Warning: Use of undefined constant DF_LISTA - assumed 'DF_LISTA' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /homepages/45/d789671203/htdocs/wp-content/themes/raiden-child/functions.php on line 49

1 lipca Montreal – Qubec: wyspa Lilie Orleanu

Pobudka o 11-tej, przemeblowanie pokoju tak jak go zastałem, prysznic. W ostatniej minucie załapałem się na skromne śniadanie, przede wszystkim wypiłem dwie lurowate kawy. Kelner zagadnął, gdzie mam bon na jedzenie. Oświadczyłem, iż nie tylko nie mam, ale stanowczo odmawiam zapłaty. Jeśli chce wiedzieć dlaczego niech się uda do kierownika recepcji. Poszedł, wrócił i już do mnie nie podszedł. Potem wynegocjowałem z Portugalczykiem, owym menadżerem zmiany, nie opłacanie parkingu – wszystko w ramach rekompensaty za kocioł jaki nam urządzono w tym hotelu. Jedyną nagrodą był rano widok z 27 piętra na centrum Montrealu,

 

niestety zasnute przelotnymi opadami.

W dole oryginalna kawiarnia w ogródku,

z rozpięta barwną siatką.

Wyruszamy w trasę w dniu święta narodowego Kanady i obchodów 150-lecia państwa założonego przez Europejczykow, głównie przez władze Zjednoczonego Królestwa (UK), które wcześniej odebrały kolonię Francuzom, a oba narody z kolei odebrały tę ziemię rodowitym mieszkańcom – Indianom i Eskimosom. Byłem półprzytomny po tej makabrycznie długiej jeździe, z licznymi pomyłkami i zarwaną nocą. W miarę sprawnie wyjechaliśmy z Montrealu,

przez mosty nad Saint Lawrence * (Św. Wawrzyńcem),

koło słynnej Sfery z wystawy Expo 67,

docierając do autostrady na Qubec.

Zachmurzenie, przelotne opady lub gwałtowne, krótkotrwałe lecz intensywne ulewy. Bardzo ciepło i wilgotnie. W Quebec byliśmy koło południa,

sporo objazdów, bo szykowali występy na 150-lecie.

Mam mieszane uczucia co do obchodów 150-lecia tego państwa. Przede wszystkim wyobrażam sobie jak się muszą czuć Indianie i Eskimosi, którzy nigdy nie mieli państwa i na których ziemie, będące wolną i wspólną własnością, wdzierały się falami zastępy nader cywilizowanych, oczywiście według nich samych, ich kryteriów i oglądu świata, Europejczyków. W tych falach, obok pojedynczych, wyniosłych najczęściej jednostek, na jakim takim poziomie, większość stanowili przeważnie prostacy i prymitywy, którzy z zapałem ruszyli do rabunku, spragnieni głównie ziemi i złota.

Dodatkowo przeróżni klerycy i braciszkowie, tak przekonani o swym posłannictwie, że gotowi do oddania życia (stąd może ta ogromna ilość nazw miasteczek, osad, ulic, rzek i gór z nazwiskami świętych i równie spora ilość krzyży zatkniętych w widocznych miejscach krajobrazu), wszelkimi metodami, głównie siłowymi, próbowali narzucać wiarę, by zbłąkane owieczki dostąpiły zbawienia. Jednocześnie po raz pierwszy w dziejach tubylców, narzucono im nowy rodzaj wstydu i wyrzutów sumienia – grzech pierworodny i ukrzyżowanie Jezusa. Narzucono im także wzbudzanie skruchy, za coś co nigdy w ich kulturze nie zaistniało. Winni grzechom i ukrzyżowaniu byli z reguły, jak nie Żydzi, to dzikusy w Afryce, Azji i obu Amerykach. Tym sposobem wzbudzano poczucie winy, by ich łatwiej upokorzyć i podporządkować. Całe ich życie miało być teraz odrabianiem poprzednich grzechów i złowrogiego tkwienia w pogaństwie. Najgorsze dwa pytania, jakie można zadać chrześcijańskim ortodoksom, brzmią – czy ludzkość stała się dopiero ludzka od momentu narodzin Chrystusa i wprowadzenia dwa tysiące lat temu chrześcijaństwa ? Dlaczego, jak ktoś ze swej wiary (niewiary), przechodzi na katolicyzm dokonuje dobra i dostępuje zbawienia, a ktoś, kto z katolicyzmu przechodzi na inna wiarę, jest godzien potępienia?

Gdy ruszyło systematyczne osadnictwo europejskich chłopów, niosących z sobą wielopokoleniową, wiejską kulturę, oraz wygnańców religijnych, miało to nieco łagodniejszy przebieg. Niestety płacili oni często życiem za innych, bezwzględnych rabusiów handlujących z tubylcami wódką i bronią i opierających swój byt ekonomiczny na monopolizowaniu wielkiego handlu skórami i futrami, dostarczanymi przez Indian i francuskich traperów. Kiedy Indianie zaczęli się buntować, organizowano karne ekspedycje i wtłaczano ich do rezerwatów. Potem, pod hasłem „ucywilizować dzikusa”, przymuszano ich do farmerskiego trybu życia, a w wieku XIX, kiedy już powstało państwo kanadyjskie, zastosowano przymusowy system oświaty, połączony z wykorzenianiem kulturowym i skoszarowaniem w internatach, z których wielu już nigdy do rodzinnych tipi czy wigwamów nie powróciło. Zostali zakatowani, a ci co ocaleli i wyszli z tych szkół (najczęściej prowadzonych przez księży protestanckich lub katolickich), stracili tożsamość, włącznie z kontaktem ze swoimi rodzinami, bowiem „zgubili język”. Byli u siebie, ale jakby nie istnieli. Byli obywatelami tej ziemi od pokoleń, ale jakby ich nie było. Przemieszczano ich gdzieś tam, na marginesach. Nie mieli powrotu do swoich, a nie wpuszczano ich do świata białych. Ich traumę nie leczyli bynajmniej szamani, lecz używki białego człowieka – alkohol i narkotyki.

I takie podwaliny położono 150 lat temu pod państwo, które jest uważane za jedno z najlepszych na świecie. A wiele córek i synów tej ziemi wciąż żyje w warunkach urągających ludzkiej godności, w zaniedbanych, zapomnianych rezerwatach i miejskich slumsach, lub po prostu na ulicy. To państwo chlubi się stwarzaniem możliwości do życia – porządnej pracy, ku realizacji własnej i zadowoleniu, które odgrywa przecież niebagatelną rolę w życiu człowieka. I ci wiecznie uśmiechnięci, ci z nieustannymi powiedzeniami: „I am fine” i „I have a fun”, czasem napotykają spojrzenie kogoś tkwiącego na ulicy, bez celu i przyszłości, nieraz obszarpanego i brudnego. I wtedy ci szczęśliwi i zaspokojeni, albo natychmiast odwracają wzrok, albo udają, że nic nie widzą. Lub wcisną parę monet do ręki, by tym sposobem uspokoić swoje sumienie.

Przemknęliśmy zadrzewioną aleją,

przez boczne ulice z nieco starszą zabudową,

dobrnęliśmy do rzeki

i w końcu, z dwoma pomyłkami, do mostu prowadzącego na wyspę Île d’ Orléans.

Wybrałem dobre miejsce – spora wyspa (objazd jej zabrał nam godzinę) z uroczymi domami z kamienia lub drewna, czysto i zadbanie, lasy i górki. Nasz motel znaleźliśmy bez zbytnich problemow – „Motel Ile d’Orleans”. Właścicielami przez wiele lat byli Polacy. Teraz odkupił go facet z Winnipegu, ale dopiero się rozpędzał i pewne pomieszczenia czekają na remont. Nie bylo lodówki więc oczyściliśmy i przepakowaliśmy cooler. Miejmy nadzieję, że dokupione woreczki z lodem ochronią jogurty i inne wiktuały.

Facet pełen podziwu dla Polaków-emigrantów: „mocni ludzie – powtarzał – nie poddają się”. Miło to usłyszeć i żal, że ten rodzaj opinii jest o nas za granicą, na emigracji lub zarobku, tym bardziej, gdy jesteśmy rozproszeni. Jak się zejdziemy gromadnie, to natychmiast zakwita głupota i bezinteresowna zawiść. Bo o tym jak często postępujemy na miejscu, w Polsce, lepiej nie mówić. Ten wstyd, ta wręcz hańba narodowa, coraz szybciej się rozplenia i znów będziemy smętnym bękartem Europy. Do kopania, do politycznych gierek, do rozdrapania.

Pokój nr 13 (juhu!), wykładany drewnem, z tarasu piękny widok na rzekę i panoramę Qubecu.

Okolo 22-giej pokaz sztucznych ogni,

przedtem występy muzyczne i basy niosły się po rzece dudniąc po naszej stronie. Koło północy do wyra, mała potyczka z Sewerynem, żeby przestał używać komórki, bo nie dość, że rozświetla cały pokój, to jeszcze gada.

* obcojęzyczne nazwy z geografii fizycznej są zaznaczone kursywą