Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

11 lipca Port aux Basque – Cow Head

Poranne wytargiwanie Seweryna z łóżka, który z zadowoloną miną oświadczył, że do trzeciej rano tkwił na komputerze. Mieliśmy zejść na płatne śniadanie i podczas powolnej ablucji Seweryna zaglądnąłem do mych wydruków o Wyspie.

Nowa Fundlandia w pigułce

  1. Geografia – Wyspa ma 108,860 km² powierzchni, pod względem wielkości czwarte miejsce w Kanadzie i 16 na świecie. Oficjalna nazwa prowincji (od 2001 roku) – Nowa Fundlandia i Labrador, czyli część wykrojona na półwyspie (oddzielonym od Wyspy cieśniną Belle Isle). Dodatkowo ponad siedem tysięcy małych wysp, co w sumie daje 111 390 km² powierzchni samej Nowej Fundlandii. Wraz z Labradorem wynosi 405, 212 km² (nieco mniejsza od Szwecji). Przylądek Spear jest skrajnym wschodnim punktem Kanady i Północnej Ameryki (faktycznie skrajny punkt jest na Grenlandii, zaliczanej w geografii fizycznej do Ameryki Północnej).

    Wschodnia część Wyspy (Półwyspy Avalon i Burin), z pofałdowanymi skałami osadowymi, była niegdyś częścią południowo-zachodniej Europy lub/i północnej Afryki (250 milionów lat temu). Płaskowyż na półwyspie Avalon leży przeciętnie 250 metrów nad poziomem morza. Pozostałą część Wyspy zajmują skały osadowe, wulkaniczne i metamorficzne z Paleozoiku. Wzdłuż zachodniego wybrzeża rozciągają się wyniesione blokowo góry Long Range sięgające średnio niemal 600 metrów n.p.m. (tutaj są najwyższe punkty wyspy: Lewis Hill i Gros Morne) i będące dowodem ruchów płyt tektonicznych. Ta część należała niegdyś do kontynentu Ameryki Płn. Na wschód od gór jest depresja (graben) o szerokości 30 km ,zajmowana przez dwa wielkie jeziora: Deer i Grand. Na środkowym płaskowyżu, będącym kiedyś oceanicznym dnem, na skutek długotrwałej erozji wody i lodu, napotykamy na sterczące z równin, wysokie na sto lub nieco więcej metrów, samotne góry zwane tu tolts (gdzie indziej ostaniec, inselberg lub monadnock).

    Teren prowincji leżący na Labradorze jest częścią prekambryjskiej Tarczy Kanadyjskiej dochodzącej tu do 450 metrów wysokości n.p.m., a na północnym wybrzeżu są góry Torngat z najwyższym szczytem o wysokości 1652 metrów. Ostatnim „rzeźbiarzem” obu części prowincji było oczywiście zlodowacenie, które dodatkowo przyczyniło się do nieobecności dobrej gleby.

    Półwysep Labradorski ma dwie strefy klimatyczno-biologiczne: lesistą tajgę i otwarte, bezleśne przestrzenie tundry na północy. Wyspa jest odmienna, bowiem dopiero po ustąpieniu lodowca powróciło tu częściowo życie. Na przykład na Labradorze są 42 gatunki ssaków, na Nowej Fundlandii tylko 14. Nie ma tu węży, szopów, skunksów i jeżozwierzy. Wyginął wilk, z ptaków wielka alka. We wnętrzu Wyspy zachowało się stado leśnego karibu, łosia sprowadzono w 1904 roku i dobrze się przyjął. Ostatnimi czasy dotarły kojoty i podejrzewa się, iż zimą przeszły po lodzie. Nie było żadnych płazów; żaby i ropuchy sprowadzili ludzie, myszy i szczury przedostały się swoimi sposobami ze statków, a norka nawiała z hodowlanych klatek. Są czarne niedźwiedzie i okazjonalnie pojawiają się tu niedźwiedzie polarne. Jest za to bogactwo życia w oceanie i regionach przybrzeżnych. Parę gatunków wielorybów, delfiny i morświny, foki i morsy. Liczne gatunki ryb, przede wszystkim atlantyckie dorsze, halibuty i flądry, ryby zwane kur diabeł i tautoga niebieska oraz rekiny.

    Wyspa ma klimat subarktyczny lub wilgotny, kontynentalny; część południowo-wschodnią określają jako strefę oceaniczną, subpolarną. Pogoda kształtowana jest głównie od strony kontynentalnej Kanady (wpływy zachodnie) lub od strony wschodniego wybrzeża USA. Niże atmosferyczne wzbudzają dość częste sztormy (głównie pomiędzy listopadem a marcem), z przewagą wiatrów z północnego wschodu, które kierując się na południe przenikają na północny Atlantyk. Powodują najgorszą pogodę na Wyspie i na oceanie tworzą ogromne fale. We wrześniu 1755 roku, sztorm nazwany „Huragan Independence”, uderzył we wschodnią część Nowej Fundlandii, powodując śmierć około czterech tysięcy marynarzy. W czasie potężnego sztormu, w lutym 1982 roku, przewróciła się platforma wiertnicza i zatonęła powodując śmierć całej, 84 osobowej, załogi.

    Niebezpieczeństwa dla żeglugi koło Wyspy potęgują dodatkowo dwa inne zjawiska: mgły i zlodzenia. Najczęstsze zamglenia występują wiosną i z początkiem lata. W mieście i porcie Argentia, do której prowadzi druga, dłuższa linia promowa z Sydney, mgła zalega 206 dni w roku. Góry lodowe odrywają się z grenlandzkich lodowców (około 40 tysięcy rocznie) i niesione zimnym prądem Labradorskim spływają poprzez cieśninę Davisa na południe. Od 400 do 800 gór lodowych może dotrzeć na wysokość St. John’s. (48º szer. półn.) Przeciętnie mogą przebyć w ciągu dnia 17 kilometrów. W pierwszym półroczu, wody wokół wyspy pokryte są lodowym pakiem, który w przeciwieństwie do gór lodowych jest zamarzniętą, słoną wodą.

  2. Ludność – przeszło 508 tysięcy ludzi; 57% pochodzenia brytyjskiego lub irlandzkiego, około sześciu procent francuskiego. Pierwszymi mieszkańcami byli ludzie nazwani Paleo-Eskimo i ich ostatnia grupa, z kultury Dorset, przybyła około cztery tysiące lat temu i z Wyspy zniknęła.

    Stolica prowincji, St. John’s, ma ponad 100 tysięcy mieszkańców. Inne duże miasta: Corner Brook, Conception Bay South, Mount Pearl.

    Na Labradorze są kopalnie żelaza (55% kanadyjskiej produkcji) i niklu (obie produkcje wartości 2.5 miliarda CAD w 2008) oraz mniejsze miedzi, cynku, srebra i złota. Duże znaczenie ma produkcja skał z kamieniołomów (wartość roczna około 10 milionów CAD). Poczyniono też pewne projekty hydroelektryczne, choć niekiedy wzbudzają kontrowersje, głównie z powodu ochrony środowiska.

    Nową gałęzią przemysłu są platformy wiertnicze na szelfie kontynentalnym (pola Hibernia, Biała Róża i Terra Nova), które w okresie 1997 do 2007 przyniosły dochód 36 miliardów CAD. Są tam jeszcze znaczne rezerwy ropy, a poszukuje się wciąż nowych miejsc eksploatacji.

  3. Historia

    a. W późniejszych czasach zaczęła się migracja narodu Beothuk, najprawdopodobniej z Labradoru. Na skutek prześladowań i chorób przyniesionych przez europejskich osadników Beothuk wymarli. Pod koniec wieku XIX zmarła ostatnia osoba czystej krwi z tego narodu. Potem przybyli Mikmakowie, Indianie Innu z Labradoru i dopiero w XVIII wieku Eskimosi. Podejrzewa się, że nie mieli oni stałych siedzib na Wyspie

    b. na początku wieku XI przybyli Wikingowie pod wodzą Leif Erikssona i na krótki czas osiedlili się w miejscu nazywanym dziś L’Anse aux Meadows. Ów ląd nazwali Vinland

    c. w 1497 przypływa John Cabot (Genueńczyk Giovanni Caboto) w służbie angielskiego króla Henryka VII. Podejrzewa się, iż wylądował w pobliżu dzisiejszego miasteczka Bonavista. To był pierwszy kontakt Europejczyków z Beothuk’ami, których wtedy było prawdopodobnie około pięciu tysięcy

    d. w 1501 pojawiają się bracia Corte-Real, Portugalczycy i penetrują część wybrzeża. Mówią na Wyspę Terra Nova co przyjęło się potem wśród pierwszych kolonistów. Następnie zaczynają tu docierać migrujący rybacy – Baskowie, Hiszpanie, Francuzi i Anglicy. W 1538, Humphrey Gilbert obejmuje ląd w posiadanie dla korony brytyjskiej, ustanawiając pierwszą kolonię zamorską (a zarazem najstarszą) edyktem Elżbiety I, królowej Anglii. Jest to w pewien sposób zawiązek późniejszego Imperium Brytyjskiego. W drodze powrotnej Gilbert zaginął i plany osadnicze odłożono na niemal 30 lat

    e. 5 lipca 1610 roku przybywa 39 kolonistów z Anglii pod dowództwem John Guy’a. Mimo niespełnionych planów angielskich inwestorów, liczących na znaczne zyski, część kolonistów zostaje, a w 10 lat później przybywają następni

    f. w XVI i XVII wieku Francuzi osiedlają się na południowych wybrzeżach i na półwyspie Północnym. Na mapach pojawia się nowe pojęcie: Terre- Neuve. Po 1713, na podstawie traktatu z Utrechtu, Francuzi scedują swoje posiadłości na Wyspie dla Anglii, zatrzymując tylko grupę wysepek, St. Pierre i Miquelon, które do dziś posiadają jako jedyną kolonię w Ameryce Północnej. Wysepki leżą na jednych z najbogatszych łowisk świata, ale dziś to już historia. Dlaczego historia opowiem później, gdy dotrzemy do miasta Grand Falls. Angielscy i francuscy emigranci wykształcili swoiste dialekty – angielski nowofundlandzki i francuski nowofundlandzki

    g. na Nową Fundlandię przybywają Mikmakowie z Nowej Szkocji i wschodniej Kanady

    h. od wieku XVII zaczyna się osadnictwo irlandzkich rybaków, którzy nazwali Wyspę w irlandzkim gaelickim – Talamh an Eisc, czyli „Ziemia Ryb”. Na ich osadnictwo krzywo patrzyły władze angielskie. Nie zważając na to Thomas Nash, irlandzki rybak i katolik, osiadł tu na stałe i w późniejszych latach, wraz ze swym kuzynem, rozpowszechnił katolicyzm na Nowej Fundlandii, co w następnym wieku spowodowało masową migrację na Wyspę irlandzkich katolików. W wieku XIX doszedł nowy dialekt – irlandzki nowofundlandzki.

    W tym samym wieku i na początku XX pojawiają się Szkoci, głównie z wyspy Cape Breton i osiedlają się przeważnie w dolinie Codroy. W swojej odmianie gaelickiego nazywają Wyspę Eilan a’ Trosg – Wyspa Dorsza.

    Wielka fala migracji Anglików, Szkotów, Irlandczyków i Francuzów buduje wspólnie unikalną społeczność, odmienną nie tylko od krewniaków w Europie, lecz także tych osiadłych na kontynencie. Ponadto, jako główni eksporterzy ryb, wchodzili w kontakt z wieloma innymi narodowościami z obu stron Atlantyku. Byli odizolowani od Kanady i USA i w wielu przypadkach także od siebie, żyjąc w małych osadach, nieraz odciętych od miast z powodu złej pogody i zimowych warunków. Ta izolacja i dosłownie życie na skałach, przy oceanie, głównym źródle ich utrzymania, spowodowała odmienność myślenia i działania. Wytworzyła lokalny obyczaj, tradycję, dialekty i całe pole swoistej kultury. Do dzisiaj Nufi są unikalni

    i. I wojna światowa mocno przeryła świadomość mieszkańców Wyspy. Do 1825 roku byli brytyjską kolonią, potem mieli autonomię, pomiędzy 1855 – 1934, a od 1907 do 1949 byli dominium brytyjskim. W czasie I wojny, ponieważ byli kolonią, ich żołnierzy wysłano do Europy, by walczyli po stronie aliantów. W populacji około ćwierć miliona ludzi niemal pięć i pół tysiąca znalazło się na francuskich polach bitewnych, z czego poległo 1500, a 2300 zostało rannych

    j. II wojna światowa wywarła jeszcze większy efekt, bowiem USA posiadało tu pięć wielkich baz wojskowych, które dawały zatrudnienie wielu osobom. Stąd wychodziły słynne konwoje atlantyckie i tu rozegrała się batalia (maj-październik 1942, wrzesień 1943 i październik – listopad 1944) zwana Batalią na Św. Wawrzyńcu. W jej trakcie niemieckie U-Booty zatopiły cztery okręty marynarki kanadyjskiej i szereg statków handlowych. Walka toczyła się od rzeki Św. Wawrzyńca po cieśninę Cabot’a. Były także próby wysadzania niemieckich szpiegów lub podbierania niemieckich uciekinierów z obozów jenieckich. Kanadyjczycy w sumie stracili 23 statki (był to pierwszy przypadek strat poniesionych na kanadyjskim terytorium od wojny w 1812 roku), ale ostatecznie zdołali skutecznie zakłócić działania U-Bootów i ochronić atlantyckie konwoje. Podczas wybuchu wojny liczebność kanadyjskiej floty była nader mizerna. Pod koniec II wojny stali się trzecią, znaczącą siłą morską aliantów, z 400 statkami i 100 tysiącami mężczyzn i kobiet na służbie.

    Niemiecki U-1223, posiadając nowe wyposażenie techniczne, pozwalające mu przez długi czas prowadzić operacje pod wodą, w październiku i listopadzie 1944 roku, zatopił trzy okręty wojenne Kanady, co było ostatnim akordem bitwy na Św. Wawrzyńcu. W maju 1945 roku dwa U-Booty poddały się; jeden w Nowej Szkocji, drugi na Nowej Fundlandii.

    Dopiero po zakończeniu wojny okazało się, że z powodu mieszania wód słodkich z morskimi następowało zakłócanie sonarów do wykrywania okrętów podwodnych, a z kolei samoloty rozpoznawcze miały problemy z powodu licznych mgieł

    k. Nowa Fundlandia i Labrador jest najmłodszą prowincją Kanady. Na Wyspie przeprowadzono referendum, które poprzedzała zacięta kampania obu stron – tych co chcieli być w USA i tych w Kanadzie. Opcja kanadyjska przeważyła, m.in. dzięki charyzmatycznemu przywódcy, Jospeh’owi Smallwood, który w późniejszych dekadach wielokrotnie był premierem prowincji, prowadząc politykę o pewnych socjalistycznych inklinacjach opartych na liberalizmie. Był tak popularny, że w wielu domach ludzie zawieszali na ścianie jego zdjęcie.

    Od lat 80-tych XX wieku, Wyspę nękają okresowe kryzysy, które powodują migracje w poszukiwaniu pracy do innych prowincji kanadyjskich. Wielkim ciosem jest zamknięcie łowisk, które niestety poza przełowieniem z końcem wieku XX, wciąż są zagrożone zmianami klimatu i zanieczyszczeniami powodowanymi przez człowieka.

  4. Kultura

    a. kultura, zarówno ta codzienna, jak i od święta, jest związana przede wszystkim ze stylem życia i głównym źródłem dochodu – rybołówstwem. Pewne zmiany nastąpiły w wieku XIX, gdy skończyły się okresowe połowy i zaczęły się rozwijać stałe wioski rybackie. Bardzo popularne są szanty z wpływami muzyki francuskiej, irlandzkiej czy angielskiej. Dwie grupy muzyczne zdobyły powszechne uznanie na Wyspie – The Ennis Sisters i Great Big Sea. Wiele społeczności żyło nie tylko w izolacji od kontynentu, ale także było odizolowanych od siebie Muzyka instrumentalna, śpiew i taniec były jedyną rozrywką i spełniały dużą rolę w życiu Nufich

    b. okresy izolacji przerywały kontakty ze światem zewnętrznym, z lokalnymi i zagranicznymi kupcami, z przedstawicielami różnych kościołów i przedstawicielami rządu – odległego, aczkolwiek decydującego o wielu aspektach życia. Owe kontakty a także wydarzenia lokalne, szczególnie związane z morzem( m.in.akcje ratownicze), od 300 lat inspirują ludzi do opowiadania historii. Czasem były zapisywane w formie rymowanej. Są to często opowieści o duchach, lub bajdy przekazywane poprzez pokolenia. Każda społeczność miała znanych opowiadaczy

    c.unikalnym wydarzeniem jest tzw. Mummering. Spotykane są także dwie inne nazwy – Mumming lub Janneying. W bezpośrednim tłumaczeniu jest to mimika, czyli coś w rodzaju odgadywania pewnych rzeczy na podstawie gestów. W tym wypadku ma to szersze znaczenie, bowiem wiąże się z obyczajem składania wieczornych wizyt, w paru lub parunastu domach, w przebraniu i maskach. Domownicy mają odgadnąć kto się za nimi kryje. Osoba rozpoznana musi zdjąć maskę. Gospodarze oferują rozpoznanym przebierańcom jedzenie i drinki. Teoretyczny obcy staje się przyjacielem i w danym domu kwitnie wtedy życie towarzyskie. Potem znów się przebierają i nawiedzają dom następny. Jeśli weźmiemy pod uwagę serwowane drinki, można sobie wyobrazić jak wyglądają ostatnie wizyty. Ten obyczaj jest szczególnie popularny w okresie Bożego Narodzenia i latem. Wokół Mummering powstała cała otoczka kulturalna: muzycy, rękodzielnicy, artyści i także biznesmeni.

    d. popularne są okresowe party i party kuchenne, gdy ludzie gromadzą się w czyjejś kuchni, grają na instrumentach, śpiewają i opowiadają historie. Kiedy zabłąka się tam jakiś człowiek spoza Wyspy następuje jego inicjacja – musi wypić szklankę specyficznego, jamajskiego rumu i ucałować pysk prawdziwego lub sztucznego dorsza.

    e. izolacja dokonała w życiu kulturalno-towarzyskim rozszerzoną akceptację dla dziwaków, nawiedzonych lub stukniętych (touched in the head). Ludzi się akceptuje i szanuje takimi jacy są. Do starszych zwracają się „ciotka” i „wujek”, nawet gdy są zupełnie obcymi. Ponieważ w wielu społecznościach są rodziny o podobnych imionach i nazwiskach, każda gałąź rodzinna ma znaną wszystkim ksywkę

    f. w wieku XX znacznie powiększyła się klasa średnia, która poprzez media zorientowana jest w kulturze kanadyjskiej i światowej. W pewnym sensie izolacja się skończyła, lecz nie zapomniano o tradycji. Więcej – nastąpiło ożywienie kultury francuskiej i indiańskiej. Ta ostatnia, włącznie z kulturą Metysów i Eskimosów, ma szczególne znaczenie na Labradorze. Generalnie Nufi są rozrywkowi, zabawni i ironiczni. A także często prześmiewczy w swych dialogach, piosenkach czy programach rozrywkowych. Miałem z nimi do czynienia dwukrotnie; pierwszy raz w akademiku studenckim w Antigonish, drugi raz w Toronto, gdy przez miesiąc pracowałem z dwoma z nich w krajobrazowym ogrodnictwie (landscaping). Za każdym razem było sympatycznie i wesoło.

    g. jednakże podejście do sztuki jest związane z pewną nieufnością, głównie z wątpliwych, według nich, pożytków praktycznych. Doskonale ilustruje to anegdota opowiedziana mi przez mego profesora sztuki na uniwersytecie, Toma Roacha. Pochodził z Cape Breton, gdzie mieszkali jego rodzice i gdzie tamtejsze społeczności bardzo są podobne do tych na Nowej Fundlandii. Otóż kiedy studiował sztukę na uniwersytecie, na zapytanie sąsiadów czy znajomych – co Tom studiuje? – rodzice odpowiadali, że ekonomię i biznes. Uważali studia nad sztuką za raczej rzecz zawstydzającą i chcieli uniknąć złośliwych komentarzy.

    5. Ciekawostki

    a. Nazwa Nowa Fundlandia (po angielsku pisana razem – Newfoundland) jest jedną z najstarszych nazw europejskich w Kanadzie, używaną nieprzerwanie w geografii i kartografii od 1502 roku

    b. w ramach eksperymentu osadzono, w 1964 roku, małe stado bizonów na wyspie Brunette w zatoce Fortune. Nie przyjęły się; ostatni osobnik padł w 1994 roku

    c. termin Czerwonoskórzy, rozpowszechniony przez Anglików, najprawdopodobniej wziął się od Beothuk, którzy malowali swoje ciała ochrą. Byli przeważnie agresywni w stosunku do obcych, czym zdecydowanie różnili się od Mikmaków

    d. na Labradorze, już w czasach prehistorycznych, byli traperzy, polujący i zastawiający wnyki. Posiadali tak świetną znajomość terenu, że gdy nastąpił spór pomiędzy Quebec’ iem a Nową Fundlandią, naonczas kolonią brytyjską, spór o przebieg granicy na półwyspie, traperzy występowali jako terenowi specjaliści. Kłócono się zawzięcie o definicje wybrzeża, przede wszystkim jak daleko powinno sięgać terytorium przybrzeżne w głąb lądu. W XVIII wieku do Quebec’u należał cały Labrador. W 1809 został przyznany Nowej Fundlandii, a w 1825 przeprowadzono korektę i spory kawałek wybrzeża plus interior przypadł znów Quebec’ owi. W 1902 roku sprawa oparła się o specjalny sąd w Anglii. Granica pomiędzy Quebec’ iem a Nową Fundlandią, na Labradorze miała 3500 km długości i obecnie jest najdłuższą granicą pomiędzy prowincjami Kanady. Proces w sądzie toczył się latami i w 1922 roku obie strony – Kanada i Nowa Fundlandia zgodziły się, by Tajna Rada Królewska w Londynie ostatecznie zadecydowała o przebiegu granicy. Skłoniła się ona do argumentów Nufich, którzy podparli się właśnie opiniami traperów. W 1927 roku sprawę niby zamknięto i wyznaczono granicę aktualną do dzisiaj. Gdy NF przystąpiła do Kanady granica została potwierdzona, a w 1982 roku zatwierdzona w Akcie Konstytucyjnym Kanady. Mimo tego granica nie została pomierzona i zaznaczona w terenie (i tak jest do dziś), a rząd Quebec’u w dalszym ciągu się spierał z rządem NF o terytorium Labradoru. Ostatecznie w 2001 roku sprawę zamknięto.

    e. Nowa Fundlandia przystąpiła do Kanady na podstawie referendum, w którym za Kanadą opowiedziało się 52.3%, a za USA 47.7%. Nufi w dalszym ciągu uważają się za unikalną grupę. W ankiecie, przeprowadzonej w roku 2003 , 72% identyfikowało się najpierw jako Nowofundlandczycy, a potem jako Kanadyjczycy. Jednocześnie są nieznaczne tendencje separatystyczne (poniżej 12%)

    f. pierwszy lot transatlantycki non stop rozpoczął się w St. John’s i zakończył w zachodniej Irlandii. Piloci John Alcock i Arthur Brown wygrali nagrodę pieniężną – 10 tysięcy funtów, ufundowaną przez londyński Daily Mail

    g. Wyspa ma unikalną strefę czasową – wszystkie prowincje Kanady mają pomiędzy sobą godzinne różnice (5 stref od Pacyfiku do Atlantyku), Nowa Fundlandia, jako szósta strefa, ma pół godziny (np. pomiędzy Pacyficzną strefą a Nowofundlandzką jest cztery i pół godziny różnicy). Z kolei część labradorska mieści się w strefie Atlantyckiej, za wyjątkiem odcinka wybrzeża pomiędzy L’Anse au Clair a Zatoką Norman’a, który ma czas Nufijski. Gdy podróżowałem w 2008 po Labradorze, trzeba się było nieźle gimnastykować, by nie pomylić godzin i zdążyć na promy.

    h. W latach 80-tych Nowa Fundlandia była popularnym miejscem ucieczek z Polski. W drodze na wycieczkę do Kuby, wysiadało się podczas międzylądowania w kontynentalnym porcie lotniczym w Gander i prosiło o azyl. Na Wyspie, tak jak w Nowej Szkocji, schodziło się ze statków. We wcześniejszych latach bywało różnie. Najtragiczniejsza historia dotyczyła uciekinierów z radzieckich statków rybackich, których bezmyślnie zawracano. I wiadomo gdzie lądowali, po powrocie do krainy dojmującej szczęśliwości…

Po śniadaniu pakowanie gratów na parkingu z widokiem na hotel,

przejazd przez miasto, napojenie Doży i na TCH, czyli nr 1.

Mijamy info turystyczne ze znakiem ostrzegawczym łosia.

Szosa wyrąbana w skałach. Na lewo droga ku zatoce Grand West, następne doskonałe schronienie przed burzliwym Atlantykiem i wichrami zachodnimi, z kierunku Zatoki Św. Wawrzyńca. To położenie jest świetnie widoczne na mapie satelitarnej.

Baskowie, jedni z najwspanialszych żeglarzy w dziejach, zahartowani na Biskajach, byli najprawdopodobniej drugimi po Wikingach w Ameryce Północnej, także przebywając na obrzeżach kontynentu. Wraki ich statków i ruiny osiedli są znajdywane na Labradorze, ale Nowa Fundlandia, z licznymi schronieniami w postaci zatok i osłoniętym od otwartego Atlantyku zachodnim wybrzeżem, stwarzała najlepsze możliwości dla baskijskich wielorybników i poławiaczy dorszy. Swoje wyprawy połowowe przez wiele lat utrzymywali w tajemnicy.

Pogoda taka sobie, mlecznoszare niebo, na szczęście bez opadów. Jedziemy po rozległym płaskowyżu, po lewej od czasu do czasu pasek oceanu. Jak wszędzie w Kanadzie stacje kontroli ciężarówek, wjazdy na tzw.wagę. Daleko na horyzoncie pasma gór.

To Góry Anguille, część większego łańcucha gór Długiego Pasma, ciągnącego się przez cały Półwysep Północny, wzdłuż zachodniego wybrzeża Nowej Fundlandii, oblewanego przez wody Zatoki Św. Wawrzyńca.

Długie Pasmo (The Long Range Mountains) jest z kolei najbardziej wysuniętą na północ częścią najstarszych gór Ameryki Północnej – Appalachów (stąd do stanu Alabamy rozciągają się na przestrzeni 2400 kilometrów). Na Półwyspie Północnym są również wyżyny (The Highlands) stanowiące prekambryjski masyw liczący 1,5 miliarda lat, zawierający kwarcyty, gnejsy i granity. Natomiast w Długim Paśmie napotykamy tzw. dajki, czyli intruzje magmowe (stąd wielkie bochny skalne sterczące nad okolicą) liczące sobie 650 milionów lat. Góry składają się z czterech sekcji: Gór Anguille, Wzgórz Lewis’a, płaskowyżu Gór Stołowych (Tablelands) i głównej części, ulokowanej na terenie parku narodowego Gros Morne. Najwyższy szczyt ma 814 metrów n.p.m., bo przez setki milionów lat masywy skalne uległy zniszczeniu, a co za tym idzie obniżeniu.

Appalachy były niegdyś częścią wielkiego łańcucha górskiego ciągnącego się przez pierwotny super kontynent Pangei. Ich kontynuacją są Góry Kaledońskie w Szkocji. Tak to, w zgodzie z siłami tellurycznymi, Atlantyk zamykał się i otwierał siedem razy, aż w końcu ostatecznie rozerwał związek Europy z Ameryką Północną. Ponownym zawiązaniem owej starożytnej nici zajęli się ludzie; masowo emigrujący do obu Ameryk Europejczycy, którzy próbowali jakby scalić oba kontynenty, stwarzając w wieku XVIII coś, co do dziś nazywamy osią atlantycką. To zadziwiające nieraz zbiegi okoliczności i jakieś tajemne magie. Szkoci przymusowo lub dobrowolnie emigrowali do Nowej Szkocji, którą tak nazwano z racji podobnej topografii, przypominającej im tamtą ojczyznę. Wtedy nawet nie przypuszczali, że kiedyś ich góry w Szkocji stanowiły jedność z lokalnymi górami Kanady.

Góry rosną w oczach, wielka mesa po prawej stronie.

W małym wąwozie spory płat śniegu

i nagle, zza zakrętu wyłaniają się przedziwne struktury piramidalne.

Jedna przypomina wygasły, stary wulkan.

Gdy mijamy jeziorko Billkys Pond, jedna z wyrazistych piramid ustawia się na wprost naszej jazdy. Przed nią w lewo odchodzi droga 408, prowadząca do przylądka Ray, gdzie zaczyna się pasmo Anguille. Drogowskaz – do Corner Brook mamy 201 km. Następny duży obszar wodny – Big Pond, za nim bochny gór o nabitych kształtach promieniujących skalną siłą.

Góry różnokolorowych skał znaczonych pnącą się po nich roślinnością.

Krzaki, rachityczne drzewka, trawy i mchy. Z lewej coraz częściej pojawia się przestwór Zatoki Św. Wawrzyńca.

Jedziemy po płaskim odcinku nadbrzeżnym cały czas mając po prawej góry.

Wąski strumień MacDougall porośnięty przy moście gęstym zagajnikiem. W górach następny, mocno nadtopiony płat śniegu i u podnóża ciągnący się las mieszany. Zieleń w dziesiątkach odmian, od niemal czerni świerków do liściastych szarości.

Pokazują się obszary moczarów ze sterczącymi, uschłymi pniami drzew.Wjazd do kempingu nazwanego Małym Rajem. Znajduję na mapie rzekę Little Cedroy, która jak wiele innych rzek w nadatlantyckich prowincjach Kanady, od zatoki Fundy do Nowej Fundlandii i Labradoru, ma niesamowity przebieg, tworząc z lotu ptaka fantazyjne sylwetki, niemal rodem z tajemniczych opowieści. Oto fragment Cedroy skopiowany z mapy.

Mijamy 407 prowadzącą w głąb doliny rzecznej, aż ku jej ujściu zagrodzonym długą mierzeją, z wąskim przesmykiem ku otwartym wodom. Napisy – kraj letnich domków (cottages), kempingi, reklamy restauracji i boczne drogi o kolejnych numerach zaczynających się od czterysta.

Ograniczenie szybkości do 70 km/godz., mała osada Doyles, kolejny zjazd – nr 460. Tym razem ku dolinie rzeki – Grand Codroy, gdzie jest prowincjonalny park, położony naprzeciw kilkunastu wysp, ulokowanych w nurcie rozszerzającego się koryta rzeki. Dalej można dojechać do wybrzeży, aż na przylądek Anguille i zapuścić się w plątaninę lokalnych dróg. Co za niesamowita okolica! Wspinamy się na płaskowyż, pasma są teraz z obu stron, łagodny i bardzo długi esowaty łuk, potem wąski strumień z kamienistym dnem, pełnym żwiru i otoczaków. Nie ma nadmiernego ruchu. To w dalszym ciągu początek wakacji. Wszystko się zagęści na przełomie lipca/sierpnia. Osada Węglowy Potok, za nią przecinamy najpierw ramię Południowe (South Branch) rzeki Grand Codroy, a za parę minut ramię Północne (North Branch). Rozległa dolina, tym razem bez żadnego cieku wodnego, za nią lekko pod górę i potem piękny, długi zjazd pośród coraz wyższych drzew po obu stronach szosy. Przed nami samotny jeździec; od parunastu lat typowy widok dla letniego krajobrazu Kanady – auto, przyczepa i rower, lub rowery.

Kolejny, długi podjazd przerwany małą doliną strumienia Morris. Pniemy się łagodnie, cały czas mając po prawej skalne pasmo. Patrzę na mapę. Za lasem, a przed skalnym masywem, małe, podłużne jezioro stawem zwane – Codroy Pond. Na chwilę pokazało swą szarawą niebieskość. Pogoda coraz lepsza i wzrasta temperatura. Wciąż lekko pod górę. TCH prowadzi teraz wprost na wschód, za chwilę długi skręt, za nim wprost na północ, ponad strumieniem (Bald Mountain Brook) i zaczyna się monotonna płaszczyzna. Nazwa kolejnego strumienia budzi zdziwienie – River Brook, czyli rzeczny strumień. Masło maślane jednym słowem. Podjazd esowatym zakrętem za którym otwiera się następna, płaska dolina meandrującej rzeki Crabbes. Wysokie, podcięte brzegi i żwirowe łachy.

Duża stacja benzynowa Irvinga, 117 km do Corner Brook. Droga lokalna 404, która odchodzi na zachód, do brzegu Zatoki, by potem połączyć się znów z TCH. Gnamy po 120-130 km/godz., wykorzystując puste tereny płaskowyżu. Kolejna rzeka Middle Barachois, płytka, kamienista, ledwie trzy-cztery metry szerokości. Za dwa kilometry następna – Robinsons, szersza z rozległymi łachami żwirów. Płynie równolegle do Barachois, obie lekko meandrują i uchodzą do Zatoki, zaledwie paręset metrów od siebie. Skręt na wschód, motel i restauracja, obok parę domków. Od dłuższego czasu nie robię zdjęć, bo wciąż te same, wypłaszczone widoki. Zezuję kątem oka na Seweryna, czy przypadkiem po zarwanej nocy nie przysypia, ale widzę, że się kontroluje. A tymczasem płasko jak na preriach, lecz na szczęście można oko zawiesić na drzewach.

Rzeka Fischells, chyba najszersza z dotychczasowych, pokryta opalizującym błękitem. Długi zakręt wyprowadzający nas znów w kierunku wschodnim, nieco pod górę i ze szczytu wzniesienia daleki widok, z majaczącym pasmem gór na horyzoncie.

Zaczyna się urozmaicenie, ale to i tak powtórka wcześniejszych fragmentów drogi. Lecz za chwilę przepyszny widok na dolinę

i wijącą się między drzewami naszą drogę, wchodząca na przeciwległe wzniesienie.

Odejście na nr 403, prowadzące do miejscowości Flat Bay, która ma parokilometrową mierzeję. Stacja benzynowa Ultramar, kompanii utworzonej przez Brytyjczyków, operującej w Kanadzie od 1961 roku. Główną rafinerię posiada w Quebecu. Pomiędzy 1979 a 1996 zakupiła parę innych kompanii (m.in. Texaco Canada czy Sunoco) znacznie się rozrastając. Obecnie posiada 983 stacji serwisowych, 87 stacji dla ciężarówek i obsługuje 169 tysięcy domów dostarczając olej opałowy. Zatrudnia bezpośrednio 3 600 ludzi, a pośrednio około 10 tysięcy. Jedna z jej rafinerii – Levis, produkuje 265 tysięcy beczek paliwa dziennie (41,5 miliona litrów).

Za stacją porządna, asfaltowa droga lokalna, Steel Mountain. Dojeżdżamy na węzeł drogowy, gdzie pod nami droga odbiegająca w kierunku Zatoki, prowadząca do bardzo ciekawych miejsc, położonych w mniejszych zatokach i na sporym półwyspie, przy szerokim ujściu strumienia Południowo-wschodniego (South West Brook). Kapitalne miejsca na kemping i rozbicie namiotu. I dobre połączenie z odległym o 70 kilometrów Corner Brook. Znów się łagodnie wspinamy mijając park prowincjonalny, Barachois Pond. Za nim reklama hotelu i rozjazd prowadzący do wewnętrznej zatoki, którą tworzy gwałtownie rozszerzający się strumień. To teren zalewowy przypływów i tutaj też ma miejsce tzw. cofka, oczywiście nie do porównania z zatoką Fundy.

Piękny widok w dół doliny

potem bardzo długi podjazd, w niektórych miejscach z płotami powstrzymującymi zwierzęta.

Teraz w dół z widokiem na kolejny węzeł drogowy z dobiegającą drogą 460, a nasza wielkim łukiem idzie w prawo.

Wspinaczka po łuku, góry zaczynają rosnąć w oczach. Za parę kilometrów mijamy spore jezioro Georges,

za nim, na kolejnym łuku wielkie osypisko,

potem jeziorko Blue Pond i dalej większe Pinchgut ,ciągnące się wzdłuż drogi.

Mijamy restaurację, ale postanawiamy zjeść lunch dopiero w Corner Brook.

Podjazd jakby prosto w niebo, lekkie zachmurzenie, ciepło i nieco wilgotnie. Otwiera się rozległa panorama górskich pasm.

Lewis Hills – jedno z najbardziej znanych i cenionych na świecie stanowisk geologicznych. Poprzez te bardzo stare góry przebiega Międzynarodowy Szlak Appalachów stworzony dla łazików. Gnamy Jedynką, są znaki zjazdów do miasta – mamy cztery do wyboru. Z dala widok na jedno z ramion zatoki Wysp, ramię Humber, do którego wpada rzeka o tej samej nazwie.

Rzeka Humber w Toronto to moje ulubione miejsce, gdzie często wzdłuż niej spaceruję, doładowując akumulator na przetrwanie w wielkim mieście. Jesienią idzie tu na tarło łosoś i wspaniały jest widok olbrzymów, tańczących na ogonach ponad progiem porohów. Jedziemy po górnej półce skalnej, miasto wyłania się dołem z dymiącym zakładem przemysłowym.

Mamy wrażenie, że przed nami defiluje, pokazując urodę swego położenia nad zatokami, na zboczach gór.

Decydujemy się na zjazd nr 6. Powitalna tablica z wizerunkiem angielskiego dżentelmena.

Wjeżdżamy teraz na mego nosa plus skromna mapa miasta. W Confederation Drive, z niego w ulicę Zachodniej Doliny. Nią w dół, pomiędzy przeważnie piętrowymi domami, wśród drzew po obu stronach drogi. Bardzo ładna ulica, pełna samochodów jakby sezon letni nagle ruszył tutaj z kopyta. Za zakrętem widzę „Tim Hortons’a”. Czas na ich specyficzny smakowo rosół, z kury lub indyka i kanapkę z przysmażonym plastrem boczku, liściem sałaty i majonezem. Na zakończenie będzie przyswajalna mordoklejka, zwana Boston cream (amerykański pączek z budyniem w środku i wierzchnią polewą czekoladową) i druga dziś kawa, na szczęście typu macchiato, choć nieraz muszę zawile tłumaczyć na czym ona polega. Espresso już wiedzą, ale macchiato wprowadza ich w konfuzję. Szczególnie, gdy się poprosi o podgrzanie mleka.

W czasie posiedzenie w Hortonsie, zaglądam do notatek o mieście. Przeszło 31 tysięcy mieszkańców. Położenie nad zatoką Wysp (Bay of Islands) u ujścia rzeki Humber. Zatoka ma trzy większe fiordy zwane ramionami: Humber, Środkowe i Północne. W nich z kolei mniejsze zatoki, z przylądkami i małymi półwyspami. Okolica miasta górzysta z wyróżniającym się pasmem Gór Marmurowych i wspomnianymi uprzednio Wzgórzami Lewis’a, będących częścią owego Długiego Pasma. Niedaleko miasta mamy najwyższy szczyt Wzgórz Lewis’a i całej wyspy – 814 metrowy The Cabox.

Zdjęcie z Internetu

Corner Brook jest centrum usługowym dla zachodniej i północnej Nowej Fundlandii i najdalej wysuniętym na północ miastem w Atlantyckiej Kanadzie. Głównym pracodawcą są zakłady celulozy i papieru

Zdjęcie z Internetu

oraz rybołówstwo i turystyka. Z nią związany jest ośrodek narciarski w Górach Marmurowych, dlatego mamy turystów zarówno w sezonie letnim, jak i zimowym. I niedaleki, nadzwyczaj malowniczy teren w Górach Zwiewających (Blow-Me-Down), latem do żeglowania w okolicznych zatokach i chodzenia szlakami pieszymi, zimą do biegania na nartach. Tam się niedługo wybieramy. W mieście jest główna siedziba administracyjna indiańskiego narodu Kalipu Mikmak (Qalipu Mi’kmaq First Nation).

Okolice miasta pomierzał kartograficznie kapitan James Cook w 1767 roku i na wzgórzu Wrony (Crow Hill) stoi jego, nowy od roku 2012, posąg.

Zdjęcie z Internetu

Zapewne to on jest tym angielskim dżentelmenem na powitalnej tablicy miasta, które zaczęło się rozwijać w XIX wieku, od osady liczącej mniej niż stu ludzi, zajętych rybołówstwem i wyrębem lasu. Od lat 80-tych XX wieku, każdego marca odbywa się tu międzynarodowy festiwal literacki, stanowiący zarazem największy festiwal poetycki w Kanadzie, powołany przez poetę i dramaturga Al Pitmana i historyka Rex Browna.

Kwadrans po dwunastej opuściliśmy Hortons’a i zaczepiłem policjanta, pytając o drogę do parku Blow- Me -Down. Parę dni przed wyjazdem, zarekomendował mi to miejsce Rafał M. z Toronto. Policjant nie dość, że posuwał językiem Nufi, czyli lokalnym dialektem, to nie wyglądał na za bardzo rozgarniętego. Zdołałem wydusić z niego jeno ogólny kierunek jazdy. Wjechaliśmy na ulicę Zachodnią dojeżdżając do Głównej (Main Street). Na skwerze, przed ratuszem, stoi pomnik wielkiego karibu,

a po obu jego stronach dwa posągi żołnierzy oraz mała armata. Od początku XX wieku karibu stał się niekwestionowanym symbolem Nowej Fundlandii (po raz pierwszy użyty był w herbie jednego z gubernatorów w 1638 ). Zdobił okładki turystycznych przewodników, pocztówki i znaczki pocztowe.

Gdy wybuchła I wojna światowa, Królewski Pułk Nowofundlandzki (Royal Newfoundland Regiment) zaadoptował karibu jako swój znak. Po wojnie posąg karibu, zaprojektowany przez angielskiego rzeźbiarza Gotto, stał się głównym elementem pomnika we Francji, upamiętniającego poległych Nowofundlandczyków (odsłonięty w roku 1925). Potem powstały cztery następne – trzy we Francji i jeden w Belgii (owe, w sumie pięć pomników, w miejscach najważniejszych bitew Pułku, nazywają Szlakiem Karibu). Negocjowano postawienie ostatniego karibu na terenie Turcji, blisko słynnego pola bitwy w Gallipoli, lecz ostatnie wydarzenia w Turcji zahamowały wyrażenie zgody na postawienie pomnika. Dwa stoją obecnie na Nowej Fundlandii – jeden odsłonięty w stolicy St. John’s w 1928 roku (w 2013 roku ktoś go uszkodził i reperacja wyniosła 45 tysięcy dolarów kanadyjskich) i drugi w Corner Brook. Replikę wykonał znany lokalny rzeźbiarz Morgan MacDonald, dołączając doń wspomniane posągi żołnierzy – jeden reprezentuje I wojnę, a drugi wojnę w Afganistanie.

Żeby się zbytnio nie błąkać w nieco skomplikowanej sieci ulic, wspinających się na liczne pagórki i wzgórza, i zagłębiających się w dolinki i doliny, postanowiłem odnaleźć drogę, którą wjechaliśmy do miasta. Z niej dopaść TCH i nią z kolei cofnąć się, dojeżdżając do 450, prowadzącej wprost do prowincjonalnego parku (ukończoną w latach 60-tych XX wieku). Najpierw było nieco błąkania się, ale psim swędem natrafiłem na ulicę Parkową, która rzeczywiście doprowadziła nas do ulicy Zachodniej Doliny. I tu kolejna zasadzka. Akurat wielka przebudowa dróg, objazdy, plątanina. Wjechaliśmy na pierwszy taras,

ślimak poprowadził nas wyżej

i stamtąd wprost na Jedynkę (TCH). Tu już było łatwo, ale po paru kilometrach, Seweryn się nagle ocknął i zapytał “Czy my aby nie wracamy?”. Aby go uspokoić pokazałem mu trasę na mapie.

Wdrapaliśmy się na wiadukt do drogi 450 prowadzącej przez las i biegnącej równolegle do rozłożonego w dole miasta. Za parę minut zaczęły wyłaniać się leżące na wzgórzach skupiska domów.

Następna dzielnica domków, a po lewej olbrzymi park samochodowych przyczep, tak charakterystyczny w wielu miejscach Ameryki Północnej. Długi zakręt w prawo i miasto wróciło. Zjazd kolejnym zakrętem wzdłuż skalnego wzgórza pokrytego postrzępioną roślinnością i karłowatymi drzewami. Teraz można się przekonać jak piękne położenie ma Corner Brook, zatopiony w zielonych wzgórzach schodzących ku fiordowi rzeki Humber. W ostatniej chwili wołam “W lewo Sewerynku, w lewo”, bo droga się rozwidla i już łysnęła tafla niebieskawej wody fiordu. Kolejny odcinek skalno-lesisty, przejazd przez miasteczko Georgetown, na łeb na szyję w dół ku fiordowi, ostatnia dzielnica Corner Brook – Petries i następny zakręt w dół.

Tu przerzuciłem się na film,

potem piękna marina miejska z prawej, szeregi domków po obu stronach drogi i tak fascynujący odcinek w lesie, że zrobiłem drugi filmik.

Przejazd pod litą, poszarpaną skałą po lewej, jedziemy wąską półką skalną nad fiordem. Ku naszej radości mały ruch i dojeżdżamy do osady Halfway Point.

Za nią na horyzoncie widać wielkie, kamienne masywy skał z przesmykiem końcowym fiordu i zaległą naprzeciw niego wyspą Woods.

Rybackie wioski, jedna za drugą – Humber Arm South, John’s Beach, Voy’s Beach… Przy wielu domach piętrzą się drewniane pułapki na homary. Podjazd i w dół i podjazd do wioski Frenchman’s Cove. Na przeciwko wielki obryw skalny.

“Patrz” – mówi Seweryn i pokazuje na lewo – „wielkie płaty śniegu pod szczytami niewielkich wzniesień.A  jest lipiec”. Takie same znajduje po drugiej stronie fiordu.

Frenchman’s Cove ma miniaturową latarnię morską z ogródkiem zabaw dla dzieci i paroma drewnianymi fotelami. Port z magazynami, czerwonokrwistymi łodziami,

a w tle bochen wyspy Woods.

Skręcamy ostro w lewo, znacznie pod górę, zaczyna się lekko chmurzyć, lecz zieleń dalej w soczystych odmianach.

Na horyzoncie wzniesienia z rozległymi, płaskimi wierzchołkami. Kolejna wspinaczka i za wzniesieniem na wprost ukazuje się w zamglonej panoramie wyspa Woods,

gdzie flotylle rybackie z Francji i USA poławiały śledzie i mieszkało niegdyś na niej paręnaście rodzin. W 1960 roku rząd NFL zorganizował program przesiedlenia i na wyspie żyje dziś tylko jedna rodzina. Z następnego wzniesienia otwiera się piękna panorama fiordu w surowych barwach pasteli.

Zjazd krótki, podjazd z wielkim stokiem zwieńczonym na szczycie popękanymi wychodniami skał. Przypomina nam się Islandia, nasz przejazd wzdłuż gigantycznego stoku pełnego gruzu i skalnych bloków. Mieliśmy otwarte okna auta, bo było wyjątkowo ciepło i milczeliśmy w obawie, że nasze głosy mogą sprowokować kamienną lawinę. Już jesteśmy na poziomie wody w fiordzie, uczucie przejazdu długim bulwarem. Małe wzniesienie, parę domów nad fiordem, nazwa na tablicy Copper Mine Hiking Trail, czyli szlak pieszy Kopalni Miedzi, która tu kiedyś funkcjonowała (od lat 80-tych XIX wieku do roku 1903). U stóp góry, koło wodospadu, można zobaczyć stare wejście do niej. Jak podają w przewodniku: “Nieco intensywna wspinaczka, lecz warta każdej kropli potu i każdej łzy, gdy znajdziesz się na szczycie. Stamtąd wspaniały widok na Zatokę Wysp – przy wejściu do niej trzy większe, w głębi przeszło tuzin mniejszych”. Dla nas ów widok nieosiągalny.

Ponowny przejazd jak po bulwarze, malutka zatoka z paroma domami, pod górę wprost do miejsca ze spiętrzonymi nad drogą skałami (sięgają tu 763 m n.p.m.)

Przed nami osada York Harbour, w miarę szybki przejazd przez nią, wyłaniają się dwa wielkie bloki skalne i za chwilę napis witający nas w Lark Harbour,

choć do zabudowań jeszcze kawałek. I po prawej niebieska tablica – Blow Me Down Park.

Z nazwą związana jest legenda, że gdy kapitan Messervey zakotwiczył w zatoce York, blisko górskiego pasma, mruknął: “Mam nadzieję, że mnie nie zdmuchniecie” (blow me down). Jak dobre położenie ma Blow Me Down wystarczy popatrzeć na mapę.

Buszował tutaj kapitan James Cook dokonując kartograficznych pomiarów. Obie miejscowości – Zatoki Lark i York, mają nazwy po dwóch statkach Cooka.

Prowincjonalny Park jest bardzo mały, ale niezwykle interesujący geologicznie. Są tam skały uformowane ponad 450 mln lat temu, skały pochodzenia wulkanicznego z metamorficznymi żyłami kwarcu. W niektórych miejscach wyglądają jak zastygłe niedawno jęzory lawy. Ich powstanie było spowodowane kolizją dwóch wielkich płyt tektonicznych – Północno Amerykańskiej i Północno Afrykańskiej, która wypiętrzyła dno Atlantyku. Dziś, w niektórych miejscach, można odnaleźć granicę pomiędzy skorupą a płaszczem owego starożytnego oceanu, idąc dosłownie po odkrytym płaszczu Ziemi. Wyznaczonym szlakiem można wejść na szczyt gór Blow Me Down, gdzie z wysokości 600 metrów roztacza się piękny widok na Zatokę Wysp, włącznie z mniejszymi fiordami zwanymi Ramionami: Północnych Wzgórz i Humber. Na północny-zachód od parku, na większym półwyspie, mamy góry Murray, z kolei na zachód pasma górskie nad Zatoką Św. Wawrzyńca, mocno zerodowane zlodowaceniem. Na tym obszarze jest parę interesujących szlaków pieszych.

Z daleka widzimy przeciwległy brzeg zatoki i domy w Lark Harbour.

Wyłania się przystań

i półwysep z górami Murray, które opadają wysokim, wapiennym klifem o wysokości 250 metrów.

Esowaty zakręt, przejazd mostem nad rzeczką, zjazd na lewo, do innych osad leżących już na froncie Zatoki Św. Wawrzyńca, jednak nie mamy na to czasu. Naprzeciw, po drugiej stronie, na krańcu malutkiego półwyspu małe pasmo Gór Tortoise (do 300 m n.p.m.), z wielkim siodłem.

O 13.45 osiągnęliśmy Lark Harbour, koniec drogi, zawrotka. Mijamy po lewej statek rybacki,

za chwilę donośne klaskanie trzepoczących na wietrze ręczników i jakiś pokrowców. Jednym słowem blow me down…

Wracamy tą samą drogą, objeżdżamy zatokę i skręcamy w lewo do parku. Żwirową drogą dojeżdżamy do malutkiego kempingu.

Parkujemy, zmierzamy do ławki z której widok na zatoczkę Lark. Posiedzieliśmy tam paręnaście minut napawając się widokiem a la łagodne norweskie fiordy. Dlaczego łagodne? Bo norweskie są dziksze, o wysokich, często pionowych ścinach.

Zdjąłem zatokę na prawo

i lewo.

Pod klifem prowadzą schody, ale na tę eskapadę też nie było czasu.

Z boku pojawił się nagle szczygieł i upolował jakiegoś owada.

W tych okolicach są łosie, karibu, pardwy, arktyczne zające i lisy. Później znalazłem świetne zdjęcia lisa, który tutaj przycupnął niedaleko ludzi.

Zdjęcie z Internetu

Przed odjazdem skręciłem krótki film

Chmurzy się, skalne rumowisko teraz po prawej, chronione murem uczynionym z odłamków skał opakowanych w druciana siatkę. Kolorystycznie wpadło niemal w czerń i ostro odcina się od blado-błękitnego nieba. Ciąg kamiennych murów, bulwar, przed Voy’s Beach piękny, drewniany kościółek.

Około trzeciej ukazują się z daleka przedmieścia Corner Brook,

przemykamy szybko przez Georgetown, rozjazd, w prawo, za łukiem

pierwsze oznakowanie – na TCH prosto, mijamy staw Watson i już zjazd na Jedynkę. Ostatni rzut oka na Corner Brook

i wjazd w dolinę rzeki Humber,

pomiędzy skalne zbocza.

Za chwilę po prawej plątanina stoków zjazdowych na Górach Marmurowych (Marble Mountain).

To najwyższy ośrodek narciarski w Atlantyckiej Kanadzie, najlepszy na wschód od Gór Skalistych, maksymalna wysokość 546 metrów, 39 zjazdów, w tym najdłuższy 4,5 kilometra.

W sezonie zimowym spada przeciętnie około pięciu metrów śniegu (cztery lata temu padł rekord – 6,5 metra). Raj dla narciarzy i snowboardzistów. W 1999 roku odbyły się tutaj Zimowe Mistrzostwa Kanady. Jeden z wyciągów o długości 1660 metrów, zwany Świetlnym Ekspresem, wynosi narciarzy w górę w ciągu siedmiu minut.

Cały czas jedziemy wzdłuż rzeki Humber w dolinie, która raz się rozszerza, a raz zwęża, ale nigdy tak jak na początku, gdy jechało się niemal jak w głębokim kanionie. Długi podjazd i pojawia się napis – Jezioro Jelenia, które ukazuje się po chwili i ciągnie przez paręnaście kilometrów. Autostrada rozdziela się na dwa pasy, my jedziemy górnym, potem schodząc na ten sam poziom. Plątanina rozjazdów, jeden prowadzi do miejscowości Pasadena. “To my już w Kalifornii” żartuje Seweryn. Zwiększa się ruch aut, tablica ze strzałką na osadę Little Harbour, jezioro co chwila łyska spomiędzy drzew po lewej. Pojawiają się nazwy zjazdów na miasteczko Deer Lake, gdzie zaplanowałem nocleg w drodze powrotnej na kontynent.

Rozmyślam nad jazdą po wyspie, dużej lub małej. Nie dociera to w pełni do człowieka. Nawet jak widać skrawki morza lub oceanu. Przestrzeń z mapy, niepozorna i zmniejszona, przenosi się w ogromną realność, gdzie jest się kolejną drobiną w łańcuchu istot dwunożnych i tych dużych, czworonożnych, większych często od nas. Z powodu map, zdjęć z powietrza, a teraz internetu, który umożliwia elektroniczne fruwanie nad kulą ziemską, zdaje nam się, iż jesteśmy wielcy, potężni w swym działaniu, panami przestrzeni. Dlatego tak ważne są włóczęgi po świecie, bo sprowadzają nas do właściwych proporcji i norm. Turysta podróżujący od miasta do miasta, od ośrodka do ośrodka, ma w dalszym ciągu zakłóconą skalę, bo sprowadzoną jeno do ludzkiego wymiaru, najczęściej miastowego.

Wpadamy pomiędzy zabudowania miasta Deer Lake. Jest ono wyjściową bramą ku wielkiemu półwyspowi Północnemu, który zamierzamy cały objechać. Mijamy po prawej bielusieńką hydroelektrownię na rzece Humber przepływającej przez jezioro. Potem duży hotel i po nazwie orientuję się, że to ten gdzie zamówiłem przyszłościowy nocleg. Rozjazd, trzeba wjechać na górę, do drogi 430 prowadzącej na północ. Płasko, niewysokie świerki i jodły po obu stronach drogi, przetykane pojedynczymi brzozami. I jest napis na który czekałem – Szlak Wikingów.

Przejazd po moście nad rzeką, wciąż płasko i  lesiście. Wiele reklam obiecujących noclegi i domki do wynajęcia.

Obok flagi prowincji często druga flaga – amerykańska. Resentymenty z lat 40-tych, gdy na wyspie stacjonowali w czasie wojny Amerykanie, dzięki czemu Nufi prosperowali całkiem nieźle. W latach 1946-49 rozważano ściślejszą unię gospodarczą z USA, a nawet dołączenie się jako kolejny stan, na co Amerykanie nie mieli zbytniej ochoty. W rezultacie zaistniały dwie opcje – być niezależnym w ramach Brytyjskiego Związku (Commonwealth) czy połączyć się z Kanadą. Po drugim referendum, bowiem w pierwszym nie uzyskano wymaganej ilości 50% głosów, z przewagą zaledwie około pięciu procent zadecydowano o przyłączeniu się do Kanady.

Teren zaczyna trochę się urozmaicać, dalej gęsty acz niewysoki las mieszany, z przewagą iglaków. Trzy wyraźne wzniesienia, wyglądające na serię starych, całkowicie zniszczonych stożków wulkanicznych. Żadnych zwierząt, przede wszystkim łosi, które przecież tutaj są w wielkiej obfitości. Nigdy ich tu przedtem nie było. W 1904 roku sprowadzono cztery sztuki z Nowego Brunszwiku. Pierwszą parę łosi przywieziono w 1878 roku z Nowej Szkocji, ale wtedy zbytnio się nie przyjęły.

Niegdyś Nowa Fundlandia była królestwem leśnego karibu. W ostatnich latach populacja gwałtownie spadła (do 32 tysięcy sztuk; w latach 90-tych przeszło 90 tysięcy) chociaż nie grozi jej wyginięcie. Natomiast łosie, nie posiadając zbyt wielu naturalnych wrogów, bardzo się rozmnożyły. Wilków nie ma, kojoty, które tam dotarły po lodzie, w latach 90-tych ze stałego lądu, nie stanowią zagrożenia, czarny niedźwiedź, mimo tego że jest tutaj większy niż na kontynencie, nie atakuje łosi tak jak potrafi to grizzly. Dzisiaj mamy około 80 tysięcy sztuk tych zwierząt (w rekordowym, 1977 roku, było 150 tysięcy). Ich liczbę reguluje się poprzez wydawanie zezwoleń na polowania (płatna licencja), które obecnie są ograniczane. Ale i tak jest ich sporo, a w parku do którego zmierzaliśmy najgęstsza ich liczba na świecie – pięć na kilometr kwadratowy. Proszę sobie wyobrazić moje rozczarowanie, gdy będąc tam nie spotkaliśmy ani jednego łosia. W czasie całej podróży po NFL zaledwie widziałem trzy łosie. To z powodu upałów, które nas później dopadły. Łosie siedziały głęboko schowane w lesie, zapewne tkwiąc w wodzie po szyje. Nawet w godzinach późnowieczornych i o poranku, w najbardziej prawdopodobnych porach ich żerowania, nie spostrzegliśmy blisko drogi żadnego zwierzęcia. A przecież od lat opowiada się tutaj o licznych spotkaniach z łosiami, które nieraz potrafią zablokować ruch na drodze. A także jest sporo wypadków z ich udziałem – co roku około 500 – 600 kolizji, czasem kończących się zranieniami lub nawet śmiercią ludzi.

Ruch na szosie minimalny, co obaj bardzo lubimy. Teren górzysty, zalesiony, przeto koi dusze skołataną ostatnimi miesiącami spędzonymi w wielkim mieście. Droga w niezłym stanie, z lekko popękanymi poboczami. Dojechaliśmy do osady o niecodziennej nazwie – Drabina Jacka. Ciekawe co też przydarzyło się tutaj Jackowi i jego drabinie, że aż przeszło do pamiątkowej nazwy? Historii nazwy nie odnalazłem, natomiast okazało się, że to całkiem popularna miejscowość na oba sezony – letni (domki wypoczynkowe i bliskość pięknego, nader urozmaiconego jeziora Big Bonne Bay Pond z możliwością motorówek, wędkowania, pływania i plażowania, pieszych wędrówek z przewodnikiem) i zimowy (przede wszystkim szlaki dla śnieżnych skuterów). Jest tu także restauracja, sklepik, zaopatrzenie kempingowe, parking kempingowy dla RV czyli przyczep – 39 miejsc z podłączeniem do prądu, wody, umywalnie i toalety, stoły piknikowe, plac zabaw dla dzieci, ogródek dla psów. Można wypożyczać GPS-y, WiFi dostępne w budynku, jest oczywiście piwo, lody, a nawet możliwość zagrania w totka. Podałem to wszystko tak szczegółowo, bo owa dynamika malutkich osad i biznesów zarazem, położonych w przyzwoitej odległości od ciekawych miejsc, jest typowa dla całej Kanady.

Pomykamy w lesie, gdzieś tam za nim, po lewej, rozłożone wspomniane jezioro. Za którymś zakrętem widzimy na horyzoncie rozległe pasma niewysokich gór. To teren jednego z najpiękniejszych parków w Kanadzie – Gros Morne. Przejazd po nasypie nad rozlewiskiem jeziora, na jego brzegach wiele domków letnich i stałych siedzib. Las bardzo zgęstniał, zagęszczenie różnorodnych tablic reklamowych wzdłuż drogi, jesteśmy już na drugim brzegu jeziora, bo szosa okala go wielkim łukiem. Potem łuk w drugą stronę i się od jeziora oddalamy. Ciąg dużych tablic zapowiadających wjazd do parku, osada Wiltondale, przy niej znak zjazdu na lewo, w drogę 431 (Bonne Bay Road). Już wcześniej postanowiłem ją spenetrować. Jest dopiero parę minut po szesnastej, mamy czas, na nocleg możemy przyjechać nawet koło 22, jeśli odpowiednio wcześniej zadzwonimy potwierdzając przybycie. Na szczęście tym razem Sewerynowa komórka działa. W przerwach między drzewami ukazuje się jezioro Little Bonne Bay Pond, by w niektórych miejscach wychynąć w całej okazałości, ukazując fantastyczne kształty wzgórz po drugiej stronie wody.

Ruch niewielki, przejeżdżamy rzekę Lomond, za nią po lewej wielki parking dla przyczep kempingowych. W perspektywie wijąca się szosa

i duża zielonkawa tablica kanadyjskich parków – Gros Morne, National Park of Canada.

Dziś nie będzie czasu by go zwiedzić. Zaplanowałem na jutro wycieczkę do parku, połączoną z długą trasą pieszą i wdrapaniem się na płaskowyż, skąd roztacza się niesamowity widok.

Zdjęcie z Internetu

Seweryn zachwycony, bo zaczęły się serpentyny, które bardzo lubi łagodnie kręcąc kierownicą. Już poznał i się zżył z wynajętym autem, naszym “Dożą”. Chmurzy się coraz bardziej, jest ciepło. Długi podjazd wśród lasu na rozległych górach. Co pewien czas znak zakazu polowań. Zjazd w różnych odcieniach zieleni.

Mam wrażenie jakbyśmy jechali po siodłach i łękach. Miejscami przy drodze odsłonięte skały, w różnych kolorach i z bardzo zniszczonymi starymi warstwami osadowymi. Następny, bardzo długi podjazd, za parę minut odsłania się panorama gór ze śnieżnymi maźnięciami pod szczytami. Po prawej skalna ściana, wyrąbana a potem wygładzona przez budowniczych drogi. I zaczyna się kapitalny, bardzo długi zjazd z przepięknym widokiem.

Widzę na horyzoncie w szarobrunatnej barwie kawałek Gór Stołowych, imitujących wielkie mesy.

Strumień Mckenzies i wciąż, teraz łagodnie, w dół. Nagle błysk wody z prawej i jesteśmy nad Południowym Ramieniem fiordu, który z naszej perspektywy ma złudzenie przewężenia. Widać wyraźny odpływ.

Jesteśmy przed miasteczkiem Glenburnie, w jego tle garby gór i niewyraźne sylwetki domów w innym miasteczku – Birchy Head, na kolejnym skręcie fiordu.

Niewyraźne, bo nagle nadciągnęła czarna chmura i zawiesina deszczu szybko przemieszcza się na drugą stronę fiordu. Rozjaśnienie i zdejmuję powiększenie małego półwyspu, nad którym przez wzgórze wycięto las dla poprowadzenia elektrycznej linii.

Mostkiem ponad strumieniem Ławicy (Shoal Brook), następnie spora żwirownia, co nas nieco dziwi, bo tak blisko ośrodka wypoczynkowego. Przejeżdżamy przez Glenburnie, większość domów stoi przy fiordzie.

Już Birchy Head, za nim mały cmentarz na wzgórzu, bez ścieżek. Płyty nagrobne wyrastają wprost z ziemi sprawiając wrażenie zaniedbania, opuszczenia, smutku… Sporo cmentarzy tak wygląda w Ameryce Północnej. Niektóre wręcz przeraźliwie płaskie, z regularnie wystrzyganą trawą. To nie miasta umarłych, jak w Europie czy Ameryce Południowej, wielkie nekropolis. Czasami odnoszę wrażenie, że to przez tutejszy kult młodości, życia i użycia. Odsuwanie starości, przykrywanie śmierci jakąś wstydliwą zasłoną, kusą, bo czasem natrętnie wystają spod niej nogi, ręce, lub – o zgrozo! – nawet głowy. Dziecinne niepogodzenie się ze śmiercią a la optymistyczne zakończenia hollywoodzkich filmów i nałogowa odpowiedź: “I am fine”.

Minione przed chwilą miasteczka tworzą jakby jeden kompleks wzdłuż brzegu fiordu.

Mały taras widokowy na skarpie ponad fiordem. Daleko widać zabudowania portu rybackiego w Woody Point, gdzie będziemy za dwa dni nocować.

Niebo nabiera sinawoniebieskiego wyglądu i ukazuje się wielka tęcza nad wzgórzami,

po drugiej stronie fiordu.

Zjazd nad poziom wody i pod górę. Winter House Brook, niektóre domy usytuowane na wąskiej przestrzeni, z tarasem niemal już nad wodą. Zapowiedź miasteczka Woody Point z miejscem widokowym, z którego wyraźnie widać przystań i magazyny w Woody.

Zaraz na lewo odjazd w kierunku Gór Stołowych i rzeki Pstrąga, lecz my jedziemy prosto dalej.

W Woody Point ograniczenie szybkości do 30 km/godz, drewniany kościół przy samej szosie, sporo domów. Niektóre pięknie wykończone, obszerne rezydencje, lecz nie pozbawione lekkości. Natura dyktuje także pewien umiar w sposobie budownictwa człowieka. Kawałek pod górę i wypatrzyłem małą przystań z motorówkami i z pasmami gór w tle.

Na szczycie górki ostatnia wioska rybacka Curzon i koniec drogi. Z góry widok na rozczłonkowany półwysep i zabawnie nazwany przesmyk, The Tickle (Łaskotka), ku Wschodniemu Ramieniu fiordu.

W dole przy pomoście w kształcie litery “L”

przycumowane kutry połowowe.

Mijamy piękny drewniany dom, dookoła otoczony drewnianym podcieniem w zielonym kolorze. Od razu skojarzył mi się ze wspaniałą książką Vargasa Llosy “Zielony dom”.

Dojechaliśmy do końca drogi, ku memu zdumieniu nazwanej na mapie Highway 11, gdy tymczasem jest zwykłą szosą. Oto niedogodności języka angielskiego, czasem brak precyzji. Highway może być autostradą, lecz także szosą. Lecz jeśli sięgniemy do słownika terminów morskich, znajdziemy nieprzebrane bogactwo, np. nazwy różnych zatok. W języku polskim jest tylko słowo zatoka z dodatkami – mała, duża, wąska, szeroka lub zatoczka. Natomiast angielski ma parę określeń – bay, gulf, bight, firth, a nawet creek (mała zatoka) co, gdym naszedł po raz pierwszy, wprowadziło mnie w osłupienie. Byłem przekonany, że creek to wyłącznie potok. Przy określeniu cieków wodnych podobnie jak u nas – creek (potok), stream (strumień), brook (strumyk), river (rzeka). Co by nie mówić prawdziwym żywiołem Brytyjczyków jest morze, choć i lądem potrafili przedsiębrać niezłe ekspedycje. Pytam jakiś ludzi o słynny fiord Gros Morne, gdzie on jest? Okazuje się, że całkiem dalej, po drugiej stronie pasma gór. No to dziś tam nie dotrzemy.

Zawróciliśmy tą samą drogą. Odłożyłem aparat i chłonąłem tylko oczami, starając się nasycić na przyszłość wyobrażeniową pamięć. Lecz już w Woody Point nie wytrzymywałem, gdy na wprost wyłonił się daleko szarobrązowy masyw Gór Stołowych (Tablelands), przyozdobiony płatami śniegu. Te góry zaplanowałem także na drogę powrotną, ale widok był tak niesamowity, że poprosiłem Seweryna by skręcił w boczną ulicę, prowadzącą nad brzeg fiordu i na placyku przystanął. Przyjął mą propozycję z radością, bo prawie od ośmiu godzin siedział za kierownicą. Ja także byłem kontent, bo większość zdjęć strzelałem z ruchu. Wybrałem miejsce pomiędzy domami z małym pomostem, zrobiłem parę zdjęć,

które potem połączyłem w panoramę, niestety niezbyt udaną kolorystycznie, ale chyba oddającą ducha tego co się tutaj widzi.

Dodatkowo skręciłem film.

Gdy wracaliśmy ukazał się kościół, tak jakby go Stwórca w darze opuścił właśnie z nieba i usadził pomiędzy drzewami na stoku.

Przejazd z powrotem tą samą trasą, zawsze stwarza złudzenie szybszego jej przemierzenia. Lecz miało się już ku zmierzchowi i powietrze nasycało się innymi ingrediencjami, rozmazując miejscami krajobraz. Złudzenie, że wszystko zaczyna się już wyciszać i przygotowywać do wieczoru, a potem nocy, potęgowała jeszcze okresowa pustka na drodze. Żadnych aut i ciężarówek. Prędzej ptaka można było usłyszeć niźli warkot silnika. Dowód na wyciszanie pojawił się około wpół do szóstej, gdy tym razem z prawej, ukazała się spokojna toń jeziora Little Bonne Bay Pond.

O, właśnie, znów językowy zakrętas. Pond to przecież staw po angielsku. Widać Nufi lubią jeziora nazywać stawami, bo nazw w takim stylu tutaj zatrzęsienie.

Dobiliśmy do starej drogi 430

i znów w objęciach lasu i wzgórz.

Ponowny wjazd na teren parku Gros Morne, a tu roboty drogowe.

Nagłe ściemnienie pod wielka chmurą, poprzez którą przebija się słońce.

Za chwilę przejaśniało. Seweryn pomrukuje z zadowolenia, bo łagodnie wijące się poprzez las serpentyny.

Czasem wpadamy w rozległość wielkiej doliny, gdzieś tam na horyzoncie pozamykanej innymi pasmami wzgórz. Mijamy parking naprzeciw ślicznie położonego jeziorka obramowanego lasem. Spokojna tafla wody, cisza. Na parkingu odpoczywa kierowca wielkiej ciężarówki. Idealne miejsce na relaks. Punkt widokowy z objaśnieniami, nie stajemy, bo zaczynam się niepokoić czy zdążymy na 22 do Cow Head, na nocleg. Bagna, stawki, strumyki i świerczyna pomieszana z osiką i brzozą, a łosi jak nie było tak nie ma. Zwierzam się Sewerynowi z mego rozczarowania, a on mówi “Lepiej nie wywołuj łosia z lasu, bo jadę szybko”.

Pomiędzy drzewami prześwituje woda małej zatoki Southeast Arm, stanowiącej część wielkiego fiordu, zwanego Ramieniem Wschodnim. Szosa wielkim łukiem ją objeżdża i gnamy wzdłuż fiordu, czasem nad samą wodą. Droga z wyciętymi skałami, tylko z prawej strony, a potem nagle skalny korytarz. Miejscami przypomina nam to Patagonię.

Wschodnie Ramię jest o wiele większe od Południowego i dłuższe. Jedziemy przy nim paręnaście kilometrów. Przed Rocky Cove otwiera się krajobraz – wielki stok po prawej i rozległość fiordu po lewej. Na stok wspinają się drzewa, im wyżej tym niższe i uboższe, aż do stanu gołej skały, gdzie zalegają jeno mchy i porosty.

Fiord wyraźnie się zwęża. Wspaniale wijąca się droga z fantastycznymi widokami na oba brzegi Wschodniego Ramienia. Na drugim brzegu rozsypane domy dwóch miasteczek. Zaglądam do mapy – to Norris Point na małym półwyspie i niedaleko niego Needies Harbour.

Już jesteśmy przy końcu fiordu kończącego się bagnami. Oznaczenie szlaku pieszego do parku. Strumień Jelenie Ramię (Deer Arm), potem znak zjazdu do Norris Point, gdzie jest badawcza Stacja Morska i Akwarium. Wiele reklam różnorodnego noclegu – hotele, gospody, kempingi, B&B. Mijamy Centrum Informacyjne parku (czynne od 8.00 do 20.00), jeziorko Rocky Harbour Pond, podjazd i tablica z oznaczeniem dwóch zjazdów do Rocky Harbour. Domy miasteczka rozrzucone na długim jęzorze wzgórza, za nim dwa wysokie skaliste przylądki,

nad zatoką półkoliście zamkniętą cyplem Niedźwiedzim (Bear Cove). To część wielkiej Zatoki Św. Wawrzyńca. Po pokonaniu szczytu wzniesienia i kolejnego długiego podjazdu, za zakrętem odsłaniają się daleko po horyzont wody Wawrzyńca podbarwione początkiem zachodu słońca.

Co za przestrzeń! Droga cały czas bardzo stopniowo pod górę. Niezwykle gęste krzaki przy drodze, w głębi niewysoki las pełen świerków i jodeł. Dość spory, kamienisty strumień Bakers. Z mostu widać jego ujście do Zatoki. Teraz kilometrami niemal płasko, nagle po prawej roztwiera się obszar ogromnych łąk z trzęsawiskami, a za nimi w głębi, jakby wprost z płaskiej równiny wyrastają góry zakończone pionowymi progami.

Bagna z karłowatymi drzewami ciągną się kilometrami, całkiem niedaleko Zatoki. Osada rybacka przy cyplu Sally’s. Ściana drzew zasłania nam widok na prawo, na jakiś wielki parking. Znów zaglądam do mapy. Tam po prawej, za drzewami, kilkadziesiąt mniejszych i większych jezior i jedno olbrzymie Western Brook Pond, gdzie jest ów wymarzony fiord ze wspaniałym widokiem ze szczytu.

Zdjęcie z Internetu

Topografia okolicy nieprawdopodobna. Dawne połączenia z Zatoką Św. Wawrzyńca zerwane i poplątany układ cieków wodnych z powodu działania lodowca. Jedno połączenie z olbrzymiego jeziora fiordowego – Western Brook, poprzez system naturalnych kanałów i małych jezior, aż do ujścia do oceanu strumienia Zachodniego (Western Brook). Dalej ku północy jezioro Dwóch Mil (Two Miles Pond), z wianuszkiem małych jezior i oczek wodnych, kompletnie odciętych od oceanu i zaraz na wschód, przy miasteczku St. Pauls, spora zatoka z wąskim przesmykiem ku kolejnej zatoczce, a z niej dopiero wyjście na Wawrzyniec. Wystarczy spojrzeć na mapę lotniczą, gdzie Western Brook Pond, w części po lewej stronie, ma profil azteckiego wojownika z muru świątyni w Tenochtitlan.

Długi, łagodny zakręt i znów pasma po prawej przytłumione cieniami,

a kamieniste zatoczki po lewej.

Z dala ukazuje nam się cel naszej jutrzejszej wyprawy.

Następna fotka w pełnym pędzie, wprost z otwartego okna.

Już mi podchodzi adrenalina na myśl o zobaczeniu z góry wspaniałego fiordu. Jedziemy cały czas prosto, a tu nakładające się gigantyczne bochny, najdalszy w głębi spowity światłem.

Droga prosto koło Rocky Pond, znów ciemne chmury nurzające krajobraz w czerniach.

Przebijamy się przez przelotny deszcz. Po tamtej stronie czyste niebo, góry w kolorach.

Lecz za parę minut znad moczarów unoszą się wieczorne zamglenia snując pastele po wzgórzach.

Setki oczek wodnych i płożące się krzaki. Szosa tak wykręciła, że jesteśmy teraz na wprost gór, które schodzą stopniami na obie strony. Miasteczko Saint Pauls, wpadamy na most przez zatokę,

nader zadowoleni, bo świetnie wyrobiliśmy się z czasem przy tak napiętym planie dnia. Nie trzeba nigdzie dzwonić, bo już jesteśmy parę kilometrów od celu. Mamy wpierw dotrzeć do jakiegoś motelu.

W pustkowiu szosy stacja benzynowa z barem. Głodni jesteśmy niemożebnie, ale zjemy coś dopiero w Krowiej Głowie (Cow Head). Wzgórza nie zamierzają nas odstąpić, cały czas ciągną się po prawej. Niebieska tablica z napisem Cow Head, pod nim nazwa naszego noclegu – Bayview Bed& Breakfast. Po chwili strzałka w lewo, skręcamy i jazda jak po stole. Płasko, drzewka, łąki, płasko. Oczywiście nazwa drogi Main Street, herb miasteczka, większość parterowych domów. Ulica się rozwidla, zawahanie – w prawo czy lewo? Decyduję w lewo, źle, ulica się kończy ślepo, zawrotka i prosto. Nie zauważyliśmy motelu, bo zasłaniało go parę autobusów. Dojechaliśmy do naszego domku, drzwi zamknięte, nikogo nie ma. Dzwonię do właścicielki i informuje mnie, iż mam najpierw pójść do motelu po klucze. Na szczęście motel parę domów dalej.

Wchodzę tam i mnie zatkało. Spory, gwarny tłum ludzi. Restauracja nabita, możemy w niej jutro zjeść śniadanie, które mamy opłacone. Pobieram klucz w portierni od nader zajętych pań. Wycieczki emerytów mają to do siebie, że parę osób jednocześnie zadaje pytania. Nie ma szans na kolację tutaj, ale już wcześniej wpadłem na pomysł zrobienia jej w miejscu noclegu. Na szczęście jest pełne wyposażenie kuchni. Dom nader urokliwy, nad brzegiem zatoki. Pokój mamy od strony morza, z widokiem na wąską groblę, która prowadzi na półwysep o kształcie właśnie krowiej głowy. Oczywiście fałszywa informacja na tablicy – dom z widokiem na ocean. To przecież Zatoka Św. Wawrzyńca, a nie Atlantyk. Ocean to dla mnie brzeg otwarty na przepaść wody. A Św. Wawrzyniec rozkracza się pomiędzy Quebec, Nową Szkocją i Nową Fundlandią. I gdzieś tam, pod brzuchem, ma wyspę Księcia Edwarda. Nawet cieśnina Cabot’a to tylko penetracja oceanu, strefa mieszania wód z rzek, zatoki i oceanu.

Krótki spacer brzegiem zatoczki z robieniem zdjęć. Okolica na lewo,

na prawo

i najbliższe sąsiedztwo.

Dodatkowo robię film, bo woda w zatoce jak w jeziorze. Bezruch o zmierzchu.

Seweryn jakiś nabzdyczony, zrobiłem kolację i ponieważ dalej tkwił w ponurym nastroju, poszedłem znów na spacer nad zatokę.

Rozlewał się zachód słońca,

łaziłem między kamieniami,

wodorostami i muszlami,

zdejmując grafikę litoralu.

Cow Head ma 475 mieszkańców, piaszczystą plażę o długości 10 kilometrów (jedna z najdłuższych na wyspie). Ale średnia temperatura wody latem wynosi 12° C, czasem dochodzi do 16, a tylko w nader płytkich zatokach jest nieco cieplejsza. Niestety niedaleko stąd, po drugiej stronie Zatoki, przy Labradorze, przemyka odnoga zimnego prądu Labradorskiego.

Wąski przesmyk, łączący “głowę” z lądem stałym, został uformowany przez lokalny strumień. Ów półwysep nazywany jest Letnisko (Summerside) i pomieszkuje się tam latem. Z końcem sezonu połowowego, w październiku, mieszkańcy przemieszczają się na Zimowisko (Winterside), które jest w zasadzie centralnym punktem miasteczka. Do najbliższego ośrodka zdrowia i szpitala jest około 60 km. Poza plażą najbardziej znanym punktem w miasteczku jest zawodowy teatr na wysokim poziomie. Co roku odbywa się tu festiwal teatralny (Annual Gros Morne Theatre Festival – w 2017 był już po raz dwudziesty drugi).

Do auta po butelkę wina. Zdjęcie naszego „pałacu” od frontowego podwórka.

I pokusa ponownego spojrzenia z małego tarasu na zatokę.

Nierealnie. Jestem na Nowej Fundlandii, po drugiej stronie Zatoki Św. Wawrzyńca. Wśród gór o których nie miałem pojęcia. Jako geograf wiedziałem, że są na Wyspie resztki pasm Appalachów, ba, widziałem je 33 lata temu w Nowej Szkocji. Lecz tu wyglądają inaczej. Bardziej dziko, wyżarte oceanem, z tysiącami zatok, cypli, półwyspów. Przerzucanie zdjęć do foldera i koło północy do łóżka, bo jutro znów intensywny dzień.

Starcie z Sewerynem, który próbuje zarwać kolejną noc i czyta w ciemnościach na tablecie, czym rozświetla cały pokój. A kiedy, po zburczeniu, próbuje chować tablet pod kołdrę, wsiadam na niego ponownie. Nie powinien zarywać kolejnej nocy. Jest po ataku serca, o którym nawet nie wiedział. Wykryto go podczas rutynowej wizyty u lekarza. Potem w lutym tego roku miał zapaść, wylądował w szpitalu i wstawiono mu stenty. W końcu go przymusiłem do spania.