Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

10 lipca Sydney Forks – prom – Channel Port Aux Basque

Rano przy śniadaniu jest z nami para francuska, on rubaszny i roześmiany, a także skory do żartów. Ładnie nakręcił mi energię. Więcej takich ludzi na świecie, bardzo by się przydało. Spakowanie i tym razem bez żadnych problemów dojeżdżamy o wpół do dziewiątej do portu w North Sydney. Nawet byliśmy przed wyznaczonym czasem.

Powoli poruszamy się w kolumnie aut i Seweryna już kusi by coś pokombinować i przebić się do przodu. Stanowczo powstrzymuję jego zapędy.

Z boku podjeżdża wóz-domek na kółkach, coś o czym wiele lat temu nawet marzyłem.

Kompletna niezależność, bo świetne wyposażenie (mała kuchnia i łazienka, sypialnie), oszczędność na noclegach. Widzimy nasz wielopoziomowy prom (ma ich w sumie dziewięć)

i za paręnaście minut wtaczamy się na wysoką rampę.

Filmuję wjazd do paszczy dolnego pokładu na poziomie piątym.

Facet z obsługi nas przynagla i wskazuje miejsce do parkowania.

Windą wjeżdżamy na nasz poziom – dziewiąty. Nie ma żadnego tłoku. Chyba niepotrzebnie opłacałem miejsca siedzące, ale nigdy nie wiadomo, bo latem może być różnie. Bilet na prom kosztował nas, ze zniżką dla seniorów, 41.85 CAD plus 11.25 CAD za gwarantowane siedzenie i 244,26 CAD za samochód.(w sumie około 176 CAD na głowę).

Zanim znajdę sobie odpowiadające mi miejsce penetruję otoczenie, by przede wszystkim wiedzieć gdzie są wyjścia na pokład. Na półpiętrze staje zachwycony przed zdjęciem na ścianie. To słynne góry Torngat, na Labradorze,

gdzie można dotrzeć jeno awionetką lub motorową łodzią. W 2008, będąc w Labrador City, z zachwytem obejrzałem wystawę zdjęć z gór Torngat, jakiegoś quebeckiego fotografa. A na bocznej ścianie zdjęcie miejsca o którym od lat marzyłem i chcę tam dojechać – Gros Morne Park na Nowej Fundlandii.

Niedaleko baru znajduję informację o naszym promie.

Był budowany z początku w Rosji, potem dokończony w Norwegii i od 2007 do 2009 roku pływał w słynnej szwedzkiej linii promowej Stena Line, pomiędzy Holandią a Wlk. Brytanią. Kanadyjskie przedsiębiorstwo Marine Atlantic wydzierżawiło statek i skierowało do przeróbek w bremeńskiej stoczni w Niemczech, tak by go przystosować do żeglugi pomiędzy Sydney a Channel-Port aux Basques (m.in. skrócono go o 12 metrów i dodano trzeci ster strumieniowy). Nadano mu nazwę „Blue Puttees”, na cześć Królewskiego Pułku Nowofundlandzkiego (Royal Newfoundland Regiment), który od 1949 roku wchodzi w skład kanadyjskiej armii. Wraz z bliźniaczą jednostką MV „Highlanders” rozpoczęły regularną żeglugę w marcu 2011 roku. W dwa lata później „Blue Puttees” utknął na mieliźnie w porcie aux Basques, na wysokim przypływie sam się uwolnił, ale musiał przejść miesięczny remont w stoczni w Halifax. W maju 2015 roku oba promy zostały zakupione od Steny, każdy za 100 milionów CAD. Prom o długości 200 metrów i tonażu przeszło 28 tysięcy GRT, zabiera tysiąc pasażerów i posiada 2840 metrów pasa załadunkowego dla pojazdów ( jeden pas ma powierzchnię dwóch metrów kwadratowych; auto potrzebuje 6 metrów, ciężarówka z naczepą 18 metrów), 96 kabin dwu- i cztero-osobowych i 500 siedzeń. Płynęliśmy z szybkością 16/18 węzłów (może maksymalnie dojść do 20 węzłów = 37 km/godz). Przejście zajmuje koło siedmiu, czasami do dziewięciu godzin, w zależności od pogody; żegluga jest zawieszana przy silnym wietrze, który potrafi wiać 120 km/godz, wzbudzając 11-metrowej wysokości fale, szczególnie w okresie zimowym.

Długim, wąskim i czystym korytarzem

doszliśmy do pomieszczenia z fotelami, gdzie zabrało nam trochę czasu, by się zorientować, jak mamy używać plastykowe karty do otwierania drzwi.

Obaj stwierdziliśmy, że bardziej nam odpowiadają siedzenia pod oknem przed zbiorową salą i tam zalegliśmy.

Seweryn czytał książkę na tablecie, a ja poszedłem na górny pokład fotografując miasto,

jego odleglejsze dzielnice,

nabrzeże rybackie

i stojący przy innej keji, mniejszy od naszego, prom „Leif Erikson”.

O dziesiątej zaczęliśmy odbijanie i najpierw miasto,

a potem port, defilowały przed nami przy pięknej pogodzie.

Zdjąłem moment odsuwania się od nabrzeża

i przystani z obszernym parkingiem, wypełnionym autami i ciężarówkami

oraz nakręciłem filmik ukazujący moment odpływania od lądu.

Ma on w sobie coś fascynującego, jakoweś przeczucie-odczucie udawania się w nieznane. Wyskakują obrazy z dawno przeczytanych książek Conrada, Londona czy Verne – oddalający się port,

widok morskich kormoranów okupujących bez skrępowania nieczynne nabrzeże, gdzie założyły nawet gniazda.

Zgrupowane na rufie ciężarówki i auta,

nowoczesne łodzie ratunkowe, każda dla 150 osób

i lądowisko helikoptera,

przesłaniają tamte obrazy-książkowe widma i szybko przywracają poczucie czasu współczesnego. Pomyśleć tylko, że niecałe 50 lat temu łodzie ratunkowe były odkryte. A dziś – szczelnie zakryte, stabilne, z zapasami wody i żywności oraz nadajnikami pozycji. Namierzenie z satelity zajmuje parędziesiąt minut. Nad wszystkim czuwa kapitan z oficerami, na bezpiecznym mostku wyposażonym w najnowsze osiągnięcia techniki.

Wciąż byłem zafascynowany oddalającą się panoramą miasta,

jego pewnymi częściami leżącymi niemal wprost na litej skale

i dalekimi klifami przysłoniętymi poranną mgiełką.

Jeszcze dalej elektrociepłownia i młyny wiatrowe,

przy pobliskiej zatoczce halsujące żaglówki,

a na wysuniętym cyplu morska latarnia.

Od strony oceanu, rozsypane na niebieskiej płachcie kutry rybackie.

Za parę minut jeden z nich w zasięgu wzroku.

Gdy wróciłem do stolika zobaczyłem daleko za oknem maleńką łódkę zawieszoną w przestworzach wody i nieba. Była mniej niż drobiną.

Przeglądnąłem i uzupełniłem swoje notatki. Po godzinie poczułem senność, dodatkowo wzmaganą monotonną pracą silników promu. Poszedłem na fotel w zbiorowej sali i zapadłem w drzemkę. Ocknąłem się po niemal dwóch godzinach. Kawa w barze, sok i muffin. Przed piętnastą wyszedłem na pokład. Wokół odcienie niebieskości maźnięte pióropuszami białowo-szarych chmur . Wodna otchłań.

Byliśmy w cieśninie Cabota, która jest wrotami wejściowymi do niewiarygodnie rozległej zatoki Św. Wawrzyńca (Saint Lawrence) prowadzącej w głąb kontynentu.

Sfilmowałem ów bezmiar

i wróciłem do stolika, by poszukać w wydrukowanych materiałach więcej informacji o zatoce Św. Wawrzyńca.

Jest największym ujściem lejkowatym na świecie i od krańca rzeki do otwartego połączenia z Atlantykiem (wyimaginowana linia pomiędzy wschodnimi cyplami wybrzeża Nowej Szkocji i Nowej Fundlandii), zajmuje powierzchnię 155 tysięcy km². Jest tak duża, że niektórzy geografowie proponują ją wydzielić jako przykontynentalne morze. Jak już uprzednio wspominałem przeciętna głębokość wynosi 152 metry i na dnie ma strukturę zwaną Kanałem Laurentyjskim (250 km długości i 290 metrów głębokości), wyrzeźbionym przez rzekę w epoce zlodowacenia, gdy poziom morza był o wiele niższy. Masy wody głębinowej, o temperaturze pomiędzy 2 a 6.5 stopnia Celsjusza, podpływają pod próg kontynentalny i są powoli przenoszone (adwekcja) poprzez kanał ku ujściu rzeki. W czasie regularnych badań, w wieku XX odkryto, iż w tym miejscu woda głębinowa jest niedotleniona.

Druga głębia jest koło archipelagu Mingan (pomiędzy wybrzeżem Labradoru a wielką wyspą Anticosti), gdzie dotarliśmy z Mariuszem Wilkiem w 2008 roku. Był gorący dzień i idąc plażą chcieliśmy się wykąpać w morzu. Wystarczyło zanurzyć stopę, by się wszystkiego odechciało. Woda była lodowata, bo ponadto tędy biegnie odnoga zimnego prądu Labradorskiego. Na dnie zatoki spotykają się dwie struktury geologiczne – Tarcza Kanadyjska i góry Appalachy. Pomiędzy półwyspem Gaspe a Cape Breton rozciąga się podwodna platforma Akadyjska (poniżej 50 metrów głębokości), z paroma depresjami, skalnymi półkami i wyniesioną wyspą Księcia Edwarda. Są jeszcze pomniejsze trzy platformy (wokół wyspy Anticosti, w północnej części zatoki i pomiędzy Kanałem Eskimoskim a Nową Fundlandią), które z powodu skał podwodnych oraz częstych mgieł i lodów stały się cmentarzyskiem wraków.

Wody w zatoce są zasilane i wymieniane poprzez lokalne opady (do maksymalnie 900 mm rocznie) i trzy wielkie „ujścia”. Pierwsze to szereg rzek, w tym Św. Wawrzyńca odprowadzającego wody Pięciu Wielkich Jezior. Do oceanu uchodzi chłodna woda – 14 tysięcy m³ na sekundę plus pływy, a zimą spora ilość lodu. Drugim jest stosunkowo długa i wąska cieśnina Belle Isle (szeroka od 16 do 50 kilometrów, do 60 metrów głębokości), w której wykryto siedem różnych typów wody, o temperaturze od minus dwa do plus 11, oraz wahania w zasoleniu. Trzecim jest najważniejsze „ujście”, cieśnina przez którą właśnie przepływamy – Cabot Strait, gdzie wlewają się wody oceanów: Arktycznego i Atlantyckiego, a uchodzą wody z zatoki, podczas zimy wraz z lodem. Cieśnina Cabot’a ma 104 km szerokości i dochodzi do 480 metrów głębokości. Zanim wybudowano groblę, również poprzez wąską i głęboką cieśninę Canso, następowała wymiana wód.

Tutejsza cyrkulacja prądów odbywa się przeciwnie do ruchów wskazówek zegara i ich odnogi docierają aż do ujścia rzeki Saguenay, całkiem niedaleko miasta Quebec. Prądy i dość słabe przypływy mieszają wody, lecz ponieważ nie są zbyt silne, woda zalega na trzech poziomach: głębokim (3.5 stopnia Celsjusza i największe zasolenie), średnim (0,5 stopnia Celsjusza i nieco mniejsze zasolenie) oraz powierzchniowym, który jest najmniej zasolony, lecz wykazuje sezonowe różnice w temperaturach. Pokrywa lodowa, w postaci paku, z powodu zasolenia przebiega wolniej, wzrastając w połowie lutego i czasem zalegając do końca kwietnia. Zlodzenia, od końca września do kwietnia, były dawniej wielką przeszkodę dla żaglowców, gdy wymiana pomiędzy Europą a Ameryką Północną, w zasadzie zamierała na pół roku.

Wyszukiwanie informacji o zatoce zakłóciło mi rozpaczliwe skomlenie psa. Po parunastu minutach nie wytrzymałem i poszedłem go uspokoić i pocieszyć. Pomieszczenie dla zwierząt było na siódmym pokładzie.

Gdy tam dotarłem zobaczyłem terriera z nieobciętym ogonem.

Był w totalnej nerwacji, a pojemnik z wodą miał wywrócony. W innych klatkach trzy małe psy, ciche i skulone

oraz równie cichy kot,

być może z powodu psiego sąsiedztwa i nieustannej skargi terriera. Poszedłem z interwencją do członka załogi. Właściciele w takiej sytuacji powinni co pewien czas psa odwiedzać. Ludzie nie zdają sobie często sprawy, że to żywa, myśląca i czująca istota, w dodatku tak przywiązana do człowieka. Wystarczy zobaczyć jak często ludzie szarpią smyczą na spacerze, gdy pies akurat odczytuje węchem pozostawione znaki lub rozpoznaje teren. Od trzech lat obserwuję ludzi, którzy wychodzą na spacer z komórką przy uchu lub się w nią wgapiają, nie zwracając uwagi na psa. Gdy przystanie, właściciel zostaje osadzony w miejscu, na co reaguje gwałtownym szarpnięciem. Mam nie raz ochotę podejść i dokonać wymiany – założyć takiej osobie obrożę na szyję i co pewien czas ją szarpać.

Minęło pół godziny i nic się nie zmieniło. Pies skomlał, a po godzinie zaczął wyć. Zaszedłem tam ponownie, pies całkowicie roztrzęsiony, w drżące. Tym razem poszedłem do recepcji i zażądałem sprowadzenia właściciela. Gdy wracałem do stolika usłyszałem komunikat i za parę minut pies zamilkł. Właścicielem okazała się gruba baba o dość ponurej twarzy. Gdy potem stała z psem na pokładzie oznajmiała wokół, że to wszystko przez ludzi, bo tam zaglądają i denerwują zwierzęta. Miała pretensje do obsługi promu, że nie zamykają na klucz drzwi do tego pomieszczenia. Co za kretyński brak wyobraźni! Było przecież bardzo ciepło i by się tam dusiły z braku powietrza. Obok niej stał cichy i nieco skulony facet, zapewne mąż. Pies stał spokojnie, lecz był smutny, bo jeszcze nie wyszedł ze stresu. Głęboko współczułem obu.

Około wpół do piątej mglisty widok z pokładu na wyłaniającą się Nową Fundlandię.

Odchodzący w morze statek.

Nagły rozbłysk słońca i zaraz tysiące iskier na powierzchni wody.

Skaliste wybrzeże, w tle niewysokie góry ze spłachciami śniegu w niektórych miejscach.

Miasto rozsypane jak struga paciorków u podnóża brzegu.

Nad głową pospiesznie przeleciała mewa, zwiastunka lądu.

Uwieczniłem wchodzenie promu do głębokiej zatoki aux Basques.

Na małej wyspie szereg połączonych ze sobą urządzeń wyglądających jak ekrany.

Do wyjścia z portu zdąża motorówka.

W głębi, od razu za miastem, bochny osobnych wzgórz.

Wzdłuż zatoki ciąg piętrowych domków i ruchliwa ulica.

Dobiliśmy po niemal 7 godzinach, o 17.35 zjeżdżamy z promu.

Brama powitalna z tablicami informacyjnymi.

Za pionową skałą znajduję nazwę naszego hotelu – nomen-omen Św. Krzysztofa, opiekuna podróżników.

Niebieska tablica z pełną nazwą – Channel-Port aux Basque.

„No to jesteśmy w kanale” stwierdza Seweryn. Krótki przejazd przez miasteczko,

do hotelu trzeba wjechać na górkę, koło następnych skał, w których odciśnięta moc geologicznych pofałdowań.

Okazuje się, że hotel Św. Krzysztofa jest tylko parę minut od portu.

Z parkingu fotografuję port z wyjściem na ocean.

Pokój porządny, tylko z wyjącym wentylatorem w łazience. Włącza się natychmiast po zapaleniu światła. Coś czego nie znoszę. Rozpakowaliśmy się, torby z lodem ulokowałem w hotelowej kuchni, do lodówki przełożyłem nasze zapasy, z których później zrobię kolację. Decydujemy się na krótki spacer po miasteczku. Z parkingu znów zdjęcie portu.

Schodzimy na udekorowane ulice.

Uczulonych, uprzedzonych, czy nawet rozzłoszczonych uprzedzam, iż bynajmniej nie było festiwalu gejów. Po prostu tęczowa dekoracja.

Mimo, że to poniedziałek, w trójkątnej muszli koncertowej, grała miejscowa kapela rewelersów, w wieku ponad średnim, w stylu Nufi country.

Poszliśmy główną ulicą szukając sklepu by dokupić soki i owoce.

Na niektórych ścianach domów umocowano marynistyczne obrazy.

Wszystko tu pod znakiem morza; niedaleko lokalnego magistratu, na słupie ozdobna sylwetka rekina, reklamująca jakiś hotelik.

Miasto składa się z czterech ośrodków: Port aux Basque, który jest najstarszy, Channel, Grand Bay i wyspa Mouse, które zostały połączone w jeden organizm miejski w latach 70-tych. Port aux Basques stał się miastem w roku 1945, od wieku XVI był ulubionym miejscem postoju baskijskich łowców wielorybów, którzy dodatkowo zaopatrywali się tutaj w wodę z potoku Dead Man. Permanentne osadnictwo zapoczątkowali Francuzi osiedlając się w małych wioskach rybackich. Potem pojawili się osadnicy brytyjscy, szczególnie gdy w wieku XVIII rybołówstwo stało się główną gałęzią produkcji w tym rejonie. W 1856 roku położono podmorski kabel pomiędzy wyspami Cape Breton i Nową Fundlandią, co stanowiło pierwszy krok w wielkim przedsięwzięciu ułożenia kabla transatlantyckiego. W rok później otwarto stacje telegrafu. Obecnie mieszka tu przeszło cztery tysiące ludzi.

Ostatnia część naszego spaceru odbyła się przy zachodzie słońca,

gdy miasto nabrało innego kolorytu.

Powróciliśmy do hotelu, przygotowałem skromną kolację a potem opracowywałem zdjęcia i przerzucałem na zapasową pamięć. Koło jedenastej poszedłem do łóżka ciesząc się, że nie ma w hotelu sztucznych kołder, jeno poszwa i koc. Spało się na nagusa znakomicie, bez pocenia i duszności.