Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

11 marca, 2014 – Puerto Natales – Rio Turbio – El Calafate

Dzień przemieniony w oczekiwanie – papiery z Alamo nie doszły. Wściekły wysyłam do nich ostrego maila, następnie proszę Gustavo o zatelefonowanie do centrali w Santiago. Dobija się do młodego Chilijczyka z którym rozmawiałem wczoraj, daje mi słuchawkę. Młodzian mówi mi, iż jego szef wymyślił sobie odbiór papierów w … Punta Arenas. Aby je osobiście podpisać na miejscu. Wiązanki puszczałem po angielsku i hiszpańsku, cytować ich tutaj nie będę. Chilijczyk okazał się równym gościem i zaproponował, że wszystko cichcem prześle w załączniku, a my wydrukujemy i podpiszemy. Obiecał wysłać dokumenty przed czwartą.

By się uspokoić po pojedynkach z biurokracją poszedłem na krótki spacer. Mój dawny hotel wygląda z daleka całkiem, całkiem.

1

Z przedmieść Natales, przy końcu zatoki, widok na ośnieżone pasma gór.

2

Gdy wróciłem Seweryn czytał książkę na tablecie. Zabrałem się także za czytanie książki, którą podarował mi nasz gospodarz w Sarmiento i tak nam czas zleciał do południa. Pojechaliśmy do miasta na lunch. Po drodze spacer krótki, bo co chwila pada. Przed jednym z budynków posąg mylodona.

3

To symbol tego miejsca – jego podobizna jest na wszystkich ulicznych tabliczkach. Na jednej z wystaw grzał się baset korzystając z chwili słońca.

4

Wracamy do Borii w słoneczno-mgielnych zwidach,

5

mijając port rybacki i puste łodzie wycieczkowe.

6

Na palikach w wodzie zatoki jak zwykle mnóstwo ptaków.

7

Oczekując na mail z Alamo uzupełniamy swoje notatki i korespondencję, zaglądamy do wiadomości. Na Krymie zapowiadają referendum. Putinowcy już się cieszą i z góry akceptują jego wynik. Ich bezczelność jest porażająca.

Rozmawiamy o tym z Gustavo, następnie o współczesnej sytuacji politycznej w Ameryce Łacińskiej, gdzie wreszcie nie ma dawnych nacisków z obu stron – sowieckiej i amerykańskiej. W to miejsce wdarli się Chińczycy – w wymiarze ekonomicznym – używając swojej sprytnej metody początkowego pomagania i dostarczania masy tanich towarów. Ale ludzie muszą przećwiczyć, w miarę swobodnie, bez junt wojskowych na głowie, warianty ustrojowe. By się na własnej skórze przekonać, ile są warte i jak wpływają na ich życie. Ile w tym złudzeń i pozorów, a ile twardej realności. Dodatkowo następuje zmiana psychologiczna, machismo powoli odchodzi w kąt. W trzech dużych, sąsiadujących państwach, prezydentami są kobiety – w Chile, Argentynie i Brazylii. W owym triumwiracie najsłabszym ogniwem jest pani Kirchner, z racji swej bipolarności.

Wyskok do miasta na obiad, powrót i dalej nic. Wreszcie koło godziny 18-tej przychodzi mail z załącznikami. Decyduję, że wyruszamy, nawet gdybyśmy mieli jechać nocą. Już się tutaj duszę, dodatkowo dobija mnie pogoda i koszty, bo zamiast dwóch noclegów zrobiły się cztery. Gustavo dodrukowuje dokumenty, pakujemy się, płacimy za pobyt plus telefony.

Wyjechaliśmy o 19.30, na szczęście mamy krótki dystans – tylko 282 km. Dojeżdżamy do punktu granicznego Chile na przełęczy Dorotea.

8

Niebo nabiera sinej barwy, zaczyna padać drobny śnieg i temperatura spada do plus trzy.

9

Podajemy w okienku paszporty i wydrukowane dokumenty wozu. One najważniejsze, bez nich nie przepuszczą auta do Argentyny.

Pozwolenie i podwójna kontrola tych samych papierów, z ich podstemplowaniem – chilijskim i argentyńskim, ma ponoć zapobiegać przemytowi i kradzieży aut. Młody pogranicznik długo przewraca nasze papiery, gdzieś dzwoni i w końcu mówi, iż nie może nas przepuścić, bo nie mamy jednego, bardzo ważnego dokumentu. Długo szuka jego wzoru w komputerze i wreszcie znajduje. Faktycznie, nie mamy tego formularza, z rubryczkami do stempli i podpisu na obu granicach. Odwrót.

Dzień nerwowy na okrągło, lecz zaczynamy się obaj śmiać z tego biurokratycznego zaplątania i wyobrażamy sobie minę Gustavo, a szczególnie jego zasadniczej żony, gdy się tam znów pojawimy i będziemy musieli zanocować. Zapewne w Alamo zapomnieli nam podesłać najważniejszego załącznika. Otworzyłem drzwi, Gustavo za biurkiem w holu zdębiał. Postanowił zajrzeć jeszcze raz do komputera i sprawdzić mail z Alamo. I okazuje się, że to on zapomniał wydrukować jednego dokumentu. Dodruk, drugie pożegnanie i odprężeni znów na drogę.

10

Około 21-ej gładka odprawa na granicach. Celnicy i policjanci nadzwyczaj mili po obu stronach, słowo “Polacos” zmiękcza tutaj ludzi.

Jedziemy w ciemnościach pustą, asfaltową i dobrze utrzymaną szosą. W oddali, w wielkiej dolinie ukazuje się miasto Rio Turbio,

11

jeden z najważniejszych ośrodków wydobycia węgla w Argentynie (od lat 40-tych XX wieku). Szkoda, że nie jedziemy w ciągu dnia, bo miasto jest nadzwyczaj malownicze. Przejeżdżałem przez nie busikiem w 2011 roku.

12

Droga główna biegnie przez paręset metrów pod wyciągami i pasami transmisyjnymi urobku z kopalni.

13

Poza kopalniami, które można zwiedzać, wokół miasta rozciąga się wielka dolina bardzo płytkiej rzeki Turbio (do 50 cm głębokości i pięć metrów szerokości). Okoliczne wzgórza i góry (Sierra Dorotea), z parowami i strumieniami i patagońskim stepem, pokryte są gęstym lasem, z dwoma rodzajami buków – lenga i nira. Stanowią obszar przejściowy pomiędzy Andami a patagońskim płaskowyżem. Na odsłoniętych stokach egzystują małe ośrodki narciarskie, bo cały obszar jest głównie przeznaczony do biegania na nartach (Centrum sportów zimowych Vandelen). Tutaj wjechaliśmy z powrotem na słynną rutę 40, która ma doprowadzić nas do El Calafate.

Trochę błądziliśmy, lecz po parunastu minutach zdołaliśmy znaleźć wylotową drogę i wjechaliśmy w przepastną ciemność, którą zaczął rozświetlać nieco księżyc, zbliżający się ku pełni.

14

Na niebie majaczyły kłębki Mlecznej Drogi. Rozsypane gwiazdy mrugały ku nam z zupełnie odmiennych konstelacji południowego sklepienia. Z ciemności wyłoniła się tablica drogowa – do El Calafate 111 kilometrów.

15

Dołem, co parę minut, pojawiały się dzikie króliki pędzące w popłochu w świetle reflektorów. Byliśmy zadowoleni, że nie pakowały nam się pod auto. Biegły zawsze poboczem, czasem zamierały albo uciekały w pobliskie krzaki. Jednym słowem, droga wśród gwiazd i króliczków, którego goń, goń, goń….

Znów zaczęła spadać temperatura – na plus pięć, a w niektórych miejscach do dwóch stopni. Po północy, w świetle księżyca rozbłysło spore i długie jezioro Argentino.

16

W godzinę później, w dole, światła El Calafate. Bramie wypadowej do parku Los Glaciers i szeregu pięknych miejsc, jak lodowiec Perito Moreno, pasma Cerro Torre i Cerro Chalten. Prowadziłem na nosa, na wyświetlanie szczegółów z pamięci pobytu sprzed trzech lat.

Chciałem dojechać do tego samego hotelu za miastem – Rochester, bardzo wygodnego, z dobrym jedzeniem i doskonałymi odmianami lokalnymi piwa Austral, w trzech gatunkach – czarne, zielone i czerwone. Główny browar założył niemiecki emigrant, Jose Fischer, w Punta Arenas w roku 1896. W tym miejscu chciałbym wyjaśnić Czytelnikom, iż kojarzenie osadnictwa niemieckiego w Południowej Ameryce, tylko ze zbiegami hitlerowskimi, jest zafałszowywaniem historii. Podobnie, jak podkreślanie w historii Żydów polskich, tylko holocaustu.

Przejechaliśmy przez główną ulicę – Avenida del Libertador, minęliśmy wzgórza po lewej i zza zakrętu wyłonił się hotel Rochester. Spędziłem w nim uprzednio trzy dni i miałem niezwykłą przygodę w nocy, w mym położonym na parterze pokoju. Gdy po północy zgasiłem światło, poza wiatrem, nagle usłyszałem dziwne odgłosy koło mego okna. Odgłosy drapania, tarcia, podważania framugi okiennej. Przestraszyłem się, że to być może włamanie, czułem się nieswojo, tym bardziej, że w hotelu było tylko paru gości. Zapaliłem światło i odgłosy nieco ustały. Gdy tylko światło zgasiłem, znów się nasiliły, włącznie z jakby naciskaniem szyby. Zebrałem się w sobie i nie zapalając światła gwałtownie odsunąłem zasłonę. Aż krzyknąłem, bowiem za oknem tkwił wielki, koński łeb. Kiedy otworzyłem okno, koń natychmiast włożył łeb do środka i aż posapywał z zadowolenia, gdy go drapałem po łbie i gładziłem po uszach. Jakiś gospodarz puszczał konie samopas na noc a one upodobały sobie łączkę za hotelem.

Dojechaliśmy pod główne wejście do Rochester dokładnie o 1.47. Miły i nienagannie mówiący po angielsku młody recepcjonista, dał nam pokój na piętrze z widokiem na jezioro, wzgórza i góry. Poczułem się jakbym powrócił do mego, patagońskiego domu.