lato jest krótkie, bowiem panuje klimat subarktyczny. Zimy łagodzone są wpływem oceanu, ale zdarzają się obfite opady śniegu, dochodzące czasem do niemal trzech metrów. Głównymi atrakcjami są obserwacje wielorybów i gór lodowych. Miasto nazywane jest “stolicą gór lodowych Nowej Fundlandii”. Przedzieramy się miejscami w wyrąbanych skalnych korytarzach, co chwila wyłaniają się pasma Białych Wzgórz. Sporo różnorodnych reklam przy drodze, ruch samochodowy nader umiarkowany. Pierwszy znak drogi nr 436, którą powinniśmy dojechać do miejscowości Saint Lunaire- Griquet i tam się skontaktować. Ku memu zdumieniu las zgęstniał i się powiększył wzrostowo, lecz za chwilę skojarzyłem sobie, że przecież jesteśmy na zachodnim brzeg półwyspu, gdzie od oceanu przychodzi wilgoć, a zimowe temperatury są łagodzone.

Zjeżdżamy w 436, pod górę krótkim, skalnym korytarzem, za nim wielka przestrzeń pełna lasów i sterczących gdzieniegdzie skalnych wzgórz. Zawijasy drogi, w lewo odnoga 437 do wioski Raleigh, w pobliżu której są dwa obszary chronione – rezerwat ekologiczny i malutki park prowincjonalny. Kolejny płaskowyż, długie szeregi sągów drewna po obu stronach drogi, potem las raptownie zniknął, skaliste pola z krzakami, wciąż małe oczka wodne. Całe szeregi ciągnących się i zachodzących na siebie wzgórz. Widok na długą i krętą zatokę Northwest Bay, za nią droga krótko prowadzi pomiędzy dwoma małymi wzgórzami i jest znak – „Witamy w Saint Lunaire- Griquet” (604 mieszkańców). Zespół miasteczek i osad nad rozczłonkowanymi zatokami, w wielu miejscach wypełnionymi mniejszymi i większymi wyspami. Domostwa skupiają się wokół dwóch głównych zatok – St. Lunaire i Griquet Harbour. Najpierw przybyli tu Bretończycy, w pierwszej połowie XVI, potem mieszkańcy wysp brytyjskich, w tym sporo Irlandczyków. Głównymi atrakcjami turystycznymi są defilady gór lodowych (Ice Berg Alley), niesionych prądem Labradorskim, które czasami wpływają do wnętrza zatok. Pojawiają się także tacy goście,

Zdjęcie z Internetu

a zimą odwiedzają okolice misie polarne. Stąd jest zaledwie 10 kilometrów do osady Wikingów. Szczególną atrakcję stanowi jedyne na świecie muzeum Dzikich Jagód.

Za długim zakrętem widok na inne ramię wielopalczastej zatoki – St. Lunaire Bay, poznaczonej małymi wyspami. Zaczynają się domy po obu stronach szosy. Spomiędzy drzew wystaje drewniana latarnia morska, potem przepiękny, piętrowy dom z rudoczerwonych desek na zakładkę, z gankiem i attyką w stylu niemal alpejskim. Dzwonię do punktu kontaktowego, podają mi adres i nazwę sklepu, gdzie mamy podjechać po klucze, trzymając się cały czas głównej drogi. Przed osiemnastą zaczyna się piękny zmierzch. Wjazd na górkę i za nią widok na zatoczkę White Cape Harbour.

Zjeżdżamy łukiem do poziomu wody i następny świetny widok.

Zabudowania rzedną i mam wrażenie, że już wyjechaliśmy z miasteczka. Tym bardziej, że zaczyna się przejazd w kompletnej głuszy. Jakiś zespół domków, lecz to nie nasze miejsce. Sewerynowi też nie pasuje. Dzwonię ponownie a pani mówi, że nie ma co się przejmować, jechać dalej, minąć restaurację “Northern Delight” i potem z lewej strony drogi będzie to miejsce.

B&B “Valhalla”, następna zatoka, znów o nazwie Northwest Bay, a przecież już taka była parę kilometrów wstecz. Czy tu diabeł mówi dobranoc? Pojawia się nazwa Gunners Cove i pierwsze domy. Dobra nasza, jest restauracja “Northern Delight”. Wyłażą z nas przyzwyczajenia mieszczuchów do ciągłej zabudowy. A tu domy i usługi są porozrzucane w terenie tworząc mini centra. Jakieś jeziorko po prawej i za nim zatoka – Noddy Bay. Wzgórek na cyplu, rybacki dom, szkolny autobus, łodzie, kuter i… trzy góry lodowe błyszczące w słońcu.

Ale tu Seweryna dopadają tak potężne zwątpienia, że źle jedziemy, iż mnie się także udziela konfuzja. “ Niemożliwe – twierdzi mój przyjaciel – musieliśmy to przegapić”. Zawracamy.

Kiedy już dobrnęliśmy niemal do wjazdu do miasta, postanowiłem zadzwonić do właścicieli po raz trzeci. Pani się roześmiała i spytała, czy w Toronto też tak zawsze błądzimy. Bo byliśmy parę minut od jej miejsca. Seweryn wykonuje szybki zwrot niemal w miejscu, który nazywa  fifrakiem. Pomykamy, sycąc się ponownie tymi samymi widokami. Jest słonecznie, niemal bezchmurnie. I za tym miejscem gdzie zawróciliśmy, dosłownie paręnaście metrów dalej, mijamy napis “Snorri Cabins”, obok miniaturowej latarni morskiej. Sterczącej jeno dla ozdoby. To miejsce naszego noclegu. Kawałek dalej tablica z nazwą Straitsview i dalej, nieco w głębi, po lewej, czerwonorudy parterowy budynek “Skipper Hot’s Lounge”. Seweryn zostaje w aucie, ja idę do sklepu.

Otworzyłem drzwi i odrazu uderzył mnie odór piwa zmieszany z papierosowym dymem. Zadziwiająco obszerna, ciemnawa hala ze stołami bilardowymi i wielkim barem. Jakiś dwóch Nufich gwarzyło z gospodarzami, małżeństwem zawiadującym tym przybytkiem i domkami Snorri. Musiałem się maksymalnie skupić, bo posuwali w swym dialekcie i to szybko, ale się dogadaliśmy. W ich sklepiku, do którego wejście było z drugiej strony budynku, lecz mnie poufale wpuszczono przez bar, zrobiłem zakupy na jutrzejsze śniadanie. Na odchodnym pani poleciła mi restaurację “Northern Delight”.

Dojechaliśmy do naszego domku, gdzie mamy dwie sypialnie, główny pokój i sporą kuchnię, wyposażoną we wszystko co potrzebne. Wypakowywanie rzeczy z auta i z chłodziarki. Wsadzam wszystko do lodówki, chłodziarkę myję na zewnątrz i wstawiam do kuchni. Jest dalej piękna pogoda, ale chłodno, koło 15 stopni z rześkim wiatrem. Wyruszamy przed siódmą wieczorem i upraszam Seweryna byśmy najpierw pojechali do centrum miasteczka, bo zaczyna zmieniać się światło i powinny być dobre efekty. Na podjeździe zatrzymujemy się na chwilę, bo widok jest fantastyczny,

przyozdobiony wielką, lodową górą.

Woda wygląda jak pokryta zamarzniętym lodem z narzuconym, świeżym śniegiem, dalej cały zestaw różnej wielkości łodzi rybackich i typowe domy.

Dotarliśmy do restauracji “Nortrhern Delight” i rzeczywiście była wyborna.

Raczej pustawo, tylko przy jednym stoliku towarzystwo, po chwili orientuję się, że to dwie pary Amerykanów. Jedzenie znakomite – przegrzebki (scallops) z dużym, pieczonym ziemniakiem w sreberku i warzywami, oraz wyśmienite, ciemne piwo Quidi Vidi, produkowane tylko na Nowej Fundlandii. Nie do dostania gdziekolwiek indziej.

Wychodzimy z restauracji po godzinie, jako ostatni goście. Zachodnia strona przybrała się w zmienne pasma światła.

Zatoki z przyszarzałymi wzgórzami i srebrno-mleczną wodą.

Mam wrażenie, że góra lodowa się przybliżyła.

Robi się blado-niebieskawa

.

Na chwilę podjeżdżamy boczną drogę ku stojącym łodziom.

Parę minut po ósmej jesteśmy pod domkiem. Jeszcze chłodniej. Zakładam polar i podchodzę kawałek drogą za domkiem ku małej zatoczce. Eksperymentuje z różnymi ustawieniami w aparacie, przez co zmieniają się kolory

i ich soczystość.

Ostatnie zdjęcie po wpół do dziewiątej wieczorem.

Podczas drogi powrotnej rozmyślałem o fotografowaniu. Czasem odnoszę wrażenie, że to nie jest tylko odbicie świata takim jakim go widzę. Wybór, ten moment kiedy pojawi się coś szczególnego, co akurat czuję wewnętrznie, ów impuls – teraz!, do oka!, nacisnąć spust!, to jest moje trzecie, wewnętrzne oko, które uzewnętrznia się w fotografii. Bo ono istnieje cały czas i jest rozwijane poprzez wrażliwość. Ona z kolei jest darem, rzadko udaje się ją w sobie wyuczyć. Ponoć niektórym w jakimś momencie się otwiera, może zbudzić się z uśpienia. Lecz wiem, że u mnie występowała zawsze, odkąd pamiętam. I jak w mądrym, hinduskim przekonaniu, czuję, iż owe trzecie oko, rzeczywiście potrafi odszukać coś poza tymi dwoma. Dopełnić i wypełnić, a także coś pozostawić w objęciach głębokiej tajemnicy.

W domku nalewam sobie czerwonego wina, a drugi kielich zanoszę do pokoju Sewerynowi. Wracam do dużego pokoju i spostrzegam telewizor. Pierwszy odruch – zobaczyć co słychać. Drugi, zupełnie inny – olać to. Mimo, że internet nie działa. Już słyszę pomstowania Seweryna, którego zawsze wnerwia brak łączności ze światem. Hm, jakim światem? Siadam do pisania i obróbki zdjęć. Przed spaniem lekko nagrzewam sypialnię korzystając z elektrycznego kaloryfera.