Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

11 – 16 kwietnia, 2014 – Puerto Montt

11.04. (piątek)

Rano niestety zachmurzenie i bez widoku wulkanów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po późnym śniadaniu, od 11 zaczęliśmy opracowywać wspólnie ostatni odcinek podróży w Chile – stąd do Santiago. Przed południem wypogodziło się

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i już chcieliśmy ruszyć, gdy nagle przyszła fala intensywnego deszczu,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

który smagał daszek pod naszym oknem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zabrałem się przeto za plan wypraw po okolicy, potem szukałem nowego hotelu. Znów przejaśnienie,

135r

lecz już nie dowierzałem i aż do 15.30 wyszukiwałem dane z przewodnika i Internetu. Postanowiliśmy solidnie odpocząć i spędzić tu sześć dni, czyniąc Puereto Montt naszą bazą wypadową.

O 16-tej poszliśmy do informacji turystycznej na placyku koło hotelu. Bardzo miły i uczynny chłopak, swobodnie mówiący po angielsku, dał nam mapy i poradził co powinniśmy zobaczyć. Sprostował moją błędną informację – w 2011, z pokładu statku, widziałem wulkan Calbuco, nie Osorno. Najbardziej ucieszyło mnie, że plan dotarcia na wielką wyspę Chiloe stawał się całkiem realny.

Wiedziałem, że na pewno zawitamy do parku Alerce Andino, bo wciąż pamiętałem wizytę z 2011 roku, gdy z młodym przewodnikiem brnęliśmy w okresowych falach deszczu, po wąskich ścieżkach, pośród dziko splątanej roślinności i wysokich drzew. Szliśmy przez strumienie po kładkach lub kamieniach, wciąż brnąc pod górę. I napotkaliśmy szeroki, rwący strumień, nad nim zwalony długi pień i wyczułem, że młodzian chce mnie wypróbować, czy jestem miejskim safandułą i czy zdołam przejść na drugą stronę. Miałem duszę na ramieniu, bo w dole szumiała bystra woda, nie było się czego przytrzymać, pień był omszały, mchem pokryty i śliski. Udało się.

Przysiedliśmy pod jakimś krzakiem zjadając kanapki przyszykowane na lunch przez biuro podróży. Bo wszystko miałem zorganizowane i opłacone i tylko przekazywano mnie z rąk do rąk. Wtedy przewodnik powiedział, że ludzie na południu Chile są wdzięczni generałowi za wybudowanie Carretery Austral. I że jego ojciec był pułkownikiem lotnictwa zaangażowanym w poparcie Pinocheta. Milczeliśmy, a potem dodał „Nie lubiłem starego, gdy podrosłem i dowiedziałem się co było. Teraz złagodniałem i sądzę, że tego tak łatwo nie da się zaszufladkować”. I znów milczenie, bo przecież żaden argument nie przekona mnie, że generał był dobrotliwy i działał w imię wyższych celów. Powiedział kiedyś tak jak nasz generał – „Historia mnie oceni”. W moich oczach byli już ocenieni z kretesem. Bo wyższe cele okazują się potem małymi, nieraz wręcz nędznymi celami.

Po lunchu wspięliśmy się jeszcze wyżej i po pół godzinie stanęliśmy pod ponoć najstarszą, żyjącą istotą obu Ameryk – liczącym około cztery tysiące lat drzewie alerce o strzelistym, czerwonawym pniu, przyozdobionym rozłożystą koroną na podniebnych wysokościach. Chciałem znów tam się znaleźć, na swój pamiętliwy nos, bez przewodnika, by ponownie dotknąć pnia i poczuć zaklętą w nim trwałość i moc.

W Puerto Montt zakończyliśmy peregrynacje po Carretera Austral i byliśmy usatysfakcjonowani, że przejechaliśmy ją prawie całą, za wyjątkiem małego odcinka pomiędzy Hornopiren i Montt.

135s Carretera Austral

Mapka z Internetu

Ta droga, nazywana przez mniej romantycznych osobników po prostu Siódemką, z początku była Carreterą General Augusto Pinochet. Potem przechrzczono ją na przyjemniejszą o wiele nazwę – Austral (Południowa).

Już wiedzieliśmy, że wzdłuż niej mieszka mało ludzi, ale dobrze poznaliśmy ich uczynność i miłe obejście. Gdyby nie bariera hiszpańskiego zgadalibyśmy się pewnie głębiej i rozleglej. Czasami szczątkowa znajomość języka wymusza maksymalną zwięzłość i precyzję, elementy całkowicie niemal wyrugowane z gadulstwa współczesnego i rozgęgania świata istot jedno-komórkowych. Z drogi korzysta w sumie około 100 tysięcy ludzi, najludniejszym miastem przy niej jest Coyhaique (ponad 44 tysiące mieszkańców).

Budowę Carretery rozpoczęto w 1976 roku i stała się najambitniejszym projektem chilijskim wieku XX. Poprzednie próby, w latach 50-tych i z początku 70-tych, były nieudane. Droga ma wielkie znaczenie strategiczne z powodu niedostępności wielu terenów na południu Chile. Poza stromymi górami z licznymi lodowcami, fiordami, kanałami i przesmykami, większość terenu pokrywa gęsty las.

135t carretera austral

Z Internetu

Komunikacja wodna i powietrzna jest bardzo utrudniona zimą, często  z powodu ekstremalnych warunków. Przez dziesięciolecia komunikacja odbywała się przełęczami andyjskimi na stronę argentyńską i z powrotem. Jednakże na przeszkody naturalne nakładały się jeszcze przeszkody natury politycznej. Najdobitniejszym tego przykładem był ostry konflikt pomiędzy Chile i Argentyną w latach 70-tych, dotyczący spornych terenów granicznych w rejonie Ziemi Ognistej.

Poszło o przynależność trzech wysepek – Picton, Lennox i Nueva oraz morską jurysdykcję wokół tych wysp, co spowodowało, że oba państwa znalazły się w 1978 roku na krawędzi wojny. Należy pamiętać o tkwiących po obu stronach wielce nastroszonych generałach, próbujących wzbudzać jak najwięcej patriotycznego zapału, by tym sposobem zakryć niedogodności w kraju i skierować gdzie indziej uwagę społeczeństwa. Zabieg znany od wieków i wielokrotnie przećwiczony.

Wysepki mają strategiczne położenie na południowej krawędzi Tierra del Fuego i przy wschodnim wyjściu z kanału Beagle. Ten kanał, cieśnina Magellana i Przejście Drake’a są jedynymi trzema drogami wodnymi na półkuli południowej pozwalającymi przejść z Atlantyku na Pacyfik. Międzynarodowy arbitraż przyznał owe wyspy Chile, co doprowadziło do wściekłości argentyńską juntę. Konflikt zaczął się już w 1904 roku, kiedy Argentyna oficjalnie zażądała wysp będących w posiadaniu Chile od 1881 roku. W ciągu wielu lat toczyły się negocjacje, dyskusje przeradzały się w kłótnie, interweniował międzynarodowy trybunał i w końcu osiągano jakieś porozumienie.

Tym razem w sporze interweniował Jan Paweł II, który doprowadził do zgody obu stron i zawarcia układu w roku 1984. Argentyna uznała prawo Chile do wysepek, uregulowano zasady żeglugi, morskich granic na południe od przylądka Horn i wytyczono granice cieśniny Magellana. Potem Chile postanowiło wzmocnić swoją obecność w tym rejonie i uzyskać połączenie lądowe z resztą kraju, poprzez wybudowanie specjalnej drogi. Zaplanowano ją na szczeblu rządowym, wykonawstwo zlecono Korpusowi Inżynieryjnemu Armii Chile. Przy budowie pracowało przeszło 10 000 żołnierzy i wielu z nich zginęło. Carretere otwarto dla ruchu w 1988 roku, następnie pociągnięto ją dalej w latach 1996, 2000 (do Villa O’Higgins), 2003 (do Tortel) i obecnie trwają prace na odcinku poprzez park Pumalin. Istnieje także plan przedłużenia drogi do regionu Magallanes – 935-kilometrowy odcinek do Puerto Natales, który będzie miał dziewięć przepraw promowych.

Jest to jedna z najpiękniejszych tras na świecie i rząd chilijski i Ministerstwo Turystyki czeka nie lada zadanie – rozsądnego uregulowania ruchu turystycznego, aby rejon nie uległ zniszczeniu z powodu wielkiego napływu ludzi. Nasz przejazd autem był wspaniały i mogliśmy tylko żałować, iż nie włóczyliśmy się wolniej, z dłuższymi pobytami w danym miejscu, połączonymi z wypadami po okolicy. Patagonię przemierzyliśmy w dwa miesiące. Dziś wiem, że powinny to być trzy-cztery miesiące. Najlepsze byłoby przemierzanie szlaku co najmniej przez pół roku.

Przedsmakiem niech będą te dwa linki do Yuotube, po których można wgłębiać się dalej, bowiem ludzie z chęcią dzielą się swoimi wrażeniami. [https://www.youtube.com/watch?v=OV6Z5tfSnEY   i https://www.youtube.com/watch?v=_NNYYJ89lCc]

Carretera jest bardzo popularna wśród rowerzystów (głównie latem – od grudnia do końca lutego), lecz jest to na pewno powiązane ze sporym wysiłkiem. Szutrowa droga wymaga dobrego roweru (górski lub turystyczny), bocznych toreb, zapasowych opon i dętek. Przydatna jest mocna taśma klejąca, elastyczne zapinki, zatrzaskowe torebki. Ważne jest ubranie, przede wszystkim zabezpieczające przed deszczem i wiatrem. Dobry namiot jest bardzo przydatny i można go rozbijać gdzie dusza zapragnie, za wyjątkiem wydzielonych miejsc w miastach i miasteczkach. Nie ma problemu z żywnością, lecz warto zaopatrzyć się w nią na dwa-trzy dni. Sjesta jest świętym obowiązkiem, któremu z przyjemnością należy się poddać.

Nie ma trudności z mapami, bowiem znajdzie się je w lokalnej informacji turystycznej, darmowo, włącznie z małymi przewodnikami. W większości miejsc można używać komórkę (odblokowaną), należy tylko dokupić miejscową kartę SIM, przy czym poleca się dwie firmy – Entel i Movistar. W bibliotekach publicznych jest z reguły darmowy internet.

Jedynym i to dokuczliwym problemem jest brak wymiany pieniędzy w automatach, a nawet w bankach (nam się udało jedynie w dwóch miejscach: Puerto Natales i Coyhaique). Karty kredytowe z reguły nie są uznawane. Należy zaopatrzyć się z góry w gotówkę w postaci wymiany na peso, szczególnie gdy się zaczyna podróż po Carreterze od południa.

Ostatnia rada – nigdy, przenigdy nie należy ustalać sztywnej ramówki podróży. I należy pamiętać o lokalnym, patagońskim powiedzeniu – „Ten kto się spieszy, daleko nie zajedzie”. Dobre rady na podróżowanie rowerem po Carretera Austral można znaleźć pod: [http://wikitravel.org/en/Carretera_Austral]

Podjechaliśmy do nowego hotelu „Le Mirage”, zaledwie paręset metrów od głównego placu i starego hotelu, i zarezerwowaliśmy od jutra pięć noclegów. Standard był niższy, ale przytulniej, bez tego biznesowego szpanerstwa w „Gran Don Vincente”, który w porównaniu z rokiem 2011 podupadł. Rano, przy śniadaniu w formie bufetu, znowu ten sam denerwujący widok – młodzi kelnerzy i kelnerki stojący pod ścianą na baczność i popatrujący na nas, aby w mig wyprzedzić nasze życzenia. Czułem się skrępowany i zażenowany, tym bardziej, że obsługa była spięta i wręcz nienaturalna. Muszą tam mieć okropnego, biurokratycznego szefa, przerabiającego ludzi na automaty. W nowym hotelu było swobodniej i po ludzku. Oczywiście o wiele taniej, pokój mały, z malutką łazienką, na dole jadalnia z telewizorem i ewentualne miejsce do pracy na komputerze. W obsłudze dwa miłe dziewczątka z niezłym angielskim i starsza pani szykująca posiłki oraz pomocnik w średnim wieku.

Nastąpił czas rozliczenia się z wynajętym autem, w firmie „Alamo”. Już po drodze Seweryn rozpatrywał różne, raczej ponure scenariusze. Do biura „Alamo” był spory kawałek. Mieści się na lotnisku, parę kilometrów od miasta. Lotnisko zaskoczyło nas nowoczesnym i przyjemnym wyglądem.

135u

Szybko odnaleźliśmy nasze biuro wynajmu. Różne inne wypożyczalnie były umieszczone obok siebie, co nam ogromnie pomogło, bo nasz urzędnik nie mówił po angielsku, a w sąsiednim „Hertzu”, była bardzo uczynna panienka, która podjęła się roli tłumaczki. Daliśmy wszystkie papiery i wytłumaczyliśmy, iż chcemy oddać auto i wynająć nowe.

Zaczęło się dzwonienie do centrali w Santiago, potem do Punta Arenas, bo w centrali nie spodobało się, iż tam zmieniliśmy wynajęcie na trasę tylko do Puerto Montt. Potem trudności się piętrzyły. Nie było mowy na odliczenie z kosztów powrotu auta, co – jak już wspomniałem – było nieprawdopodobnym oszustwem stale uprawianym w obu Amerykach, pod pretekstem, że ktoś musi zawieźć auto z powrotem, do miejsca wynajęcia. Jest to szyte grubymi nićmi, bo przecież firma ma pulę aut i one spokojnie krążą pomiędzy głównymi miejscami wynajęcia. Zresztą innych nie ma – tylko stolice prowincji mają biura i park wynajmu.

Seweryn przechodził samego siebie, z zapałem uprawiał teatr jednego aktora (dramatycznego ma się rozumieć) aż, jak to on, przesadził. Wpadł w panikę i wszystko mu się pokręciło. Tłumaczka, młody urzędnik i ja, zagubiliśmy się z kretesem i zrobiło się ogromne zamieszanie. Okazało się, że wynajęcie nowego auta w ogóle się nie opłaca finansowo i najlepszym wyjściem jest udanie się poczciwym Nissankiem do Santiago i tam ewentualnie powalczenie o nieco mniejsze koszty. Bo te koszty, mimo iż dzielone na pół, doprowadzały Seweryna do tzw. strachulca połączonego z nerwulcem. Gdy wreszcie uregulowaliśmy wszystkie sprawy, poczułem się jak po długim biegu z przeszkodami. Lecz wsiadając do Nissanka, który tak świetnie się spisywał, poczułem ulgę i przekonanie, że na pewno do Santiago dojedziemy w dobrej formie. I my i on.

Na kolację zaszliśmy do tej samej knajpy co wczoraj, która pamiętałem z pierwszego pobytu, nie tylko z racji niezłego jedzenia, ale panującej wewnątrz atmosfery i napakowanej codziennie gośćmi, co tylko wystawiało jej dobre świadectwo. Jedynym mankamentem było kilka ekranów telewizorów, z których lała się ciurkiem muzyka z videoklipami, pełnymi erotycznych dziewczyn i chłopaków w stylu, jak mawiała Irena Kwiatkowska – bierz mnie, gryź mnie i dewastuj. Niekiedy przeplatano muzykę piłką nożną, w dniu ligowych rozgrywek. A właśnie sezon pierwszej ligi chilijskiej dobiegał końca.

Kupiłem butelkę wina i wypiliśmy ją w hotelu. Potem Seweryn poszedł do hotelowego holu by popracować na kompie, a ja brodziłem po Internecie w poszukiwaniu dodatkowych danych. I znalazłem przepiękne zdjęcie Parku Conguillio, obok którego przejeżdżaliśmy wczoraj.

135w Parque Nacional Conguillío

Z Internetu

Późnym wieczorem sfotografowałem znów nabrzeże z molem, które dziś było w innym kolorze.

135x

Uzupełniałem notatki do późnej nocy. Około drugiej wrócił Seweryn, rozsierdzony, bo portier wygonił go z holu do pokoju. Żadne tłumaczenia i ważkie argumenty – jestem dziennikarzem, przecież siedzę cicho, nikogo tu nie ma, nie przeszkadzam, itp.,itd. – nie poskutkowały.

12.04 (sobota)

Dzień totalnego odpoczynku. Od dziesiątej zamglenia przypominające wrześniowe poranki w Sopocie, nad morzem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Główny plac z boku hotelu, bo „Vincente” stoi frontem do nabrzeża,

135z

w jasnoniebieskich melancholiach stopniowo rozjaśnianych koło fontanny przygrzewającym słońcem.

136

Zjedliśmy późne śniadanie, zatargaliśmy bagaże do auta, które stało na pożałowania godnym, ciasnym parkingu hotelowym, przypominającym klepisko pokryte wyrwami z wodą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Byliśmy zablokowani przez inne auto, musiałem wrócić do hotelu i poprosić o odszukanie właściciela. Na szczęście znalazł się w miarę szybko i przed południem dotarliśmy do nowego miejsca – „Le Mirage”.

Korzystając z dobrej pogody ruszyliśmy do miasta. Przejechaliśmy wzdłuż nabrzeża i wtedy, po drugiej stronie zatoki, wynurzył się zza wzgórz rozległy wulkan Calbuco. Gdy dopłynąłem tutaj wieczorem, trzy lata temu, Calbuco mnie zdumiał swoim drapieżnym pięknem.

136b

[jedno z ocalałych zdjęć z roku 2011]

Tym razem pokazał mi się od strony lądu

136b1

schowany za nadbrzeżnymi wzgórzami.

136c

Postanowiliśmy wjechać na górną część miasta i zobaczyć je z góry. Na jednym ze skrzyżowań zobaczyliśmy oznaczenia, które trzy lata temu, w Santiago, doprowadziły nas niemal do paniki. Otóż w Chile, w dużych miastach, gdy droga ma trzy czy cztery pasy, o określonej godzinie potrafią je skierowywać w przeciwnym kierunku. Będąc w Santiago, gdy zapaliło się zielone światło na naszym pasie i sąsiednim, nagle zobaczyliśmy ruch z przeciwnego kierunku. Ruszyła na nas ława samochodów. W ostatniej chwili, kierowani przez komórkę głosem Claudia, skręciliśmy gwałtownie w prawo unikając kolizji. Proszę przyjrzeć się zdjęciu

136d

– od 7 do 10 rano dwa pasy (dos pistas) z prawej mają nakaz ruchu na wprost, lewy w przeciwnym kierunku. Po dziesiątej, przez resztę dnia na wprost tylko jeden pas ruchu (resto del dia una pista), ten po prawej, a pozostałe są z naprzeciwka.

Podjechaliśmy na jedno ze wzgórz nad miastem, wspinając się krętą drogą na coś w rodzaju płaskowyżu, po którym wczoraj jechaliśmy do lotniska i biura wynajmu aut. Zaparkowaliśmy w uliczce i doszliśmy piechotą do miejsca skąd rozpościerał się widok na miasto.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tego dnia pacyficzna zatoka Ancud wyglądała jak staw.

136f

136g

Gdzieś z boku poszczekiwał pies, mocno przygrzewało słońce i wiatr niósł ku nam dwa zapachy – bliski, dojrzałych jabłek w ogrodzie

136h

i daleki, słonawy zapach Pacyfiku.

136i

Poczuliśmy głód i poprzez kawałek Panamericany Sur, dotarliśmy do Parque Industrial, na rondzie skręt w Salvadora Allende (ulicy Pinocheta nigdzie nie ma, w całym Chile) i dojazd do końcówki głównej ulicy nabrzeżnej – Juan Manfredini (tam zaczyna się siódemka czyli Carretera Austral), która z eleganckiej jezdni przechodzi w nieco zrypaną nawierzchnię ulicy Diego Portales, prowadzącej do portu i głównej przystani promowej żeglugi pasażerskiej. Pomiędzy Costanerą a Manfredini, blisko skrzyżowania które mijaliśmy, na ulicy Portales mieści się miejskie muzeum im. Jana Pawła II, nazwane tak od czasu jego wizyty w Puerto Montt w 1987 roku. We wszystkich krajach Ameryki Łacińskiej jest wiele ulic, placów, pomników, tablic pamiątkowych tyczących Juan Pablo Segundo, czyli Karola Wojtyły. W każdym kraju latynoskim, w którym byłem, na zapytanie dlaczego Jan Paweł II jest tutaj tak popularny, wręcz uwielbiany przez ludzi, padała z reguły ta sama odpowiedź – „bo okazywał nam szacunek”. Proste, prawda? Muzeum było w renowacji i termin jego otwarcia przewidywano na czerwiec 2014 roku. *¹

W życiu tak już jest, że od świętości można szybko przejść do bardziej odległych rejonów. I takim była mała knajpka do której zaszliśmy. Nieco obskurna, wydłużona w głąb domu, ale z całkiem dobrym jedzeniem. Dwa stoliki za nami siedziały trzy osoby – ona, odzwierciedlająca jeden z najstarszych zawodów świata i dwaj towarzyszący jej mężczyźni. Widać było, że są jeszcze na rauszu po ostatniej nocy i byli w okresie wznoszenia się i wchodzenia w sobotę, przy pomocy piwa i lokalnego, taniego brandy zwanego „Once” (jedenaście). Once jest eufemizmem określającym nazwę owego brandy, składającą się z jedenastu liter – aguardiente. Po pracy mężczyźni szli na „jedenastkę”. Nazwa była tak popularna w Puerto Montt i okolicznych miastach, że potem popołudniowe posiłki, koło godziny piątej po południu, zostały nazwane „Jedenastką” i takowe wywieszki można zobaczyć w wielu barach i restauracjach.

Skojarzyłem to z autentyczną anegdotą z Sopotu, z końca lat 60-tych. Otóż w lokalu zwanym „Alga”, były urządzane popularne „fajfy” (z angielskiego five o’clock”) czyli spotkania o piątej po południu. Już mieliśmy zapędy do używania języka angielskiego i zrozumiałego wtedy, w komuchowatych i siermiężnych czasach, snobowania się na zachodnią modłę. I kiedyś, na drzwiach „Algi” pojawiła się wywieszka – „Dziś five o’clock wyjątkowo o siódmej”.

Przyszła fala, wyjąłem komórkę i zapisałem:

sobota 12.27

lokalna panienka obyczajów zmiennych

w czerwonym

wprost uroczym kapelusiku

w towarzystwie dwóch

szemranych dżentelmenów

rozpoczyna późne

sobotnie popołudnie

w Puerto Montt

w cieniu wulkanu

wezbranych namiętności

Podjechaliśmy kawałek dalej, do miejskiego targu i szukaliśmy miejsca do parkowania. Tak jak w Polsce, przy parkingu kręcił się człowiek o wyglądzie lokalnego menela i pokazywał nam gdzie mamy zaparkować. Ponieważ Seweryn zabrał ze sobą oznakowanie inwalidzkie auta, tak jak w wielu innych miejscach na świecie, parkowanie mieliśmy za darmo. Gość był nieco rozczarowany, więc dałem mu trochę drobnych, co skłoniło go później do wydajnej pomocy, gdy wyjeżdżaliśmy z zatłoczonego parkingu. Był weekend i mnóstwo ludzi korzystało z dobrej pogody, robiąc zakupy, spacerując całymi rodzinami lub przesiadując w restauracjach na nabrzeżu.

My także przespacerowaliśmy wzdłuż nabrzeża, znów wzbudzając dyskretne zainteresowanie, za wyjątkiem dzieci, które przypatrywały nam się wprost ze zdumieniem lub ogromną ciekawością. Nasze dwa siwe łby i niebieskie oczy wyróżniały nas w natłoku czarnych włosów, nieraz o metalicznym połysku ciemnego fioletu i równie ciemnych oczu. W odnodze zatoki stał kolorowy prom,

136j

nad naszymi głowami krążyły stada wielkich sępów czatujących na coś do jedzenia.

136k

136l

Zza chmur znów wychynął Calbuco, jeden z najbardziej aktywnych i niebezpiecznych wulkanów chilijskich.

136m

Wulkan był niesamowicie aktywny w czasach Plesistocenu i Holocenu, lecz prawdziwy popis dał na przełomie lat 1893/94. Była to najpotężniejsza, zanotowana eksplozja, w dziejach Chile. Zniosła ona cały czubek góry, po stoku sunęły gorące lahary a wulkaniczne bomby, o średnicy 30 cm, rozrzuciło na odległość ośmiu kilometrów od krateru. W odległym o 120 km w linii prostej Bariloche, przez parę dni panowały ciemności. Następne mocne eksplozje miały miejsce w 1917, 1929 i 1961 roku. Ta ostatnia posłała w niebo kolumnę popiołu na wysokość 15 km. Ostatnia erupcja, trwająca cztery godziny, była w 1972 roku. Potem już tylko czasami dymiło, szczególnie w maju 1995 roku.* ²

Gdy znajdzie się dobry punkt obserwacyjny, najlepiej na pobliskiej miastu wyspie Tenglo, przy dobrej pogodzie można zobaczyć trzy wulkany – całkiem blisko Calbuco i Osorno na północnym-wschodzie i odległy Yate na południowym-wschodzie.

136m1 puerto montt i cruce andino

Schemat z Internetu

136n puerto montt

Z Internetu

Są położone na tej samej długiej, wulkanicznej linii równoległej stykowi dwóch płyt kontynentalnych – pacyficznej, cięższej i wchodzącej pod lżejszą, południowoamerykańską. Na tej samej linii leżą wulkany Corcovado, Chaiten czy Minchinmavida.

Godzinny spacer po nabrzeżach portu odbyliśmy w bardzo dobrej pogodzie.

136o

Przy zatoczce Angelmo

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

136q

doszliśmy do zespołu sklepów i restauracji, zwanych Chilotito Marino, serwujących głównie potrawy z ryb i owoców morza.

136r

136s

Przecięliśmy lokalne targowisko,

136t

na którym sprzedawane są wyroby rzemieślnicze, w tym najlepsze w Chile wyroby z wełny (szale, swetry, ubrania, makatki, małe dywany) z wyspy Chiloe i licznych wysp leżących blisko Montt, w zatoce Ancud, włącznie z największą – Isla Tenglo.

136u

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na tych wyspach i wzdłuż terenów nad długą i wąska zatoką Reloncavi, hoduje się owce dostarczające wełny do pięknie barwionych, robionych ręcznie wyrobów. Sprzedają tu także lapis lazuli, który można znaleźć jedynie w dwóch miejscach na świecie – w Afganistanie i Chile.

Zawróciliśmy w przeciwnym kierunku, dochodząc do kapitanatu portu i siedziby biura żeglugi patagońskiej – Navimag,

136y

znanej mi z 2011 roku. Tu też nastąpiły zmiany na lepsze. Teren uporządkowano, przystań promową rozbudowano.

136x

Stąd poszliśmy z powrotem na parking i po drodze zauważyłem dwie osobliwości. Pierwszą – typowe dla Ameryki Południowej słupy elektryczne z niesamowitą plątaniną drutów

136z

i drugą – grube drzwi z drewna, ponabijane ćwiekami przy ulicy Angelmo 1878.

137

Mieści się tutaj port Angelmo, z przystanią promów do Puerto Natales, laguny San Rafael, Aisen a nawet do gorących źródeł Puyuhaupi. Stąd także liczne łodzie, szkunery i żaglówki płyną do wysp w przesmyku Reloncavi i dalej na południowy-zachód, do wielkiej wyspy Chiloe.

Korzystając z dobrej pogody podjechaliśmy na główny plac (oczywiście, jak to w Chile, o nazwie Plaza de Armas)

137a

i poszliśmy na spacer na molo. Przed nami była toń Pacyfiku,

137b

za nami, po prawej nowoczesne centrum handlowe z hotelami,

137c

po lewej „Gran Vincente”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zrobiłem zdjęcie naszej knajpy z wczorajszej kolacji – Tablon del Ancla”,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

ze stojącym naprzeciw pomnikiem niemieckich osadników, którzy przybyli tu w połowie XIX wieku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wróciliśmy na ulice Racangua do „Le Mirage”, gdzie na rogu budynku, dumnie widnieje wielkie, prostokątne płótno z widokiem wieży Eiffela. Cała, główna ściana hotelu, jest z wielkich tafli szkła, w których z kolei są umocowane mniejsze okna pokojów.

Chcieliśmy sprawdzić maile, ale jak to często bywa, były zakłócenia w łączności internetowej. Do późnego wieczora czytaliśmy książki i uzupełnialiśmy nasze notatki z podróży. Mieliśmy nadzieję, że pogoda się utrzyma i pojedziemy jutro do parku narodowego Alerce Andino.

Późnym wieczorem, przed dziesiątą, poszliśmy na kolację do restauracji, którą wcześniej zoczyłem z auta. „Fogon del Leandor – Molina”mieści się na tej samej ulicy co nasz hotel – Rancagua 246, przy rogu z Rengifo.

137g Fogón-del-Leñador-Puerto-Montt

Z Internetu

Piętrowy budynek jest wyłożony drewnem na zewnątrz, w środku kamień i drewno, pomieszczenie w stylu rustykalnym. Na ścianach obrazy, makatki wełniane, ozdoby z drewna i metalu oraz wypchane głowy zwierząt.

137h fogon-del-lenador

Z Internetu

Otwarta osiem lat temu, w roku 2010 miała już chicureo, czyli rodzaj długiego rożna, na którym piecze się różne gatunki mięsa. W czwartki i soboty muzyka na żywo i DJ. Restauracja oferuje przyjęcia dla rodzin (jest specjalny kącik zabaw dla dzieci), urządza wesela i bankiety. Tradycyjnie otwarta dopiero od 20.30.

Na początku wjechały ciepłe bułeczki, ze znaną nam, ostrą sałatką pebre. Wyborne jedzenie (specjalizacja – mięsiwa z rusztu) i spory wybór bardzo dobrych win. Zjadłem comber barani w grzybach i żurawinie, z pieczonymi ziemniakami i sałatą. Wina nie zamawia się na kieliszki, od razu podają całą butelkę. Gdy zostanie niedopita, zabiera się ją ze sobą. Opędziłem się od deseru, dałem się jedynie skusić na małe espresso, które było przyrządzone w najlepszym europejskim stylu, jako macchiato.

Gdy opuściliśmy restaurację zerwał się mocny wiatr. Przy wejściu do hotelu zaczęła się gwałtowna ulewa. Na szczęście Nissanka parkowaliśmy blisko chodnika i tylko lekko nas zmoczyło. Seweryn zszedł do jadalni na komputerowe posiedzenie, ja zaparzyłem sobie dziką różę, bo wciąż nieco telepało mnie przeziębienie. Koło pierwszej w nocy zszedłem na dół i zapowiedziałem Sewerynowi, aby nie ważył się wracać nad ranem, bowiem pokój nasz był mały i na pewno by mnie obudził.

Uratował mnie brak połączenia z Internetem. Seweryn szybko przyszedł na górę zły i podenerwowany, a także zbity z tropu. Gdy walczył zaciekle z kompem, pojawił się niziutki mężczyzna (potem okazało się, że to jeden z portierów i pomocników zarazem), który włączył telewizor na kanał jakiś nawiedzonych ewangelistów i na cały głos powtarzał za pastorem śpiewne zawołania, potem padł na kolana i wpadł w coś w rodzaju ekstazy. W Ameryce Południowej pojawili się nawiedzeni ewangeliści różnego autoramentu z USA, którzy mącą w głowach biednych i często niedokształconych ludzi. I pada sakramentalna formułka – jeśli kochasz Jezusa wpłać na nasze konto mały datek. W USA, gdzie ludzie są lepiej uposażeni, z reguły pada konkretna suma – 5, 10 , 20 a czasem 100 dolarów. Nawet religia stała się, w Nowym Wspaniałym Świecie, biznesem dla obrotnych cwaniaczków.

———————————————

¹ Ostatecznie otworzono je w lutym 2015 i pokazuje historię miasta i okolic od 15 tysięcy lat wstecz do dzisiaj

² Ostatni wybuch nastąpił w końcu kwietnia 2015 roku. Popiół wzniósł się na wysokość 10 km przerywając loty w całym regionie i ewakuowano przeszło 4 tysiące ludzi.

13.04 (niedziela)

Od rana deszcz. Leniwa niedziela. Nieudane próby wskoczenia na Internet. W telewizji informacja o wielkim pożarze w Valparaiso, który zaczął się wczorajszym popołudniem i wciąż rozprzestrzeniał z powodu silnego wiatru. Za parę dni planowaliśmy tam dojechać. Biedni ludzie – spalone całkowicie domy, są zabici i ranni, nad miastem kłęby dymu i płomienie na wzgórzach. Bo Valparaiso jest przepięknie położone na wzgórzach nad oceanem. Po jego ulicach jeździ się jak w San Francisco.

Pojechaliśmy znów do portu, bo koło pierwszej zaczęły się przejaśnienia.

137i

Zaparkowaliśmy w tym samym miejscu co wczoraj. Z nabrzeża skręciliśmy na targowisko pełne zapachów.

137j

W Europie, Afryce, Azji czy Ameryce Południowej na targowiskach unoszą się różnorodne zapachy owoców i warzyw, a niekiedy dodatkowe aromaty przyrządzanych potraw. W Toronto warzywa czy owoce nie pachną. Owoce są z reguły spryskane i pokryte woskiem, a warzywa pachną dopiero jak się wsadzi w nie nos głęboko. Czasem i to nie pomaga. Czyżby skutek genetycznej modyfikacji? Kiedyś ucięliśmy sobie na ten temat pogawędkę z zaprzyjaźnionym właścicielem włoskiego sklepu w Toronto, niedaleko mej kanadyjskiej szkoły. W pewnym momencie Włoch z łobuzerską miną stwierdził „tutaj, to nawet kobiety tak nie pachną”.

Przeszliśmy sobie wzdłuż artystycznych straganów.

137k

Na progu jednego ze sklepów stał głęboko zamyślony piesek.

137l

Zawróciliśmy na nabrzeże, sfotografowałem pacyficzną mewę

137m

i gdy uniosłem głowę ujrzałem, po drugiej stronie zatoki, wielgachny wulkan Calbuco.

137n

Poszliśmy na lunch do jednej z licznych restauracji w Chilotito, gdzie hoża niewiasta wypytawszy nas skąd jesteśmy, zaserwowała nam wspaniałą zupę marisco – zupa z kawałkami ryby i innymi owocami morza, zawsze przyozdobiona wiechciem selera.

137o mariscos

Z Internetu

Podają tu i inne wspaniałości: omułki, małże, pogrzebki i słynnego łososia, którego mięso jest bardziej czerwone z powodu dokarmiania marchewką. Tutejsza hodowla na przybrzeżnych akwenach, na południe od Montt, jest jedną z największych na świecie. Świeżego łososia wysyła się codziennie samolotami na zagraniczne rynki, mrożonego pakuje się na oceaniczne statki. Hodowla łososia, obok przemysłu drzewnego, hodowli bydła i turystyki, bardzo wzmocniła tutejszą ekonomię w rejonie miasta i pobliskich okolic. Niestety w latach 2006- 2009 nadszedł wielki kryzys hodowli łososia i bardzo wielu ludzi straciło pracę.

Innym problemem są tzw. „czerwone przypływy”, które tworzą się od czasu do czasu w Pacyfiku i przybrzeżnych morzach na południu Chile. Są to gwałtowne i obfite zakwity alg i planktonu, które stają się silnie trujące (opary unoszą się również nad powierzchnią wody utrudniając oddychanie) dla morskich ssaków, ptaków i ryb. Są także śmiertelne dla ludzi, bowiem nasycają skorupiaki i małże swoimi toksynami. Zjedzenie takich owoców morza, poza zatruciem i długą chorobą, może przynieść śmiertelny skutek. Tak samo w przypadku kąpieli na zatrutym akwenie.

137p

Wróciliśmy do centrum i niedaleko starego hotelu

137q

natknęliśmy się na tablicę poświęconą niemieckim osadnikom.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Puerto Montt – miasto i powiat (1673 km²), należy do prowincji Llanquihue w regionie Los Lagos i ma przeszło 220 tysięcy mieszkańców. Jest uznawane za centrum finansowe Północnej Patagonii i czasem nazywane „stolicą” chilijskiej Patagonii. Jest także bramą wyjściową do archipelagu Chiloe i głównej wyspy Chiloe. Z lotniska El Tepual można w dwie godziny osiągnąć stolice kraju – Santiago, a także parę innych miast, plus Bariloche w Argentynie. Linia jest obsługiwana przez największego przewoźnika chilijskiego – LAN. Powiat, wraz z miastem, jest zarządzany przez radę miejską na czele której stoi alkad (burmistrz).

W dawnych czasach, cały obszar nadoceanicznych wzgórz pokryty był gęstym lasem i nazywano go Melipulli („Cztery wzgórza” w języku Mapudungun). W 1851 roku z rejonu Chiloe przybyła specjalna ekipa, która oczyściła znaczne obszary wzgórz i pasa w dole nad oceanem, przygotowując teren pod budowę domów i osadnictwo. Wybrano owo miejsce jako główne przejście od jeziora Llanquihue do oceanu. Od 1848 roku na południu Chile zaczęła się akcja osadnicza z Niemiec, sponsorowana przez rząd chilijski i przyspieszona za kadencji prezydenta Manuela Montt. Miasto założono w lutym 1853 roku i nazwano jego imieniem, choć faktycznym założycielem był Vincente Perez Rosales (stąd na wschodzie park narodowy jego imienia). Montt zasiedlono niemieckimi emigrantami, co doprowadziło do zmieszania dwóch głównych kultur – Chiloe i niemieckiej, czego ślady można znaleźć do dzisiaj w całej okolicy.

137s PMontt 1862

Z Internetu – Montt  w roku 1862

Poza charakterystyczną architekturą, przypominającą miejscami okolice Bawarii, można między innymi znaleźć bardzo dobre, lokalne piwo – Kunstmann i niemieckie ciasto owocowe zwane „kuchen”.

Montt ma świetne położenie – nad oceanem, z fiordami i licznymi rzekami, u stóp ośnieżonych gór przetykanych wulkanami. Gdy pojedzie się wzdłuż wybrzeża, około 15 km na zachód, w pogodny dzień można zobaczyć wulkany: Calbuco, Osorno, Puntiagudo i Yates oraz wielki wulkan argentyński Tronador.

137t PMontt

Z Internetu

Cała okolica nadaje się świetnie na turystykę i poza sportami wodnymi bardzo popularne są rowery. Turyści niezbyt chętnie stają w hotelach w Montt. Wybierają odległy o 22 km Puerto Varas nad jeziorem Llanquihue.

Miasto ma wilgotny klimat oceaniczny, z częstymi opadami deszczu i minimalnie suchszą porą latem. Generalnie dni są chłodne, ale zimą przymrozki zdarzają się bardzo rzadko. Czynnikiem oziębiającym tutejszy klimat jest zimny prąd oceaniczny.

Oprócz samolotów jest regularna żegluga promowa i początek, wspominanej wielokrotnie, Carretery Austral (zarazem koniec słynnej PanAmerican), zaczynającej się dokładnie przy uzdrowisku Pelluco, w pobliżu którego są plaże z hotelami, restauracjami i dyskotekami. W 1912 roku zbudowano linię kolejową do Santiago, via Victoria, która zamknięto w 1992 roku i ponownie przywrócono w 2005. Obecnie znów nie ma połączenia kolejowego z resztą kraju. Ciężarówki i autobusy w zasadzie wyeliminowały kolej.

Z Puerto Montt związana jest historia dojścia do władzy tragicznej postaci Salvadora Allende. W marcu 1969 roku członek parlamentu z partii socjalistycznej – Luis Espinoza, poinformował 90 osób pozbawionych ziemi, że prawdopodobnie nigdy nie otrzymają pozwolenia na działki i budowę domów i że powinni zastosować metodę faktów dokonanych. Owe osoby zajęły opuszczoną farmę, której właściciel od dłuższego czasu był nieobecny. Postanowili być dzikimi lokatorami (tzw. squattersi), tym bardziej, że szef policji zapewnił ich, iż mogą zacząć stawianie domów.

W parę dni później Espinozę aresztowano za złamanie prawa i przeniesiono do miasta Valdivia. Na rozkaz ministra spraw wewnętrznych, 9 marca o świcie, 250 policjantów zaatakowało squattersów zabijając ośmiu z nich. Wybudowane już domy zostały spalone. Słynny pieśniarz chilijski, Victor Jara, zabity na stadionie przez siepaczy Pinocheta (wpierw pogruchotali mu palce, aby nie mógł grać na gitarze), napisał balladę o tej masakrze w Puerto Montt – Preguntas por Peuerto Montt. Masakra odbiła się w Chile szerokim echem i uważa się, iż doprowadziła w 1970 roku, w wyborach prezydenckich, do porażki prezydenta Frey’a na rzecz Allende.

Gdy podjeżdżaliśmy do hotelu znów pociemniało i zaczęła się gwałtowna ulewa.

137u

Zaliczyliśmy półgodzinną drzemkę, potem czytaliśmy książki i wieczorem podjechaliśmy do „Tablon del Ancla” na sowitą kolację z piwem Kunstmann. Zalesione wzgórze za hotelem lekko parowało. Do wielkich i długich liści palmy, rosnącej przed wejściem do hotelu, przylgnęły wielkie krople.

137w

Zaparkowaliśmy auto niedaleko Plaza de Armas, gdzie natknęliśmy się na gromady kibiców piłki nożnej, świętujących zdobycie mistrzostwa pierwszej ligi przez klub Colo Colo z Santiago, zwanego El Eterno Campeon (Nieśmiertelny czempion), bowiem od 1925 roku nigdy ich nie zdegradowano do niższej ligi i są klubem z największymi sukcesami w dziejach chilijskiej piłki nożnej.

137x

Na bocznych ulicach stały ponure w barwach, opancerzone wozy policyjne i wielka armatka wodna.

137y

W głębi placu, po przeciwnej stronie zgromadzonych kibiców, stał oddział policji w rynsztunku bojowym. Nieco to nas zdziwiło, bo początkowo wzięliśmy zgromadzenie za polityczną demonstrację.

Powoli i dostojnie ucztowaliśmy w “Tablon”, na dworze zrobiło się znów szarawo. Przeklinałem w myślach zmienność tutejszej pogody, bo nie miałem ochoty jechać do parku Alerce w deszczu. Nagle na zewnątrz zrobił się tumult, rozległ się tupot nóg i w szybę restauracji, niedaleko od nas, walnęła potężna struga z armatki wodnej,

137z

przejechała po drzwiach i poszła w głąb ulicy. Za chwilę od korpusu armatki zaczęły odskakiwać kamienie i grzechotać po jezdni. Rzucali je młodzi ludzie, część z nich z chustami na twarzach. Jednym słowem, zadyma na całego.

138a

138

Nie wiedzieliśmy co się dokładnie wydarzyło, ale część kibiców-prymitywów, jednakich we wszystkich miejscach na świecie, ma zawsze skłonność do rozróby i zdziczałych ekscesów.

Po kolacji poszliśmy na krótki spacer obchodząc wokół dawny hotel. Wtedy zauważyliśmy na tylnej ścianie “Gran Vincente” ozdobne balkony i drewnianą okładzinę ścian. Widok, jak w wielu miejscach Ameryki Południowej, psuły wiszące zwoje przewodów.

138b

W hotelu siedliśmy przed telewizorem oglądając sprawozdania z Valparaiso. Widoki były wręcz apokaliptyczne.

138c Valparaiso april 2014

Z Internetu

Miasto na wzgórzach wciąż płonęło,

138d Valparaiso2 april 2014

Z Internetu

zaczęły się także rabunki, bo w takich okolicznościach pojawiają się ludzkie hieny korzystające z okazji. Najpierw ogłoszono miasto strefą katastrofy, potem wprowadzono coś w rodzaju stanu wyjątkowego i wkroczły odziały chilijskiej armii. Ewakuowano parę osiedli w pobliżu pożarów (przeszło 6 tysięcy ludzi), które zniszczyły około 2,5 tysiąca domów, 11 tysięcy ludzi stało się bezdomnymi. Zginęło piętnaście osób.

View of part of a neighborhood destroyed by a blaze overnight, in Valparaiso, Chile. At least eleven people have died in a huge fire in Chile's port city of Valparaiso famous for its UNESCO-listed historic center, officials said Sunday. The blaze, which started in woodland near the city on Saturday and whose cause is under investigation, destroyed 500 homes and forced the evacuation of more than 5,000. (Felipe Gamboa/Getty Images)

Z Internetu

Do Valparaiso przyleciała prezydentowa Chile – Michelle Bachelet, która potwierdziła, iż jest to najgorszy pożar w historii miasta. Spłonęło 850 hektarów roślinności (trawiaste łąki, krzaki i drzewa eukaliptusowe) i w czasie transmisji doniesiono, że ogień znów się pojawił, niszcząc kolejne sto domów. Z wielu krajów Ameryki Łacińskiej napływała do Valparaiso pomoc techniczna i materiałowa.

Ze świata dalej złe wieści z Ukrainy, gdzie poza zaanektowanym Krymem pogarszała się sytuacja na wschodzie. Przy granicy z Ukrainą stacjonuje około 40 tysięc rosyjskich sołdatów. Rada Europy pozbawiła Rosję prawa głosu do końca tego roku, co delegacja rosyjska nazwała farsą. Wobec Putina i spółki przypominają się słowa Bertolda Brechta – „żadna ofensywa nie jest równie trudna jak powrót do rozsądku”.

14.04 (poniedziałek) – Park Alerce Andino

Money, money…

Od rana panowała niezła pogoda aczkolwiek pochmurna. Seweryn grzebał się ospale i z hotelu wyszliśmy dopiero około jedenastej. Ponieważ zaczęły się wyczerpywać moje rezerwy finansowe ruszyliśmy do banku, co przemieniło się w bezskuteczna wędrówkę po wielu z nich. Żaden bankomat nie chciał nam wydać pieniędzy. Dyskusja z pracownikami całkowicie mijała się z celem, bowiem natrafialiśmy na mur nie do pokonania. W Chile liczy się tylko dolar amerykański i należy przed przyjazdem zaopatrzyć się w sowitą gotówkę US, aby wymienić ją w banku na miejscową walutę. Wymiana innych walut jest bezsensowna z powodu niezmiernie niskiego przelicznika. Bezpośrednie płacenie dolarami też się nie udaje, o kartach debitowych należy całkowicie zapomnieć. Rzadko która maszyna ma wejście na Visę, można nią płacić w hotelach lub poniektórych restauracjach, ale z reguły żądają chilijskich peso. Podobne trudności mieliśmy w niektórych prowincjach Argentyny. Straszliwie to utrudnia życie turystom z Ameryki Północnej i Europy, przyzwyczajonym do swobodnego wyciągania pieniędzy z bankomatów kartą debitową i opłat poprzez wizę. Jest to nieprzemyślane, tępo biurokratyczne działanie chilijskich władz bankowych, tłumaczących z niezmąconym spokojem, zahaczającym często o oślą upartość, że tym sposobem chronią się przed oszustwami. Jeśli mogły poradzić sobie z tym banki w innych krajach, nie widzę usprawiedliwienia dla chilijskiego niemoctwa w tej dziedzinie. Gorzej – takie wymagania i przepisy zniechęcają turystów do ponownych wizyt, a nadto rozpowszechnia się zła opinia o Chile.

Trzymanie przy sobie większej sumy jest ryzykowne z różnych powodów. Na Internecie roi się od ostrzeżeń przed złodziejami, ale będąc tam dwukrotnie i włócząc się samotnie, nigdy nie spotkało mnie nic złego. W 2011, w Santiago, zapuściliśmy się z Sewerynem do nieco szemranych dzielnic, odwiedzając także najsłynniejszą tamtejszą „mordownię” – La Piojera, do której zachodzili nawet chilijscy prezydenci. Najzabawniejszym było, iż każdy człowiek zagadnięty przez nas o to miejsce (nie mogliśmy długo Piojery odnaleźć) dziwił się po co chcemy tam iść. Ostatnim, nagabywanym przeze mnie o drogę do wodopoju, był policjant, który wskazał nam ów kolorowy lokal niemal naprzeciwko nas, poczem poprosił, abyśmy byli tam ostrożni. Przy wejściu, potężnej postury bramkarz, nakazał Sewerynowi schowanie aparatu, który dyndał mu na brzuchu. Szybki złodziej potrafi zerwać aparat w sekundy, na przykład odcinając pasek.

W La Piojera kłębił się tłum studentów z pobliskiego uniwersytetu, przetykany robociarzami, urzędnikami i lokalnymi pijaczkami. Klimaty były nadzwyczajne. Od razu usiłowano się z nami zbratać, śmiało nas zaczepiając i dopytując się skąd jesteśmy. Jakieś podpite panienki zaofiarowały nam resztki jedzenia wprost z ich talerzy, ale pożeglowaliśmy do baru, by zamówić słynnego drinka, zwanego „terremoto” (trzęsienie ziemi). Na drink, serwowany w wielgachnej, litrowej szklance, składa się sfermentowane słodkie wino (pipeño) z lodami ananasowymi i ciągnie się tę rozkosz przez słomkę. Istnieje także repeta – „wtórny wstrząs” (zwana popularnie Replica lub z angielskiego Aftershock), w szklance pół litrowej.

Straciliśmy mnóstwo czasu, zrezygnowaliśmy z pójścia na lunch i kupiliśmy w ulicznej budce hot-dogi z papas fritas plus sok. Jedliśmy na stojąco, przy czym za stół służyła nam maska Nissanka. Po pierwszej wyjechaliśmy za miasto i pojechaliśmy po Carretera Austral na wschód, wzdłuż zatoki Reloncavi.

138f reloncavi i alerce

Z Internetu

Droga prowadziła miejscami blisko wody, przebiegając w pięknej scenerii. Kolory i półcienie układały się pasmami, znaczonymi pojedynczymi akcentami, jak na przykład koniem pasącym się nad brzegiem.

138g

Za nami zostały ostatnie zabudowania głównego miasta

138h

i po parunastu minutach pokazały się hodowle łososi.

138i

Przy miejscowości Chamiza minęliśmy rzekę

138j

i za nią rozłożyste drzewo, fantastycznie pochylone nad drogą.

138k

Dojechaliśmy do kolejnej miejscowości – Quillaipe, potem Lenca,

138m

gdzie przejechaliśmy mostem ponad rzeką o tej samej nazwie i nagle wyświetliła mi się droga z roku 2011.

138l

Za chwilę ujrzałem tablicę z napisem – 7 kilometrów do parku i skręciliśmy w lewo, w żwirową i zabłoconą drogę.

138n

Droga do strażnicy

Pojechaliśmy wzdłuż prawego brzegu rzeki Chaicas, pomiędzy wielkimi paprociami, z rozlewiskami strumieni w paru miejscach przecinających drogę i koło kilku gospodarstw, leżących pomiędzy rzeką a drogą.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tak jak trzy lata temu w powietrzu unosiła się ciepława wilgoć i po wielkich stokach gór wspinał się gęsty las.

138q

138r

Kiedy już niemal zwątpiłem czy dobrze wjechaliśmy, nagle droga się rozszerzyła i ukazał wjazd do strażnicy parku i pobliskiego kempingu. Było parę minut po trzeciej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za chwilę pojawił się strażnik, który powiadomił nas, że park za godzinę będzie zamknięty. Spokojnie wysłuchał moich argumentów – specjalnie tu przyjechaliśmy, bo jutro wyjeżdżamy, Seweryn jest inwalidą i potrzebuje więcej czasu na przejście, ja już tu byłem trzy lata temu i koniecznie muszę dojść do najstarszego drzewa, bo straciłem większość zdjęć – uśmiechnął się i rzekł: „Dobra, daję wam czas do 18-tej, powinniście zdążyć”. Podeszliśmy z nim do mapy parku

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i okazało się, że mamy do przejścia tylko cztery kilometry z hakiem,

138u

ale po terenie nierównym i podnoszącym się coraz wyżej. Poza najstarszym drzewem chciałem zobaczyć wodospad rzeki Chaicas, niedaleko miejsca gdzie przechodziłem onegdaj po zwalonym pniu. Obok mapy jest zdjęcie jelonka pudu, ślicznego, małego stworzonka, niezwykle płochliwego i bardzo trudnego do zauważenia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Strażnik pracujący tu od lat widział go tylko raz, stojącego czujnie w głębi ścieżki prowadzącej do parku.

Był to ten sam strażnik, który po cichu pozwolił mi wejść z przewodnikiem do parku w 2011 roku. Droga była wtedy zamknięta szlabanem, z powodu strajku generalnego pracowników leśnych, w tym wszelakich rezerwatów przyrody. Zadziałała argumentacja mego przewodnika – gość zapłacił i przyjechał aż z Kanady, by zobaczyć Alerce Andino.

Park rozciąga się w zalesionych dolinach i górach o wysokości 1500 metrów n.p.m., dochodząc do ujścia sporej rzeki Reloncavi, fiordów i brzegów Pacyfiku. Ma obszar 39 255 hektarów i zawiera paręnaście modrzewi (alerce) liczących ponad 1000 lat. Jeden z nich szacowany jest od 3640 do 4200 lat. Na terenie parku jest 50 małych jezior i kilkanaście wodospadów. Żyją tu pumy, jelonki pudu, kondory i czarne dzięcioły. Największe jezioro – Chapo ma hydroelektrownię. W parku są cztery strażnice, do których można dojechać, a potem pójść piechotą w głąb kompleksu, tylko wyznaczonymi szlakami. Park jest częścią wielkiego systemu rezerwatów zwanego Reserva de la Biosfera Bosques Templados Lluviosos de Los Andes Australes.

Kiedy Seweryn przebierał się do wymarszu, poszedłem do miejsc zapamiętanych sprzed trzech lat. Drzewa posadzone na rozległej polanie nieco urosły. Obok drzewa mirtowego (Luma – jeszcze inna nazwa, tym razem od chilijskich Mapuchów) i chilijskiego orzecha (Avellano), który może tworzyć wysokie krzaki lub drzewa do 20 metrów wysokości (jego orzechy używane są w przemyśle farmaceutycznym i kosmetycznym), mamy dwa gatunki szpilkowych mañio, przy czym jedne z nich są rodzaju męskiego (mañio macho),

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

drugie żeńskiego ( mañio hembra).

138x

Dalej w głębi znalazłem drzewo liściaste – ulmo, z którego kwiatów otrzymuje się bardzo dobry miód; rozłożysty krzak taique, gigantyczny chilijski rabarbar

138z

i odmianę paproci andyjskiej o dźwięcznej nazwie helecho costilla de vaca. Na prawo od domu strażnika, rośnie młode alerce

139

(Fitzroya cupressoides), czyli andyjski modrzew będący, obok araukarii, najstarszym i przetrwałym gatunkiem drzewa na świecie.

Całości obrazu wokół domu strażnika dopełniał dostojnie kroczący, młody jastrząb -sierotka, którego ów dobry człowiek przygarnął.

139a

Obróciłem się by zobaczyć czy Seweryn jest już gotowy do drogi i ujrzałem opalizującą poświatę na ścieżce. Puszcza zapraszała do wejścia.

139b

Puszcza, rzeka, matuzalem

Weszliśmy w głąb puszczy, która natychmiast przemieniła się w wielkie uroczysko. Las nasycony jest Pacyfikiem, wilgotny, wiecznie zielony. Mchy, porosty, liany i powoje oplatające pnie i konary, wytłumiały nie tylko odgłos naszych kroków, lecz także ptasie głosy. Tylko jeden, niezwykle wysoki i przenikliwy świergot towarzyszył nam wzdłuż drogi (ptaszek ten jest bardzo ciekawski ale nieuchwytny, doskonale kryje się w listowiu). Za chwilę pojawił się na ścieżce inny ptaszek z wielką zdobyczą w dziobie.

139c

Gdy spojrzałem za siebie, zobaczyłem jakby odmienioną postać Seweryna, obramowanego wyciągniętymi ku niemu niezliczonymi ramionami drzew.

139d

Zalegała wilgotna cisza. Cisza przerywana wytłumionymi plasknięciami o piasek lub skałę, wielkich kropel deszczu, który mży niemal nieustannie, by za chwilę przemienić się w krótkotrwałą ulewę lub monotonnie siąpiący deszcz. Mieliśmy szczęście, bo wyglądało na to, iż przybyliśmy tu po deszczu i jedynie brnęliśmy w jego oparach. Po prawej rzeka Chaicas szemrała w płytkich zakolach,

139e

by za chwilę przemienić się w poszum na grzbietach porohów

139f

i głęboki bulgot pod ich progami.

139g

Wilgotna cisza… nie potrafię znaleźć lepszego określenia na oddanie owego nastroju podczas marszu, gdy czuje się gęstość powietrza z jednoczesnym przyleganiem do skóry. Człowiek nie tylko staje się cichszy, ale łagodniejszy i bardziej miękki w obyciu. Przemierzanie szlaku zamienia się w uroczystość, w hołd oddawany świętości natury. Znam też ciszę suchą, na pustyni, lecz jest inna. Ostrzejsza, bardziej rozpostarta i tak cicha, iż można usłyszeć bicie swego serca. W nocy spada tam na człowieka baldachim gwiazd. Tutaj, nocą, tajemniczość się pogłębia, zahaczając o grozę, bowiem ciemność jest nieprzenikniona, choć pełna przedziwnych dźwięków i odgłosów. Wtedy zaczyna włączać się wyobraźnia i nadchodzi sędziwy Tolkien oraz wszelakie opowieści z dzieciństwa o uroczyskach, wiedźmach, strzygach i wilkołakach i po grzbiecie zaczynają hasać dreszcze.

Szliśmy w głąb puszczy, cały czas pod górę, raz stromiej a raz łagodniej, raz drożyną zwężoną do jednego człowieka,

139m

potem parędziesiąt metrów szerokiej rozległości, z polanami po bokach i istnym natłokiem przeróżnych roślin.

139h

Liany i powoje, mchy i porosty,

139l

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

139o

zbutwiałe pnie z których pleniło się nowe życie,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

grzyby i fungi,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

huby różnej wielkości, niekiedy o bardzo jaskrawych barwach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Lokalne storczyki uczepione konarów,

139j

139k

jakieś krzaczaste kolonie trawy usadzone w ich rozwidleniach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niektóre drzewa wystrzeliwują bardzo wysoko ponad tą plątaniną, prąc ku słońcu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Struktura ciszy miała w sobie coś z nastroju wielkiej katedry, zielonej katedry.

Czuło się bycie tu przelotnym gościem, który powinien zachowywać się w specjalny, poza cywilizacyjny sposób. Wszystkie zmysły szeroko otwarte i po pewnym czasie stawałeś się częścią leśnego organizmu. Ujawniały się tajemnice i ukryte znaczenia. Jednym słowem powracałeś do pierwotności, do tego momentu, gdy ludzkość wychodząca kolejnymi falami z Afryki, kończyła właśnie tutaj swą Wielką Wędrówkę Nomadów, osiągając ostateczny kraniec Ziemi, zakończony Ziemią Ognistą. Można było odpocząć, zebrać myśli, uporządkować najbliższe otoczenie i podjąć decyzję o trwałym osadnictwie. Wędrówki były dalej kontynuowane, lecz już na małym obszarze, z nieustannie pogłębiającą się znajomością krajobrazu – gór, fiordów, wulkanów, rzek, jezior i gigantycznego oceanu.

Po parudziesięciu tysiącach lat, osiedlenie stało się u wielu ludzi wmurowaniem w miejscu, niespokojną i nerwową stałością, połączoną z pozorną znajomością świata, głównie poprzez ekrany.

A my tu sobie szliśmy klucząc pomiędzy kolumnami drzew. Z każdym krokiem odzyskiwałem sopockie zmysły i intuicje, które nabyłem w latach dzieciństwa i młodości. Zza wielkich paproci

139t

wyłoniła się rzeka, pokryta teraz niezwykłymi deseniami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

139w

Seweryn odstawał coraz bardziej i zachęciłem go, by doszedł chociaż do wodospadu i tam odpoczął. Płaty piany układające się w różnorakie desenie brały się z dynamiki ruchu wodospadu.

139x

139y

Postałem nad nim chwilę

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i zacząłem wąską, kamienistą i miejscami bardzo stromą ścieżką, wspinać się ku upragnionemu drzewu.

Ostatnie metry to kolejno otwierające się klatki pamięci, tak dokładne, iż się zdumiałem. Nagle olbrzym się ukazał,

140a

wcale nie najwyższy, lecz matuzalemowy w swym wieku i cudowny w kolorze pnia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z jednej strony zabliźnione już ślady po bezradnych siekierach, bo niegdyś próbowano go ściąć.

140f

Przewodnik sprzed trzech lat powiedział mi, że drewno jest tak twarde, iż wyszczerbiało siekiery odskakujące po każdym uderzeniu. Zrezygnowano, odkładając wyrąb na potem… Piękno koloru i struktury drewna, można zobaczyć w leżącej nieopodal kłodzie, z innego, ściętego alerce.

140g

W paręnaście lat później, po próbie wyrębu, na szczęście dla sędziwego modrzewia, wkroczył wreszcie rozsądek i objęto go ochroną. Dzisiaj jest najstarszą żywą istotą obu Ameryk.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tym razem wokół pnia jest solidny płot i zamiast dotknąć go, jak w 2011, obszedłem z drugiej strony i dotknąłem jednego z korzeni. Cynikom spieszę donieść, że nie jestem bynajmniej nawiedzony i nie przytulam się do drzew, co poniektórzy czynią. Był to dla mnie normalny odruch, bowiem od szkoły podstawowej, często dotykałem kory potężnego, starego buka rosnącego w mym sopockim ogrodzie, na skraju wejścia do lasu. Coś mnie w tym drzewie pociągało i imponowało zarazem. Gdy przyjechałem do Polski, pierwszy raz po trzynastu latach, będąc w mym domu rodzinnym, od razu podszedłem do buka. Dzień przed powrotem do Toronto strzeliłem mu fotę a na niej ujrzałem, po wywołaniu zdjęcia (cyfrówki dopiero wchodziły na rynek), wysoko w górze duszę mego drzewa, w postaci starej twarzy.

140i

Kopia z oryginału, z roku 1994

Powrót

Wyrobiliśmy się w czasie niemal dokładnie tak, jak wyznaczył nam strażnik. Seweryn był rozżalony, że nie widział drzewa, które rośnie niedaleko wodospadu. Wołałem go, lecz szum wody zagłuszał moje słowa.

Powrotna droga z nowego miejsca, gdy odbyta dokładnie tym samym szlakiem, zawsze wydaje się krótsza. I tak było i tym razem. Puszcza szarzała w zapadającym mroku. Zaczęły się podnosić gęste opary

140j

i temperatura spadła. Gdy się przebieraliśmy, zrzucając przeciwdeszczowe kurtki i spodnie, podszedł do nas strażnik. Podziękowaliśmy mu serdecznie, a on zamknął za nami szlaban.

140k

Nad zatoką Reloncavi,

140l

w zachodzącym słońcu trwał odpływ.

140m

Za paręnaście kilometrów minęliśmy po lewej wjazd do kompleksu gmachów uniwersyteckich – Universidad Austral de Chile, i koło wpół do ósmej ukazały się światła nadmorskiej alei Juan Soler Manfredini.

140n

Zawitaliśmy najpierw, do opustoszałej tym razem, restauracji „Tablon” i wróciliśmy szybko do hotelu. Wyjątkowo chcieliśmy położyć się wcześniej, bowiem planowaliśmy na jutro wypad na wyspę Chiloe – koło 540 km w obie strony, włącznie z dwoma przeprawami promowymi.

15.04 (wtorek)  Wyspa czarnoksiężników – Chiloe

1.

Obudzenie nie było zbyt przyjemne. Niedospanie i szaro na zewnątrz, co prawda bez odgłosów deszczu. Leżałem chwilę z otwartymi oczami zastanawiając się, czy duchy i czarnoksiężnicy jednej z najbardziej tajemniczych krain Chile – archipelagu Chiloe, okażą się dla nas łaskawi.

Wyspa jest zamieszkana przez mitologiczne zwierzęta i duchy, a owa mitologia jest mieszaniną wierzeń indiańskich szczepów Chonos i Huilliches oraz przesądów i legend konkwistadorów. Legendy i mitologia rozkwitały w długotrwałej izolacji (przez przeszło 200 lat) od reszty Chile i dlatego są tak odmienne i unikalne. Odmienność pogłębiło jeszcze wycofanie się Hiszpanów po 1598 roku, kiedy Mapuche wypowiedzieli wojnę kolonizatorom i wyrugowali ich z obszaru pomiędzy rzeką Bio-Bio a kanałem Chacao, który oddziela wyspę Chiloe od stałego lądu.

Już legendarne powstanie wyspy zapowiadało w przyszłości burzliwe lata, bowiem według Indian zrodziła ją gwałtowna batalia dwóch wężów – Ten Ten-Vilu (ten – ziemia, vilu – wąż) i Coi Coi-Vilu (coi- woda, vilu- wąż). Dwie bestie symbolizujące odwieczne starcie pomiędzy żywiołami wody i lądu. A pod nimi kolejne mocarne bestie – naciskające płyty tektoniczne, plujące wulkanami i trzęsące ziemią.

Nic dziwnego, że odprawia się tu gusła, pod okiem dwóch najważniejszych, mitycznych figur – El Trauco, brzydka i odrażąjąca kreatura, która specjalizuje się w uwodzeniu dziewic (czyżby symbol zagrożeniem machismo?) i La Fiura, wabiąca mężczyzn swymi kolorowymi strojami, zanim uśpi ich swym przebrzydłym oddechem (machismo z dodatkiem mizoginizmu?).

Oczywiście wcześniejszy wyjazd się nie udał. Nawet padnięcie na kolana przed telewizorem gorliwego wyznawcy ewangelisty, drącego się z ekranu telewizora, nie wypłoszyło w nocy Seweryna sprzed komputera. Na trasie z Puerto Montt do Quellon znaleźliśmy się parę minut po dziesiątej.

140o reloncavi_map

Mapka z Internetu

Panamericaną Sur, czyli drogą numer 5, skierowaliśmy się wpierw na płd-zachód. Daleko po lewej minęliśmy port i miasteczko Calbuco, starsze o 250 lat od Montt. W jego okolicach rąbano na wzgórzach lasy modrzewiowe. Uzyskane drewno słano do portowego miasta Ancud na wyspie Chiloe, skąd eksportowano je dalej.

Isla de Chiloe, znana także pod nazwą Isla Grande de Chiloe, jest największą w archipelagu o tej samej nazwie. Należy do regionu Los Lagos czyli Jeziornego. Ma przeszło osiem tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni (190 km długości i przeciętnie 55 do 65 km szerokości) i po Ziemi Ognistej jest drugą, największą wyspą chilijską i piątą w Ameryce Południowej.

Na północy oddziela ją od kontynentu kanał Chacao (Canal Chacao), na zachodzie rozciąga się ogrom Pacyfiku, po wschodniej stronie dwie wielkie zatoki: Ancud i Corcovado i na południu zatoka Boca del Guafo, za którą leży kolejny archipelag – Chonos. Stolicą wyspy jest Castro (założone w 1567 roku), drugim dużym miastem Ancud (była stolica) i szereg miasteczek, głównie portów rybackich. Sa także wsie i farmy, bowiem obok rybołówstwa rolnictwo stanowi ważną gałęź gospodarki. Głównie uprawa pszenicy, ziemniaków i hodowla owiec.

Archipelag ma szereg mniejszych wysp leżących w większości po wschodniej i płd-wschodniej stronie. Stanowią one prowincję Chiloe. Chiloe w języku Indian Huilliche oznacza „miejsce mew”; wyspa przez wiele lat nosiła hiszpańską nazwę – Nowa Galicia. Pierwsi ludzie – morscy nomadzi Chonos – dotarli na archipelag około 12 000 lat temu. Na paręset lat przed przybyciem Hiszpanów z kontynentu przybyła jedna z grup Mapuczańskich – Huilliche. Głównymi zajęciami stało się rybołówstwo i rolnictwo. Wiele dzisiejszych, światowych odmian ziemniaków, rozpowszechniło się właśnie stąd.

140p chiloe ziemniaki

Z Internetu

Indianie przemierzali kręte i często zdradliwe przesmyki i fiordy na specjalnych łodziach nazywanych dalcas. Ich żeglarskie umiejętności były podziwiane przez Hiszpanów, którzy dotarli tu po raz pierwszy w 1540 roku, by ostatecznie w 1567 zaanektować wyspy dla korony hiszpańskiej.

W XVII wieku przybyli jezuiccy misjonarze, budując szereg oryginalnych, drewnianych kaplic i kościołów na głównej wyspie. Dziś mamy ich 150 i są objęte ochroną jako Dziedzictwo Ludzkości UNESCO. Misja ewangelizacji zakończyła się połowicznym sukcesem, bowiem Indianie szybko połączyli swoje stare wierzenia z nową religią. Po wygnaniu jezuitów ich miejsce zajęli franciszkanie. W czasach kolonialnych, Chiloe służyło jako punkt startowy do eksploatacji Patagonii. To stąd wyruszył jezuita Nicolas Mascardi, by przekroczyć Andy, poprzez przełęcz Vuriloche docierając do brzegów jeziora Nahuel Huapi, gdzie w 1670 roku założył misję jezuicką.

W okresie długotrwałych walk z Hiszpanami o niepodległość, Chiloe trzymało się z boku, a nawet aktywnie wspierało działania wojsk królewskich na kontynencie, śląc żołnierzy. W 1817 roku wyspa stała się ostatnim bastionem hiszpańskich rojalistów, którzy uciekli tam z kontynentu. Wyprawił się na nich Thomas Cochrane, 10 hrabia Dundonald, lecz przegrał batalię. Również kolejna wyprawa, w 1824 roku, była nieudana. Ostatecznie, w dwa lata później, garnizon hiszpański się poddał i wyspa stała się częścia Republiki Chile (nie uznawanej przez Hiszpanię do roku 1844). Gdy Chiloe odwiedził w 1834 roku Karol Darwin i zatrzymał się na niej przez pół roku, zanotował, iż sentymenty królewskie były dalej silne, nawet wśród Indian.

W XIX wieku Chiloe stało się chilijską bazą wypadową na południe i stąd w 1843 roku wyruszyła ekspedycja do cieśniny Magellana, gdzie założono fort Fuerte Bulnes. Opuszczono go i zniszczono w pięć lat później, gdy znaleziono o wiele lepsze miejsce dla założenia miasta, nazwanego Punta Arenas. Mieszkańcy wyspy uczestniczyli także w powstaniu niemieckich osad wokół jeziora Llanquihue, dając wsparcie logistyczne i przyczynili się do założenia portu i miasta Aysen. Wielu mieszkańców wyspy zasiedlało Patagonię uczestnicząc w zakładaniu hodowlanych estancji w latach od 1890 do 1950.

W końcu XIX wieku ekonomiczne i polityczne znaczenie Chiloe przybladło na rzecz Puerto Montt, czego finalnym posunięciem było przyłączenie archipelagu, w 1927 roku, do nowej prowincji – Los Lagos, ze stolicą w Montt. Od drugiej połowy XIX wieku Chiloe stało się centrum połowu wielorybów dokonywanych przez statki zagraniczne, głównie francuskie. Zaczęło także przybywać wielu emigrantów z różnych krajów Europy, co doprowadziło do rozszerzenia się regionów rolnych w głąb wyspy.

W 1912 roku powstała linia kolejowa z Ancud do Castro (dziś nieczynna). W 1972 roku zaświtał komuś pomysł budowy mostu przez kanał Chacao. Prace przygotowawcze zaczęły się za rządów prezydenta Lagos’a, lecz na skutek wzrostu kosztów i ku zadowoleniu innych, którzy uważali, że most zniszczy zarówno krajobraz jak i środowisko, projekt odwołano. W maju 2012 roku, kolejny były prezydent i miliarder, Sebastian Piñera powrócił do pomysłu budowy mostu, przy pomocy projektodawców zagranicznych, którzy mają znaleźć najlepsze rozwiązanie w obrębie limitu inwestycyjnego rzędu 740 milionów dolarów US.

Największe obawy budzi tektonika i związane z nim tsunami. W 1960 roku potężne trzęsienie ziemi, najmocniejsze w zanotowanych dziejach Chile, zniszczyło stara katedrę w Ancud i zrujnowało Castro. Po odbudowie, Castro w 1982 roku znów stało się stolicą wyspy.

Tutejszy umiarkowany, chłodnawy klimat, jest przesycony wilgocią. Zachodnia strona wyspy ma dużo opadów i jest pokryta lasami deszczowymi typu Valdivian, jednymi z paru lasów deszczowych w umiarkowanej strefie świata. Tutaj znajduje się Narodowy Park Chiloe. Inny – park Tantauco – lokuje się na południowym wybrzeżu wyspy, park prywatny, założony i będący w posiadaniu wspomnianego prezydenta Piñera. Wybrzeża po wschodniej stronie są suchsze i cieplejsze.

Bogato reprezentowany jest w parkach świat morski – wale błękitne, chilijskie delfiny, lwy morskie, morskie wydry, pingwiny Magellana i Humboldta. Parę lat temu, na północno-zachodnim wybrzeżu, powstał projekt Alfaguara, mający chronić wale błękitne. Plany rozwoju osadnictwa zostały ściśle powiązane z planami ochrony środowiska i długotrwałymi planami badawczymi. Na trzech małych wysepkach (Islotes de Puñihuil Natural Monument) znajdują się chronione stanowiska lęgowe pingwinów, kormoranów i mew.

W lasach, poza pudu i pumami, żyje także endemiczny lis zwany darwini.

140q chiloe darwina lis endemiczny

Z Internetu

Jak już wspomniałem mieszkańcy wyspy – Chilotes, w XIX wieku migrowali w sporej liczbie na kontynent, wnosząc swoją kulturę, głównie styl architektury, do południowej Patagonii. Charakteryzuje ich także odmienny język hiszpański. Jest lokalnym dialektem inaczej akcentowanym niż chiljski hiszpański; wymowa, gramatyka i słownictwo odzwierciedlają wpływy języka szczepu Huilliche, czyli wariantu Mapudungun.

Z początku było pochmurnie, lecz w miarę oddalania od Montt, zaczęło się przejaśniać.

140r

Minęliśmy okropnie dymiącą fabrykę,

140s

podjazd i zjazd ze wzgórza

140t

i nagle wyłonił się spłacheć wody w oddali. Kanał Chacao.

140u

 Zajechaliśmy na przystań, prom akurat przypłynął i szykowano się do przyjęcia pojazdów.

140w cies. Chacao

Przeprawa, z Pargua na kontynencie do Chacao na wyspie, trwa od 35 do 40 minut. Żegluga odbywa się co 20 minut, w sezonie od 6 rano do 1.20 w nocy, poza sezonem od 7 do 23.30. Piesi płacą 600 peso, przewóz rowerów – 1300, a auta od 7 000 do 13 700 (w przypadku dużych samochodów). Wyspa jest od razu widoczna z kontynentu,

140x

po dziesięciu minutach byliśmy już na wodzie i uradowała mnie wyraźnie poprawiająca się pogoda.

140y

140z

141

Po przybiciu do przystani odrazu wjechaliśmy w pagórkowaty teren,

141a

Piątka w dobrym stanie i ruchu ograniczony. Pojawiły się znaki ostrzegające przed bykami.

141b

Zjazd z długim zakrętem

141c

wyprowadził nas na most Pudeto, nisko stojący ponad lustrem, rozgałęzionej i głęboko wcinającej się zatoki, Cipomo O Calonje. Minęliśmy port rybacki i pierwsze zabudowania Ancud.

141d

Za jego odległym przedmieściem, Pudeto, zasugerowałam skręcenie w boczną drogę W 240, bowiem w miarę wznoszenia wyłaniał się piękny widok na miasto.

141e ancud

Dojechaliśmy do osady o mile brzmiącej dla ucha nazwie – Pupelde. Nowe domy nawiązywały do stylu Chilote.

141f

Na trawniku przechadzały się ibisy.

141g

Zawróciliśmy do Piątki i po paru kilometrach zauważyłem wielkiego ptaka siedzącego na przydrożnym drzewie.

141h

Zatrzymaliśmy się na poboczu i gdy podkradłem się z aparatem, wielki sęp z rozgłośnym łopotem skrzydeł zerwał się do lotu.

141i

2.

Gdy zdążaliśmy dalej na południe krajobraz zrobił się płaski. Do Quellon było stąd tylko około 150 kilometrów. Przeglądałem przewodnik patagoński i wpadła mi w oko miejscowość Achao, na innej wyspie – Quinacho.

141j Isla_Quinchao

Mapka z Internetu

Dałem się skusić. Przed Mocopulli skręciliśmy w drogę W-45 docierając do miasteczka Dalcahue

141k na wyspe Q

i tam kolejna, krótka przeprawa promem

141l

do El Pasaje na wyspie.

141m

Na nabrzeżu przywitał nas widok dwóch przyjaciół i jeden z nich chyba coś szeptał do ucha drugiemu.

141n

Byliśmy na szlaku zwanym Ruta Patrimonial,

141o

który dalej przemienił się w inny, typowo turystyczny, z charakterstycznymi zielonymi tablicami i napisem Ruta de Las Islas (droga oznaczona także jako W 59).

Paręnaście kilometrów przed Achao teren zaczął się szybko wznosić i znaleźliśmy się na szczycie wzgórza,

141p

skąd roztaczał się wspaniały widok na zatokę z hodowlą łososia.

141q

141r

W dole jeden z zabytkowych kościółków, koło nas stary dom z płotem z żerdzi.

141s

Po prawej wielkie krzaki obsypane jeżynami. Przez paręnaście minut zajadaliśmy się słodko-cierpkimi owocami, wprost z krzaka.

141t

Zjechaliśmy do miasteczka,

141u

objechaliśmy parę ulic i zaparkowaliśmy nad zatoką,

141x

naprzeciw pomnika ku czci marynarki chilijskiej.

141w

Wiele domów jest w starym stylu Chilote, kompletnie odmiennym od kolonialnego stylu hiszpańskiego. Drewniane domy ze ścianami na zakładkę i drewnianymi gontami.

141y

Modrzewiowe gonty na dach były tak cenne i popularne zarazem, że kiedyś zaczęto je używać jako środka płatniczego, zwanego realem modrzewiowym (Real de alerce). W końcu XIX wieku zbudowano wiele domów na palach ponad wodą, włącznie z magazynami, sklepami i restauracjami.

142a

142b

Przeszliśmy się paroma ulicami,

142

zaglądając na targ rybny, obserwując łodzie wracające ze świeżym połowem.

142c

142d

Wokół oczywiście kręciły się gromady psów lub spały pod ścianami domów.

Ukazali się młodzi ludzie opuszczający szkołę, przywdziani w mundurki, które są w Chile i całej Ameryce Łacińskiej bardzo popularne.

141z

Zaszliśmy na obiad do restauracji „Mar y Velas” i wtedy mnie olśniło.

142e obiad 2.30

Bergen, Bergen w Norwegii, ma podobny styl drewnianych domów z częściowo zadaszonymi pomostami i podwórkami. Chiloe słynie ze swej specyficznej kuchni wywodzącej się z prehiszpańskich czasów. Co prawda nie spróbowaliśmy potraw z ziemnego pieca i jagnięcego asado z grilla i nie popiliśmy tego jabłkową chichą, czyli tutejszym napojem wyskokowym. Natomiast zjadłem znakomitą zupę marisco, a na drugie łososia pieczonego w warzywach, z przyprawami. Małmazja. Z okna restauracji, zawieszonej częściowo nad wodą,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

spostrzegłem że znów się chmurzy. W dole kolejny dowód ludzkiej bezmyślności –  pośród  ławicy wodorostów w wodzie i już wysuszonych na brzegu, poniewierały się plastykowe butelki i opakowania.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po obiedzie poszliśmy na drugi spacer, z zamiarem dotarcia na główny rynek i obejrzenia starego kościoła. W wielu miejscach, na ulicach leżały skorupy małży lub ich poszarpane ciała.

142h

Unosił się charakterystyczny, słonawy zapach oceanu, zmieszany z zapachem wodorostów, skorupiaków i małży i miejscami z ostrym odorem rybich wnętrzności. Przy nadmorskim bulwarze stały tablice ostrzegające przed tsunami

142i

i wskazujące drogi ewakuacji. Kawałek dalej system alarmujący zasilany bateriami słonecznymi,

142j

których znacznie przybyło w różnych miejscach, w stosunku do mej wizyty sprzed trzech lat.

Kościół jest okazały, na kamiennej podmurówce z ciosanych bloków skalnych,

142l

choć nie tak piękny, jak słynny obiekt w Chacao.

142m Iglesia_en_Chacao

Z Internetu

Chcieliśmy doń wejść, lecz akurat zaczynała się msza przed pogrzebem i podjeżdżały samochody z żałobnikami. Dyskretnie zajrzeliśmy do środka, gdzie był zakaz robienia zdjęć. W półmroku pachniało starym drewnem i palonym woskiem.

Na zewnątrz zauważyłem, iż niektóre fragmenty podmurówki kościoła były z nieobrobionych głazów.

142n

Pod drzwiami plebanii uwalił się pies i z cicha pochrapywał.

142o

W ogrodzie, otoczonym półokrągłymi dechami drewnianego płotu, pyszniła się okazała jabłoń. Przed nią tkwiła młodziutka, kosmata araukaria.

142p

Na rynku część osób spacerowała, inni siedzieli na ławkach. Przechodnie spieszyli za swoimi sprawami, samochody żałobników stały jedne za drugimi, z wnętrza kościoła nie dobiegał żaden dźwięk. Śmierć w czasie pokoju jest małym przerywnikiem życia. Tylko w wielkich zawieruchach, gdy giną setki, tysiące i miliony, życie staje się równie małym przerywnikiem śmierci.

Wjazd na punkt widokowy z panoramą Achao w dole.

142q

142r

Nagle spod pomostu wychodzi mały beżowy piesek i popiskując przymila się do nas.

142s

Za chwilę przybiega inny szczeniak, całkowicie czarny i nie wiadomo skąd pojawia się kot. Mija nas kobieta – „Buenos tardes, señores” – z siatką zakupów. Zwierzęta rzucają się ku niej z żywiołową radością, obskakują ją i próbują obwąchać siatkę.

142t

Gdy kobieta dochodzi do furtki zjawia się trzeci, dorosły pies. Jak zwierzęta pięknie i czule okazują swoje przywiązanie i radość przebywania z właścicielem.

3.

Powrót z idealnym załapaniem się na prom powrotny.

142u achao powrot

142w achao powrot

142x

Dobiliśmy do Piątki, mijając najpierw Mocopulli.

142y Mocopulli

Dalej same, urocze wręcz nazwy. Pidpid, dwie osobne miejscowości o tej samej nazwie. Pierwsza pisana razem – Llaullao, druga, dalsza, z przerywnikiem – Llau-Llao, gdzie jechaliśmy paręnaście minut wzdłuż ujścia rzeki Chacra.

142z Llau-Llao rio Chacra

A potem zaraz Castro z kolorowymi domami, stolica prowincji i głównej wyspy.

143 Castro

Stąd wypływa prom do Chaiten, klucząc pomiędzy wysepkami archipelagu. Odgałęzienie Piątki prowadzi wprost do miasta,

143a

zawija na półwyspie i łączy znów z główną Piątką.

143c

Przejechaliśmy most nad rzeką Gamboa,

143b

za osadą Nercon znaleźliśmy napis informujący o dojeździe do wioski Chorwacja Chiloe, gdzie są do wynajęcia cabañe. Kapliczka wyraźnie odcinająca się od sinego, burzowego nieba.

143d nercon

Po prawej mijaliśmy pola uprawne i wzgórza,

143e

po lewej wyłaniał się duży fiord Castro odzielony sporym półwyspem. Za nim, daleko na horyzoncie wyspa Puqueldon – istny tu raj dla kajakarzy. Seweryn zaczął nieco szaleć i gnał tak szybko, że zaledwie kątem oka zauważyłem nazwę miejsca, gdzie mieliśmy dojechać.

Osadziłem go, zawrotka, skręt w prawo w drogę nr 853…Ki diabeł, czemu ta droga zamieniła się w zwykłą, wiejską drogę? Pusto, ani domów, ani gdzie zasięgnąć języka. Po parudziesięciu minutach napatoczyło się jakieś auto z przeciwnego kierunku. Daliśmy sygnał światłami, opuściliśmy szyby. W środku napakowana rodzina, kierowca bez problemu porozumiewał się po angielsku, bo był z Australii. Gdy wyjaśniliśmy o co nam chodzi, roześmiał się. Ich również zmylił znak drogowy. Była na nim nazwa Quiellen, a my potrzebowaliśmy Quellon. Australijczyk zajechał jeszcze dalej, ktoś go zawrócił na właściwą drogę. Już zrezygnował z dojazdu do Quellon i wracał do Nercon na nocny popas. Trzeba było wrócić na Piątkę i jechać dalej prosto, na południe. Straciliśmy co najmniej 40 minut. Zaczął się zachód słońca, lecz wciąż liczyłem, że szybko przejedziemy ostatnie 50 kilometrów.

143f

Mieliśmy spore opóźnienie, lecz sądziłem że na dobrej, wyasfaltowanej drodze, w przeważnie płaskim terenie, będziemy mogli nadrobić stracony czas. Kolejny most nad rzeką Trainel i nagle przykra niespodzianka – za jeziorem Tarahuin roboty drogowe ciągnące się dziesiątkami kilometrów.

143g

Tutaj inwestuje się pieniądze przeznaczone uprzednio na budowę mostu przez Kanał Chacao. Miejscami szosa była w rozpaczliwym wręcz stanie.

143h

Rozmiękła, z niewidzialną medianą i co chwila stawaliśmy w korkach.

143i

I znów znajome napisy trzymane przez robotników drogowych: Desvio (objazd), Stop i Siga (jedź) *

W zapadajacym zmierzchu zalśniło jeszcze kolejne, spore jezioro, Lago de Natri, tym razem leżące po prawej stronie szosy. I to był dla nas ostatni błysk dnia. Po chwili zapadły ciemności, jechaliśmy jeszcze wolniej, z ciągłymi przestojami. Obok huczały mijające nas wolno wielkie ciężarówki. Światła aut rozdzierały mrok i pozwalały się orientować jak jechać. Miejscami zdawało się nam, iż jest gorzej niż na drodze do O’Higgins nocą, bo tam byliśmy przynajmniej sami. Teraz trzeba było uważać na wszystkie strony i Seweryn spisywał się tym razem znakomicie. Tylko poprzez wznoszenie i zjazd w doliny domyślaliśmy się, że wjechaliśmy w bardziej pagórkowaty teren. Głębokość przejazdu, z usypanymi po bokach wielkimi ścianami, sygnalizował nam basowy odgłos silników, odbijających się zwielokrotnionym echem w wąwozach. Najgorsze były podejścia i zjazdy połączone z długi łukiem zakrętu, który zdawał się nie mieć końca. Uczepiliśmy się świateł pozycyjnych naszego poprzednika i do Quellon dowlekliśmy się koło 20.30, w siapiącym deszczu, który co pewien czas przemieniał się w ulewę. Poczułem się rozczarowany, ba, wręcz zrobiło mi się gorzko. Moim marzeniem było zobaczenie wulkanu Corcovado znad zatoki Quellon, od drugiej strony, bo inną znaliśmy już od Chaiten.

143j

Z Internetu

W mieście, z rozmazanego krajobrazu, wyskakiwały z wnętrza sklepów, świetlne plamy kładące się na chodnikach. Czasem, rzęsiście oświetlona retauracja, pozwalała się zorientować w którym mamy jechać kierunku. Lampy uliczne rzucały mdłe światło, nazwy ulic były niewyraźne. Chciałem dotrzeć do przystani promowej, na nabrzeżu. Zjechaliśmy z górnego tarasu miasta, jedną z ulic w lewo, na moje wyczucie. Ku memu zadowoleniu na dole wyłonił się napis Costanera (Nadbrzeżna). Skręciliśmy znów w lewo i pojechaliśmy wzdłuż wybrzeża. Ukazały się chyboczące światełka łodzi, za którymi czerń była całkowicie nieprzenikniona. Gdzieś, w głębi zatoki Corcovado, tkwi ośnieżony wulkan.

Było to dla nas ostateczne zamknięcie podróży po chilijskiej, południowej Patagonii. Wzdłuż wybrzeża Pacyfiku rozrzucone są archipelagi wysp i wysepek tworzące nieprawdopodobną plątaninę kanałów, przesmyków, zatok, przejść i rozlicznych fiordów.

143k

Zdjęcie satelitarne z Internetu

Na południe od Puerto Montt, najpierw Canal de Chacao (Kanał Chacao), za nim wyspa Chiloe i reszta wysp archipelagu Chiloe. Na wschodzie zatoka Ancud, na pł-wschodzie zatoka Corcovado. Pod brzuchem wyspy Chiloe przesmyk Boca del Guafo, za nim kolejny archipelag De Los Chonos z dziesiątkami większych i mniejszych wysp. Odrazu za wąskimi przejściami rozczłonkowany półwysep Taitao z wianuszkiem wysepek od północy, a potem gęstwa kolejnych wysp – wielka Wellingtona i paręnaście pomniejszych. Taki sam wzór ciągnie się aż do Ziemi Ognistej. Jak to możliwe, że piraci nie utykali tam skarbów? Może z powodu nader zimnego prądu Humboldta, obawy przejścia przez cieśninę Magellana, chłodnej wilgoci zalegającej nad lądem… Gęsty, splątany las i od razu pasma gór tonące we mgłach i oparach. Kapryśne prądy w wąskich przesmykach, podwodne skały i zdradliwe mielizny. A na dobitkę góry lodowe i porywiste wichry.

Gdy się pokocha te krainę, wszystkie dodatnie i ujemne znaki ziemi i cechy klimatu, stają się sposobem bycia i radości życia. Można przetrwać, można się upajać, można wejść w tętno natury i zanurzać się w jej rozległej ciszy. Tam wszystko koi, włącznie z samobyciem, które rozróżnia i rozdziela „bycie samotnym” od „samotności”. Zbyt wielu spotkałem w życiu rozpaczliwie samotnych, w samym środku koleżeńskiego kręgu, rodziny czy tłumu, w samym środku zgiełku, by mieć jeszcze jakiekolwiek złudzenia i wahania przed wyborem.

Powrót był odwrotem na całej linii. Wzdłuż tej samej linii, tym razem w nocnej scenerii.

143l

Znów wąwozy pełne ryku silników prących pod górę, strugi deszczu, światła długie-krótkie, krótkie-długie. Pasemka mgły, czuwanie nad Sewerynem, aby mi nie przysypiał. I głód. Zjedliśmy wszystkie zapasy jakie zabraliśmy i dokupiliśmy po drodze. Głównie jabłka i ciemną czekoladę. Owoce morza z restauracji w Achao wciąż nas energetycznie podtrzymywały.

O dziesiątej zatrzymaliśmy się aby napełnić bak auta i rzuciliśmy się na jedzenie w barze, przy benzynowej stacji. Nie znoszę się przegładzać. Mam wtedy zakłócony swój normalny rytm. Sewerynek znów się zamartwiał czy zdążymy na ostatni prom, bo mieliśmy przed sobą jeszcze sporo kilometrów a deszcz lał coraz większy. W ogóle się nie przejmowałem, bo Ancud jest dużym miastem i bez trudu znaleźlibyśmy nocleg.

Po pół godzinie ukazał się w światłach zad wielkiego autobusu z napisem Puerto Montt. Na pewno jechał na ostatni prom. Wjechaliśmy nań o 23.27

143m

i w parę minut później prom ruszył, gdy z brzegu ozwały się rozpaczliwe krzyki. Ktoś właśnie dojechał taksówką na nabrzeże. Prom przyhamował i wolno cofnął.

O północy czarownicy z Chiloe (brujas; wymawia się bruhas z gardłowym „h”) dali mi pożegnalny znak. Na burcie promu zalśniło diabielskie światło.

143n

Bez przeszkód osiągnęliśmy drugi brzeg i pustą szosą pognaliśmy do Peuerto Montt. Parę minut po pierwszej dotarliśmy do naszego hotelu. Przy wejściu powitał nas głos innego czarownika, lejący się z trzewi telewizora.

——————————————————

*  Droga jest już niemal ukończona, zostały do wypełnienia pewne odcinki. Wspaniałość wędrowania przy pomocy kamery na Google polega właśnie na tym, iż w parę miesięcy później można skonfrontować swoją drogę (ogromnie to pomaga w odnajdywaniu miejsca robienia zdjęć) ze stanem w jakim była. Dla przykładu zapraszam na powtórzenie naszej jazdy po Piątce na Chiloe. Przejazd na Google jest z grudnia 2014, gdy trwała jeszcze przebudowa drogi:

https://www.google.com/maps/@-42.735212,-73.790962,3a,75y,134.92h,91.64t/data=!3m6!1e1!3m4!1sQ29aXo6BmGEvEXF2VBzX0A!2e0!7i13312!8i6656!5m1!1e1

16.04 (środa) wokół jeziora Llanquihue

Puerto Varas

Jezioro Llanquihue jest drugim pod względem wielkości w Chile (870 km², 35 km długie i 40 km szerokie) z największą głębią – 317 metrów.

143o .jezioro lalanquihe puuerto varas dookola

Z Internetu

Swoje powstanie zawdzięcza lodowcowi (tzw. lodowiec piedmoncki) z Czwartorzędu i ostatni okres glacjalny w Chile jest nazywany właśnie okresem Llanquihue. Wokół jeziora uformował się system moren; na zachodzie rozciągają się tereny rolnicze, na wschodzie wznoszą się gęsto zalesione przedgórza Andów z charakterystycznym wulkanem Osorno (2661 m n.p.m.), podobnym do słynnej, japońskiej góry Fudżi.

143p osorno volcan

143q Osorno Volcano stitched panoramic view, 2010

2 zdjęcia z Internetu

Przy dobrej pogodzie, po zachodniej stronie widać jeszcze wulkan Punteagudo i w głębi, argentyńskiego olbrzyma – Tronador (3554 m n.p.m.), zaś na południu, położony bliżej Puerto Montt, wulkan Calbuco. Ale Osorno, pięknością swego regularnego kształtu, przebija inne i dlatego leżące naprzeciw niego miasta, są tak często odwiedzane. Puerto Varas, jest jednym z najbardziej popularnych miejsc turystycznych w Chile.

Varas ochrzczone terminem La ciudad de las rosas (Miasto róż) zaczęło się jako jedna z osad kolonizatorów niemieckich. Ministrem spraw wewnętrznych w owym czasie był Antonio Varas, za prezydentury Manuela Montt’a. W Varas osiadło 212 rodzin niemieckich i zaczęło urządzać nowe miejsce w starym, bawarskim stylu. Stąd m.in. liczne krzewy różane w ogrodach i na miejskich placach. Typowy proces emigracyjny – skłonność do upodobnienia odmiennego, nowego świata na starą modłę. Przeniesione punkty zaczepienia, dla spokoju duszy. Dla dumy w przyszłości – można rodakom pokazać dziedzictwo zachowane przez pokolenia, tysiące kilometrów od starej ojczyzny. Stąd naśladownictwo w nazwach (jak te amerykańskie Warszawy), w stylu architektonicznym (warto zobaczyć domy polskich górali w USA czy Kanadzie) i wszelakie przejawy kultury – od folkloru poprzez kicz do sfery ambitniejszej. W Varas, w 1872 roku wybudowano pierwszy kościół, a w 1885 założono Klub Niemiecki. Pełnoprawnym miastem stało się w 1897, od grudnia 1925 cały obszar wokół miasta uzyskał status gminy. Do dzisiaj używa się w niej specyficznego, niemieckiego dialektu. Gdy powstały następne miasteczka i osady – Llanquihue, Frutillar, Puerto Octay czy Ensanada, w 1968 roku stworzono dużą gminę Lllanquihue (wymawia się Jankiłe) i zdecydowanie postawiono na rozwój turystyki. Niekwestionowanym, bardzo dynamicznym centrum turystyki, jest Puerto Varas.

W Montt pożegnał nas widok wygrzewających się na słońcu psów.

143r

W 25 minut dotarliśmy do Varas,

143s

zaparkowaliśmy i udaliśmy się na spacer nad jezioro. Zanim tam doszliśmy, odbyliśmy spacer po willowej dzielnicy leżącej na górnym tarasie.

143z

Dopiero po chwili skojarzyłem sobie, że są tu odbicia górnego Sopotu i Gdańska – Wrzeszcza, podobny styl budowania domów, zahaczających nieco o siedziby rodem z baśni braci Grimmów. Gdy kontemplowałem jeden z domów poczułem na sobie czyjś wzrok. I wtedy spostrzegłem milczącego psa, leżącego na masce auta i świdrującego mnie swymi przeraźliwie niebieskimi oczami.

143t

Znad brzegu jeziora rozciągał się widok na miasto po prawej,

144

144a

144b

po lewej dochodzący do wysokiego klifu park,

143y

a na placyku,

143u

gdzie się zatrzymaliśmy, stały dwie rzeźby a la Hasior.

143w

143x

Doszliśmy do strefy hotelowej

144b1

144b2

z licznymi restauracjami i kawiarniami, ale postanowiliśmy zjeść lunch w mniej gwarnym miejscu.

Cafe Lahuel

Pojechaliśmy malowniczą drogą nr 225 nad jeziorem,

144d

część jej była w remoncie. Mijaliśmy współczesne budowle nawiązujące do starego stylu,

144c

potem za zakrętem wyłonił się mały kościół i w głębi stary dom z szyldem kawiarni. Bez namysłu skręciliśmy w drogę prowadzącą do domu.

144e

Po prawej były cabañe do wynajęcia.

144f

Weszliśmy do środka,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

gdzie nikogo nie było, lecz za to było pełno starych skarbów, które ostatni raz widziałem w dzieciństwie, w niektórych poniemieckich domach w Sopocie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po chwili pojawił się rozczochrany gospodarz i od razu przeszliśmy bez problemu na angielski. Państwo domu zaaplikowali sobie późne wstawanie i nie spodziewali się gości. I to jakich – Polaków z Kanady. A gdy się jeszcze dowiedzieli, że się urodziłem w Niemczech (dyskretnie nie pytali dlaczego akurat tam…) i że mieszkałem przez trzy i pół roku w Berlinie, gospodarz rzekł „Du bist ein Berliner”. Na co odrzekłem „Ja, das stimmt” i obaj wybuchnęliśmy śmiechem. Gospodyni w kwiecistym szlafroku przygotowała nam kawę i zaserwowała wspaniały jabłecznik.

Jadłem go powoli, popijałem kawą i byłem zadziwiony, bowiem przeniosłem się w koniec wieku XIX, w stylu niemieckim. Firaneczki w oknach z udrapowanymi zasłonami a la falbanka. Portret przodka na ścianie w sędziwych ramach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Młynki do kawy na stołach, półkach i na ścianie. W jednym z nich gospodarz mielił nam kawę i rozszedł się stary, dobrze znany zapach z dzieciństwa. Maszynka do mięsa, przedwojenna puszka po oliwie z wytwórni w Santiago, z chorwackim nazwiskiem właściciela.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wypchane ptaki, w tym miejscowy sokół.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Stary plakat francuski o alpejskich sportach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I plansze pod szkłem z rysunkami i informacjami o chilijskich roślinach, ptakach, zwierzętach i gatunkach zagrożonych.

Wstałem i wyszedłem na chwilę na podwórko. Stare maszyny rolnicze, soczysta zieleń trawnika i widok na jezioro.

144n

Cisza, spokój, na trawniku śpiący pies. Sielanka.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wróciłem na kawę i poprosiłem o dokładkę jabłecznika. Gospodarze dyskretnie się wycofali a my mieliśmy sjestę. Zacząłem przeglądać kolorowe magazyny ze stolika i nagle odkryłem magazyn chilijski w językach, hiszpańskim i angielskim. Gdy pismo otworzyłem, pierwsze co natrafiłem, to wywiad z Douglasem Tompkinsem, starszym ode mnie o trzy lata, który tak mnie zachwycił swoją działalnością na rzecz środowiska w Ameryce Południowej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bogaty, przedsiębiorczy i mądry, co natychmiast wzbudza u jednych niedowierzanie, u drugich podejrzliwość. Wywiad przeczytałem od dechy do dechy i sfotografowałem strony dla późniejszej dokumentacji. W wywiadzie, Tompkins między innymi powiedział:  „Zaledwie parę lat temu nazywano nas wieszczącymi ponurakami, a teraz niemal każdego dnia jest nas więcej. Istnieją wyraźne ograniczenia wzrostu. Ruch na rzecz ochrony środowiska jest nie do zatrzymania. Bowiem pobudzają go istniejące warunki. Sądzę, że wkraczamy w wiek ekologii i tym bardziej ów ruch jest nie do zatrzymania”. (…) Wstąpiłem do klubu Sierra w wieku 16 lat, lecz niezbyt to wszystko pojmowałem. Zabrało mi wiele lat, aby dojść do punktu gdzie dziś jestem. Musisz bardzo dużo czytać i być aktywnym. (…) Nie jestem tylko jedynym, bogatym człowiekiem, który stał się filantropem.”

Czuję tę część świata – Patagonię, jako swój dom. Czuję mocne związki z Chile i Argentyną, czasem nawet myślę, że dbam o te kraje bardziej niż ich obywatele. (…) Twoje zachowanie określa twój patriotyzm. Jeśli zaśmiecasz własny kraj, niszczysz jego glebę, zatruwasz wodę i powietrze, rabunkowo ścinasz drzewa, przeławiasz ryby w jeziorach, rzekach i oceanach, nie jesteś patriotą. Widzę wielu tych napompowanych nacjonalistów, którzy uważają się za wielkich patriotów, gdy tymczasem niszczą i degradują swój kraj i jego dziedzictwo”.

Przy końcu magazynu znalazłem opis i trasę podróży promem z Puerto Natales do Puerto Montt i zrobiło mi się smutnawo, bo zobaczyłem co straciłem trzy lata temu, na skutek niefrasobliwości przewoźnika.  Odbyłem jedną trzecią tej trasy, która prowadzi wodą przez zalesione fiordy, obok lodowców, wulkanów i potężnych Andów wspartych o bezmiar wód Pacyfiku. A przecież pamiętam jakie zachwycające krajobrazy roztoczyły się przede mną.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Koło domu jest kort tenisowy, 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

naprzeciw niego jeden z kościołów w niemieckim stylu. 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Narzędzia mieli z Europy, do ciesielki tutejsze modrzewie. W 1992 roku stare budowle objęto ochroną zabytków. Najważniejszym jest kościół w Puerto Varas – Iglesia del Sagrado Corazon de Jesus (Świętego Serca Jezusowego) – zbudowany w bawarskim stylu, w 1918 roku. Podziwialiśmy jego charakterystyczną sylwetkę z parku nad jeziorem.

Pożegnaliśmy gospodarzy i o drugiej wjechaliśmy z powrotem na drogę wokół jeziora.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nowo budowane domy dla turystów starannie zachowują stary styl. Coś, czego na przykład nie potrafiono zrobić w wielu miejscach w Sopocie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Po paru minutach wjechaliśmy w duży zakręt, który na prostej wyprowadził nas pod górę. W oddali majaczyły przedgórza Andów

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i wyniuchałem w przewodniku, że warto podjechać do miejscowości Petrohue, gdzie są wodospady. Przed osadą Ensanada był rozjazd, wbiliśmy się w drogę 225, ale coś nie zgadzało się z mapą w mym przewodniku patagońskim i dodatkowo pokazała się przy drodze całkiem inna nazwa miejscowości. Zawróciliśmy do rozjazdu koło Ensanada i wjechaliśmy na 225, ale okazało się, że odwrotny kierunek prowadzi nas z powrotem do Puerto Montt. Apiać do rozjazdu i w końcu znaleźliśmy U- 99, prawidłową drogę na północ. Z daleka wyłonił się wulkan Osorno,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

potem bliżej

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i nagle ukazała się tablica parku narodowego Vincente Perez i krzyknąłem „Stój!”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Seweryn się nieco przestraszył, gwałtownie zahamował i zapytał „Zając?”. „Nie, park” – odparłem. „Przecież mieliśmy jechać prosto”. Stanowczo przekonałem go, że powinniśmy kawałek wjechać do parku. Jak nie będzie nic ciekawego, zawrócimy. Moja intuicja pracowała na pełnych obrotach. Bo dzięki temu, po raz pierwszy w życiu wjechałem samochodem niemal na szczyt wulkanu.

Wulkan Osorno

Wjazd do parku Rosales, najstarszego w Chile (założony w 1926 roku), który corocznie odwiedza ponad 120 tysięcy osób, jest początkiem malowniczej drogi prowadzącej ku Argentynie. Po drodze są dwie atrakcje. Szmaragdowe jezioro Todos Los Santos, z zalesionymi wokół wzgórzami i wspomniane wodospady Petrohue. Jezioro Wszystkich Świętych odkryli jezuici w 1670 roku i założyli tam misję czynną do 1718, do rozwiązania zakonu. Przez następne 130 lat jezioro i jego okolice były kompletnie zaniedbane, do momentu wkroczenia niemieckich osadników. Park ma przeszło 253 tysięcy hektarów i został nazwany na cześć agenta rządowego, który nadzorował niemieckich kolonistów – Vincente Perez Rosales’a. W okresie lata, głównie w grudniu i styczniu, jedyną nieprzyjemną rzeczą są tabaños czyli końskie muchy. Chyba, że odezwie się wulkan. Ale ostatni raz wybuchł w 1869 roku.

Osorno jest stratowulkanem siedzącym na innym, starym stratowulkanie – La Picada – powstałym 250 tysięcy lat temu w postaci kaldery o średnicy sześciu kilometrów. Kaldera miała 40 rozrzuconych pomniejszych kraterów, dzięki którym główny stożek został nienaruszony i zachwyca dziś swym kształtem i kolorystyką, bo na szczycie ma lodowiec i w górnych partiach wiecznie ośnieżone stoki. W wieku XVIII i XIX owe kratery były aktywne jedenaście razy. Erupcje z 1835 roku obserwował Darwin z miasta Ancud na wyspie Chiloe.

Jechaliśmy wpierw lekko wznoszącą się drogą nr 555,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

dość wąską lecz porządnie wyasfaltowaną. Potem zaczęły się serpentyny, krajobraz się nieustannie rozszerzał i dotarliśmy na miejsce widokowe skąd doskonale było widać wulkan i pobliskie okolice.

145a

145b

145c

I okazało się, że za punktem widokowym można jechać dalej w górę, po odjazdowych serpentynach. Mijaliśmy miejsca przypominające mi wjazd na Etnę i Wezuwiusza, ale tam nie wjechałem aż tak wysoko. Bowiem ostatnie etapy odbyłem pieszo.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zatrzymaliśmy się za kolejnym zakrętem rozkoszując się panoramą okolicy. Od czasu do czasu dął porywisty i przenikliwie chłodny wiatr.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

145g

145h

145j

145k

Zaczął nagle padać deszcz ze śniegiem, potem pojawiły się płaty śniegu na ziemi.

145l

145m

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dojechaliśmy do schroniska (refugio) Teski Club, na wysokości 1417 metrów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Niedaleko niego jest ośrodek narciarski La Burbuja z dwoma wyciągami na 1672 metry i paroma stokami zjazdowymi na zboczach wulkanu. Szczyt wyciągu jest na wysokości 2 652 metrów i można sobie wyobrazić jaki jest stamtąd widok. Niech jego przedsmakiem będzie krótki filmik z Internetu, po hiszpańsku, dla entuzjastów nart i snowboardingu:  https://www.youtube.com/watch?v=zT-AbhqEs14

Popularne jest także narciarstwo biegowe a latem dodatkowo wspinaczka, lecz tylko z przewodnikiem i własnymi uprawnieniami.

Teski Club wybudowano w 1940 roku i w 20 lat później został zrujnowany w wielkim trzęsieniu ziemi, które zniszczyło także spory odcinek Panamericany. Odbudowano go w dzisiejszym kształcie w latach 1967-68. Ma parę pokoi noclegowych i dużą restaurację połączoną z kawiarnią, obie z dobrym zaopatrzeniem. Weszliśmy do schroniska pełnego ludzi, zamówiliśmy gorącą czekoladę, bo ziąb był niezły. Siedziałem przy stoliku koło okna i rozglądałem się dookoła. Gwar ludzkich głosów, odpoczywający narciarze po zjazdach, wycieczki. Ładny wystrój wnętrza,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

między innymi z parą fikuśnych, różowych nart na ścianie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na zewnątrz co chwila zacinało deszczem. Jak tylko przechodził, wyskakiwałem na drewniany taras by robić zdjęcia.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Potem zagłębiłem się w lokalny cennik: wyciąg 10 000 peso na dorosłego, jest tyrolka za 18 000, trekking do Czerwonego Krateru za 14 000 i o 8 tysięcy drożej Trekking Panoramico. Zestaw dzienny z przekąską i napojem, za 30 000 pesos (47 $US; 175 złotych).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

145w

Była już prawie szesnasta i postanowiliśmy wracać do Puerto Montt, kontynuując objazd jeziora. Po wyjściu zorientowałem się po pewnym czasie, że nie mam dużego Nikona. Zostawiłem go w restauracji. Zdenerwowany i wręcz przestraszony szybko się wróciłem. Leżał na stoliku.

145x

Jechaliśmy powoli w dół napawając się widokami wulkanu, gór i jeziora.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

146

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

146d

146e

Potem przejazd lasem i dobiliśmy do wyjazdu z parku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zamknięcie pętli, pożegnanie Puerto Montt

W wielu miejscach, zbocza nad drogą są pokryte specjalnymi siatkami, zabezpieczającymi przed spadającymi odłamkami skalnymi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Odnosiłem dziwne wrażenie, że dzisiaj przejeżdżamy przez trzy pory roku – lato koło południa, potem dotyk zimy na wulkanie, teraz zatopiliśmy się w totalnie jesiennym krajobrazie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zrolowane siano na łąkach,

146o

pasące się stada krów,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

pochmurnie, snujące się dymy, sądząc po zapachu, z ziemniaczanych naci,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

jesienne w nastroju aleje wysadzane drzewami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

I czasem przy drodze niemal „kosmiczny” obiekt turystyczny, z tabliczką podającą adres internetowej strony.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kolejne miasteczko w lokalnym stylu – Puerto Kloker,

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

dojazd do krańca jeziora i ostry skręt na południowy zachód.

146q

Za Puerto Octay, popularnym uzdrowiskiem z wielkim tartakiem i fabryką cukru z buraków, znów wspinaczka pod górę i przystanek koło pomnika, upamiętniającego setną rocznicę powołania Międzynarodowego Klubu Rotary.

146s

Ma obecnie przeszło 34 tysiące klubów gromadzących ponad milion członków. Organizacja z założenia o szlachetnych wręcz celach, w których umożliwiono partycypację kobietom, dopiero w latach 80-tych. Hmm… Jak się otworzy ich stronę na Internecie, odrazu zakwita tłumem szczeżuj, czyli wiecznie uśmiechniętych osobników płci obojga. To amerykański styl prowadzący do zuniformizowanej nudności, podobny do wiecznej i sakramentalnej odpowiedzi „I am fine”.

Ze wzgórza jest ładny widok na miasteczko

146r puerto octay

i jezioro.

146t

Okolica dalsza była podobna do uprzednich widoków, przeto rzadko wyjmowałem aparat. Ujęła mnie aleja drzew szpilkowych, usadzona tak, jakby młodsi bracia przyglądali się starszym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Za kilka kilometrów samotna kępa znajomych drzew mirtowych i do tego z białymi kwiatami.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Przed Frutillar (ulubione miejsce letniego wypoczynku Chilijczyków), wjazd na Panamericana (5) i z daleka minęliśmy miasto Llanquihue i Puerto Varas, szybko jadąc do Montt, bo nam obu głód już doskwierał i marzyły się owoce morza.

Podjechaliśmy na zupełnie pusty parking na nabrzeżu i spacerem poszliśmy do portu.

146z

Znów ogromne ilości sępów i innych ptaków

146x

W zachodzącym słońcu i supłającym się zmierzchu nasycała się łagodność – kolorów, dźwięków i obrazów. 

147a

147b

147c

Wtrząchnęliśmy wielką michę zupy marisco

147

i pojechaliśmy do centrum.

147d

147e

Było tak pięknie i cicho, że zaparkowaliśmy auto koło hotelu „Gran Vincente” i poszliśmy na kolejny spacer nadoceanicznym bulwarem.

147f

147g

147h

147i

Potem skręciliśmy do miasta, mijając jeden z najstarszych budynków, katedrę z 1856 roku, wzorowaną na greckim Partenonie. Katedra jest z modrzewiowego drzewa, z ładnymi i dużymi witrażami, przykryta miedzianą kopułą.

147j

Przeszliśmy przez park koło Plaza de Armas, z niektórymi, betonowymi ławkami, wymalowanymi przez lokalnych artystów. Aż niezręcznie było tam usiąść. 

147k

W hotelu odebraliśmy pranie, ja uzupełniałem w pokoju notatki, Seweryn wziął komputer pod pachę i tyle go widziałem. Zwolennik ewangelisty nie miał dzisiaj dyżuru, co natchnęło Seweryna tak, iż siedział tam do 2.30 w nocy. Skąd wiem? Bo mnie obudził. Spojrzałem na zegarek w komórce i zakląłem, a on rzekł spokojnie „Śpij, śpij”. Przyjaźń jest często wielką próbą cierpliwości.